O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

Dość wysoko oceniam komunikat po styczniowym posiedzeniu RPP. Po raz pierwszy od dawna nie było też widać niespójności między decyzją, jej uzasadnieniem w komunikacie i wystąpieniami członków Rady na konferencji prasowej. Zbieg wielu szczęśliwych okoliczności? Zapewne, ale też niezły prognostyk na przyszłość.

W komunikacie, obok tego, czego nie trzeba (powielanie biuletynów GUS), jest też – i to chyba najważniejsze – wszystko, co trzeba. Ne znajduję dla tego, co stało się po posiedzeniu inaugurującym nowe przewodnictwo w Radzie lepszego sformułowania, niż angielskie: low expectations – high delivery.

Po pierwsze – jest wreszcie bilans ryzyk; po drugie – jest (choć formalnie już go przecież nie ma) nastawienie w polityce pieniężnej, pozwalające korygować oczekiwania uczestników rynku; po trzecie – jest jednoznaczne zdystansowanie się od wyników styczniowej projekcji inflacyjnej, szczególnie w jej krótkim horyzoncie czasowym, z nazwaniem przyczyn, dla jakich projekcja zawyża wskazania inflacji. Po czwarte - jest też przywołanie (choć nie wprost) wyników uzyskiwanych z modelu zespołu Ryszarda Kokoszczyńskiego, który pokazuje inny przebieg inflacji niż podstawowy model ECMOD. Po piąte - w części bilansowej komunikatu natykamy się na wzmiankę o dobrach podlegających wymianie międzynarodowej, jako jednej ze składowych procesu globalizacji, osłabiających presję inflacyjną. Czego więcej chcieć na początek?

Bilans ryzyk układa się dla inflacji pomyślnie. Z kontekstu można jednak wnosić, że gdyby nastawienie istniało byłoby restrykcyjne, co oznacza tyle, że zdaniem Rady prawdopodobieństwo podwyżek stóp procentowych jest większe niż ich obniżek. Nikt przytomny polemizować z tym przecież nie będzie. Jest też jasne, że większość Rady uznaje fakt, że w krótkim okresie czasu wskazania modelu ECMOD są zdecydowanie gorsze niż prognozy eksperckie, a zmienia się to dopiero w długim okresie, kiedy model zaczyna już lepiej oddawać rzeczywisty przebieg ścieżki inflacyjnej. Nadwrażliwość głównego modelu analitycznego NBP na domykanie się krajowej luki popytowej staje się w ten sposób faktem publicznie ogłoszonym przez RPP. Oznacza to też wyraźne wytyczenie kierunku przyszłych prac analitycznych nad modelami makroekonomicznymi w banku centralnym.

Nie mam wątpliwości, że uczestnikom rynku będzie odpowiadał taki sposób komunikacji, z którego potrafią się dowiedzieć, jak RPP postrzega bilans ryzyk w gospodarce i gdzie ulokowane są główne źródła niepewności (rynek pracy). Potrafią też docenić otwartość, z jaką RPP informuje o niedoskonałościach instrumentarium, którym się posługuje. Spodoba się im też, że Rada nie dystansuje się od podjętej przez siebie decyzji, pogrążając rynek w kakofonii rozbieżnych sygnałów. W tej sytuacji niemerytoryczność prezesa ma dla uczestników rynku znaczenie drugorzędne. Przynajmniej tak długo, dopóki jego preferencje pozostają zbieżne z opinią większości Rady. A sądzę, że tak właśnie będzie przynajmniej do końca tego roku. Mamy to, co trzeba: stopy on hold  i postawę vigilant ze strony RPP. Oczekiwania na podwyżki stóp najpierw przesuną się na druga połowę roku, a później jeszcze dalej. Ale będą stale z nami, o co Radzie z pewnością chodzi.

2007-01-31 21:53
gospodarka, blogi ekspertów rpp, komunikat, nowy prezes Komentarze (1)
 Oceń wpis
   
Przewidywana ścieżka stóp procentowych jest z pewnością jedną z większych niewiadomych, jeśli chodzi o tegoroczne prognozy makroekonomiczne. Sądzę, że RPP utrzyma przez cały rok stopę referencyjną na obecnym poziomie 4 proc., ponieważ bilans ryzyk dla przyszłej inflacji układa się dość pomyślnie. I to – co podkreślam – w całym okresie oddziaływania polityki monetarnej, sięgającym początku 2009 roku, a nie tylko w roku bieżącym. Choć, od razy wypada dodać, taka konstatacja jest sprzeczna z wynikami pokazywanymi przez podstawowy model ECMOD, używany dziś przez NBP.

Moim zdaniem średnioroczna inflacja CPI nie przekroczy w tym roku 1,7 proc., z najwyższym wskazaniem 2,2 proc. i najniższym (w lipcu-sierpniu) zbliżonym do 1 proc.. Inflacja cen producenta będzie przez cały rok bardzo niska, a w miesiącach letnich oczekiwać można nawet deflacji we wskaźniku PPI. Ponieważ problemem nie jest, jak sądzę, tegoroczna, lecz przyszłoroczna inflacja, spieszę donieść, że najwyższy poziom rocznego wskaźnika inflacji bazowej netto do końca 2008 roku również nie powinien przekroczyć 2,4 proc..

Dlaczego presja inflacyjna, wbrew obiegowym opiniom, obecna jednak w gospodarce pozostaje tak niska i stabilna? I dlaczego podstawowy model inflacyjny NBP pokazuje wciąż coś odmiennego?

Zacznijmy od ustalenia kilku faktów. Otóż, ceny dóbr podlegających wymianie międzynarodowej (tradable), wchodzących w skład koszyka inflacyjnego, spadają w Polsce bez przerwy już od września 2002 roku. Początkowo deflacja w ujęciu rocznym była bardzo niewielka, ale począwszy od czerwca 2002 do dziś mieści się stale w przedziale od -2 do -3 proc.. W tym samym czasie dobra nie podlegające wymianie międzynarodowej (non-tradable), stanowiące wciąż większość koszyka CPI, stale drożały. Od połowy 2005 roku inflacja w tej części koszyka sięgała regularnie 1-2, a ostatnio nawet 2,8 proc. w ujęciu rocznym. Suma tych dwóch przeciwstawnych trendów, będących następstwem coraz większego udziału polskiej gospodarki w procesach globalizacji, wsparta przez pozytywny wstrząs technologiczny, podnoszący potencjał gospodarki, składała się i składać będzie nadal na niską inflację dóbr i usług konsumpcyjnych.

Jest przy tym ważne, że polityka monetarna może dziś oddziaływać tak naprawdę wyłącznie na inflację w kategorii dóbr i usług nie podlegających wymianie międzynarodowej. A takich dóbr i usług, które określa się na świecie mianem już nawet nie tradable, ale internetable, gdzie inflacja jest wrażliwa na globalną, a nie krajową lukę popytową, będzie z pewnością w miarę upływu czasu w naszym koszyku CPI przybywać.

Tymczasem podstawowe narzędzie analityczne NBP, model ECMOD, charakteryzuje się nadal zdecydowaną „nadwrażliwością” na domykanie się krajowej luki popytowej, co jest nieuniknione w sytuacji, gdy tempo obserwowanego PKB przekracza poziom szacowanego z dużym opóźnieniem potencjału, a rynek pracy szybko się „zacieśnia”. Model, używany przez NBP do prognozowania inflacji, nie uwzględnia – inaczej mówiąc – większości zmian strukturalnych w gospodarce, będących wynikiem globalizacji. Nadal – na przykład – posługuje się szacunkiem oczekiwań inflacyjnych ludności, choć dziś istotniejsze dla procesów inflacyjnych zdają się już być oczekiwania inflacyjne przedsiębiorstw.

Najnowsza, styczniowa, odsłona projekcji inflacyjnej zespołu analitycznego NBP, powinna wziąć pod uwagę korzystne warunku zewnętrzne (prognoza niskich cen ropy (ok. 50-55 dol., zamiast jak było do tej pory 67 dol. w latach 2007-2008, wzrost cen żywności w ujęciu rocznym nie przekraczający 3 proc.), silną aprecjację złotego w pierwszej połowie roku, ale nade wszystko to, że domykanie się luki popytowej nie wpływa już na inflację w takim tempie i z taką siła, jak dotąd.

Uwzględnienie korzystnych elementów w bilansie ryzyk dla przyszłej inflacji, przy rosnącej wadze czynników ryzyka dla wzrostu gospodarczego (efekt bazy znacząco, bo nawet do 3,5 proc. obniży tempo wzrostu PKB r/r w drugiej części roku), uzasadniałoby obniżenie prognozowanej ścieżki inflacyjnej w średnim okresie nawet o 1 pkt. proc. w porównaniu z projekcją listopadową.

Sądzę, że uczestnicy rynku ze szczególną uwagą przyglądać się będą nie tyle styczniowej, co raczej kolejnej, kwietniowej odsłonie projekcji inflacyjnej. Projekcja styczniowa, powstająca w okresie interregnum w NBP (co nie pozostało bez wpływu na proces nadzorowania prac analitycznych), pokazująca wyższą niż listopadowa inflację w roku 2008 i na początku 2009, oznacza bowiem tyle, że model ECMOD wyrzuca takie wskazania, jak dotąd. Nic więcej. Ta projekcja, jak poprzednie, niewiele ma wspólnego z rzeczywistym przebiegiem ścieżki inflacyjnej. A już zupełnie nic nam nie mówi o zmianach w mechanizmach transmisji monetarnej. Większość członków RPP doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Z wnioskami, jakie na podstawie projekcji można by wyciągać na temat stóp procentowych, radziłbym więc poczekać co najmniej do jej kolejnej odsłony w kwietniu.

2007-01-28 10:45
gospodarka, blogi ekspertów inflacja, projekcja inflacyjna, mtm Komentarze (5)
 Oceń wpis
   

Mam olbrzymie trudności ze zdefiniowaniem tematu dzieła, jakie zechciał popełnić w „Naszym Dzienniku”, polemizując ze mną (ale tylko teoretycznie) pan Cezary Mech. Z uczuciem wielkiego zażenowania zapoznałem się z tym zbiorem myśli o polityce fiskalnej, monetarnej, funkcjonowaniu rynku kapitałowego (z kontekstu domniemuję, że chodzi o rynek długu), zwieńczonych żalami ogólnymi na temat kultu jednostki (?). Moje zażenowanie bierze się stąd, że pan Mech, popełniając tak wiele elementarnych błędów faktograficznych i merytorycznych, utrwala wśród swych wyznawców niewiedzę o funkcjonowaniu współczesnej gospodarki rynkowej. Ja wstydziłbym się mówić publicznie o mechanizmach, których istoty nie pojmuję. Bałbym się odpowiedzialności, jaką biorę na siebie wmawiając ludziom, że ktoś (w tym wypadku uczestnicy rynku, nazywani dilerami) żeruje na państwie, a kto inny (bank centralny) im to umożliwia. Pan Mech, roztaczając swoją wizję zbawczych skutków obniżenia przez RPP stóp procentowych, nie ma jednak najmniejszych skrupułów.

Jego zdaniem ludzie mówiący o konieczności naprawy finansów publicznych w Polsce uprawiają „kult jednostki”, bo poprzedni prezes NBP mówił o tym bezustannie. Ci ludzie lokują się przy tym poza głównym nurtem światowych badań na temat związków między polityką fiskalną, a monetarną. Jego zdaniem deficyt budżetu państwa jest relatywnie dwukrotnie niższy w Polsce niż w Niemczech. Jego zdaniem w Polsce panuje zmowa milczenia na temat braku spójności między komunikatami po posiedzeniach RPP, a wypowiedziami różnych członków RPP. Jego zdaniem – i tu musi być już niestety dosłowny cytat, za co z góry przepraszam – „koszty obsługi długu są znacząco zawyżane przez zyski nadzwyczajne, jakie osiągają podmioty inwestujące w dług polski, ze względu na nieefektywność rynku kapitałowego (?), co poszerza przestrzeń dla potencjalnych oszczędności”. Pan Mech był uprzejmy oszacować skalę tych „potencjalnych oszczędności”, lokując ją w przedziale 44-57 mld PLN w okresie ostatnich 6 lat, gdyby tylko rynek był efektywny i prawidłowo wyceniał ryzyko, „bez zakłóceń ze strony polityki pieniężnej”. Jego zdaniem „zawyżone rentowności obligacji”, za co – jak się domyślam – wina spada na zbyt wysokie oficjalne stopy procentowe NBP – stanowią „bonus dla dilerów”, na który składają się podatnicy.

Poprzestańmy na tym. Innych wątków z tekstu pana Mecha, zbyt splątanych, jak na mój prosty rozum, i tak nie rozplączę. A to, co wyżej i tak zupełnie wystarczy.

Najpierw garść faktów. Nominalne stopy procentowe NBP spadały w latach 2005-2006 wraz z lepszym od planowanego wykonaniem deficytu budżetu państwa, co oznacza, że polityka pieniężna nie psuła policy mix. W roku bieżącym oczekiwane jest zwiększenie deficytu budżetu państwa o 5 mld PLN. Poprawa pozycji fiskalnej w stosunku do roku 2006 wymagałaby więc uzyskania w tym roku nadwyżki w pozostałych elementach sektora nie mniejszej niż 0,7 proc. PKB. Taki szczęśliwy traf może się oczywiście zdarzyć. Ale na miejscu pana Mecha byłbym ostrożny formułując pod adresem RPP twardy postulat luzowania polityki monetarnej w warunkach aż tak dalece jak teraz warunkowego zacieśnienia polityki fiskalnej.

Nie potrafię się odnieść do opinii pana Mecha, że realne stopy procentowe w Polsce sięgały 15 proc., bo nie definiuje on pojęcia realnych stóp. Ponieważ w moich zestawieniach nie ma takiego poziomu, będącego wynikiem zestawienia stóp nominalnych z oczekiwaną inflacją, mam powody podejrzewać, że pan Mech porównał stopy nominalne z inflacja bieżącą. Czyli postąpił jak pani w warzywniaku. Bez komentarza.

Twierdzenie, że nasze 3 proc. deficytu jest jak niemieckie 1,5 proc., mija się z prawdą o 180 stopniu. Z uwagi na niską monetyzację nasze 3 proc. bliższe jest niemieckim 6 proc.. Odsyłam do stosownej literatury. Służę tytułami.

Krytyczne analizy przebiegu polityki monetarnej RPP dwóch kadencji zajmują już sporą biblioteczkę. Mam ją u siebie. Mogę pożyczyć. Są to opracowania i artykuły na wysokim nieraz poziomie merytorycznym. Są wśród nich również takie, które zajmują się modelowym szacowaniem funkcji reakcji poszczególnych członków RPP, wskazując w konkluzjach na wyraźną asymetrię niektórych z nich (w tym prezesa) względem celu inflacyjnego. Kult jednostki? W postulatach zgłaszanych w pierwszej kolejności wobec nowego prezesa przewodniczącego Rady znalazły się następujące: usunięcie niespójności między komunikatami a ich uzasadnieniem na konferencjach po decyzjach RPP; traktowanie polityki fiskalnej przez bank centralny, jako prostego ograniczenia zewnętrznego; usuniecie z ustawy o NBP konieczności recenzowania rządowego projektu budżetu. Sam pisałem i mówiłem o tym dziesiątki razy. Inni koledzy również. Gdyby tylko pan Mech cokolwiek czytał poza własnymi produktami…

I wreszcie, na koniec, sprawa najpoważniejsza, czyli oszacowanie potencjalnych oszczędności w kosztach obsługi długu w wyniku bardziej efektywnego funkcjonowania rynku. Pan Mech dokonał swego szacunku odnosząc rentowności polskich obligacji do rentowności niemieckich Bunds. I na koniec wyszło mu, że gdyby nie dystorsje w polityce monetarnej, wprowadzane przez RPP, premia za ryzyko w polskie SPW byłaby podobna, jak w przypadku Bunds, co dałoby od 44 do 57 mld PLN oszczędności w okresie ostatnich 6 lat.

Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać nad takim pojmowaniem funkcjonowania rynku finansowego. Zamiast tego opowiem anegdotę. Parę lat temu odbyłem z panem Mechem ciekawą rozmowę. Zaczęło się niewinnie od euro. Ja mówiłem o eliminacji ryzyka kursowego; on o innych sposobach ograniczenia tego ryzyka; ja zapytałem, czy on wie ile kosztują transakcje zabezpieczające; on, że za dużo, bo banki windują ceny i coś z tym trzeba zrobić; ja na to żartem, czy on chciałby wprowadzić może ceny maksymalne na instrumenty pochodne; on na to, że sprawa warta jest dyskusji. I tu się poddałem. Co miałem robić?

Teraz jest znów, jakby podobnie. Premie za ryzyko inwestowania w obligacje składa się z całego szeregu elementów. Jest tam ryzyko krajowe i zagraniczne; stopy, kursu, fiskalne, polityczne. Jest w długich stopach i ryzyko dekonwergencji, wynikające z szacowanego opóźnienia wejścia Polski do strefy euro.

Wpuszczenie w obieg publiczny kwoty 57 mld PLN, czyli blisko 6 proc. PKB, jako potencjalnych oszczędności na kosztach obsługi długu, zmarnotrawionych jakoby przez nieodpowiedzialna politykę stóp procentowych NBP, umożliwiającą osiągnięcie „zysków nadzwyczajnych podmiotom inwestującym w dług polski”, jest szczytem nieodpowiedzialności. Te 57 mld, będące wynikiem zestawienia rentowności niemieckich z polskimi i przypisanie różnic między nimi do nieefektywności rynków, to wielkość – powiedzmy sobie jasno - wyssana z palca. Koszty obsługi długu w Polsce mogą być wyższe lub niższe. W jakiejś części zależy to od efektywnego zarządzania długiem. Ale premia za ryzyko nie może być w Polsce taka, jak w Niemczech. Ba, mało tego ona nie będzie jednakowa nawet wówczas, gdy Polska znajdzie się już w strefie euro.

Zawyżone rentowności obligacji”? „Bonus dla dilerów”? Tego niestety takie stopy procentowe NBP, jakie chciałby nam zafundować pan Mech nie załatwią. Radziłbym serdecznie zająć się pisaniem o potrzebach pożyczkowych państwa i innych poza stopami NBP, czynnikach ryzyka odkładającymi się w cenach polskiego długu. Po co mieszać ludziom w głowach?

2007-01-25 20:44
gospodarka, blogi ekspertów polityka pieniężna, rynek finansowy, mech Komentarze (6)
 Oceń wpis
   

O sympatycznych propozycjach podatkowych i parapodatkowych pani wicepremier Gilowskiej dobrze jest mówić konkretnie. Nie czepiajmy się więc szczegółów. Zostawmy w spokoju prognozy makroekonomiczne. Przyjmijmy szacunki rządowe za miarodajne. Porozmawiajmy za to o konkretnych, wynikających z nich, skutkach dla budżetu państwa.

Co mamy po stronie bieżących kosztów dla budżetu? 6 pkt. redukcji składek daje na lata 2008-2009 koszty w wysokości 12 mld PLN netto. Zapisana w przepisach przejściowych do ustawy PIT obniżka stóp procentowych od podatków osobistych kosztuje na dzisiejsze pieniądze 9 mld PLN. W sumie – w rachunku statycznym, zaznaczmy – dostajemy łączne koszty rzędu 21 mld PLN.

Co mamy po stronie finansowania tych kosztów? Przy założeniu 5 proc. wzrostu gospodarczego (o zbliżonej do aktualnej strukturze) i średniorocznej inflacji na poziomie 2 proc. realny wolumen wzrostu dochodów podatkowych sięga 10 mld PLN. W dwa lata daje to 20 mld. Pani wicepremier szacuje, że oszczędności uzyskane na uszczelnionych przepływach wewnątrzsektorowych po konsolidacji przyniosą 0,8 proc. PKB. Zakładając wzrost nominalnego PKB daje to ok. 10 mld PLN.

Po stronie kosztów mamy więc ok. 21 mld PLN; po stronie źródeł finansowania zebraliśmy ok. 30 mld PLN w latach 2008-2009. Czyli, wszystko gra?

Niestety, niezupełnie. Te 9 mld „nadwyżki” oznacza, że dla zbilansowania operacji redukcji podatków PIT i pozapłacowych kosztów pracy, średnioroczny wzrost wydatków w latach 2008-2009 nie powinien przekraczać 4,5 mld PLN. Dla ułatwienia dodajmy, że między rokiem 2006 (wykonanie), a 2007 (projekt) wzrost wydatków w wielkościach porównywalnych wyniósł ponad 19 mld PLN.

Trzeba życzyć pani wicepremier powodzenia. Kierunek jest dobry. Trzymamy kciuki. Realizacja jej planów finansowych byłaby jednak rekordem pokomunistycznej transformacji. Ten rekord oznacza w istocie spadek realnych, a często i nominalnych wydatków w latach 2008-2009 w większości pozycji budżetu. Dla przypomnienia – rok 2009 jest w Polsce rokiem wyborczym.

Rachunek, jak powiedziałem jest statyczny. Rachunek dynamiczny powinien uwzględniać dodatkowy wzrost dochodów z podatków pośrednich z tytułu wyższych dochodów rozporządzalnych ludności. W rzeczywistości jednak, dla rozpoznania skali problemu, takie statyczne uproszczenie jest dopuszczalne, bo przy szacunkach pomijamy zarówno wzrost wydatków w pozycjach już rozpoznanych i pewnych (same zwiększone koszty obsługi długu, plus wyższa składka do budżetu UE dają łącznie ok. 8 mld PLN tylko w roku 2008), jak i tych niepewnych, ale potencjalnie możliwych (jak choćby przegrana Skarbu Państwa z Eureko, obciążająca budżet kwotą ok. 8 mld PLN, czy orzeczenie luksemburskiego Trybunału Sprawiedliwości na temat nieprawnie pobieranej akcyzy za sprowadzane do Polski używane samochody, mogące kosztować ok. 1 mld PLN). Pomijamy też, choć pewnie nie powinniśmy, zapowiedź braku w roku 2008 ważnej pozycji po stronie dochodów niepodatkowych, jaką była do tej pory wpłata z zysku NBP (2-3 mld PLN).

Jeśli ostatnia wersja programu konwergencji przesłana przez rząd do Brukseli, uwzględnia wszystkie przedstawione tu elementy, oferując nam na dokładkę deficyt sektora finansów publicznych w roku 2009 na poziomie 2,9 proc. PKB (według metodologii unijnej, czyli po uwzględnieniu kosztów reformy emerytalnej), to nie ma wyjścia, trzeba będzie podlewać te kaktusy, o których wspomniała pełna optymizmu pani wicepremier. Moim zdaniem mówienie o obniżce obciążeń podatkowych, wspartej spadkiem deficytu, bez ruszania strony wydatkowej budżetu (poza mglistą konsolidacją), jest ekonomiczną czarną magią.

2007-01-18 18:04
gospodarka, blogi ekspertów gilowska, podatki, finanse publiczne Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Wpływ pana Skrzypka, jako przewodniczącego RPP, na politykę monetarną w krótkim, a nawet średnim okresie czasu będzie niewielki. Trudno wyobrazić sobie sytuację, w której merytoryczne argumenty pana Skrzypka pociągną za sobą większość Rady. Ma on wobec tego przed sobą dwa wyjścia: głosować zgodnie z własnymi przekonaniami lub dostosować się do zdania większości członków RPP. W pierwszym wypadku będzie regularnie przegłosowywany; w drugim – postępując racjonalnie, choć być może wbrew oczekiwaniom części polityków - nie będzie wystawiał na szwank autorytetu przewodniczącego RPP.

Podobnie przedstawia się sprawa z innym drażliwym z punktu widzenia rynku instrumentem polityki pieniężnej, jakim są interwencje na rynku walutowym. Tu samodzielność prezesa jest ograniczona koniecznością uzyskania aprobaty ze strony zarządu NBP, w którym pan Skrzypek nie będzie mieć większości, przynajmniej do końca kadencji 5 nieodwoływalnych urzędujących obecnie członków. Poza tym w corocznie przyjmowanych założeniach polityki pieniężnej RPP wyraźnie podkreśla, że w systemie BCI (bezpośredniego celu inflacyjnego) interwencje na rynku walutowym są dopuszczalne „o ile jest to konieczne dla realizacji celu inflacyjnego”.

Tak w najbardziej syntetycznym skrócie wygląda uzasadnienie przyczyn, dla jakich, pomimo widocznego gołym okiem braku merytorycznego przygotowania nowego prezesa NBP do sprawowania funkcji, rynki finansowe zachowują się powściągliwie. Przyjęty sposób kolegialnego podejmowania decyzji, oddający prawo stanowienia stóp procentowych w ręce 10 osobowego gremium, a interwencje na forexie w ręce zarządu, jest najlepszym w obecnej sytuacji zabezpieczeniem przed kryzysem wiarygodności Rady.

Dla wszystkich pozostaje przy tym jasne, że pan Skrzypek dysponuje pełną autonomią w zakresie tych decyzji, gdzie występuje nie w funkcji przewodniczącego RPP, ale prezesa NBP. I te właśnie decyzje – zmiany personalne, czy choćby przydzielenie zakresu obowiązków członkom zarządu – będą obserwowane prze uczestników rynku znacznie uważniej niż wypowiedzi pana Skrzypka na temat polityki pieniężnej. A to dlatego, że uformowanie instytucji w dłuższym okresie czasu nie pozostanie już bez wpływu na politykę monetarną.

Jest jeszcze jeden, stanowczo moim zdaniem niedoceniany, obszar niepewności dotyczący funkcjonowania NBP i RPP. Umyka on uwadze obserwatorów skupionych na wydarzeniach bieżących. Kadencja prezesa Skrzypka wygaśnie w 2013 roku. Kadencja wszystkich urzędujących obecnie członków RPP upłynie między 08. stycznia a 17. lutego 2010. Prezes Skrzypek będzie więc pracował przez pół swojej kadencji z inną Radą. Trzech jej członków desygnuje jeszcze pan prezydent Kaczyński. Ale kto wyłoni pozostałych sześciu? Zgodnie z kalendarzem pełna kadencja obecnego parlamentu powinna wygasnąć pod koniec września 2009.

Sądzę, że uczestnicy rynku byliby już dziś żywo zainteresowani deklaracją ze strony pana premiera, że to nie ustępujący parlament, dysponujący taką jak teraz większością, ale dopiero ten nowo wybrany wyłoni sześciu swoich reprezentantów do kolejnej Rady Polityki Pieniężnej. W razie braku takiej wyraźnej deklaracji niepewność, co do polityki pieniężnej, której teraz – ku naszej radości tak jest niewiele - skumuluje się ze wzmożoną siłą na przełomie 2009 i 2010 roku. A to już dziś część inwestorów może zacząć uwzględniać w wycenie polskich aktywów.

2007-01-10 08:18
gospodarka, blogi ekspertów nbp, prezes, rynek, skrzypek Komentarze (11)
 Oceń wpis
   

Wszystkim, którzy pochylają się z troską nad przyszłością polskiej gospodarki, którzy chcieliby wiedzieć cokolwiek o poglądach Sławomira Skrzypka, nominata pana prezydenta na stanowisko prezesa NBP, w sukurs nieoczekiwanie przychodzi pracownik kancelarii Sejmu, pan Cezary Mech. W „Naszym Dzienniku” wprost i bez ogródek sformułował on oczekiwania pod adresem pana Skrzypka, bez zbędnej fanfaronady kończąc swój tekst następującym adresem: „Batalia o NBP jest batalią o naszą przyszłość i należy mieć nadzieję, że Sławomir Skrzypek będzie w stanie tym wyzwaniom sprostać”.

Naprawdę, nie ma lepszego sposobu, na rozpoznanie poglądów ekonomicznych kandydata na szefa banku centralnego, niż skonfrontowanie go z oczekiwaniami wyrażonymi przez pana Mecha. A to dlatego, że w zasadzie cały tekst byłego wiceministra finansów w rządzie PiS, łącznie z tytułem („Konieczność harmonizacji polskiej polityki pieniężnej i fiskalnej” – rozumiem, że autorowi szło o optymalizację, ale może mu tytuł zmienili, więc dajmy sobie spokój z detalami), wymagałby bezustannych przypisów prostujących elementarne błędy merytoryczne.

Zamiast tego jednak przytoczę jeden tylko cytat, bo – moim zdaniem – w zupełności on wystarczy dla scharakteryzowania jakości produktu, z jakim mamy do czynienia: „Prawo i Sprawiedliwość w programie gospodarczym postulowało, aby polityka pieniężna stanowiła pozytywny element polityki gospodarczej prowadzonej przez rząd w celu ograniczenia bezrobocia, powstrzymania kryzysu demograficznego i kryzysu finansów publicznych oraz pobudzenia inwestycji i stabilnego tempa wzrostu gospodarczego. Zasadniczym wymogiem było obniżenie realnych stóp procentowych, przeciwdziałanie aprecjacji złotego oraz rezygnacja z restrykcyjnego podejścia do likwidowania inflacji. Niezależna, stabilna polityka pieniężna miała sprzyjać eksportowi, a obniżone stopy procentowe - inwestycjom. Te dwa czynniki stanowić miały fundament wzrostu gospodarczego, który bezpośrednio miał się wiązać ze wzrostem zatrudnienia.”

Bank centralny popierający eksporterów, promujący wzrost i zatrudnienie za pomocą niskich realnych stóp procentowych? Pan Mech musiał najwyraźniej przysnąć przy lekturze konstytucji RP i ustawy o NBP. Wszędzie tam bowiem mowa jest o stabilności pieniądza i niskiej inflacji, jako głównym celu banku centralnego. W swym adresie do nowego prezesa pan Mech pomieszcza więc w istocie najgorsze obawy krytyków nominacji pana Skrzypka, traktując je przy tym, jako pozytywny wkład w oczekiwaną politykę monetarną pod nowym kierownictwem.

Dla pana Mecha sprawa jest oczywista: obecny wzrost gospodarczy jest następstwem obniżek stóp procentowych, a mądra polityka monetarna może spowodować obniżkę kosztów obsługi długu publicznego o 10 mld PLN (niestety, autor nie podaje czy chodzi o wymiar roczny, czy wieczny, dla mniej zorientowanych więc podajmy, że koszt obsługi długu w Polsce sięga rocznie kwoty 24-25 mld PLN i jego redukcja o połowę przeszłaby bez wątpienia do historii gospodarczej świata).

Bardziej konwencjonalne niż u pana Mecha reguły polityki monetarnej mówią, że bank centralny ma dość ograniczony wpływ na wysokość rynkowych stóp procentowych (poza tymi najkrótszymi), od których, pospołu z wielkością emisji SPW, zależy wielkość długu publicznego. Inaczej mówiąc, jak uczą w każdej przyzwoitej szkole, im niższe oczekiwania inflacyjne, wspierane przez niski deficyt sektora finansów publicznych, oraz spadające potrzeby pożyczkowe netto budżetu, tym niższy dług publiczny.

Co ma do wysokości długu poziom oficjalnych, krótkich stóp procentowych NBP? Jak obniżając te stopy, wpłynąć można na redukcję kosztów obsługi długu, skoro rynkowe stopy (rentowność obligacji) pozostają pod wpływem oczekiwań inflacyjnych, prognoz wzrostu gospodarczego oraz rosnących potrzeb pożyczkowych, to pozostać już musi tajemnicą pana Mecha. W pewną konfuzję wprawia może tylko to, że osoba wypowiadająca tego rodzaju profesjonalnie kompromitujące poglądy, przez jakiś czas odpowiadała za dług publiczny w Ministerstwie Finansów.

Krzywa dochodowości, oddająca rynkową wycenę pieniądza w czasie, może się obniżać na całej długości, jedynie w warunkach niskiej lub spadającej inflacji i dobrze zakorzenionych oczekiwań inflacyjnych. Tak było na przykład w roku 2005, kiedy wraz ze spadkiem stóp NBP spadały długie stopy rynkowe. Ale długie stopy rynkowe nie spadały wcale dlatego, że spadały stopy krótkie. Rentowności obligacji spadały (i to ostro) już znacznie wcześniej, począwszy od lipca 2004 roku, bo rynek pozytywnie oceniał politykę fiskalną i premiował dobre zarządzanie długiem.

Inwestycje, których wzrost w ubiegłym roku pan Mech usiłuje związać z dokonanymi przez RPP w latach 2005-2006 obniżkami stóp procentowych, jak również wzrost zadłużenia podmiotów gospodarczych i osób prywatnych, są w pierwszym rzędzie zależne od ustabilizowanych na niskim poziomie oczekiwań inflacyjnych. Krótkoterminowe stopy procentowe NBP są zaś podstawowym instrumentem dla zakotwiczenia tych oczekiwań w warunkach rosnącej presji inflacyjnej.

Adres, skierowany przez pana Mecha do pana Skrzypka za pośrednictwem Naszego Dziennika, adres o obniżkę stóp procentowych NBP i interwencje na rynku walutowym dla osłabienia złotego, są więc w istocie nieuświadomioną prośbą o podniesienie oczekiwań inflacyjnych, która oznacza zwyżkę stóp rynkowych ze wszystkimi negatywnymi konsekwencjami dla gospodarki i finansów publicznych. Jeśli wyznawcy poglądów pana Mecha chcieliby mieć niskie stopy procentowe, powinni swe adresy kierować zdecydowanie gdzie indziej. Pan Skrzypek jest w tym wypadku złym adresatem. Pomijając już to, że nawet w kwestii oficjalnych stóp procentowych NBP niewiele on zrobić może. Chyba, że pan Mech, zdając sobie z tego sprawę, chciałby propagować jakieś inne rozwiązania, dające nowemu prezesowi banku centralnego większy niż dotąd wpływ na stanowienie stóp procentowych. Ale to chyba insynuacje?

Do kogo więc powinien pisać adresy o wsparcie niskimi stopami wzrostu gospodarczego pan Mech i jemu podobni ekonomiści? To proste. Do swojego obozu, do rządu. Do ministra finansów. Do ministra skarbu. Do parlamentarnej większości.

Między rokiem 2006 (wykonanie), a 2007 (ustawa) oczekiwany jest wzrost deficytu budżetu państwa o 5 mld PLN. W tym samym czasie potrzeby pożyczkowe mają przyrosnąć o kolejne 50 mld PLN. A prywatyzacja, która jest jednym z instrumentów podniesienia potencjalnego PKB i jednocześnie źródłem finansowania deficytu, tkwi w martwym punkcie.

Pan Mech chciałby, aby w warunkach oczekiwanego poluzowania polityki fiskalnej nastąpiło równocześnie poluzowanie polityki monetarnej, a oczekiwania inflacyjne (wpływające na rynkowe stopy procentowe) pozostały przy tym niskie i stabilne?

Pozostaje mieć nadzieję, że jako nostryfikowany dyplomant SGH, pan Skrzypek musi się nieźle ubawić czytając podobne poradniki z listą oczekiwań pod własnym adresem. Ale może nie zaszkodzi jednak tego sprawdzić?

 

2007-01-08 09:58
gospodarka, blogi ekspertów nbp, prezes, skrzypek Komentarze (10)
 Oceń wpis
   

Desygnowanie przez pana prezydenta na stanowisko prezesa NBP pana Skrzypka oznacza potężny uszczerbek na wiarygodności Rady Polityki Pieniężnej, której szef banku centralnego z mocy prawa przewodniczy. RPP nie ma innego narzędzia obrony swojej wiarygodności (kluczowej dla utrzymania na niskim poziomie oczekiwań inflacyjnych) niż podwyżka stóp procentowych. Innymi słowy: wybierając takiego kandydata na stanowisko szefa NBP pan prezydent, premier i większość parlamentarna zafundują nam wszystkim szybsze i prawdopodobnie głębsze podwyżki stóp procentowych. W tej sytuacji, moim zdaniem, pierwsza podwyżka nie jest wykluczona już nawet w styczniu.

Pan Skrzypek, jako przewodniczący Rady, nie będzie oczywiście w stanie narzucić RPP swojej koncepcji polityki pieniężnej, bo nie będzie w stanie podjąć równorzędnej merytorycznej dyskusji na ten temat z większością członków RPP, o swoich dwóch nieodwoływalnych zastępcach nie wspominając. Nowy prezes będzie musiał w tej sytuacji dostosować się do zdania większości członków RPP, górujących nad nim merytorycznie, albo pogodzić się ze statusem wiecznie przegranego, przegłosowywanego, prezesa.

W sensie merytorycznym, dla podniesienia jakości polityki pieniężnej, dla uczynienia jej bardziej optymalna, czyli mniej kosztowną, jest to więc nominacja bezsensowna. O co więc tu chodzi?

Przede wszystkim, chodzi o to, że zaufanie pana prezydenta i pana premiera, to zdecydowanie za mało dla objęcia stanowiska prezesa banku centralnego. Potrzebne są jeszcze jakieś elementarne kwalifikacje. Nominacja wedle kryterium „wierny i sprawdzony”, ale za to podnoszący koszty prowadzenia polityki pieniężnej, oznacza natomiast, że chodzi mniej o stopy procentowe i koszty dla sfery realnej, a bardziej o „odzyskanie NBP”, na wzór wcześniejszego „odzyskania MSZ”. Z tym samym skutkiem dla funkcjonowania instytucji. W gestii prezesa NBP znajduje się około 300 stanowisk menedżerskich średniego i wysokiego szczebla w NBP. Prezes przydziela zakres obowiązków swoim kadencyjnym, nieodwoływalnym zastępcom, wchodzącym w skład zarządu. Zarząd z kolei zatwierdza materiały na posiedzenia RPP. De facto, w dłuższym okresie czasu, nominacja pana Skrzypka może więc oznaczać spadek znaczenia insiderów w procesie podejmowania decyzji przez RPP. Jeśli przy głosowaniach Rada zacznie orientować się bardziej na materiały zewnętrzne niż wewnętrzne, skończy się to dezintegracją zespołów analitycznych w banku centralnym i odejściem ze stanowisk dwóch mocnych merytorycznie, choć różniących się w ocenach sytuacji, urzędujących kadencyjnych wiceprezesów

Naprawdę, jestem szczerze zaskoczony lekceważeniem przez pana prezydenta wszelkich możliwych konsekwencji własnej decyzji w sprawie desygnowania pana Skrzypka na stanowisko szefa banku centralnego. Determinacja i brak skrupułów są tu wprost porażające. Pan Skrzypek jeszcze nie wie, co go czeka na posiedzeniach RPP.

 

  

2007-01-03 23:25
gospodarka, blogi ekspertów nbp, prezes, nominacja prezydenta Komentarze (16)