O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   
 

Jestem sceptyczny, jeśli chodzi o szybkie wprowadzenie euro. Uważam, że pośpiech w tej sprawie może nam bardzo zaszkodzić. Wprowadzenie w tej chwili euro to jest zdjęcie ochrony z polskiego eksportu. On rośnie w niebywałym tempie. Wszystko wskazuje, że przyszłym roku podwoimy jego wartość wobec roku 2004" - powiedział premier na konferencji prasowej po posiedzeniu rządu. "Złoty jest w tej chwili niedoszacowany. Euro nie jest warte 4 zł, ono jest warte mniej" - dodał premier (cytat za PAP).

Jest to bardzo zagadkowa, a w pewnym sensie i sensacyjna, wypowiedź. Interpretowanie jej na korzyść autora, z szacunkiem dla stopnia jego ekonomicznej świadomości, musiałoby nas prowadzić nieuchronnie do wniosku, że zdaniem szefa rządu zachowanie krajowego pieniądza i płynnego kursu walutowego, jest konieczne dla podniesienia wydajności polskiej gospodarki do takiego poziomu, który pozwoli bez bólu zaabsorbować kurs wymiany rzędu, powiedzmy, 3 PLN. („mniej niż 4 zł”) za euro.

W takiej sytuacji rząd musi jednak powiedzieć eksporterom: przestańcie jęczeć pod jarzmem za silnego złotego, weźcie się do roboty, bo to, co widzicie teraz, to dopiero początek. A my – czyli rząd – na który naciskacie w sprawie nieopłacalności eksportu, odsuwając datę przyjęcia euro po znanym nam („mniej niż 4 zł”) kursie wymiany, odpowiadającym poziomowi równowagi ogólnej, zapewniamy wam najskuteczniejszą ochronę przed nadmierną aprecjacją, która jest nieuchronnym następstwem wzrostu wydajności pracy szybszego niż w strefie euro. Wasze, czyli eksporterów, krótkookresowe interesy stoją w sprzeczności z interesem obywateli, którzy rozstając się ze swoimi złotymi powinni za nie dostać jak najwięcej, a nie jak najmniej, euro. Nie chcemy, żeby gospodarka utraciła konkurencyjność, po nieadekwatnej, abstrahującej od różnic w wydajności, wymianie złotego, bo znamy smutne doświadczenia ze wschodnich Landów niemieckich po zjednoczeniu i wprowadzeniu tam marki zachodniej. Nie akceptujemy jednak też wymiany po kursie zapewniającym, przynajmniej na jakiś czas, konkurencyjność, ale prowadzącym do relatywnego zubożenie obywateli.

Byłoby to rozumowanie na wysokim merytorycznym poziomie. Żadnego ekonomicznego prostactwa, w rodzaju: 5 złotych za euro, a wszystko dla dobra kraju, co od czasu do czasu jeszcze się zdarza. Argumenty, które wyszperaliśmy w telegraficznych deklaracjach premiera, są naprawdę celne. I mają tylko dwa słabe punkty: po pierwsze – nie znam żadnego poważnego ekonomisty, który byłby w stanie, bez cienia wątpliwości, wyznaczyć kurs równowagi (czyli gonimy za króliczkiem); po drugie – odkładanie euro obciążone jest jednak jakimiś kosztami (zmienność kursu i stóp procentowych, utrudniony dostęp bez ryzyka kursowego do zasobu oszczędności zagranicznych, koszty transakcyjne, itp.).

Pan premier zdaje się nie mieć cienia wątpliwości na temat euro. I to mnie martwi. Bo trudno tak do końca pozbyć się podejrzeń, że przy wytyczaniu właściwego kursu przejścia i terminu przyjęcia euro niekoniecznie jednak chodzić musi o kwestię tak wysublimowaną, jak nieznany nikomu poziom równowagi ogólnej.

2006-11-29 20:14
gospodarka, blogi ekspertów euro, złoty, kurs równowagi Komentarze (7)
 Oceń wpis
   

Przebieg procesów inflacyjnych w Polsce zasługuje na bardzo poważną dyskusję. Niestety, przynajmniej jak dotąd, debata publiczna pozostaje zdominowana przez dwa rodzaje wydarzeń: kolejne dane miesięczne o wskaźniku CPI i prognozy sięgające w najlepszym wypadku na 12 miesięcy naprzód; oraz rozważania wokół wiarygodności kolejnych kwartalnych odsłon projekcji inflacyjnej zespołu analitycznego NBP.

Poglądy uformowane na takiej, dość płytko osadzonej bazie, są powszechnie znane: skoro inflacja w okresie oddziaływania polityki monetarnej rośnie, to trzeba podnosić stopy procentowe, nawet jeśli wskaźniki bieżące (jak po październikowym spadku CPI do 1,2 proc. w ujęciu rocznym) są niskie; albo – z drugiej strony: nie ma powodu do pośpiechu, tak długo, jak nie wyklaruje się ostrzej sytuacja w sferze realnej, a oczekiwania inflacyjne będą ustabilizowane.

W tej kwestii nic nowego tak naprawdę powiedzieć się już nie da. Kontrakty terminowe na stopę procentową pokazują, że uczestnicy rynku bez przekonania podchodzą do ewentualnej podwyżki stóp w Polsce, ale też nie byłoby specjalnego zaskoczenia, gdyby wzrosły one w przyszłym roku o 50 pkt. bazowych. Dla sfery realnej tego rodzaju podwyżki przeprowadzone w przyszłym roku byłyby przy tym bez znaczenia.

Moim zdaniem po ustabilizowaniu inflacji wokół 2,0-2,5 proc. w drugiej połowie przyszłego roku, czemu towarzyszyć będzie spadek tempa wzrostu w ujęciu rocznym do 3,0-3,5 proc., podwyżki stóp przeprowadzane dziś nie miałyby uzasadnienia. Średnioroczny wskaźnik CPI  w 2007 nie powinien przekroczyć 2,1 proc.. Z drugiej strony, trudno nie zauważyć, że zmiana na stanowisku prezesa NBP na początku przyszłego roku może nie być obojętna dla wzrostu lub stabilizacji oczekiwań inflacyjnych. Trudno w tej sytuacji wykluczyć, że przy niepomyślnym wpływie nowego prezesa na wiarygodność banku, RPP może podjąć decyzję o podwyżce stóp kierując się chęcią podtrzymania swej reputacji, będącej elementem kluczowym dla skutecznego zarządzania oczekiwaniami.

Krążąc wokół problemu korzyści wyboru optymalnego momentu dla przeprowadzenia ewentualnego „uderzenia wyprzedzającego”, albo z kolei ubolewając nad nieprzezwyciężalnym „wstecznym”, a nie wybiegającym w przyszłość, nastawieniem ze strony RPP, w żadnym wypadku nie zbliżamy się jednak do odpowiedzi na kluczowe dziś pytanie: jak to się dzieje, że w Polsce możliwy jest szybki wzrost gospodarczy, przewyższający szacunki potencjalnego PKB, utrzymywanie się od dłuższego czasu bardzo niskiej inflacji, nie przekraczającej celu, a na dodatek jeszcze spadek stopy bezrobocia do poziomu już bardzo bliskiego szacunkom NAIRU, co powinno przyspieszyć inflację?

Innymi słowy: w dyskursie publicznym zdecydowanie brak refleksji nad fundamentalnym pytaniem o to, jakiego rodzaju procesy zmieniające mechanizm transmisji monetarnej (i czy w ogóle jakieś) zachodzą w naszej gospodarce? Na ile powinny one być (lub może nie) istotne dla podejmowania decyzji z zakresu polityki pieniężnej?

Nie znaczy to, że takiej dyskusji w ogóle nie ma. Odbywa się ona, choćby, w banku centralnym. Tyle, że wnioski z jej przebiegu wyjątkowo opornie przebijają się do świadomości ekonomistów, przedsiębiorców, polityków. Szkoda, bo jest się już z pewnością nad czym zastanowić.

Fenomen zmian zachodzących w środowisku inflacyjnym nie jest naturalnie polską specyfiką. Nad kwestią wysokiego wzrostu i niskiej inflacji w gospodarce globalnej pochylają się już od dłuższego czasu z powodzeniem ekonomiści na całym świecie[1]. Nic dziwnego, że zagadnienie to stało się w końcu również przedmiotem refleksji i badań w pracach dotyczących Polski[2].

Ogólnie rzecz ujmując, chodzi o to, że globalizacja nie pozostała bez wpływu na zachowania podmiotów gospodarczych, również jeśli chodzi o procesy cenowe. Zostało to już dość solidnie udokumentowane w przypadku Stanów Zjednoczonych, grupy 16 najbardziej rozwiniętych krajów na świecie, a nawet 8 nowych członków UE.

W naszym przypadku kwestia badania zmian w mechanizmie transmisji monetarnej pod wpływem globalizacji znajduje się wciąż jeszcze w powijakach. Przeszkody są tu przy tym dwojakiego rodzaju: obiektywne (trudności metodologiczne, wynikające, między innymi, z krótkich i wrażliwych na zmiany szeregów czasowych), ale też w pewnym sensie subiektywne (niechęć do propagowania i uwzględniania w procesach decyzyjnych wyników badań przekreślających wiele doświadczeń tradycyjnie determinujących postępowanie władz monetarnych).

Co nieco już jednak na temat zmian w środowisku inflacyjnym w Polsce wiadomo nawet teraz. I tak: dekompozycja wskaźnika inflacji bazowej netto (po wyeliminowaniu cen paliw i żywności) na kategorie podlegające nieograniczonej wymianie handlowej (odzież, obuwie, sprzęt AGD) i takiej wymianie nie podlegające, pozwala zaobserwować malejącą wrażliwość inflacji na domykanie się lub poszerzanie krajowej luki popytowej. Równocześnie widać rosnącą wrażliwość inflacji na zmiany w globalnej luce popytowej. Związek między krajowym output gap, a inflacją jest tym słabszy, im większa jest otwartość gospodarki. Substytucja poszczególnych składników popytu zagregowanego, między komponent krajowy i zagraniczny, sprawie, że skupianie uwagi wyłącznie na krajowej luce popytowej, jako głównej determinancie przyszłej presji inflacyjnej, traci rację bytu.

Dziś wiele banków centralnych na świecie, w tym również w naszym regionie, publikuje różne warianty dekompozycji wskaźników inflacji bazowej z uwzględnieniem tego, czy kategorie wchodzące w ich skład są tradable czy non-tradable. W najbliższej przyszłości oczekiwać można – jak sądzę – również podziału na intenetable i non-internetable, ponieważ nawet te dobra i usługi, które nie podlegają wymianie handlowej mogą stać się przedmiotem obrotu w Internecie.

Potwierdzony empirycznie spadek wrażliwości inflacji bazowej na zmiany w krajowej luce popytowej, skłonił wiele banków do znaczącej rozbudowy departamentów analizujących procesy zachodzące w gospodarce w przekroju globalnym. Nie znaczy to, że banki przestały się interesować krajowymi czynnikami ryzyka dla stabilności monetarnej. Uwzględniają za to, bo uwzględniać muszą, zmiany zachodzące pod wpływem globalizacji w krajowych mechanizmach transmisji monetarnej.

Nie ma wątpliwości, że tym tropem zmuszony będzie również podążyć NBP. A RPP, podejmując decyzje o stopach procentowych, będzie coraz uważniej przyglądać się procesom gospodarczym poza granicami Polski.



[1] Z prac ostatnio wydanych zobacz, na przykład, Mishkin Frederic: „The Next Great Globalization”, Princeton University Press, August 2006; Borio C., Filardo A.: „Globalization and Inflation: New cross-country evidence in the global determinants of domestic inflation”, BIS, draft, March 2006; IMF, World Economic Outlook 2006, Chapter III: How has Globalization affected Inflation?, Washington, April 2006

[2] Rybiński Krzysztof: “Globalizacja w trzech odsłonach”, maszynopis niepublikowany, Warszawa 2006 (szczególnie część trzecia: „Polityka pieniężna w globalnej gospodarce”); Allard C.,: „Inflation in Poland: How much can globalization explain?”, paper, art. IV Mission to Poland, May 2006; Chmielewski T., Kot A.: “Impact od globalization changes in the MTM in Poland”, preliminary, September 2006

 

2006-11-27 18:48
gospodarka, blogi ekspertów inflacja, globalizacja, bank centralny Komentarze (7)
 Oceń wpis
   

  

Wpisanie obecnie do nowelizowanej ustawy PIT dwóch obniżonych stawek podatkowych, obowiązujących  od roku 2009, kosztować będzie na dzisiejsze pieniądze 9 mld PLN. Sporo.

Czy uda się to sfinansować? Udałoby się, gdyby większość z rosnących w ujęciu nominalnym dochodów podatkowych, których wolumen, przy ok. 5 proc. wzroście PKB i 2 proc. inflacji, bezpiecznie szacować można na ok. 10 mld PLN, przeznaczyć na pokrycie krótkookresowych ubytków w dochodach budżetu.

Od razu widać, gdzie tu są schody, prawda? Trzeba by bowiem założyć, że wydatki ogółem w ujęciu nominalnym między rokiem 2008 a 2009 nie rosną; albo inaczej – że realnie spadają na kwotę odpowiadającą 0,8 proc. dzisiejszego PKB (czyli zapewne nieco mniej, bo ok. 0,6 proc. PKB w roku 2009. A gdzie tu jeszcze program konwergencji i wychodzenie w procedury nadmiernego deficytu? Opuszczenie EDP musi oznaczać - według szacunków rządowych ograniczenie deficytu sektora w roku 2009 o 0,2 proc. PKB, a według moich – spadek deficytu budżetu państwa (w ujęciu unijnym) o 0,6 proc. PKB.

Czyżby na rok 2009 szykowała się wobec tego prawdziwa rewolucja w polskich finansach publicznych? Bo zamiast dzisiejszej reguły fiskalnej, która opisuje tempo wzrostu wydatków w postaci „inflacja + 6 proc.”, powinniśmy wówczas wprowadzić nową regułę: „inflacja – 2 proc.”. A wszystko to przy jednym podstawowym założeniu: tempo wzrostu gospodarczego w latach 2007-2009 nie spadnie znacząco poniżej 5 proc.

Jak widać wpisując dziś do ustawy PIT obniżkę podatków za 2 lata parlamentarzyści postawił swoim następcom – i panu bogu też - dość wysokie wymagania.

Kiedy już wiemy co nieco o kosztach, to zastanówmy się jeszcze nad czasem, kiedy przyjdzie te zafiksowane w ustawie obietnice podatkowe realizować. To będzie w Polsce kampania wyborcza w pełnym rozkwicie. Jacy politycy w czasie gorączki wyborczej zechcą wpisać sobie na sztandary hasło: nie stać nas na obniżkę podatków? A którzy wpiszą inne: dla obniżki podatków musimy zamrozić nominalne wydatki?

To są dziecinne pytania. Samobójcze skłonności polityków objawiają się, nawet u nas, inaczej. Ale konsekwencje takiego zapętlenia się już wcale takie dziecinne nie będą. Z reguły obietnicę obniżki podatków serwuje się wyborcom w pakiecie. Coś za coś. Na przykład: te podatki za tamte podatki; albo te podatki za tamte wydatki. To standardowa procedura przy wdrażaniu strategii podatkowej przez rządy w demokratycznych państwach.

W naszym wypadku nie ma żadnego pakietu. Nie ma też, oczywiście, śladu żadnej strategii. Zero nauki z doświadczeń innych demokracji. Żadnej implementacji wniosków merytorycznych z dyskusji o podatkach. Po prostu: jedna partia chciała pokazać, że realizuje swój program wyborczy. Rzucono więc na stół darmową obietnicę, która zapisana w ustawie stanie się zobowiązaniem. W zasadzie – zobowiązaniem już nie do odwołania.

Jakie z tego wyjście? Nie wiem. Ale jedno jest pewne: takie zobowiązanie przekreśla w ogóle sens zastanawiania się nad sposobem obniżki podatków w Polsce. Niby wszyscy u nas wiedzą, że prawdziwym dramatem nie są wcale podatki dochodowe, ale pozapłacowe koszty pracy. Ale kiedy przychodzi do wyboru, co obniżać, to politycy już dobrze wiedzą, gdzie są konfitury. Zamiast obcięcia „klina podatkowego” za 9 mld PLN netto, czego elektorat w ogóle nie kuma, politycy wybrali więc spektakularną, tyle samo kosztującą, choć równie niezbilansowaną obietnicę obniżki PIT. Czyli, przy dość dobrze zdiagnozowanym problemie, pełnej wiedzy na temat, co gorsze, a co lepsze, wybieramy klasycznie - gorsze. 

Zyta Gilowska nie ustanie w obietnicach, że tym razem obetnie narzuty na koszty pracy. Ale kto w to uwierzy, poza może jej najnowszym wiceministrem od podatków, który będzie już liczył koszty tak, jak trzeba?  

2006-11-22 18:40
gospodarka, blogi ekspertów pit, obniżka, obietnice Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Pani wicepremier Gilowska oświadczyła w rozmowie z Financial Times, że Polska spełni nominalne kryteria konwergencji w 2009 roku, wobec czego w roku 2010 mogłoby się odbyć referendum na temat daty naszego wejścia do strefy euro.

Warto tej wypowiedzi poświęcić odrobinę uwagi, dokonując jej rozbioru. Najpierw - merytorycznego. A później już króciutko - logicznego.

Zostawmy w ogóle na boku wiarygodność zapowiedzi o spełnieniu kryterium fiskalnego. Pani wicepremier wprost kipi w tej kwestii optymizmem. Trzeba się poddać. I trzymać kciuki za wzrost gospodarczy sięgający 5 proc. PKB rocznie aż do roku 2009. Przy takim wzroście - i przy dodatkowym założeniu nadwyżki w pozostałych elementach sektora poza budżetem państwa - może się udać.

Zostawmy też na boku niesprawdzalną a priori hipotezę o spełnieniu kryteriów monetarnych. Pani wicepremier jest pewna, że za 3 lata długie rynkowe stopy procentowe w Polsce będą niskie. Jest też przekonana, że inflacja będzie pod kontrolą. Trzeba się poddać. I trzymać kciuki za wiarygodność średniookresowych prognoz Ministerstwa Finansów. Za niskie podaże SPW. I za niezależny bank centralny.

Skupmy się więc na reszcie kryteriów.

Kryteria uprawniające do ubiegania się o zgodę na przyłączenie się do strefy euro obejmują zobowiązanie do ustabilizowania kursu walutowego. Czy wypowiedź pani wicepremier-minister finansów rozumieć należy w ten sposób, że w roku 2009 Polska spełni również to kryterium? Byłaby to zapowiedź wprost rewolucyjna: oznaczałaby ona konieczność zmiany reżimu kursowego w Polsce z płynnego na sztywny, a tym samym odejścia przez NBP od strategii bezpośredniego celu inflacyjnego, już w przyszłym roku. Rozumiem, że jest to przedsięwzięcie uzgodnione z bankiem centralnym i Radą Polityki Pieniężnej? Wypada przy tym wyrazić żal, że zapowiedź kroku o tak kolosalnym znaczeniu dla uczestników rynku finansowego i przedsiębiorców została rzucona ot, tak sobie, mimochodem. Chyba, że pani wicepremier o tym kryterium zapomniała. Albo tak sobie tylko niezobowiązująco dywagowała.

Kryteria uprawniające do ubiegania się o zgodę na przyłączenie się do strefy euro obejmują również tzw. kryterium legislacyjne, którego Polska dotąd nie spełnia. Chodzi, między innymi, o wyeliminowanie uprawnień rządu do zatwierdzania sprawozdania finansowego NBP; wyeliminowanie uprawnień sejmu do zatwierdzania sprawozdania z działalności NBP; wprowadzenie do ustawy o NBP zapisu o dbania o stabilność cen w strefie euro. Rozumiem, że wszystkie te i wiele jeszcze drobniejszych, choć drażniących, zmian prawnych trafiło już do kalendarza zmian legislacyjnych urzędującej koalicji? Wypada przy tym wyrazić żal, że przedsięwzięcia o tak istotnej wadze politycznej są przygotowywane w całkowitej tajemnicy. Chyba, że pani wicepremier o tym kryterium zapomniała. Albo tak sobie tylko niezobowiązująco dywagowała.

A teraz chwilę o logice i następstwie dat. O spełnieniu nominalnych kryteriów konwergencji decyduje nie rząd polski, ale Komisja Europejska. Po to, żeby to zrobić w roku 2009, Bruksela musiałaby do przeglądu dysponować danymi za rok 2008. Ponieważ jest bardzo mało prawdopodobne, żebyśmy – nawet przy ładunku optymizmu pani Gilowskiej – dali radę kryteriom w roku 2008, wypowiedź pani wicepremier należałoby doprecyzować. Powinna ona brzmieć: „w naszej ocenie spełnimy kryteria konwergencji w roku 2009”. KE swoją ocenę wydać zaś może najwcześniej w roku 2010. Lub też (wariantowo): „w naszej ocenie niektóre kryteria spełnimy w roku 2009”.

Zostawmy teraz na boku sens samego referendum. Skupmy się na logice. Gdyby pytanie w referendum brzmiało: „czy chcesz wejścia Polski do strefy euro w roku 2010?” – wszystko byłoby ok. Ale to pytanie, jeśli wierzyć panu prezydentowi, który zwierzył się z tego również w rozmowie z FT, ma raczej dotyczyć roku 2012.

Po co nam wobec tego spełnienie kryteriów konwergencji w roku 2009, skoro chcemy pytać o wejście do strefy euro w roku 2012? Przecież stabilizacja kursu jest trudna i kosztuje. Może zostać opłacona np. niższym wzrostem gospodarczym. Może wobec tego nie chodzi jednak o spełnienie w roku 2009 wszystkich kryteriów? No, ale skoro tak, to dlaczego w roku 2010 rząd chce nas pytać o wejście do strefy euro w roku 2012? Przecież udzielając odpowiedzi na to pytanie naród nie będzie dysponować wiedzą o rzeczywistych kosztach spełnienia kryterium stabilności kursu przez 2 lata między rokiem 2010 a 2012.

Coś te oficjalne wypowiedzi na temat euro wyglądają jednak na takie sobie luźne gadanie.

2006-11-13 20:48
gospodarka, blogi ekspertów euro, referendum, konwerencja Komentarze (5)
 Oceń wpis
   

 

Często, w różnych miejscach, jestem pytany o nowego prezesa NBP. Przy czym moich rozmówców interesuje w zasadzie tylko jedno: kto to będzie? Odpowiadam zgodnie z prawdą: nie mam zielonego pojęcia. Intuicja jednak podpowiada mi, że żadne z nazwisk pojawiających się od czasu do czasu na „listach rankingowych”, nie wchodzi w rachubę. Czeka nas jakaś niespodzianka. Bez trudu mógłbym wskazać kilka osób, które nigdy na żadną z giełd nie trafiły, choć spełniają wiele, a czasem nawet wszystkie (co łatwe nie jest) kryteria wymieniane wielokrotnie przez premiera (występującego tu w roli prezydenta) Kaczyńskiego. Przykłady? Proszę bardzo: choćby Andrzej Kaźmierczak lub Edmund Pietrzak. To są ludzie z naukowym dorobkiem, trudnym do zlekceważenia, który naprawdę predestynuje ich do miana „antybalcerowiczów”.

Przy tej nominacji jest kilka rzeczy ważniejszych jednak niż sam kandydat.

Po pierwsze – jeśli koalicja wybierze sobie na stanowisko prezesa NBP „komisarza politycznego”, to i tak nie będzie on mógł wpływać ani na stopy procentowe, ani na kurs walutowy, w takim kierunku, który koalicja zechce akurat uznać za sympatyczny dla siebie. Szkoda czasu na rozwijanie tego wątku, bo taka motywacja byłaby szczytem głupoty. Nominacja prezesa „zadaniowanego” na realizację polityki rządu oznaczałaby, że będzie on regularnie przegłosowywały przez większość RPP. W kategoriach ekonomicznych sens takiej nominacji sprowadzałby się więc do niewyobrażalnego podwyższania kosztów prowadzenia polityki pieniężnej. Rzecz jest tak bardzo pozbawiona sensu, że o jej forsowanie nie warto podejrzewać nawet takich polityków, którzy z reguły koszty ekonomiczne swoich decyzji mają w głębokim poważaniu. Chodzi bowiem o to, że „komisarz polityczny”, w roli prezesa wpływającego na decyzje, musiałby być zwyczajnie nieskuteczny.

Po drugie – istnieje jednak obawa, że przy tej nominacji może nie chodzić o osiągnięcie aż tak ambitnych celów, jak sterowanie polityką pieniężną, ale po prostu o „odzyskanie kontroli” nad wielką instytucją, jaką jest bank centralny. W NBP jest kilkaset pozycji menedżerskich wysokiego średniego szczebla, których obsadzenie zależy wyłącznie od decyzji prezesa. W jego gestii leży nie tylko zatrudnianie pracowników w centrali i odziałach okręgowych, ale również wydawanie sporych pieniędzy na badania, rozwój, marketing. Właśnie rola prezesa banku, a nie przewodniczącego RPP może okazać się istotniejsza przy uzgadnianiu kandydatury przez koalicjantów. Występując w charakterze „czyściciela układu” prezes byłby zapewne w stanie skłonić nawet do rezygnacji ze stanowisk kadencyjnych i nieodwoływalnych wiceprezesów, uzyskując tym samym, po wymianie członków niekadencyjnych, większość w zarządzie banku. Ponieważ zarząd ma decydujący wpływ również na dobór materiałów merytorycznych przedkładanych RPP dla podejmowania decyzji, ewentualna selekcja takich materiałów "pod prezesa” nasiliłaby tendencję do odpływu z banku najzdolniejszych ludzi i zmusiła członków Rady do sięgania wyłącznie po źródła zewnętrzne.

I prawdę mówiąc to ten drugi, bez wątpienia totalnie destrukcyjny z punktu widzenia instytucji, scenariusz rozwoju wydarzeń w NBP po wyborze nowego prezesa, powinien nas niepokoić znacznie bardziej niż nominacja jakiegoś „antybalcerowicza”. Bo nominacja według takiego nieostrego kryterium, sama z siebie, nic jeszcze nie znaczy dla polityki pieniężnej. Innymi słowy: bać się tak naprawdę powinniśmy dopiero tych najprostszych motywacji przy obsadzie stanowiska prezesa NBP.

 

2006-11-11 11:43
gospodarka, blogi ekspertów nbp, rpp, prezes Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

 

Wiceminister finansów, Piotr Soroczyński, zapewnił posłów z sejmowej Komisji Finansów Publicznych, że "sytuacja (finansów publicznych) jest radykalnie bezpieczniejsza, niż można było przypuszczać jeszcze rok temu". Jest to kolejna wypowiedź przedstawiciela Ministerstwa Finansów dezawuująca zagrożenia dla stabilności makroekonomicznej, płynące ze strony budżetu.

Dlaczego urzędowy optymizm tak łatwo rozmija się z faktami; dlaczego urzędnik państwowy z całym przekonaniem wprowadza reprezentantów narodu w błąd?

Bo na czym niby polegać ma to "radykalne bezpieczeństwo"? Chodzi prawdopodobnie o to, że jest lepiej niż być miało. Ale czy to znaczy, żę jest dobrze? Czy dług publiczny przestał może rosnąć? Czy potrzeby pożyczkowe netto budżetu są może niższe od tych zapisanych w ustawie budżetowej? Czy lepsze wykonanie tegorocznego budżetu oznacza może, że rząd złoży autoporawkę do projektu przyszlorocznego, pozwalającą na spadek, a nie wzrost deficytu sektora między rokiem 2006 a 2007, co będzie nieuniknione, jeśli obniży się tegoroczna baza? Czy w drugiej połowie przyszłego roku, kiedy tempo wzrostu gospodarczego w ujęciu rok do roku obniży się do 3,0-3,5 proc., przedstawiciele MF nadal będą mówić o tym, że sytuacja fianansow publicznych jest "radykalnie bezpieczniejsza"?

Wydawałoby się, że ludzie odpowiedzialni za budżet nie powinni zajmować się propagandą sukcesu; że ich obowiazkiem jest skłaniać reprezentantów narodu ze wszystkich sił, przy wykorzystaniu rzeczowych argumentów, do podejmowania działań minimalizujących ryzyko zapaści finansów publicznych. Ale najwyraźniej nie jest to potrzebne, bo wieszczenie sukcesu jest ważniejsze. Do czego namawiać posłów, skoro jest tak dobrze, że sami wyrośniemy z długu i deficytu nic w ogóle nie robiąc?

Tym, którym rozumu całkiem jeszcze nie odebrało powiedzmy w takim razie, jak jest. Otóż, w obecnym stanie prawnym po spadku dynamiki PKB do 2 proc. (a spwolnienie cykliczne jest prędzej czy później nieuniknione) budżet państwa wygenerowałyby ubytek w dochodach rzędu 15 mld PLN; gdyby wówczas wydatki rosły nominalnie w tempie zbliżonym do przyszlorocznego, mielibyśmy skok deficytu budżetu państwa do 65 mld PLN. Faktycznie - jest "radykalnie bezpieczniej", nie ma co gadać.  

2006-11-08 17:32
gospodarka, blogi ekspertów Komentarze (3)
 Oceń wpis
   
Blogomania ogarnia coraz szersze kręgi. Pisze dziś każdy. Nawet ten, co słabo czyta. Trudno się opędzić. Propozycję Money.pl przyjąłem z pewnymi oporami. Chodzi głownie o szczerość. Zapisy w blogu powinny być szczere do bólu. A moje nie będą. O czym z góry uprzedzam.

Część z tego, co myślę muszę zachować na inne okazje: dla siebie, dla przyjaciół, dla odbiorców raportów, którzy płacą mi za to, żeby wiedzieć, co myślę. W sumie - dużo jest tych ograniczeń. Przy tym, nie trafiają mi do przekonania twierdzenia, że zapisy w blogu zwalniają od odpowiedzialności za słowo; że można tu sobie pozwolić na więcej niż w gazecie, czy telewizji. Mój blog z definicji niespecjalnie będzie wiec porywający dla rozgorączkowanych poszukiwaczy pomówień, insynuacji, domysłów, sprzedawców i nabywców plotek, miłośników dosadnych opinii o politykach, kolegach i niekolegach.

Naprawdę nie wiem, czy nie skazuję się na dotkliwą porażkę podejmując się pisania bloga przy tak samobójczych ograniczeniach. Niedługo się przekonamy.

Na początek chciałbym rozwinąć pewne wątki z dyskusji, jaką niedawno na zaproszenie WSE im. Tischnera i Tygodnika Powszechnego miałem okazję odbyć w Krakowie z Leszkiem Balcerowiczem i Andrzejem Zollem. Dla porządku dodam, że się różniliśmy. Ale za to przyzwoicie.

W Polsce odbywa się masowa depolityzacja życia publicznego. Paradoksalna, bo polityka jest niby wszędzie dookoła. Osacza nas ze wszystkich stron. Tak, jakby poza nią nic już nie było. Równocześnie polityka, która dla znakomitej większości ludzi jest przecież ledwie zewnętrznym ograniczeniem dla codziennej aktywności, czymś, co muszą traktować, jako z góry zadane, staje się coraz bardziej wyalienowana. Polityka przestaje być służbą, a coraz bardziej jest powołaniem misjonarzy. Powołaniem dla coraz bardziej charakterystycznej kasty ludzi. Polityka jest dla nich sposobem na życie. Staje się też najłatwiejszym, bo leżącym na ulicy, żerem dla mediów, które rozdmuchują politykę do niewyobrażalnych rozmiarów. Przebrniecie przez telewizyjne wiadomości staje się dla normalnego człowieka wyzwaniem ponad siły.

Problem z naszą dzisiejszą polityką jest taki, że ona nie zagraża demokracji, jako takiej. Nie przesadzajmy. Problem polega na tym, że polityka w Polsce nie respektuje podstawowej reguły liberalnej demokracji, jaką jest świadomość koniecznego samoograniczenia się władzy. Sposób pojmowania przez większość demokratycznego werdyktu, na mocy którego wyborcy przekazali jej rządy, jest zapyziały, anachroniczny i przez to niebezpieczny. Spór w dzisiejszej Polsce nie jest sporem o „politykę historyczną”. To raczej spór cywilizacyjny. Spór o sposób pojmowania polityki w demokratycznym państwie prawa.

Od roku trwa u nas proces wytrwałego kumulowania władzy. Stopień tej kumulacji musi być jak największy. Stąd cel uświęca środki. Wszystkie metody prowadzące do kumulacji władzy są dozwolone. Sformowanie większości – nawet jeśli nieestetycznie pachnącej – jest warte mszy. I nic nie szkodzi, że Ludwik Dorn mija się z prawdą, kiedy twierdzi, że tylko dzięki większości z Lepperem i Giertychem można było rozbić przestępcze układy w komendzie głównej policji czy Ministerstwie Finansów. Logicznie rzecz biorąc, co ma do tego większość rządowa? To co, rząd mniejszościowy nie mógł popędzić skorumpowanych urzędników państwowych? Potrzebny był do tego Lepper z Giertychem?

Zostawmy te bajki bajkopisarzom. Chodzi o to, że oświecona władza pragnie zrealizować swoją wizję świata. Chce, bo ma poczucie misji. Oczywiście, nie trzeba dodawać, że jest to misja szlachetna, jak z hrabiego Monte Christo, kiedy prześladowany i poniżony wymierza sprawiedliwość widzialnemu światu. Wszystkie przeszkody, najzupełniej przecież naturalne w demokracji, piętrzące się na drodze do skumulowania nieograniczonej władzy, a później jej użycia, są przejawem oporu stawianego przez pokomunistyczny układ. Nie ma tu zrozumienia dla prostych i dobrze rozpoznanych procesów uzurpacji władzy, której tak wiele demokracji doświadczyło już przecież w przeszłości w nadmiarze. Nie ma zrozumienia dla respektowanej w liberalnych demokracjach świadomości ograniczeń, jakim - ciesząca się szacunkiem i skuteczna przy tym - władza podlega. Nie ma przebacz dla niezależnych instytucji, których trwanie jest przecież istotą podziału władzy. W załączniku 1 do deklaracji programowej odtworzonej koalicji, który precyzuje cele i zadania rządu koalicyjnego w latach 2006-2009, w punkcie 5, pod literką a pomieszczono np. zapis o „prowadzeniu polityki pieniężnej i finansowej (sic!) przyjaznej dla szybkiego i stabilnego wzrostu gospodarczego, przy zachowaniu niezależności banku centralnego”. Tym ma się zajmować rząd?

Kiedy kumulacja władzy, a nie jej rozproszenie i samoograniczenie, staje się dla polityków celem nadrzędnym, mamy do czynienia z zagrożeniem liberalnej (czyli respektującej prawa obywatelskie, a nie tylko polityczne) demokracji. Niebezpieczeństwa z tym związane, wyczerpująco opisane i dyskutowane po głośnym eseju Fareed Zakaria o rozkwicie nieliberalnych demokracji, opublikowanym w listopadowo-grudniowym zeszycie Foreign Affairs z 1997 roku, nic nie tracą na aktualności. Tylko, co z tego? Próby kruszenia liberalnej demokracji są od czasu do czasu podejmowane wszędzie: w Europie, w Stanach. Ale udają się jakoś tylko w Ameryce Łacińskiej, w Afryce, w niektórych regionach Azji. W ustabilizowanych demokracjach procesowi uzurpacji władzy zapobiegają dobrze zakorzenione instytucje. U nas ich, niestety, nie ma. Jest się czym martwić. Zostaje nam tylko kartka wyborcza. Tyle, że pogarda dla polityki i polityków, depolityzacja życia publicznego, zniechęca ludzi do wyborów. A na niechęci, zmęczeniu, wreszcie zbrzydzeniu wyborców polityką, żeruje sobie nieliberalna demokracja.

W ten sposób „prawo Kopernika” przenika do świata polityki, której jakość zaczyna budzić zażenowanie. Tworzą się autonomiczne enklawy życia publicznego niezależne od polityki. Niektórzy twierdzą, że taką megaenklawą jest dziś w Polsce gospodarka. Ale to nieprawda.

Już trwanie mniejszościowego rządu Belki było dla gospodarki czasem straconym. Po ostatnich wyborach nic się pod tym względem nie zmieniło. Splot okoliczności sprawił, że w latach doskonałej koniunktury gospodarka została zostawiona sama sobie. Radziła sobie całkiem nieźle. Ale koszt utraconych możliwości kumuluje się i odłoży w spektakularny sposób w chudszych latach koniunktury. Ryzyko polityczne, generowane przez „kumulatorów władzy”, jest już dziś widoczne w wycenie wielu polskich aktywów. Udział inwestorów zagranicznych w segmencie SPW spadł w ciągu ostatniego roku z 30 do niespełna 23 proc., niby są u nas dalej, ale jakby ich jednak coraz już mniej; kiedy długie rynkowe stopy procentowe na rynkach bazowych spadały o 40-45 pkt. baz., u nas rosły o 15-20 pkt. baz.; złoty wisi na nadziejach inwestorów na koniec fazy podwyżek stóp procentowych na rynkach bazowych i nikt nie ma wątpliwości, że zostałby poważnie poszkodowany, gdyby Fed i EBC postąpiły jednak inaczej; wycena polskich aktywów nie odbiega poważnie od wyceny w całym naszym regionie, chociaż mamy zasadniczo lepsze fundamenty makroekonomiczne od Czechów, czy Węgrów.

Polityka w Polsce wpływa już od dłuższego czasu negatywnie na gospodarkę, choć nadal nie chcą tego dostrzec ani politycy, ani leniwi analitycy. Dopóki nie ma łupnięcia na giełdzie, euro nie kosztuje 5 złotych, a rentowności nie dochodzą – jak w kwietniu 2005 – do 8 proc. – ględzi się dużo i chętnie o uniezależnieniu się gospodarki od polityki. Ale to minie. Szybciej niż wielu z ględzących sądzi. W drugiej połowie 2007 roku tempo wzrostu może spaść do 3,0-3,5 proc. w ujęciu rok do roku. Pełnia władzy – łącznie z NBP i Trybunałem Konstytucyjnym - będzie już wówczas tam, gdzie być powinna. Zobaczymy, jak skumulowana władza upora się z reformami strukturalnymi w warunkach wolniejszego wzrostu i wyższej inflacji. Jaka wtedy będzie misja władzy?

Na dziś, w dziedzinie gospodarki, ta misja została doskonale ujęta w punkcie 10 załącznika do deklaracji programowej Solidarne Państwo. Ten punkt definiuje pojęcie „suwerenności gospodarczej”. Czyni to w stylu prawdziwie XIX-wiecznej autarkii gospodarczej, gdzie wszystkie punkty od a do g brzmią, jak dzwonki alarmowe. Zbudowanie gospodarki według prezentowanej tam recepty jest najprostszą drogą do trwałej utraty konkurencyjności. Tu konkuruje się tanimi kosztami pracy, bazą podatkową, a nie produktywnością. Mówi się o otwarciu rynków pracy dla Polaków, ale ani słowem nie wspomina o otwarciu rynku pracy w Polsce. Jeśli z koncepcji kumulacji władzy politycznej wyłonić się ma taka wizja ustroju gospodarczego Polski, członka UE, gdzie bezpieczeństwo energetyczne budowane ma być „w zasadniczej części na krajowych zasobach surowcowych i energii odnawialnej”, to chroń nas panie Boże.
2006-11-06 14:14
gospodarka, blogi ekspertów gospodarka, solidarne państwo, nbp, fed, ebc Komentarze (2)