O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   
Wynik przyspieszonych wyborów parlamentarnych został dobrze przyjęty przez rynek finansowy i środowiska biznesowe. Możliwość szybkiego zawiązania dwuczłonowej koalicji rządowej PO-PSL poprawiła nastroje inwestorów. Znalazło to wyraz w wycenie aktywów, w tym głównie szybko się umacniającego złotego.
W tej sytuacji dość nieprzyjemnym zaskoczeniem były pierwsze, mocno niejasne, enuncjacje na temat wycofania się Platformy Obywatelskiej z uchwalonego w poprzedniej kadencji parlamentu (między innymi jej głosami) drugiego etapu redukcji składki rentowej.
Sposób redukcji składki (po połowie między pracowników i pracodawców), skutki dla nierównowagi makroekonomicznej, mogły być i były przedmiotem dyskusji. Zwiększanie przy udziale polityki fiskalnej płac netto w sytuacji, kiedy wynagrodzenia rosną autonomicznie w tempie zbliżonym już do 10 proc. rocznie, brak wystarczajacej determinacji rządu do blilansowania budżetu - zostały już dużo wcześniej poddane ostrej krytyce. Problem polega jednak na tym, że obniżka składki została wzięta za podstawę kalkulacji wzrostu w przyszłym roku wynagrodzeń w sferze budżetowej. Jest więc jasne, że jej odwołanie musi się teraz łączyć z wyasygnowaniem dodatkowych środków na te podwyżki. Oznacza to, że skala redukcji deficytu budżętu państwa musiałby być nieznaczna (nie większa niż 3-4 mld PLN).
Po stronie korzyści odstąpienia od redukcji pozapłacowych kosztów pracy można by więc zapisać: w sensie makroekonomicznym - zmniejszenie proinflacyjnego charakteru wzrostu płac netto; w sensie rachunkowym – spadek deficytu budżetu państwa o ok. 0,3 pkt.proc. w relacji do PKB.
Po stronie kosztów znalazłyby się natomiast: konieczność przeznaczenia ok. 60 proc. oszczędności na podwyżki płac w budżetówce; brak jednolitości stawek składki rentowej, jej zmienna wysokość w różnych segmentach rynku pracy (obniżenie składki dotyczyłoby przy tym pracowników charakteryzujących się znacznie większą od średniej skłonnością do konsumpcji). Skutki w obu wypadkach są proinflacyjne; odwołanie obniżki składki po stronie pracodawców wywołałoby konflikt nowego rządu ze środowiskami biznesowymi, które domagałyby się realizacji obietnic obniżki pozapłacowych kosztów pracy. Jest przy tym jasne, że presja na wzrost wynagrodzeń w sektorze prywatnym wzrosłaby po odwołaniu obniżki składki i zapewnieniu przez rząd dodatkowych pieniędzy na podwyżki płac dla dla sektora publicznego.
Bilans netto tej operacji wydaje się więc mocno wątpliwy.
Trudno dociec dlaczego deklaracje nowych koalicjantów nie skupiają się na mniej kontrowersyjnych, a jednocześnie ważnych zmianach w polityce gospodarczej, które można by nagłośnić bez żadnych obaw. A są to:
  • redukcja potrzeb pożyczkowych państwa na drodze intensywnej prywatyzacji (10 mld), wyprzedaży niepracujacych aktywow i resztówek SP (5 mld), oraz powiekszenia jeszcze w tym roku dotacji do FUS (o 5 mld PLN), a zmniejszenia dotacji o tę samą kwotę w roku przyszłym. Dałoby to spadek potrzeb pożyczkowych na przyszly rok o 20 mld PLN. Po raz pierwszy w historii transformacji spirala narastania długu publicznego zostałaby przerwana. Stworzyłoby to, również po raz pierwszy, realną możliwość obniżki w przyszłości podatków dochodowych;
  • wdrożenie natychmiast działań o charakterze propodażowym („pakiet Szejnfelda” + deregulacja rynku pracy). Byłyby to działanie zapobiegające narastaniu nierównowagi makro, czyli de facto antyinflacyjne kroki podejmowane przez rząd. W zamian rząd miałby prawo oczekiwać od banku centralnego niższych podwyżek stóp procentowych, nieuchronnych przy tak szybko rosnącym popycie krajowym;
  • uruchomienie natychmiastowych działań o charakterze regulacyjnym, hamujących aprecjację złotego. Chodzi o likwidację zagranicznych limitów inwestycyjnych dla OFE i funduszy inwestycyjnych. Zbudowałoby to mocny i stale rosnący popyt instytucjonalnych inwestorów na waluty obce. Rząd, w sposób powszechnie akceptowany, dałby wyraz swojej dbałości o konkurencyjność polskiej gospodarki.
Początek zmian w polityce gospodarczej powinen być bez wątpienia mocny, ale zarazem mądry i dobrze przez ludzi rozumiany. Odwołanie przez nowy rząd zaraz na starcie redukcji pozapłacowych kosztów pracy, czyli de facto obiecanych podwyżek płac netto dla ogółu zatrudnionych i danie podwyżki jedynie pracownikom sfery budżetowej, jest pomysłem pod każdym względem chybionym.
2007-10-30 10:51
gospodarka, blogi ekspertów po, składka rentowa Komentarze (5)
 Oceń wpis
   
Wyniki sierpniowego głosowania Rady Polityki Pieniężne, które przesądziło o trzeciej w tym roku podwyżce stóp procentowych, zasługują moim zdaniem na słowo komentarza.
Tym razem Sławomir Skrzypek był jedynym członkiem RPP, który był przeciw. Przegrana prezesa NBP, z mocy prawa równocześnie przewodniczącego pracom Rady, stosunkiem głosów 9:1 jest czymś zupełnie bezprecedensowym. Nie tylko w historii głosowań w Polsce, ale i na świecie. Po takim głosowaniu można powiedzieć z całą pewnością jedno: obecna Rada Polityki Pieniężnej nie ma przewodniczącego. Ma tylko osobę tytularnie sprawującą ten urząd.
Prezes Skrzypek swoimi przegranymi głosowaniami definitywnie przekonał inwestorów z rynków finansowych, że nie jest najważniejszą osobą w Radzie. Z ich punktu widzenia najważniejszym członkiem RPP jest Jan Czekaj. Sposób, w jaki głosuje profesor Czekaj przesądza o zastosowaniu lub bezużyteczności casting vote (głosu rozstrzygajacego, jaki przysługuje przewodniczącemu Rady przy równym rozkładzie głosów). Zaledwie raz w rolę Czekaja wszedł do tej pory Andrzej Sławiński.
Inwestorzy będą więc z najwyższą uwaga odnotowywać zawsze wypowiedzi Czekaja. Zupełnie nie będą się za to przejmować enuncjacjami prezesa Skrzypka. Na własne życzenie przewodniczący Rady zdegradował się do funkcji nieistotnego podmiotu w procesie decyzyjnym kształtującym politykę pieniężną.
Przed takim właśnie scenariuszem, scenariuszem zmarginalizowania własnej pozycji, wielu analityków życzliwie ostrzegało prezesa Skrzypka zaraz po objęciu przez niego urzędu w NBP. Wynik głosowania 9:1 na niekorzyść prezesa jest zmarginalizowaniem skrajnym. Gorzej już przecież być nie może. Aż tak złego wyniku nie sposób było przewidzieć. Ostrzeżenia płynęły przy tym bynajmniej nie z czystej sympatii. Negatywne skutki permanentnego przegrywania głosowań przez prezesa NBP miały w przeszłości i mają nadal solidne podstawy teoretyczne i empiryczne. Chodzi o to, że słaba pozycja przewodniczącego Rady, jego jednostronny bias , brak wiarygodności, łączący się z kolejnymi przegranymi głosowaniami, podnoszą koszt prowadzenia polityki pieniężnej.
Zupełnie nie do zaakceptowania jest w tej sytuacji używanie Rady Naukowej, powołanej przez prezesa NBP, do wspierania jego osamotnionego stanowiska. Postępowanie Rady Naukowej, organu nieustawowego, składającego się z ludzi nieznanych, nie darzonych przez inwestorów zaufaniem, recenzujących za to w duchu głosowań prezesa politykę monetarną prowadzoną przez ciało konstytucyjne, jest czymś groteskowym.
Taki sposób postępowania podkopuje instytucjonalną pozycję RPP, ale też i całego banku centralnego. NBP, który na swoją pozycję pracował wiele lat, nie zasługuje z pewnością na takie postępowanie.
2007-10-25 21:10
gospodarka, blogi ekspertów rpp, prezes, głosowania Komentarze (12)
 Oceń wpis
   
Wśród niezbyt bogatych wątków ekonomicznych debaty premiera z liderem PO przynajmniej jeden umknął uwadze publiczności, choć – moim zdaniem – zdecydowanie nie powinien. Chodzi o powtórzoną mimochodem przez pana premiera obietnicę dofinansowania w przyszłym roku służby zdrowia pieniędzmi z Funduszu Pracy (“znaleźliśmy dodatkowe pieniądze w Funduszu Pracy”). Nie interesuje mnie przy tym teraz, czy jest to operacja merytorycznie zasadna. Nie interesuje mnie też, czy jest ona możliwa do przeprowadzenia pod względem prawnym. Skupiam się wyłącznie na wykonalności takiej operacji z punktu widzenia cash flow. I widzę tu rzeczy ciekawe.
Otóż, plan finansowy Funduszu Pracy, dołączony do projektu ustawy budżetowej, nie uwzględnia – póki co - obietnic premiera i ministra zdrowia na temat dofinansowania środkami z FP NFZ. Nie uwzględia, bo w obecnym stanie prawnym, nie jest to możliwe. Pieniądze w FP są przecież “znaczone”.
Tyle, że plan finansowy FP przeszedł jednak w ostatnich tygodniach znamienną ewolucję. Świadczy ona o pewnych przygotowaniach, poczynionych na okoliczność urzeczywistnienia obietnic sypnięcia dodatkowym groszem na ochronę zdrowia. Niebezpieczeństwo polega więc na tym, że nie są to tym razem obietnice tak bardzo puste.
W pierwszej wersji projektu, przesłanej do Komisji Trójstronnej, przy składce (płaconej przez pracodawców) 2,45 proc. podstawy wymiaru, bilans FP na koniec roku 2008 zamykał się nadwyżką rzędu 2,9 mld PLN.
W wersji ostatecznie przesłanej do Sejmu ta nadwyżka spuchła już jednak do 4,1 mld PLN. Rzecz jest o tyle istotna, że przy planie finansowym w wersji pierwotnej, dofinansowanie NFZ wyłącznie ze środków FP, w wysokości obiecanej przez przedstawicieli rządu, czyli 3 mld PLN, pociągnęłoby za sobą utratę przez Fundusz płynności. W wersji drugiej, tej bardziej obfitej, teoretycznie przemieszczenie środków w obiecanej wysokości stało się już przynajmniej możliwe. Aktualizacja planu finansowego FP nadążyła więc za politycznymi deklaracjami. Stała się z nimi koherentna, choć wcześniej – nie była.
Plan finansowy Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, co do wyssania którego z pieniędzy też były pewne podejrzenia, nie uległ za to zmianie. Przy składce (odprowadzanej przez pracodawców) 0,1 proc. podstawy wymiaru, stan Funduszu na koniec roku lekko się poprawia i wynosi 3,2 mld PLN. Musi to oznaczać pewną selektywność przy najświeższejj ocenie sytuacji finansowej obu tych funduszy. Aktualizacja prognoz poprawia stan FP, ale nie zmienia już stanu FGŚP. Zastanawiajaca dychotomia. Albo zwykła niedbałość.
Według aktualnych planów finansowych stan plynności na koniec przyszłego roku w obu funduszach finansujących zmiany na rynku pracy wynieść ma więc 7,3 mld PLN. Teoretycznie pozwala to spokojnie sfinansować z ich środków obietnice dane służbie zdrowia. W pierwszej wersji ustawy budżetowej było to jeszcze trudne.
Trzeba pamiętać, że FP i FGŚP cieszą się obecnie przyzwoitą kondycją finansową za sprawą dobrej koniunktury. Trzeba też pamiętać, że zabranie im pieniędzy i wydanie na zdrowie pogorszyłoby wynik sektora finansów publicznych. Przyniosłoby bowiem zmniejszenie nadwyżki w innych, poza budżetem państwa, elementach sektora. Ciekawe, jak taka operacja finansowa zostanie teraz ujęta w aktualizacji programu konwergencji fiskalnej?
2007-10-14 19:16
gospodarka, blogi ekspertów nfz, Fundusz Pracy Komentarze (0)
 Oceń wpis
   
Wyniki sektora bankowego w trzecim kwartale i – siłą rzeczy – w całym roku, będą z pewnością nieprzyjemną niespodzianką dla wielu inwestorów na świecie. Po ostatnich tłustych latach nadchodzą teraz lata chude. Suma odpisów na rezerwy, podana do tej pory przez globalne banki sieciowe przekroczy niebawem 20 mld dolarów. Niby niewiele w skali ich wyników finansowych, ale to przecież tylko wierzchołek góry lodowej, początek łańcucha skumulowanych strat, których dziś odpowiedzialnie oszacować nie sposób.
Menedżerowie, do niedawna z dumą prezentujący coraz nowsze, coraz bardziej dochodowe wehikuly z segmentu CDOs (collateralised debt obligations), dziś obficie posypują głowy popiołem. W Nowym Jorku, Londynie, we Frankfurcie pada wiele słów skruchy na modłę japońską, do tej pory tu raczej nie praktykowaną. Mnożą się zapewnienia, że od teraz wycena ryzyka inwestycyjnego będzie już właściwa. Wiele gwiazd ostatnich lat, odpowiedzialnych za inwestycje w instrumenty pochodne, tworzących lewary finansowe oparte na słabo zabezpieczonych kredytach hipotecznych, już pożegnało się z posadami. Inni, w tym również ci najwięksi, znajduje się w ogniu ostrej krytyki.
Ostatnia dekada, okres nadzwyczajnego, ale zarazem słabo kontrolowanego rozwoju globalnego rynku finansowego, kończy się w atmosferze strachu, niepewności, powszechnego kryzysu zaufania. Choć – przynajmniej jak do tej pory – obyło się bez globalnego krachu, którego nadejścia obawiało się tak wielu obserwatorów. Czy mamy więc do czynienia jedynie z ozdrowieńczym wstrząsem, połączonym z poprawną tym razem wyceną ryzyka inwestycyjnego?
Wiara czyni cuda
Nadzieję inwestorów na pomyślny rozwój wydarzeń, na stopniowe wygasanie skutków credit squeeze, widać dobitnie po notowaniach największych banków sieciowych, ujawniających stopniowo w ostatnich tygodniach wielkość odpisów na rezerwy z tytułu strat na rynku CDOs. Merrill Lynch, UBS, DB, City - wszystkie poszły w górę, choć – na przekór wezwaniom szefa Deutsche Banku - metodologia dokonywania tych odpisów, sposób szacowania potencjalnych strat, poziom zaangażowania w segment CDO, nie zostały przecież ujednolicone i podane do wiadomości publicznej. Budzi to obawy o porównywalność danych. Poprzez wycenę akcji inwestorzy dali jednak wyraz własnym nadziejom, że straty banków, choć znaczne, znajdują się jednak pod kontrolą. Optymizm wyraźnie góruje nad potrzebą dysponowania twardymi danymi.
Bezprecedensowa akcja zasilenia w płynność rynku międzybankowego, podjęta przez największe banki centalne, choć stawiająca je w trudnej sytuacji, została dobrze odebrana przez inwestorów. A przecież Fed obniżając stopy procentowe nie miał jeszcze najświeższych, bardzo optymistycznych, danych z rynku pracy. EBC z kolei musiał wycofać się z zaanonsowanej już podwyżki stóp procentowych i nie będzie mógł ich teraz podnieść nawet w obliczu wzrostu inflacji w listopadzie do 2,6 proc.). Od jakiegoś czasu nie ma wiadomości o kolejnych instytucjach ratowanych przez banki centralne. Nie ma kolejek spanikowanych klientów, chcących odzyskać swoje depozyty. Kryzys za nami? Można odtrąbić koniec kłopotów?
Banki i przedsiębiorstwa
Radziłbym: bez pośpiechu. W najbliższych kwartałach wszystko zależy od siły, z jaką problemy z rynku kredytowego przeniosą się na sferę realną gospodarki. Bo jakoś przecież przenieść się muszą. Koszt dwucyfrowego spadku cen nieruchomości z Stanach, jak do tej pory, szacowany jest na ubytek 0,3-0-4 proc. PKB w tym roku. Skala obniżki prognoz tempa wzrostu gospodarczego jest więc bardzo umiarkowana. Ale to dlatego, że kredyt odgrywa w funkcjonowaniu przedsiębiorstw w Stanach realatywnie małą wagę. W zasadzie negatywne skutki dla sfery realnej wzrostu ceny pieniądza na rynku międzybankowym i spadku płynności mijają już w przyszlym roku, kiedy PKB rośnie na powrót powyżej 2,5 proc.. Wycena kosztu credit squeeze dla sfery realnej jest więc w Stanach wciąż bardzo umiarkowana.
Nieco gorzej, co – moim zdaniem – świadczy jednak korzystnie o poczuciu realizmu bankowców, mają się sprawy w Europie. Sporo do myślenia powinna nam dawać cykliczna publikacja EBC, oddająca oczekiwania banków, co do stanu środowiska kredytowego w kolejnym kwartale (Bank Lending Survey). Prezentacja najnowszej odsłony raportu, z powodów nadzwyczajnych wydarzeń na rynku, została przyspieszona o miesiąc.
Większość banków w Europie spodziewa się ostrzejszych standardów kredytowych w kolejnym kwartale. W segmencie kredytów korporacyjnych wskaźnik wymaganych standardów lokuje się już teraz na poziomie najwyższym od drugiego kwartału 2003. W segmencie kredytu hipotecznego wzrósł on do poziomu najwyższego od pierwszego kwartału 2004. Według ankietowanych banków łatwiejszy będzie tylko dostęp do kredytu konsumpcyjnego. Jest jasne, że banki starają się tu właśnie zrekompensować sobie malejącą akcję kredytową w segmentach, gdzie credit squeeze był najsilniejszy.
Według badania EBC rośnie odsetek banków, które oczekują, że zawirowania na globalnym rynku finansowym wpłyną na wzrost standardów kredytowych również w kolejnym kwartale. I tak: trudniejszego dostępu do kredytu dla dużych przedsiębiorstw spodziewa się 47 proc. ankietowanych (wobec 38 proc. kwartał wcześniej); dla firm malych i średnich odsetek ten wzrósł do 35 proc. (z 21 proc. przed kwartałem).
Nic dziwnego, że trudniejszy kredyt i mniejsza płynność odbija się na prognozach wzrostu w strefie euro, gdzie konsumpcja waży w PKB mniej niż w Stanach. W tym roku prognozy zostały już obniżone do 1,8 proc., w przyszłym - do ok. 2 proc.. Niska inflacja, wzrost poniżej potencjału i prognozowane dalsze umocnienie się euro, ożywiły nawet na powrót oczekiwania na obniżki stóp procentowych przez EBC.
Polska jednak w Europie?
Trudniejsze warunki na rynku kredytowym dadzą o sobie znać również w Polsce. Już choćby z tej przyczyny, że sieciowe banki globalne, większościowi udziałowcy w naszych bankach, stosują ujednolicone procedury wyceny ryzyka. Rozwój akcji kredytowej przy malejącej płynności (której spodziewa się bank centralny) i w warunkach wzrostu inflacji, oznacza wzrost ceny i – tym samym – spadek popytu. Przyszłoroczne wyniki sektora bankowego w Polsce mogą nieprzyjemnie rozczarować wielu inwestorów rówież u nas. Udział kredytu w finansowaniu inwestycji mamy co prawda nieporównanie mniejszy niż na rynkach rozwiniętych, ale trudniejszy dostęp do kredytu jednak osłabi, a nie wzmocni popyt inwestycyjny. Co do tego powinna być zgoda.
Tym bardziej, że równolegle dadzą o sobie znać problematyczne następstwa implementacji regulacji z Nowej Umowy Kapitałowej, nakazujace bankom przy procedurach kredytowych traktować małe i średnie przedsiębiorstwa, jak podmioty fizyczne. Nikt dziś nie potrafi jeszcze jednoznacznie ocenić, czy związana z tym nowa wycena ryzyka ułatwi, czy raczej utrudni dostęp do kredytu przedsiębiorstw z sektora MSE.
Zarysowujące się na rynku kredytowym trendy pozwalają jednak już dziś postawić tezę, że wkład inwestycji we wzrost PKB może być w przyszlym roku niższy niż jeszcze do niedawna się spodziewano. Przy spodziewanym spadku popytu zagranicznego, przesunie to ciężar naszego wzrostu jeszcze bardziej na konsumpcję.
Tym samym hipoteza o spadku dynamiki PKB w średnim okresie, oraz o narastaniu nierównowagi makroekonomicznej zyskuje coraz solidniejszą podstawę.   
2007-10-07 21:01
gospodarka, blogi ekspertów credit squeeze, sfera realna Komentarze (1)