O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   
Procesom zachodzącym obecnie w światowej gospodarce towarzyszy donośny, mocno przy tym ironiczny, chichot historii. Oto największe ikony globalnego kapitalizmu, potężne banki, wycieńczone kryzysem, który same sobie zafundowały błędnie wyceniając przez długi czas ryzyko inwestycyjne, poddawane są teraz intensywnej reanimacji przez państwowe fundusze inwestycyjne (SWF) z Chin, Singapuru i regionu Zatoki. Środki ratunkowe używane przy tej akcji pochodzą zaś z eksportu, kredytującego konsumpcję surowców, usług i towarów, która znacząco przekracza zdolności wytwórcze rozwiniętych gospodarek Zachodu. Czegoś takiego nawet pomysłowy Marks by nie wymyślił.

Mechanizm przez dłuższy czas napędzający gospodarkę światową, jak dziś go widzimy, daje się opisać w postaci sekwencji następujących wydarzeń: błędna wycena ryzyka w krajach rozwiniętych – boom konsumpcyjny wspierany „bąblami” narastającymi na wielu aktywach – wysokie tempo wzrostu finansowane rosnącym długiem – kumulacja rezerw dewizowych w mniej zasobnych krajach finansujących konsumpcję bogatych – urealnienie wyceny ryzyka w gospodarkach rozwiniętych – kryzys na rynku kredytowym – gigantyczne straty renomowanych instytucji finansowych – powszechny kryzys zaufania podkopujący perspektywy wzrostu na rynkach bazowych – zagrożenie dla gospodarki światowej skoordynowana akcja najważniejszych banków centralnych na świecie, zasilających rynek międzybankowy w płynność - fundusze państwowe z krajów rozwijających się wzmacniają kapitały prywatnych banków nadwyrężone przez odpisy na rezerwy – ulga, ale też trochę zaniepokojenia wśród obserwatorów. Wydarzenia opisane w tej sekwencji ostro przyspieszyły w drugiej połowie ubiegłego roku.

Proklamowany pod koniec roku 2007 sukces polegał na tym, że wiodące banki sieciowe (Citi, UBS, Morgan Stanley, Bear Stearns, Merrill Lynch), akceptując oferty ratunkowe ze strony SWF, przedstawiły je jako początek nowego etapu pogłębionej współpracy z liczącymi się partnerami na najbardziej obiecujących, trudno dotychczas dostępnych rynkach. A państwowe fundusze inwestycyjne, dla uspokojenia nastrojów i rozwiania wątpliwości, akcentują mocno swój nieideologiczny charakter, wyłącznie komercyjne zaangażowanie i przejrzysty cel, jakim jest bardziej efektywne zarządzanie powierzonymi im rządowymi rezerwami dewizowymi.

W ten sposób doszliśmy do etapu, kiedy nadzieje współczesnego świata na pomyślny rozwój wydarzeń wspierać się muszą na przekonaniu, że państwowe fundusze inwestycyjne zechcą nadal finansować konsumpcję i ratować system finansowy w liberalnych demokracjach Zachodu.

Jeśli w tym ironicznie brzmiącym stwierdzeniu zawarta jest jakaś przesada, to naprawdę – proszę mi wierzyć – nie ma jej znów tak wiele. Przebieg ostatnich wypadków stawia nas wobec całej serii fundamentalnych pytań z pogranicza ekonomii, etyki, politologii, psychologii. Na większość z nich brak przy tym wciąż jeszcze dobrych odpowiedzi. Sformułujmy garść z tych najbardziej frapujących kwestii, do rozjaśnienia których zdołamy się pewnie trochę w nowym roku zbliżyć, ale z pewnością ich jeszcze nie rozstrzygniemy.

Jak po pozyskaniu znaczących państwowych udziałowców, zmieni się funkcjonowanie wielkich prywatnych instytucji finansowych o charakterze globalnym? Jak na udziały państwowych funduszy w bankach zareagują tradycyjni akcjonariusze? Co z tym fantem poczną konkurenci, którzy nie dorobili się kontrowersyjnych udziałowców, otwierających potencjalnie drogę do ekspansji na trudno dotychczas dostępne, a tak przecież obiecujące rynki? Czy zainicjowane zmiany w strukturze akcjonariatu najbardziej renomowanych instytucji oznaczają rynkową nacjonalizację części globalnego systemu finansowego przez nieliberalne reżimy? A może, wręcz na odwrót, jest to raczej wstęp do odideologizowania i dalszego urynkowienia nieliberalnych demokracji? Jak to wpłynie na relacje między liberalnymi a nieliberalnymi reżimami? Jakie wpływ na funkcjonowanie gospodarki światowej może mieć wejście do gry w sektorze prywatnym państwowych funduszy inwestycyjnych, aktywnych teraz już nie tylko w sferze realnej, ale i w sektorze finansowym? Jakie zasady corporate governance przykładać do tego rodzaju inwestycji? Co wreszcie mają z tym począć rządy i regulatorzy rynku?

Odpowiedź na każde z tych pytań może mieć dziś wyłącznie charakter dywagacji. Jest oczywiście możliwe, że dysponujące kwotą szacowaną na ponad 2 bln dolarów państwowe SWF, będą pasywnymi inwestorami, nakierowanymi na dochody wyższe od tych osiąganych przy tradycyjnej alokacji rezerw dewizowych. I nic się wówczas nie stanie. Po prostu fundusze państwowe z nieliberalnej części świata zastąpią wówczas na chwilę demokratyczne rządy w ich tradycyjnej roli „pożyczkodawcy ostatniej instancji”.

Z drugiej jednak strony trudno nie zauważyć, że wejście państwowych funduszy do osłabionego kryzysem światowego sektora finansowego, gdzie właściwa wycena ryzyka jest dziś praktycznie niewykonalna, wydaje się być sprzeczne z powszechnie deklarowanym celem, jakim jest wyłącznie uzyskanie wyższej stopy zwrotu z inwestowanych rezerw.

Jedno jest pewne: nierównowaga w skali globalnej, która zaczęła narastać jeszcze pod koniec ubiegłego wieku, doprowadziła do najgłębszego w powojennej historii kryzysu zaufania wobec wiodących prywatnych instytucji finansowych rynkowej gospodarki. A zaproponowane wyjście, które ma uchronić światową gospodarkę przed zapaścią, otwiera przed nami drzwi w nieznane.

2007-12-26 20:51
gospodarka, blogi ekspertów swf, globalna gospodarka Komentarze (1)
 Oceń wpis
   
Zaawansowanie wykonania deficytu po 11 miesiącach roku niewiele przekroczyło 6 mld PLN wobec planowanych 30 mld PLN. Byłby to bez wątpienia powód do zadowolenia, gdyby nie kilka nasuwających się przy tej okazji wątpliwości.
Trudno bowiem nie zwrócić uwagi na konsekwencje nierównomiernego rozłożenia w czasie wykonania deficytu. Pomimo dużej „poduszki płynnościowej” budżetu, przekraczającej 17 mld PLN, w samym tylko grudniu Ministerstwo Finansów zmuszone było ogłosić ofertę bonów skarbowych, opiewającą na gigantyczną kwotę 9,5 mld PLN. Sięgnięto więc po najdroższy sposób finansowania deficytu. Aukcja, która zakończyła się zaakceptowaniem ofert na sumę o 2 mld PLN niższą od planu, potwierdziła przy tym, że inwestorzy interesują się najbardziej tymi najkrótszymi, 6-tygodniowymi papierami. Na bony dłuższe popyt nie zaspokoił nawet oferty. Trudno tu mówić o oszałamiajacym sukcesie. Jak moglo dojść do takiej sytuacj?
Otóż, według planu deficyt ma wciąż wynieść ok. 23 mld PLN. Oznacza to jego wzrost w ostatnim miesiącu roku o 17 mld. A ponieważ „poduszka płynnościowa” nie powinna spaść poniżej 6-9 mld PLN, trzeba było zabezpieczyć finansowanie rzędu właśnie ok. 9 mld PLN. Planowany wysoki deficyt, w którego wykonanie na tym poziomie nikt tak naprawdę nie wierzy, jest następstwem przesuwania przez dysponentów wykonania wydatków rzeczowych i majątkowych przez większą część roku.
Odkładanie tych wydatków na ostatni miesiąc roku i uporczywe potwierdzanie zamiaru ich wykonania, sprawiło więc, że pomimo wysokiej rezerwy płynnościowej utrzymującej się przez większą część roku, MF musiało w ostatnich tygodniach roku uciec się do najdroższego sposobu pozyskania pieniądza (popyt na bony skarbowe jest pewniejszy niż na obligacje, ale też ceny są tu niskie, a krótkie duration zmusza do szybkiego rolowania długu bez względu na warunki rynkowe).
Na dodatek sięgając po „krótki pieniądz” MF trafiło na moment, w którym płynność na rynku jest niewielka. Oznacza to potencjalnie groźbę uruchomienia przez NBP po koniec roku operacji zasilających, generujących wzrost presji inflacyjnej.
Nieracjonalność takiego postępowania, gdzie niskiemu wykonaniu deficytu (najprawdopodobniej mieszczącemu się w przedziale 15-18 mld PLN na koniec roku) towarzyszy konieczność zabezpieczenia wyjątkowo drogiego finansowania potwierdzanych do ostatniej chwili planów wydatków, jest uderzająca To, między innymi, z tej przyczyny, choć deficyt będzie o blisko połowę mniejszy od planów, potrzeby pożyczkowe, wobec tych przewidywanych, będą niższe jedynie o 5-7 mld PLN.
W ten sposób doprowadzamy do sytuacji, kiedy nawet duża pozytywna niespodzianka budżetowa wcale automatycznie nie prowadzi do spadku relacji długu publicznego (generowanego przez potrzeby pożyczkowe) do PKB.
Uporczywość, z jaką powtarza się podobna sytuacja powinna – moim zdaniem – skłonić rząd do przeforsowania rozwiązań legislacyjnych, które przewidywałyby „skracanie” w trakcie roku niewykorzystanych przez dysponentów limitów wydatków rzeczowych i majątkowych. Ministerstwo Finansów nie powinno być stawiane wobec konieczności utrzymywania przez większą część roku nieuzasadnionej względami płynnościowymi rezerwy pod zaplanowane, ale nierealizowane wydatki (co bez wątpienia trafi pod lupę NIK), a jeszcze na dodatek do sięgania pod sam koniec roku po drogi pieniądz, który – ze względów czysto formalnych - ma zabezpieczyć finansowanie niewykonalnego przecież deficytu. Jest to tworzenie piramidy absurdu.
Pieniądze raz pozyskane przez rząd z rynku nie zmarnują się. Odpowiednio skrócone zostaną tradycyjnie duże emisje SPW na początku kolejnego roku. Tyle, że nie przekreśla to sensu pytania: jak w takich warunkach wygląda kwestia najbardziej efektywnego z punktu widzenia podatnika zarządzania płynnością budżetu państwa?
2007-12-17 14:02
gospodarka, blogi ekspertów budżet, płynność, emisje Komentarze (3)
 Oceń wpis
   
Rząd PO-PSL przejął odpowiedzialność za kraj w sytuacji rosnącej nierównowagi makroekonomicznej. Jej przejawami są i będą: spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego, wzrost inflacji, pogłębiający się deficyt na rachunku bieżącym, rosnące stopy procentowe, napięcia fiskalne, dobrze widoczne już w przyszłorocznym budżecie, czy wreszcie sięgający już 11 proc. wzrost jednostkowych kosztów pracy, podmywający konkurencyjność naszej gospodarki.
Równocześnie korzystne dotąd warunki zewnętrzne: wysokie tempo wzrostu gospodarczego zagranicą i niska awersja do ryzyka ze strony inwestorów - nie będą już wspierały nas tak mocno, jak w ostatnich kilku latach.
Tym niezbyt sprzyjającym okolicznościom – wewnętrznym i zewnętrznym - towarzyszą rozbudzone aspiracje milionów Polaków na lepsze życie. Rząd potrzebuje bardzo precyzyjnej strategii komunikacji dla wyjaśnienia swych planów gospodarczych i podtrzymania wysokiego poparcia wyborców. Musi też się spieszyć. Wyczuwalne jest bowiem rosnące zniecierpliwienie brakiem deklaracji gospodarczego quo vadis.
Celem polityki gospodarczej - co oczywiste - nie może być tłumienie popytu krajowego. Nie chodzi o to, żeby pensje Polaków wolniej rosły. Wręcz przeciwnie: chodzi, o to, żeby rosły jak najszybciej. Musi się to jednak odbywać w ślad za szybo rosnącą produktywnością. Mądra polityka gospodarcza skupia się więc na dbałości o zapewnienie warunków dla podniesienie konkurencyjności gospodarki.
Naprzeciw wysokiemu popytowi krajowemu powinny natychmiast wyjść działania rządu wzmacniające stronę podażową gospodarki. Stąd konieczne jest przyspieszenie prywatyzacji. Dlatego potrzebne jest uelatycznienie i deregulacja rynku pracy, przez którego naprawę wiedzie droga do równowagi finansów publicznych. Zwiększenie podaży pracy i zredukownaie transferów socjalnych dla ludzi w wieku produkcyjnym mogących pracować (szczególnie w segmencie rynku skupiajacym ludzi powyżej 50 roku życia) oraz wzrost prywatnych inwestycji, powinny stać się priorytetami polityki gospodarczej.
Zgodnie z sugestiami ekonomistów i środowisk biznesowych muszą zostać zniesione dobrze przecież już rozpoznane bariery dla rozwoju przedsiębiorczości. Szeroki dostęp do funduszy unijnych staje się kwestią o pierwszorzędnym znaczeniu wobec wciąż ograniczonego zasobu krajowych oszczędności. Redukcja pozapłacowych kosztów zatrudnienia, ponoszonych przez pracodawców, jest z kolei najskuteczniejszym sposobem zwiększenia popytu na pracę ludzi młodych, wkraczających dopiero na rynek pracy.
Wszystkie przesięwzięcia na rynku pracy i w sferze deregulacji, powinny sankcjonować regułę dyscypliny budżetowej, która może przybrać postać limitu nałożonego na tempo wzrostu wydatków budżetu państwa. Polityka fiskalna musi wreszcie nabrać charakteru antycyklicznego. Znaczy to, że w latach tłustych deficyt sektora finansów publicznych wyraźnie maleje. Tylko wówczas usprawiedliwwiony będzie jego wzrost w latach chudszych. Rząd powinien zadeklarować jak najszybsze osiągnięcie średniookresowego celu fiskalnego, jakim jest deficyt strukturalny nie większy niż 1 proc. PKB.
Osiągnięcie równowagi fisklanej, uwolnienie się z gorsetu procedury nadmiernego deficytu (EDP), nałożonej na nas przez Komisję Europejską, trwałe spełnienie wszystkich kryteriów nominalnej konwergencji, dające nam szansę szybkiego wejścia do strefy euro, powinny być troską rządu i Narodowego Banku Polskiego. Wspólnie z bankiem centralnym, którego niezależność - zgodnie z zaleceniami KE i EBC – musi być dodatkowo wzmocniona (wymagane jest spełnienie kryterium legislacyjnego), rząd powinien opracować „mapę drogową,” pokazującą naszą ścieżkę do euro.
Koniecznie przerwać trzeba spiralę rosnącego długu publicznego. Obietnica redukcji długu w relacji do PKB o 6-7 pkt. proc. w trakcie obecnej kadencji, jest wykonalna, choć zamiar jest bardzo ambitny.
Pierwszym krokiem w tym kierunku powinno być istotne ograniczenie potrzeb pożyczkowych państwa, począwszy już od przyszłego roku. Przyspieszenie prywatyzacji, sprzedaż niepracujących aktywów państwowych i przesunięcia w planowanych wydatkach na rzecz Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, odciążające przyszły rok kosztem wyjątkowo dobrego dla budżetu roku 2007, powinny pozwolić ograniczyć przyszłoroczne potrzeby pożyczkowe o ok. 20 mld PLN, czyli o blisko połowę wobec planów poporzedniego rządu. Pamiętajmy, że tylko przerwanie spirali zadłużenia stwarza solidne podstawy dla wiarygodnych obietnic obniżki obciążeń podatkowych w przyszłości.
Środowska biznesowe oraz inwestorzy z rynku finansowego nadal czekają na rządowy plan gospodarczy dla Polski na najbliższe lata. Jego sens, jak się wydaje, sprowadzać się powinien do rozwinięcia następującej sekwencji wydarzeń: wyższa podaż pracy (więcej pracujących i dłuższy okres pracy w cyklu życiowym) - mniej trasferów finansujących konsumpcję ludzi zdolnych do pracy - poprawa pozycji fiskalnej - niższe podatki, preferujące dochód z pracy ponad dochody z transferów – wzrost prywatnych inwestycji uprzywilejowanych przez system podatkowy. Tak wyglądać powinna droga do pokonania barier podcinających w dłuższym okresie wzrost gospodarczy. Na poparcie takiego planu przez środowisko pracodawców rząd bez wątpienia mógłby liczyć.
Sukces polityki gospodarczej nie opłacony utratą poparcia wyborców pod koniec kadencji, jest możliwy, o ile jej zasady zostaną jasno wyłożone, a proces ich wdrażania rozpocznie się natychmiast. Nowa ekipa musi wykorzystać duży kredyt zaufania, otrzymany na starcie, oraz wciąż jeszcze relatywnie korzystne warunki makroekonomiczne. Równocześnie trzeba mieć świadomość, że kolejne lata „nic nie robienia” w dziedzinie gospodarki tym razem nie rokują powodzenia. Otoczenie makroekonomiczne zdecydowanie przestaje sprzyjać pasywnemu rządowi.
2007-12-09 17:56
gospodarka, blogi ekspertów rząd, gospodarka, program Komentarze (2)