O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

2006 był rokiem naprawdę dobrym dla światowej gospodarki. Dla niektórych regionów, na przykład dla starej Europy, w ogóle najlepszym od wielu, wielu lat. Przyczyny tego były różne i nie sposób zamknąć ich w jednym zdaniu. Czasem było to odłożonym w czasie efektem pobudzania gospodarki przez stopy procentowe utrzymujące się rekordowo długo na niespotykanie niskich poziomach (Stany Zjednoczone, strefa euro, Japonia, Chiny). Niektóre kraje korzystały na boomie surowcowym (Rosja) tak bardzo, że mogły pozwolić sobie nie tylko na budżetową szczodrość, ale i wcześniejszą spłatę zadłużenia zagranicznego. W ten sposób ci, którzy tracili na wysokich cenach surowców, mogli nieraz poprawić swoją pozycję fiskalną. A zdarzyło się nawet, że poszczególne kraje, ważne dla gospodarki światowej (jak na przykład Niemcy), zbierały żniwo wcześniej zainicjowanych reform strukturalnych. Naprawdę, to był wyjątkowy rok. Niby dla każdego inny, ale tak samo pozytywnie zaskakujący.

Ogólnie rzecz ujmując mieliśmy wszędzie do czynienia z połączeniem dość rzadko spotykanych w jednym zestawie składników: wysokiemu tempu wzrostu gospodarczego towarzyszyła bowiem niska inflacja cen konsumpcyjnych, spadające bezrobocie i ostro rosnące wyceny aktywów. W niejednym przypadku, jak choćby Chin, ten zestaw wyglądał wprost szokująco: minimalna inflacja, przy 11 proc. wzroście i – jak na warunki chińskie – niskim, poniżej 10 proc. bezrobociu.

Czy tak już teraz będzie zawsze?

Z takiego obrotu rzeczy pełnymi garściami czerpali konsumenci, przedsiębiorcy, inwestorzy. W podobnie sprzyjających warunkach w Chinach dziennie wydobywa się z obszaru ubóstwa około 1 mln ludzi. Gdzie indziej z kolei, jak choćby w Hiszpanii, giełda urosła o ponad 30 proc.. Prawie wszędzie mieliśmy więc do czynienia z poprawą, choć zawsze dopasowaną do lokalnej skali. To „prawie” bierze się stąd, że jest w gospodarce światowej jeden region wyłączony praktycznie z jakichkolwiek korzyści szybkiego wzrostu w skali globalnej. Większość Afryki, w powszechnym odczuciu ekonomistów, polityków, działaczy humanitarnych, jest obecnie regionem straconym. To dziś prawdziwy wrzód na sumieniu ludzkości.

Korzystny układ czynników makroekonomicznych spowodował znaczącą intensyfikację badań nad wpływem globalizacji na gospodarkę światową. Legiony akademickich ekonomistów ruszyły do poszukiwania odpowiedzi na pytanie: dlaczego wzrost gospodarczy przekraczający nieraz poziom potencjału, a także spadek bezrobocia poniżej wielkości powszechnie przyjmowanej za krytyczną, gdzie – jak uczą w szkołach – powinna wystąpić presja na wzrost płac, nie wywołał skoku inflacji, ani też – jak do tej pory - nie zakończył się falą podwyżek wynagrodzeń, podmywającą konkurencyjność. Rok 2006 był drugim lub trzecim z rzędu, który zaowocował wieloma ważnymi pracami, przybliżającymi nas do odpowiedzi na pytanie: czy tak już będzie teraz zawsze? Jedno jest pewne: globalizacja zmienia otoczenie makroekonomiczne, ale nie potrafimy jeszcze wyjaśnić jak i czy jest to zjawisko nieodwracalne.

 

PKB w proc.

Inflacja, CPI, koniec okresu

 

2006

2007

2008

2006

2007

2008

USA

3,3

2,3

2,5

2,5*)

2,3*)

1,8*)

Euro

2,6

1,8

2,1

2,2

1,8

1,6

Japonia

1,9

1,5

1,7

1,1

1,8

1,5

Chiny

11,0

9,5

9,0

4,1

3,8

3,5

Polska

5,5

4,6

4,5

1,8

2,2

2,4

*)core CPI (z wyłączeniem energii i żywności)

źródła: WEO, IMF, Sept. 2006; prognozy własne

 

Bardziej konwencjonalnie

Przyszły rok powinien zbliżyć nas już nieco do bardziej konwencjonalnego układu proporcji makroekonomicznych. Będziemy mieli nieco wolniejszy wzrost, nieco wyższą inflację i przyhamowanie poprawy na rynku pracy. Będzie to jednak nadal solidny wzrost w skali globalnej i nadal relatywnie niska inflacja. Wyraźnie da się przy tym zauważyć, że ciężar utrzymania wzrostu przesunie się z krajów rozwinięty, na te rozwijające się. W najwięcej ważących w skali światowej, wysoko uprzemysłowionych regionach, w Stanach Zjednoczonych, strefie euro, w Japonii, tempo rozwoju gospodarczego spadnie o blisko 1 pkt. proc., a utrzymanie ok. 4,5 proc. światowego wzrostu wezmą na siebie kraje rozwijające się, w tym również nasz region.

Powinno być dla nas pocieszające, że rozwój sytuacji makroekonomicznej w Polsce wyraźnie podąża za głównym nurtem w gospodarce światowej. Inaczej mówiąc, o ile odstajemy pod pewnymi względami zarówno od standardów politycznych obowiązujących w krajach demokratycznych (niestety), jak i w autorytarnych reżimach (na szczęście), o tyle pod względem zachowań uczestników rynku i postępowania podmiotów gospodarczych, stajemy się coraz bardziej podobni do całej reszty świata. Trzeci rok uczestnictwa w Unii Europejskiej robi swoje: autonomia procesów gospodarczych ich wrażliwość na lokalne czynniki ryzyka, staje się coraz mniejsza. Ekonomiści mówią o tym niezbyt ładnie, że gospodarka nam się internacjonalizuje.

Środowisko makroekonomiczne w Polsce w latach 2006 - 2007 scharakteryzować można najkrócej w następujący sposób: relatywnie szybki wzrost, stabilna sytuacja na rynku pracy i wciąż niska inflacja. Równocześnie kierunek zmian, między rokiem 2006 a 2007 również odpowiada trendom globalnym: będziemy rozwijać się nieco wolniej przy nieco wyższej inflacji. Słowem: żadnej katastrofy na tym krótkim horyzoncie nie widać.

Mapa ryzyk

W zasadzie są tylko dwa czynniki ryzyka dla zarysowanego wyżej scenariusza makroekonomicznego. Oba mają charakter globalny.

Po pierwsze – kłopotów gospodarce światowej, a więc, niestety i naszej, mogłoby przysporzyć ostrzejsze niż powszechnie oczekiwane spowolnienie tempa wzrostu gospodarki amerykańskiej. Wciąż dużą niepewnością obciążona jest sytuacja na tamtejszym rynku nieruchomości. Ostry wzrost tego rynku w ostatnich latach, podobnie jak wzrost na giełdzie, mocno wspierał (poprzez tzw. efekt bogactwa) prywatną konsumpcję, odpowiedzialną za blisko 80 proc. amerykańskiego PKB.

Jeśli dynamika konsumpcji w wymiarze realnym spadnie znacząco poniżej 2 proc., wzrośnie z pewnością krajowa stopa oszczędności. Sprzyjać to będzie przywróceniu równowagi globalnej (pod warunkiem, że kraje azjatyckie, w tym głownie Chiny równocześnie zwiększą konsumpcje i ograniczą oszczędności). Tyle, że na krótka metę spadek dynamiki konsumpcji z ponad 3 do poniżej 2 proc. oznaczałby obniżenie się w 2008 roku tempa wzrostu poniżej potencjału (2 proc.). Tak niskie tempo wzrostu pociągnęłoby za sobą korektę na giełdzie.

Gdyby Fed ociągał się wówczas z obniżką stóp procentowych odwrócenie krzywej dochodowości (długoterminowe rynkowe stopy procentowe poniżej stóp krótkoterminowych) mogłoby się pogłębić. To z kolei oznaczałoby mniejsze zainteresowanie inwestorów zakupem amerykańskich obligacji. Musiałoby to osłabić dolara, w którym denominowane jest nadal około 62 proc. światowych rezerw dewizowych, do poziomu poniżej 1,40 za euro. Byłyby to nie tylko wymierne straty dla krajów azjatyckich, kumulujących aktywa dolarowe. Ponieważ 5 proc. wzrost wartości euro wobec handlowo ważonego koszyka walut odpowiada ok. 125 pkt. podwyżek stóp procentowych, po uwzględnieniu podwyżek dokonanych do tego czasu przez EBC, nominalne stopy procentowe w strefie euro wzrosłyby do ponad 5 proc., a to z pewnością negatywnie odbiłoby się na tempie wzrostu w Europie po roku 2007.

Po drugie – czynnikiem ryzyka dla światowej gospodarki nie przestaje wciąż być geopolityka. Większość znanych mi prognoz posługuje się, jako daną egzogeniczną, projekcjami cen paliw na najbliższe dwa lata mieszczącą się w przedziale 60-67 dol. za bryłkę (NBP w projekcji inflacyjnej – 67 dol.). Ceny znacząco przekraczające górny przedział prognoz cen ropy osłabiłyby wzrost i podniosły inflację. Przy cenie 80 dol. za baryłkę prognoza światowego PKB musiałaby zostać obcięta o 1 pkt. proc., a prognoza inflacji podniesiona o 0,25 pkt. proc.

Na szczęście prawdopodobieństwo zmaterializowania się obu tych ryzyk nie jest zbyt wielkie. Gospodarka amerykańska znajduje się na ścieżce „miękkiego lądowania”. Fed będzie mógł zacząć obniżać stopy procentowe z obecnego poziomu (5,25 proc.) jeszcze w pierwszej połowie roku, dochodząc do 4,75 proc. na koniec roku., co będzie sprzyjać wzrostowi gospodarczemu do poziomu potencjału w latach 2008-2009.

W Europie, po spowolnieniu tempa wzrostu w przyszłym roku (podniesienie VAT w Niemczech oznacza przejściowy spadek siły nabywczej gospodarstw domowych w tej największej gospodarce strefy o 1,1 proc. PKB), nastąpi powrót do dynamiki PKB sięgającej 2 proc. w latach 2008-2009. Nie sądzę, żeby EBC podniósł stopy procentowe powyżej 4 proc.. Inflacja w Niemczech na koniec 2008 roku spadnie do 0,8 proc. I jest to - wsparty na dodatek prognozami powrotu inflacji do celu w całej strefie - poważny argument za ostrożnym obchodzeniem się ze stopami przez EBC.

Nie wykluczam przy tym, że jeszcze w pierwszej połowie przyszłego roku kurs dolara wobec euro przekroczy historyczne maksimum 1,3660 sięgając nawet 1,40. W dalszej części roku, w miarę poprawy prognoz wzrostu w Stanach i stabilizacji inflacji, euro osłabi się jednak wobec dolara na powrót do poziomu 1,20.

Warto też pamiętać, że tak naprawdę dolar najwięcej będzie tracił najwięcej nie w relacji do euro, ale wobec walut azjatyckich i – szerzej - krajów rozwijających się, w tym naszego regionu. Zawdzięczać to będziemy różnicom w tempie wzrostu i rosnącemu dysparytetowi stóp procentowych po obniżkach dokonanych w przyszłym roku przez Fed. Mistrzem świata w kategorii siła waluty, to dolar prędko już raczej nie zostanie.

Już z katarem, jeszcze bez grypy

A co grozi nam? W przyszłym roku „lekki katar”, czyli wolniejsze tempo wzrostu i nieco wyższa średnioroczna inflacja. W drugiej połowie roku tempo wzrostu w ujęciu r/r (między innymi za sprawą wysokiej bazy z 2006) spadnie do 3,0-3,5 proc.. Inflacja, jeśli dobrze pójdzie, nawet w okresie niekorzystnej bazy nie powinna jednak przekroczyć 2,5 proc.. Jeśli uda się utrzymać w ryzach oczekiwania inflacyjne i zapobiec wzrostowi wynagrodzeń przewyższającemu wzrost wydajności pracy, nie zagrozi nam utrata konkurencyjności, czyli z kataru nie wykluje się grypa.

Złoty, który od dłuższego czasu porusza się w ślad za euro, szczególnie ostro umacniać się będzie wobec dolara. W pierwszej części 2007, dolar stale kosztować powinien poniżej 3 PLN, osiągając nawet na przełomie I i II Q wartość 2,50 PLN. Znaczące przepływy środków z UE i z transferów prywatnych (łącznie ok. 5 mld euro w pierwszym półroczu 2007), połączone z częściową wymianą dewiz na rynku, sprzyjać też będą utrzymywaniu się trendu aprecjacyjnego wobec euro, ktorego kurs może sięgać wówczas wartości 3,65-3,70 PLN.

Osłabienie złotego nadejdzie na przełomie II i III Q 2007 wraz ze wzrostem ryzyka fiskalnego, niższymi przepływami funduszy, spowolnieniem tempa wzrostu i wyższą inflacją. Średnioroczne poziomy kursów ukształtują się pomimo tego na relatywnie korzystnych, w zestawieniu z tym rokiem, poziomach.

Dobry nastrój utrzyma się nadal wśród inwestorów na rynku długu. Sprzyjać temu będzie sytuacja na rynkach bazowych. Krzywa amerykańska jest odwrócona na odcinku 2-10 lat już od ponad roku i taka pozostanie co najmniej do pierwszych obniżek stóp przez Fed. Krzywa brytyjska jest odwrócona na całej długości. Na przełomie 1 i 2 dekady października mieliśmy też do czynienia, po raz pierwszy od ponad 6 lat, z chwilowym odwróceniem się krzywej na odcinku 2-10 lat w strefie euro, co jest wydarzeniem precedensowym. Krótki koniec jest zakotwiczony na oczekiwaniach na kolejne podwyżki stóp przez EBC, podczas gdy na spadek rentowności na długim końcu pracuje duży popyt, generowany przy mniejszej od oczekiwań podaży (lepsza pozycja fiskalna) przez inwestorów instytucjonalnych. Odwrócenie się krzywej w strefie euro może nie być jedynie incydentem. Inwersja utrzymująca się przez jakiś czas spowodowałaby istotne zmiany w portfelach inwestorów w segmentu real money, którzy zazwyczaj nastawieni są na stromą krzywą.

Przy rentownościach rzędu 3,70 proc. w strefie euro, 4,55 proc. w Anglii i 4,57 proc. w Stanach dla obligacji 10-letnich, przedział 5,0-5,15 dla naszych obligacji pozostawałby wciąż relatywnie atrakcyjny. Ryzyko fiskalne i kursowe w pierwszej połowie 2007 roku będzie przecież limitowane.

Gdyby nie ryzyko związane z wyceną przez inwestorów naszej konwergencji do euro, przy obecnych oczekiwaniach dotyczących krótkich stóp, ograniczeniach podaży i dużym popycie, również nasza krzywa mogłaby już być odwrócona. Oznaczałoby to, że inwestorzy prawidłowo wyceniają prawdopodobieństwo spowolnienia wzrostu i niskiej inflacji. Ponieważ jednak ryzyko dekonwergencji, związane głównie z niepewną datą wejścia do strefy euro, istnieje, spodziewać się można co najwyżej dalszego wypłaszczania się krzywej.

Wyniki spółek z sektora niefinansowego, jak również banków, są najlepsze od lat. Podaże spółek SP z IPO (jedna oferta w całym 2006 roku) i prywatne oferty na rynku pierwotnym nadal nie nadążają za popytem. W zasadzie każdy debiut jest w takiej sytuacji murowanym sukcesem. Rynek giełdowy zareaguje głębszą korekta dopiero na wzrost inflacji i spadek tempa wzrostu gospodarczego w drugiej połowie 2007. Do tego czasu WIG 20 powinien poruszać się w przedziale 3200- 3 500 pkt.

Lata 2008-2009, po ustąpieniu lekkiego kataru, powinny już być na powrót lepsze dla gospodarki światowej. Oby takie też były dla Polski.

(Pełna wersja tekstu, wraz z prognozami głównych wskaźników makroekonomicznych dla Polski ukaże się w najbliższym numerze Newsweeka)

 

 

 

 

 

 

2006-12-26 15:19
gospodarka, blogi ekspertów 2006-2007, makro Komentarze (9)
 Oceń wpis
   
 

Zagrożenia są cały czas te same, do nich doszły inwestycje, które wzrosły znacznie w poprzednim kwartale i zapewne dynamicznie rosną w tym. To inwestycje nie w maszyny i urządzenia, a raczej w szeroko pojęte maszyny i urządzenia. Dlaczego to stanowi zagrożenie? Takie inwestycje napędzają popyt, a same dają efekty podażowe w późniejszym terminie" - powiedziała cytowana przez PAP Halina Wasilewska-Trenkner.

Bywają takie wypowiedzi, które wolno przeczytane wprawiłyby z pewnością w osłupienie nawet ich autorów. Oto, pani Wasilewska-Trenkner, twórczo zresztą rozwijająca mętny komunikat po ostatnim w tym roku i ostatnim dla Balcerowicza posiedzeniu RPP, do zagrożeń dla przyszłej inflacji, płynących z zacieśniającego się rynku pracy, dorzuca naraz rosnące w blisko 20 proc. tempie inwestycje.

Wygląda na to, że kiedy rośnie konsumpcja jest kiepsko, bo rośnie presja popytowa; a kiedy rosną inwestycje też jest kiepsko, bo przed efektami podażowymi i tak najpierw nadciągną popytowe. W sumie więc wychodzi i tak na jedno: „inflacja nas zabije”.

Ten nowatorski wkład w teorię polityki monetarnej uzupełniony jest nieco mglistym rozróżnieniem między inwestycjami „w maszyny i urządzenia” i „szeroko pojęte maszyny i urządzenia”. Inwestycje szeroko pojęte są dla inflacji groźne, wąsko pojęte – wolno przypuszczać – już nie tak bardzo.

Stosując nieco bardziej konwencjonalna analizę, na podstawie danych publikowanych przez GUS, powiedziałbym jednak, że w polskiej gospodarce następuje typowa substytucja pracy przez kapitał. Ponieważ koszty pracy szybko rosną, a koszty pozyskania kapitału są relatywnie niskie – przedsiębiorcom opłaca się bardziej inwestować w maszyny niż w podnoszenie płac pracownikom. Potwierdzają to nieco bardziej zdezagregowane dane na temat wynagrodzeń, które pokazują, że płace rosną wciąż znacznie wolniej w przemyśle przetwórczym (gdzie najintensywniej następuje substytucja) niż w całej gospodarce (w usługach o taką substytucję znacznie trudniej). Stąd właśnie bierze się tak duża dynamika inwestycji. Te inwestycje sprzyjają podniesieniu potencjalnego PKB. Zmniejszają więc bez wątpienia zagrożenia inflacyjne, pozwalając absorbować bez generowania presji inflacyjnej wyższe tempo bieżącego PKB.

Krajowa luka popytowa będzie się dzięki temu domykała wolniej. Warto zresztą przy tej okazji powtórzyć raz jeszcze, że wrażliwość inflacji w Polsce na krajowa lukę popytową, za sprawą – przepraszam za słowo – internacjonalizacji naszej gospodarki wyraźnie w ostatnim okresie maleje. Badanie przeprowadzone przez Jacka Kotłowskiego (BRE i SGH), wykorzystane w naszym jeszcze nie publikowanym tekście dla „Rzeczpospolitej”, pokazują, że od września 2002 w kategorii towarów podlegających wymianie handlowej, wchodzących do koszyka CPI, mamy bez przerwy deflację w ujęciu rok do roku, która od listopada 2005 stale przekracza imponujące 3 pkt. proc.. W tym samym czasie, kiedy w kategorii tradables odnotowujemy deflację, ceny dóbr nie podlegających wymianie rosną w ujęciu rocznym od 1 do 3 pkt. proc.. To właśnie suma tych dwóch znoszących się trendów cenowych sprawia, że pomimo ponad 5 proc. wzrostu i takiego samego wzrostu płac ogólny wskaźnik CPI od lipca 2005 oscyluje poniżej (nieraz głęboko poniżej) dolnej granicy celu inflacyjnego.

Jeśli pani Wasilewska wie coś o przyszłej inflacji, co wykraczałoby poza te empiryczne obserwacje i wskazywało, że w najbliższym czasie „inflacja nas zabije”, byłoby dobrze, żeby nam te rewelacje ujawniła. Zagrożenia płynące dla inflacji z inwestycji w „szeroko pojęte maszyny i urządzenia”, to ciut jednak za mało, jak na centralnego bankiera. 

 

2006-12-21 11:04
gospodarka, blogi ekspertów inflacja, inwestycje, wasilewska-trenkner Komentarze (7)
 Oceń wpis
   

To, czego dokonał pan prezydent nominując na stanowisko prezesa NBP pana Sulmickiego, który po upływie jednego dnia „wycofał swoja zgodę na kandydowanie z powodów rodzinnych”, jest igraniem z powagą państwa. W poważnym państwie taka wpadka nie miałaby prawa się zdarzyć. Jeden z najważniejszych urzędów w Polsce nie zasługuje na takie traktowanie. My wszyscy też nie zasługujemy na takie traktowanie.

Ludzie obchodzący się a państwem w sposób tak karygodny uwłaczają powadze sprawowanych urzędów. Bo powaga urzędu prezydenta wymaga, by kandydat na szefa banku centralnego był przed nominacją sprawdzony i zapytany o to, czy nie zamierza się  czasem wycofać po uruchomieniu procedury wyboru ani „z powodów rodzinnych”, ani z żadnych innych. Ludzie, którzy tego nie rozumieją są niebezpieczni. Generują koszty, które następnie ponosimy my wszyscy.

Zamieszania towarzyszącego obsadzeniu stanowiska prezesa NBP naprawdę nic nie uzasadnia. Ryzyka związanego z niepewnością przy tej nominacji można było z pewnością uniknąć. Ale stało się inaczej. Wybór nowego szefa banku centralnego przebiega, bez najmniejszego uzasadnienia, w coraz bardziej nerwowej atmosferze. Towarzyszą mu podejrzliwość, niejasność, dokładnie takie same, jak te, które panoszą się w życiu publicznym od co najmniej roku.

Może, gdyby pan prezydent posłuchał niektórych suflerów, podsuwających mu nazwiska kandydatów, byłoby jednak bardziej normalnie, niż wtedy, kiedy najważniejszym tytułem do sprawowania urzędu staje się to, że nikt kandydata nie popiera? Bo to chyba nie jest normalne.

2006-12-14 22:51
gospodarka, blogi ekspertów prezes nbp, prezydent Komentarze (5)
 Oceń wpis
   
Mamy bardzo dowcipnych decydentów, na bardzo wysokich stanowiskach, gdzie podejmowane są bardzo ważne decyzje gospodarcze. Głęboka wiedza i zrozumienie dla procesów ekonomicznych, w pełni usprawiedliwia posługiwanie  się przez nich w kontaktach z gawiedzią ironią najwyższej próby, którą docenić potrafią tylko prawdziwi koneserzy. Tytułem ilustracji zebrałem dla państwa dwa takie cytaty z jednego tylko dnia. Autorem pierwszej wypowiedzi jest członek Rady Polityki Pieniężnej, prof. Marian Noga. Autorką drugiej perełki humoru jest niezastąpiona pani wicepremier-minister finansów, prof. Zyta Gilowska.

Zacznijmy od pana Nogi. Oceniając dane o III kw., trzeba powiedzieć, że to już szósty kwartał systematycznego wzrostu PKB, co powoduje, że luka popytowa się domyka. Jednocześnie chciałbym podkreślić, że moim zdaniem nieprawdziwe jest twierdzenie, jakoby krajowa luka popytowa była mniej ważna dla procesów inflacyjnych niż zagraniczna, bowiem PKB jest przecież obrazem wykorzystania krajowych zasobów produkcji" – powiedział PAP jeden z najbardziej zabawnych członków RPP. No, bo to musi być dowcip. I to najwyższego lotu. Pan profesor doskonale przecież wie, że luka popytowa domyka się nie wtedy, kiedy PKB rośnie „systematycznie”, ale wówczas, gdy tempo wzrostu obserwowanego PKB przekracza PKB potencjalny. Dla ułatwienia dodajmy, ze potencjał PKB jest wielkością nieobserwowalną, podlegającą zmianom, między innymi w wyniku zmian strukturalnych zachodzących w gospodarce.

Dla pełnej jasności dorzućmy, że w ujęciu rok do roku gospodarka rozwija się nam coraz szybciej nie 6, tylko 7 kwartał z rzędu. Z tym, że dla ustalenia trendu PKB ekonomiści posługują się danymi odsezonowanymi, kwartał do kwartału. A tu – wedle najnowszych danych GUS, które nieraz jeszcze będą rewidowane – od siedmiu kwartałów dynamiki wyglądają następująco: 1,0%.; 0,6%; 1,4%; 1,5%; 1,3%; 1,2%; 1,6%. Coś niesystematyczna jakaś ta systematyczność.

Ale to jeszcze nic. Prawdziwa perełka, to dopiero stwierdzenie oddające niezgodę profesora na globalizację, odciskającą swe ohydne piętno na krajowej inflacji. Otóż, pan profesor stwierdza, że „PKB jest przecież obrazem wykorzystania krajowych zasobów produkcji”. Aby docenić powalający humor tego argumentu, nie trzeba nawet odwoływać się do klasycznych podręczników ekonomii z XIX wieku. Wystarczy postawić sobie przed oczami przykład państwa tak bogatego w krajowe zasoby produkcji, jak Szwajcaria lub Luksemburg, żeby zrozumieć, że profesor musi sobie nieźle z nas kpić. No, bo przecież nie z siebie, prawda?

A teraz zbadamy siłę dowcipu pani wicepremier-koordynator polityki gospodarczej w Polsce. Czy nie obawia się pani, że rząd się z tego wycofa? – zapytali z troską Zytę Gilowską dziennikarze Rzeczpospolitej, zainteresowani obietnicą obniżki pozapłacowych kosztów pracy w latach 2008-2009.

I co usłyszeli? Że rząd się do takich obniżek zobowiązał w zaktualizowanym programie konwergencji, przekazanym Komisji Europejskiej. A dalej, to już musi być niestety dosłowny cytat: „Poprzednia zmiana stanowiska nastąpiła w okresie mojej nieobecności w rządzie. Ministrowie nie uwierzyli, że jest możliwość sfinansowania tego planu, no i parę złotych skierowano na inne cele. Teraz sprawa jest poważniejsza, ponieważ złożyliśmy zobowiązanie, a Polska z międzynarodowych zobowiązań się raczej nie wycofuje. Polacy są niebywale honorowi. My potrafimy wracać do zobowiązań, które były podjęte w czasie II Rzeczpospolitej.”

Tu jest posadzony dowcip na dowcipie. Piętrowo. Po pierwsze – jest oczywiście cienkim żartem, że Komisja Europejska interesuje się zobowiązaniem obcięcia klina podatkowego, wpisanym przez polski rząd do programu konwergencji. KE interesują wyłącznie skutki finansowe takiej obietnicy. Dla ułatwienia dodajmy – negatywne dla budżetu. Nie będzie tych kosztów – program będzie dla KE bardziej wiarygodny. I tyle. Po drugie – naprawdę zabawny jest upór, z jakim pani minister finansów wraca do opowieści, o tym, że wszystko było zbilansowane już w budżecie na 2007 rok, tylko chłopaki w rządu to rozgrabili podczas jej przymusowego urlopu. Co rozgrabili? 12 mld brutto, których nigdy nie było? Po trzecie – czegoś równie śmiesznego, jak uzasadnienie konwergencji fiskalnej poczuciem honoru Polaków, nawet Gogol by nie wymyślił. Nie ma co tego rozwijać. To musi być dowcip. I to taki wzniosły. Zamiast programu oszczędności finansujących proponowane ubytki w dochodach budżetu na szalę rzucany jest honor Polaków. Boję się tego komentować. Naprawdę.

Może tylko dodam na koniec, że naprawdę się cieszę. Zamiast nerwowych ponuraków na najwyższych stanowiskach mamy wyluzowanych zgrywusów, dźwigających z wdziękiem ciężar ważkich gospodarczych decyzji.

2006-12-11 18:33
gospodarka, blogi ekspertów gilowska, noga Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Dość łatwo odpowiedzieć na pytanie: czy pani Zyta Gilowska, jedyny wicepremier gospodarczy i minister finansów miałaby powód, by podać się do dymisji. Oczywiście, ze tak. Miałaby takich powodów aż nadto. Przy czym chodzi wyłącznie o sprawy merytoryczne, które utrudniają lub wręcz uniemożliwiają prowadzenie rozsądnej polityki gospodarczej. Zostawmy domysły o jej pozamerytorycznych motywacjach, bo tak naprawdę nic tu nie jest pewne. Skupmy się na rzeczach dobrze rozpoznanych.

Skuteczny polityk, to ktoś, kto nie rzeźbi w materii faktów, kto ich nie przeinacza, nie nagina tak, by pokazać, jaki jest wspaniały. To ktoś, kto konsekwentnie realizuje swoje pomysły na dobrą gospodarkę, wykorzystując sprzyjające warunki makroekonomiczne.

W tym rządzie wszystko, co związane z wprowadzeniem rozwiązań proefektywnościowych idzie wprost, jak po grudzie. A wszystko, co wsteczne, co hamuje i obciąża gospodarkę wylewa się obfitym strumieniem z zaplecza parlamentarnego rządu lub nawet z samych resortów. Pomijając estetyczne zbrzydzenie koalicją, co w takich warunkach może zrobić ktoś, kto naprawdę chciałby pchnąć gospodarkę na tory modernizacji? A wciąż jeszcze chcę wierzyć, że właśnie kimś takim chciała być pani Gilowska.

Naprawdę, w tej koalicji, w tym rządzie, problemem nie jest obniżka pozapłacowych kosztów pracy i równoległa redukcja PIT, kosztująca łącznie ok. 21 mld PLN. Skala oszczędności koniecznych dla zbilansowania ubytków w dochodach budżetu rzędu 2 proc. PKB przekreśla możliwość wprowadzenia takich ambitnych planów w życie podczas kadencji obecnego parlamentu. Trzeba uznać wagę nieodpartych argumentów. Nie ma to nic wspólnego z kapitulanctwem.

Trzeba po prostu mieć odwagę powiedzieć, że nic z tego nie będzie. Trzeba przestać mamić opinię publiczną mirażami strukturalnych reform, które zrobią się i sfinansują same, bez udziału skłonnych do ich przeprowadzenia, świadomych konsekwencji polityków. Realistyczne myślenie o ograniczeniach, jakim poddany jest w obecnym układzie politycznym koordynator polityki gospodarczej jest warunkiem koniecznym do tego, by w ogóle zrobić cokolwiek.

A robić jest naprawdę co. Bo ktoś musi się przeciwstawiać fali najgłupszych pomysłów, które z uporem godnym lepszej sprawy usiłują obniżyć tempo wzrostu, podkopać konkurencyjność, zniszczyć dobre proinnowacyjne rozwiązania zainicjowane nieraz lata temu. Trzeba przygotować kraj na gorszą koniunkturę, bez względu na to, na jaka władza na nią trafi. W potyczce ze wstecznictwem gospodarczym ewentualna dymisja wicepremiera gospodarczego mogłaby być ważkim argumentem.

O co dziś warto się bić?

O uratowanie reformy emerytalnej, którą chce bezpowrotnie zniszczyć pani mianowana na ważne stanowisko rządowe z rekomendacji Samoobrony.

O powstrzymanie zapędów komisji sejmowych, które przy czynnym wsparciu Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych, bijąc się z rządem o podniesienie płacy minimalnej do 50 proc. średniego wynagrodzenia, chcą wygonić z Polski wszystkich ludzi poniżej 25 roku życia, którym proponuje się tutaj 50 proc. bezrobocie.

O dopuszczenie prywatnych inwestorów do budowy autostrat w Polsce, tak aby jak największa część z ograniczonego przecież zasobu funduszy unijnych mogła być inwestowana nie w „beton”, ale w „mózgi”, czyli w edukację na szczeblu podstawowym, co jest najlepszym sposobem podniesienia konkurencyjności gospodarki.

O zapobieżenie planom podnoszenia przez ministra zdrowia na wszelkie możliwe i niemożliwe sposoby parapodatków, ładowanych następnie w tę dziurę bez dna, jaką jest nieograniczony popyt na bezpłatne usługi medyczne.

O takiego ministra skarbu, który nie będzie wpisywał do statutu spółek kontrolowanych przez rząd prawa do ponoszenia strat „w przypadku ważnych względów państwowych”. O kogoś na tym stanowisku, kto zrozumie, że prywatyzacja oznacza nie tylko efektywność, ale też ograniczenie podaży SPW, co wpływa na wielkość długu publicznego i obniżenie rynkowych stóp procentowych.

Za takie i podobne sprawy, których znacznie więcej wskazać potrafi każdy człowiek mający kontakt z rzeczywistością  warto dziś w Polsce polec, kładąc na szali funkcję wicepremiera-ministra finansów. Pora zrozumieć, że to są te jedyne naprawdę „wielkie” sprawy, jakie w obecnym układzie większościowym ma do załatwienia ktoś, komu leży na sercu dobro Polski. Większych nie ma. Są czystą iluzją.

2006-12-07 22:08
gospodarka, blogi ekspertów gilowska, dymisja, czkawka Komentarze (4)