O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

Brak zrozumienia dla istoty zagadnienia znanego pod hasłem "reforma finansów publicznych"  jest dla ekonomisty naprawdę irytujący. Politycy od lat zalewają nas powodzią słów na temat równoważenia budżetu, cięć wydatków socjalnych, wyrastania z długu, redukcji podatków itp. Ze złości, a trochę chyba i z poczucia bezsilności, napisaliśmy więc z Maćkiem Bukowskim z Fundacji Naukowej Instytut Badań Strukturalnych tekst, który zamieszczam poniżej. 5 grudnia w siedzibie BCC, w trakcie seminarium organizowanego przez Stefana Kawalca, będziemy rozmawiać o tym, jak w naszych warunkach wyglądać powinna naprawdę reforma finansów publicznych i dlaczego droga do niej nie może być drogą na skróty. Już dziś zachęcam wszystkich do włączenia się do tej dyskusji. Tym razem, chyba po raz pierwszy, jest szansa, by z naszym przekazem trafić do ludzi odpowiedzialnych za politykę gospodarczą. Droga do równowagi fiskalnej prowadzi przez wzrost współczynnika aktywności zawodowej do 70 proc. z obecnego poziomu 52 proc.. Kluczem powodzenia jest więc deregulacja gospodarki i zmiany na rynku pracy. Ministerstwo Finansów odgrywa w tym planie rolę drugoplanową. 

 

Nie będzie zdrowych, zrównoważonych finansów publicznych z niskimi podatkami, bez takiej przebudowy polityki gospodarczej, która sprawi, by ludziom, którzy dziś wypatrują okazji przejścia na garnuszek państwa opłacało się pracować i inwestować. Rząd musi przestać „wypychać” ludzi po 50 roku życia z rynku pracy. Przedefiniowanie polityki społeczno-gospodarczej, poprzez zmniejszenie wydatków publicznych finansujących konsumpcję zdolnych do pracy osób w wieku produkcyjnym oraz zwiększenie zachęt inwestycyjnych, pozwoliłoby w dłuższej perspektywie na redukcję deficytu. Zmiany podatkowe powinny stać się niezbędnym uzupełnieniem reformy wydatkowej. Redukcja podatków musi zostać podporządkowana dwóm celom: zwiększeniu podaży pracy i wzrostowi inwestycji prywatnychyle. Jak te cele osiągnąć? Jak podejść do reformy finansów publicznych, o której od lat słyszymy, ale której istoty wciąż – jak się wydaje – nie rozumiemy?
 
Redefinicja celu reformy finansów publicznych
Zmianom strukturalnym w sektorze finansów publicznych powinny przyświecać cztery najważniejsze cele: wzrost zatrudnienia; spadek bezrobocia; wzrost wynagrodzeń bez podkopywania konkurencyjności gospodarki; wzrost produktu krajowego.
Zrównoważenie dochodów i wydatków publicznych powinno być celem pośrednim reformy finansów publicznych. Nie może jednak być celem nadrzędnym, któremu podporządkowane zostają wszystkie inne działania w polityce gospodarczej.
 
Wydłużenie okresu pracy w cyklu życia
 
Impulsy fiskalne nie mogą nadal negatywnie wpływać na akumulację kapitału, podaż pracy i zatrudnienie. Przez cały okres transformacji systemowej podaż pracy i zatrudnienie pozostawały niezmiennie na niskim poziomie w grupie osób po 50 roku życia. Z kolei popyt na pracę pracowników wkraczających dopiero na rynek pracy był obniżany przez źle skonstruowane instrumenty polityki społecznej, mające z definicji redukować różnice w rozpiętości dochodów, jak choćby płaca minimalna czy rzekomo progresywny system podatkowy. „Starzenie się” społeczeństwa i utrudnianie wstępu na rynek pracy młodym, zaowocowały niemal 10 pkt. proc. luką zatrudnieniową, która dzieli obecnie Polskę od innych krajów UE. Znaczna część tej luki jest konsekwencją niskiej podaży pracy, a nie wysokiego bezrobocia. Potrzebujemy ostrych impulsów dla wzrostu aktywności zawodowej. Konieczne jest podniesienie efektywnego wieku emerytalnego i zrównanie go dla kobiet i mężczyzn. Potrzebne jest maksymalne ograniczenie przywilejów emerytalnych opłacanych przez ogół podatników. Niezbędne jest obniżenie i zróżnicowanie regionalne płacy minimalnej.
To od tej strony trzeba się dobrać do problemu sanacji finansów publicznych.
 
Mniej transferów dla ludzi w wieku przedemerytalnym
 
Niezbędna jest redukcja wydatków społecznych tam, gdzie wywierają one najbardziej destrukcyjny wpływ na podaż pracy. Podatki i wzrost długu publicznego nie powinny finansować konsumpcji osób zdolnych do pracy w wieku produkcyjnym. Jest ich dzisiaj w Polsce około 2 mln. Polityka rządu nie może dłużej „wypychać” tych ludzi z rynku pracy. Polska nie może być egzotyczną wyspą, gdzie na emeryturę przechodzi się dziesięć lat wcześniej niż w innych krajach europejskich. Tak nie sprostamy konkurencji międzynarodowej.
Właściwe narzędzia zwiększające popyt na pracę młodych
 
Płaca minimalna stanowi barierę wejścia na rynek pracy ludzi o niskich kwalifikacjach. Płaca minimalna musi być niska i regionalnie zróżnicowana. Potrzebujemy też sprawnego systemu wspierania przez państwo zatrudnienia ludzi młodych, którzy nie radzą sobie na rynku pracy. Systemu znacznie efektywniejszego i mniej kosztownego niż obecne zasiłki dla bezrobotnych i aktywne polityki rynku pracy marnotrawiące pieniądze na tych, którzy takiej pomocy nie potrzebują. Przedsiębiorcy, którzy inwestują, a więc i tworzą miejsca pracy, powinni być przez system podatkowy premiowani.
  
Mniej wydatków zdeterminowanych = więcej wydatków modernizacyjnych
 
Obecnie to nie PIT, ale wysoka składka na ubezpieczenia społeczne, finansująca jednak ledwie ok. 65 proc. transferów, jest najważniejszym składnikiem klina podatkowego. Warto przypomnieć, że przy wynagrodzeniu 1000 PLN PIT sięga 26,50 PLN; składka zdrowotna – 75,86 PLN; a składka na ubezpieczenia społeczne aż 363,20 PLN.
Droga do redukcji deficytów (FUS i budżetu państwa) wiedzie poprzez spadek transferów finansujących konsumpcję osób zdolnych do pracy w jednym z dwu skrajnych segmentów rynku, a więc w tym wypadku ludzi „starszych”. Jednocześnie zamiast wydawać miliardy na subsydiowanie staży setek tysięcy ludzi młodych, lepiej spożytkować pieniądze Funduszu Pracy i Europejskiego Funduszu Społecznego na pomoc tym, którzy rzeczywiście mają trudności, by odnależć się na rynku pracy. Chodzi o ludzi długotrwale bezrobotnych. Tych, którzy już pierwszą pracę znaleźli nie wolno zaś karać wysokimi podatkami.
Dopiero w takich warunkach stanie się możliwe prowadzenie antycyklicznej polityki fiskalnej. Redukcja w ciągu 4 lat udziału wydatków zdeterminowanych z obecnego poziomu 74 proc. wydatków ogółem do 50 proc. pozwoliłaby podnieść udział wydatków modernizacyjnych w wydatkach publicznych do ok. 10 proc. PKB. Później, stopniowo pojawiłaby się też przestrzeń do redukcji podatków dochodowych i składek obciążających płace. Zwrotnie wpłynęłoby to korzystnie na podaż kapitału i pracy.
 
Nie ma obniżki podatków bez redukcji wydatków
 
Zaniechanie reformy strony wydatkowej budżetu, niezbędnej dla zredukowania długookresowych zobowiązań państwa, stawia pod znakiem zapytania trwałość jakiejkolwiek obniżki obciążeń podatowych i parapodatkowych. Wpływ na zagregowaną podaż pracy, kapitału i produkt redukcji składki rentowej, w stylu przeforsowanym przez poprzedni rząd (wzrost wynagrodzeń netto opłaconych kosztem wzrostu transferów budżetowych do FUS) jest ulotny.
Obniżki podatków i parapododatków mogą skutecznie stymulować koniunkturę tylko wówczas, kiedy stanowią odpowiedź na gwarantowane niższe wydatki w przyszłości. Jeśli zmiany dotyczą tylko jednej strony tego równania oznaczają wzrost ryzyka podwyżki podatków. Stąd ich wpływ na zachowanie podmiotów gospodarczych cechujących się racjonalnymi oczekiwaniami pozostaje znikomy.
 
Preferencje dla dochodu z pracy, czyli jednolity podatek płaski z wysokim kosztem uzyskania przychodu
 
Redukcja podatków musi być podporządkowana dwóm celom: zwiększeniu podaży pracy i wzrostowi inwestycji prywatnych. Wzrost konsumpcji nie może być priorytetem. Wpływ reform podatkowych na zatrudnienie będzie tym większy, im precyzyjniej zostaną one zaadresowane do grup zawodowych charakteryzujących się dużą elastycznością cenową podaży pracy.
Wśród wielu wariantów reform podatkowych obciążonych identycznym krótkookresowym kosztem fiskalnym, wyższy wzrost zatrudnienia da taki, który silniej zmniejszy opodatkowanie dochodów z pracy w tych segmentach rynku, gdzie podaż pracy jest obecnie niska, a nie tam, gdzie jest ona wysoka.
Najkorzystniejsza z punktu widzenia wzrostu zatrudnienia byłaby więc reforma podatkowa, preferująca dochód z pracy. Inne rodzaje dochodów, zwłaszcza dochodów ze świadczeń pobieranych przez osoby w wieku produkcyjnym, mogą podlegać relatywnie wyższym obciążeniom podatkowym niż dochód z pracy.
Sensownym rozwiązaniem spełniajacym taki wymóg jest jednolity podatek płaski z wysokim kosztem uzyskania przychodu. Kosztem uzyskania przychodu – podkreślamy - a nie z kwotą wolną. Ta bowiem dotyczy także tych, których dochody pochodzą ze świadczeń społecznych, a nie z pracy.
 
CIT z ulgami inwestycynymi
 
W podatku CIT brakuje mechanizmu preferującego inwestycje kosztem konsumpcji. Warto zastanowić się nad dużą ulgą inwestycyjną, obniżającą podatki rentownym firmom reinwestującym zyski. Dziś w Polsce stopa inwestycji prywatnych brutto, w tym kluczowych dla wzrostu potencjalnego PKB inwestycji w maszyny i urządzenia, należy do najniższych w regionie. Nadanie zmianom w CIT charakteru proinwestycyjnego jest w tej sytuacji ważniejsze niż dalsza redukcja stopy procentowej podatku. Lepszy podatek CIT może mieć nawet wyższą nominalną stawkę, jeśli inwestowanie łączy się z dużą redukcją stawki efektywnej.
 
Budżet zadaniowy, czyli konkurencja efektywnościowa w wydatkach publicznych
 
Ani równoważenie budżetu, ani zmiany organizacyjne w planowaniu i realizacji budżetu, znane pod hasłem „budżetu zadaniowego”, nie mogą stać się celem głównym reformy sektora finansów publicznych. Wieloletnie zadaniowe planowanie wydatków pomoże zwiększyć efektywność alokacji środków publicznych. Zwłaszcza w budżecie państwa. Wprowadzenie efektywnościowej konkurencji w dziedzinie wydatków publicznych, na zasadzie konkursu o ograniczone zasoby, jest przedsięwzięciem ze wszech miar godnym poparcia. Skupić się jednak trzeba na zmianach najważniejszych, które przyniosą największy zwrot w postaci szybszego wzrostu PKB i wyższego zatrudnienia. Budżet zadaniowy może co najwyżej trochę pomóc w realizacji tych celów. Ich realizacja nie będzie jednak możliwa bez wdrożenia dobrze zaprojektowanej reformy wydatkowej oraz dopasowanych do niej zmian w podatkach.
 
Nie ma drogi na skróty
 
Droga do pokonania barier fiskalnych, podcinających w dłuższym okresie wzrost gospodarczy, prowadzi przez poważne zmiany na rynku pracy. Ta droga wygląda tak: wyższa podaż pracy (więcej pracujących i dłuższy okres pracy w cyklu życia) - mniej trasferów finansujących konsumpcję ludzi zdolnych do pracy - poprawa pozycji fiskalnej - niższe podatki. Inna sekwencja wydarzeń nie rokuje powodzenia. Nie szukajmy drogi na skróty do obniżki podatków. Szkoda na to czasu i energii.
 
2007-11-24 21:26
gospodarka, blogi ekspertów finanse publiczne, rynek pracy Komentarze (8)
 Oceń wpis
   
Bankowi centralnemu, ale też równocześnie i nowemu rządowi szykuje się poważny kłopot. Na imię mu inflacja i deficyt na rachunku obrotów bieżących bilansu płatniczego.
Kłopot banku centralnego, prawdę mówiąc, jest trochę odmiennej natury niż kłopot rządu. Ale tylko trochę. Rada Polityki Pieniężnej będzie się bowiem musiała uporać z problemem szybko rosnącego wskaźnika CPI, w którym formułowany jest cel inflacyjny, ale wciąż jeszcze dość niskiego wskaźnika inflacji bazowej netto, używanego w dużym modelu prognostycznym NBP. Taki rozziew różnych wskaźników inflacji oznacza rosnące trudności z podejmowaniem trafnych, wyprzedzajacych decyzji, co do wysokości stóp procentowych. Jak również problem z ich przekonującym i spójnym uzasadnieniem. Deficyt na rachunku bieżącym, będący wyrazem „wylewania się” krajowego popytu za granicę, pod koniec przyszłego roku może już sięgać 8 proc. PKB. A to oznacza istotny wzrost ryzyka zmienności kursu, co dodatkowo utrudnia prowadzenie polityki pieniężnej.
Kłopot rządu zamyka się w pytaniu: jak zneutralizować kosztowne politycznie przekonanie, że wzrost inflacji łączy się ze zmianą władzy? Ten problem natury – nazwijmy to tak – wizerunkowej, już wkrótce zmieni się jednak w realny problem natury fiskalnej. Przy obowiązujacym obecnie systemie indeksacji świadczeń, petryfikowanym skutecznie w trakcje poprzedniej kadencji Sejmu, gdzie ponad 70 pozycji przeróżnych wydatków budżetowych związanych jest automatycznie z poziomem inflacji, nieuniknione są napięcia fiskalne. Pod znakiem zapytania stanie nie tylko program konwergencji, ale rówież ambitny plan zmiany struktury wydatków budżetu na bardziej prorozwojową, tak, by pod koniec kadencji udział wydatków zdeterminowanych nie przekraczał 50 proc. wydatków ogółem (obecnie ponad 73 proc.).
Poważny wzrost deficytu na rachunku bieżącym może z kolei skłonić agencje ratingowe do obniżenia perspektywy inwestycyjnej dla Polski. Oznaczałoby to dla rządu zwiększony koszt finansowania na globalnym rynku.   
Inflacja w górę, wzrost w dół
Wszystko wskazuje na to, że na przednówku ceny żywności w ujęciu rok do roku będą rosły już w tempie ok. 10 proc.. Przy założeniu utrzymywania się cen ropy na poziomie 85 dol. za baryłkę i kursu na poziomie zbliżonym do 3,40 PLN za euro, inflacja mierzona wskaźnikiem CPI wzrośnie wówczas do 4,3 proc., czyli znajdzie się blisko 1 pkt. proc. ponad dopuszczalną górną granicą wahań wokół 2,5 proc. celu inflacyjnego. W tym samym czasie jednak inflacja bazowa netto pozostawać będzie wciąż jeszcze na relatywnie niskim poziomie 2,7 proc.. Na jej ok. 1,5 proc. wzrost od aktualnego poziomu, zapracują pospołu szybszy od oczekiwań wzrost jednostkowych kosztów pracy i „przenikanie” do wskaźnika inflacji bazowej wzrostu cen żywności, szoku o charakterze globalnym, nabierającego wyraźnie cech permanentnych.
Co ma z tym fantem robić bank centralny? Tym bardziej, że tempo wzrostu gospodarczego dalej będzie „siadać” (ok. 4,5 proc. w pierwszym półroczu 2008), ale tempo wzrostu wynagrodzeń wciąż jeszcze nie zacznie hamować (ok. 9-10 proc. w pierwszym półroczu 2008).
Co z rosnącym wskaźnikiem CPI  ma zrobić rząd, stający w obliczu kolejnej fali roszczeń płacowych, w sytuacji, gdy budżet nie ma co liczyć na powtórkę z „przyjemnej niespodzianki dochodowej”, jaka przytrafiła się nam 3 lata z rzędu?
Wahania banku centralnego mogą być niezmiernie kosztowne, o ile przełożą się na wzrost oczekiwań inflacyjnych. Wahania rządu, ustępliwość w kwestii „odsztywnienia” wydatków, oznaczać będzie utratę tempa wzrostu potencjalnego PKB, czyli większą wrażliwość gospodarki na presję inflacyjną. Rosnąca nawet w umiarkowanym tempie inflacja uniemożliwi nam przy tym – pamiętajmy o tym – zmianę reżimu kursowego i włączenie się do mechanizmu ERM 2. A to oznacza odsunięcie daty wejścia do strefy euro. Usztywnienie kursu w sytuacji rosnącej nierównowagi makroekonomicznej musiałoby się skończyć utratą kontroli nad inflacją. Ilustruje to doskonale przypadek krajów nadbałtyckich, gdzie wzrostowi deficytu C/A do ponad 20 proc. PKB, towarzyszy ponad 13 proc. inflacja.
Odpowiedź na wzrost wskaźnika CPI, wzrost w pierwszej fazie jeszcze umiarkowany, choć już przekraczający poziom celu inflacyjnego, może być w tej sytuacji tylko jedna: podwyżki stóp procentowych przez RPP i maksymalnie propodażowe działania ze strony rządu.
Stopy w górę, bariery w dół
Im mniej wahania ze strony RPP i więcej determinacji ze strony rządu, tym mniejsza będzie musiała być skala podwyżek stóp procentowych. Tym niższy koszt przywracania zachwianej równowagi makroekonomicznej w postaci utraconej dynamiki PKB zapłaci gospodarka.
Jestem przekonany, że RPP, podejmująca decyzje kolegialnie, będzie wykonywała swój konstytucyjny mandat, którym jest dbałość o stabilność cen. RPP może co prawda zaproponować uczestnikom rynku coś w rodzaju kontraktu: brak podwyżek w zamian za brak efektów „drugiej rundy” (czyli powściągliwe żądania płacowe pracowników i cenowe producentów). Nie przypuszczam jednak, żeby w naszych warunkach taki apel banku centralnego o świadome samoograniczenie ze strony agentów gospodarczych odniósł sukces. Czekają nas więc podwyżki stóp.
Trzeba jednak wyraźnie podkreślić, że w obliczu rosnącej inflacji, której przyczyny są przecież dobrze zidentyfikowane, gros pracy do wykonania jest jednak po stronie rządu.
Szybka, głęboka deregulacja rynku pracy ograniczy jedną z głównych barier o charakterze podażowym. Wzrost zatrudnienia o 1 mln, pozwoliłby obniżyć składkę na ubezpieczenia społeczne przeciętnie o 10 pkt. proc.. Potrzebujemy elastycznych form zatrudnienia, spadku pozapłacowych kosztów pracy, wzrostu współczynnika aktywności zawodowej, podniesienia i zrównania wieku emerytalnego, obniżki (nie podwyżki) płacy minimalnej i jej regionalnego zróżnicowania. Potrzebujemy dialogu w Komisji Trójstronnej na temat pakietu „long live learning”, zamiast wykłócania się o kolejne przywileje, albo 0,2 pkt. proc. inflacji.
Szybkie, zdecydowane działania znoszące bariery dla przedsiębiorczości pozwolą wyjść z podażą krajowych towarów i usług naprzeciw popytowi krajowemu rosnącemu blisko dwukrotnie szybciej niż PKB. Potrzebna jest diametralna reorientacja podejścia administracji do pracodawców. Z systemu oktrojowanej wolności gospodarczej , fakultatywnych wykładni prawnych, musimy przejść do respektowania jasnych reguł „ograniczonego państwa”.
Znaczącym wzmocnieniem potencjału gospodarki będzie odmrożenie prywatyzacji. Przychody z prywatyzacji pozwolą przy tym – co nie jest przecież bez znaczenia – zredukować potrzeby pożyczkowe państwa. A to oznacza przerwanie spirali narastania długu. Bez zatrzymania tendencji do przyrostu długu publicznego trudno odpowiedzialnie rozmawiać o redukcji podatków.
Czas chuchania na podaż
Ten rząd będzie miał zaledwie pół roku na wdrożenie działań regulacyjnych o wyraźnym profilu propodażowym. Działań, których zaniechano w ostatnich latach w imię konformistycznej pielęgnacji przez rząd krajowego popytu. Konieczna reorientacja polityki gospodarczej odbywać się będzie w warunkach rosnącej nierównowagi makroekonomicznej, napięć fiskalnych, wzrostu deficytu na rachunku bieżącym, inflacji wystającej ponad cel.
Jeśli energiczne działania wzmacniające stronę podażową nie zostaną podjęte w tym realtywnie krótkim czasie, to żadna siła nie uratuje nas przed „twardym lądowaniem” w latach 2009-2010. Nasza gospodarka, między innymi za sprawą procyklicznej polityki fiskalnej, ale też zaniechania przez rząd jakichkolwiek działań propodażowych, nie jest przygotowana na spadek tempa wzrostu w okolice 3-4 proc..
2007-11-11 18:32
gospodarka, blogi ekspertów inflacja, stopy, C/A Komentarze (4)