O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

Dyskusja na temat obniżki składki rentowej może skupiać się na różnych aspektach propozycji Ministerstwa Finansów.

Z pozycji ortodoksyjnych dobiera się do nich, na przykład, Stanisław Gomułka, który uważa za niezbędne wykorzystanie wyższych dochodów budżetu do szybszego niż w programie konwergencji zmniejszanie deficytu, a nie do finansowania kosztów redukcji klina podatkowego.

Jestem od profesora łagodniejszy z natury. Podkreślam więc tylko do znudzenia, że nie może być redukcji podatków (a tym jest w istocie obniżka pozapłacowych kosztów pracy) bez redukcji wydatków. Chodzi bowiem o to, by nie wystawiać finansów publicznych na ryzyko destabilizacji w fazie dekoniunktury. Czyli mnie bardziej niż Gomułkę interesuje równowaga sektora finansów publicznych w przyszłości, a mniej bieżące bilansowanie deficytu przy wykorzystaniu epizodycznych dochodów.

Można też dyskutować (a byłoby o czym) o ekonomicznym sensie redukcji klina w sposób zaproponowany przez rząd, czyli o zdecydowanym postawieniu na wzrost płac netto (ludzie to lubią) zamiast na wzrost popytu na pracę (kto to doceni?). Rząd fundujący ogółowi zatrudnionych wyższe wynagrodzenia, w sytuacji 5 proc. wzrostu konsumpcji i rosnącego w tempie ponad 6 proc. funduszu płac, dolewa oliwy do ognia nieźle już buzującego popytu krajowego. Nie ma przy tym żadnej gwarancji, że wzrost wynagrodzeń fundowany ogółowi pracowników przez dobry rząd ograniczy autonomiczne żądania płacowe zgłaszane pod adresem pracodawców. Jeśli na dodatek zbiegnie się to ze spowolnieniem wzrostu – redukcja klina głównie po stronie pracowników, skończy się szybką podwyżką stóp procentowych.

Takie mogą być skutki nieprzemyślanych interwencji rządu po stronie popytowej, zamiast rozsądnych, ale mniej spektakularnych i owocujących z opóźnieniem przedsięwzięć po stronie podażowej, co zwiększa potencjał gospodarki, czyli pozwala się jej rozwijać szybciej bez groźnej inflacji.

Ale czy dyskusja merytoryczna na temat sposobu i metod sfinansowania redukcji klina podatkowego ma w ogóle sens? Powiem szczerze: wątpię. Bo do oceny zapowiedzi przyspieszonej obniżki pozapłacowych kosztów pracy, startującej już w połowie roku, przystąpić trzeba od strony najprostszej. A co to za strona? To logistyka całego przedsięwzięcia.

W ubiegłym miesiącu jedna z renomowanych firm skończyła audyt ZUS. Jeden z wniosków dotyczył wdrażanie zmian w systemie informatycznym. Otóż, zmiana jednego modułu w tym systemie, od etapu uchwalenia stosownych ustaw, do wypłat, wymaga ok. 17 miesięcy. ZUS odpowiedział na to optymistycznie, że jest w stanie uwinąć się ze zmianami w 12 miesięcy. Nikt nie wie, czy to szybko, czy wolno, bo nie ma żadnego wzorca, do którego dałoby się odnieść te szacunki czasu niezbędnego na przygotowanie systemu do zmian.

Jak więc w świetle twardych faktów wygląda wiarygodność zapowiedzi pani wicepremier o pierwszym etapie redukcji klina podatkowego, uruchomionym już za 5 miesięcy? Nie zapominajmy, że projektu ustawy w sejmie jeszcze nie ma. Czyżby szykował się nam nowy, już inny, rekord Pstrowskiego?

2007-02-28 20:15
gospodarka, blogi ekspertów zus, klin podatkowy Komentarze (8)
 Oceń wpis
   

Samoobrona, okupująca ministerstwo pracy, jak wolno przypuszczać przy milczącej (ale czy uświadomionej?) aprobacie premiera Kaczyńskiego szykuje nam ostrą kontrrewolucję na rynku pracy, oraz w dziedzinie ubezpieczeń społecznych. MPiPS jest w tej chwili zdecydowanie najbardziej niebezpiecznym dla gospodarki resortem. To stamtąd, pod pretekstem realizacji zasad „solidarnego państwa”, wychodzą najbardziej wsteczne pomysły, cofające nas o całe lata na drodze do uelastycznienia rynku pracy, gdzie postęp nie był być może spektakularny, ale nie budził przynajmniej wątpliwości. To z MPiPS wychodzą projekty poddające w wątpliwość sens reformy emerytalnej, co stanowi istotne zagrożenie dla wypłacalności systemu.

W tym ministerstwie naprawdę jest co robić. Aktywizacja zawodowa i wykorzystanie funduszy unijnych; stworzenie podstaw prawnych dla zakładów emerytalnych, zarządzających oszczędnościami i wypłacających świadczenia z II filara; przygotowanie ustawy o emeryturach pomostowych, uchylającej dotychczasowe przywileje emerytalne dla wybranych grup zawodowych; wskazanie źródeł finansowania kosztów obniżki klina podatkowego; obniżenie barier wejścia i wyjścia z rynku pracy; homesourcing; otwarcie naszego rynku pracy dla obcokrajowców; zabieganie o interesy ekonomiczne Polaków zatrudnionych w Unii. To tylko garść przykładów tego, czym dziś i jutro zajmować się powinno ministerstwo odpowiedzialne za pracę i zabezpieczenia społeczne.

A czym ono się zajmuje? Pracami studialnymi w stylu XX-wiecznej ortodoksji: forsowaniem podwyżki płacy minimalnej; przywróceniem corocznej waloryzacji świadczeń na zasadach „przedhausnerowskich”, rojeniami o państwowym funduszu emerytalnym i fakultatywności II filara.

Zrozumienie dla zasad nowoczesnej polityki społecznej i funkcjonowania rynku pracy jest w tym ważnym resorcie niewyczuwalne. A przecież takie zasady da się opisać w kilku słowach.

Naszym celem jest podniesienie płac, nie rujnujące konkurencyjności gospodarki; powinno to następować w drodze obniżki pozapłacowych kosztów pracy. Naszym celem jest podniesienie świadczeń emerytalnych; drogą do tego jest wzrost wartości jednostek uczestnictwa w OFE (poszerzenie możliwości inwestycyjnych) i racjonalne zachęty do zawierania ubezpieczeń dodatkowych.

A jak opisać cele, jakie stawia przed sobą pani Kalata? Celem jest erozja konkurencyjności gospodarki i skokowy wzrost bezrobocia w grupie najmłodszych pracowników; doprowadzimy do tego poprzez ostre podniesienie płacy minimalnej. Celem jest zachwianie zaufania do II filara; zrealizujemy to poprzez maksymalne zbliżenie państwa do prywatnych oszczędności w OFE.

Naprawdę, ekonomista czuje się dość bezradny wobec konieczności tłumaczenia politykom, że ich miopia, populizm, niechęć do podejmowania ryzyka, a za to duża skłonność do schlebiania niskim instynktom wyborców – nie mogą być sprzedawane w opakowaniu „solidarnego państwa”, bo one nic, ale to nic, nie mają z takim hasłem wspólnego.

Zróbmy krótki rachunek dotyczący postulatu podwyżki płacy minimalnej do 50-70 proc. średniego wynagrodzenia brutto w gospodarce narodowej, co jest obecnie sztandarowym pomysłem resortu pracy.

Średnie wynagrodzenie w IV kwartale 2006 wynosiło 2662 PLN. Płaca minimalna wynosi obecnie 926 PLN, co daje 35,2 proc. średniego wynagrodzenia.

Podniesienie płacy minimalnej do 50 proc. średniego wynagrodzenia oznacza wzrost płacy minimalnej wobec aktualnego poziomu o 42,2 proc.

Podniesienie płacy minimalnej do 60 proc. średniego wynagrodzenia oznacza wzrost płacy minimalnej o 70,6 proc.

Podniesienie płacy minimalnej do 70 proc. średniego wynagrodzenia, czego domaga się dobry wujek Lepper („żeby w Polsce było jak w Niemczech”), oznacza wzrost płacy minimalnej o 99 proc.

Pytanie pomocnicze: na ile lat trzeba by było rozłożyć podwojenie płacy minimalnej, żeby przy dzisiejszych wzrostach wydajności pracy, nie spowodowało to dramatycznego pogorszenia konkurencyjności? Dla ułatwienia, żeby eksperci ministerstwa nie pogubili się w rachunkach, od razu odpowiadam: na 10 lat. Mam pewne uzasadnione podejrzenia, że horyzont ludzi z partii Leppera, którzy „chcą dobrze” dla ludzi pracy w Polsce, nie jest aż tak odległy.

Dlaczego podwyżka płacy minimalnej ma być skutecznym sposobem zachęcenia ludzi do pozostawania w kraju? Tego prostym rozumem objąć nie sposób. Czy nie wydaje się brzmieć rozsądniej, że ludzie podejmować będą pracę w kraju, jeśli popyt na nią będzie się zwiększał, płace będą rosły wraz z wydajnością, aprecjacja złotego zrelatywizuje opłacalność podejmowania niskokwalifikowanej pracy za granicą, a duszna atmosfera polityczna w kraju przestanie wreszcie wypychać ludzi z Polski?

Ludzie z Samoobrony w ministerstwie pracy, ze swoimi pomysłami dla młodych i starych, sprowadzającymi się do ograniczenia dostępu na rynek pracy i grzebania przy oszczędnościach w OFE, stanowią poważną przeszkodę na drodze do normalności. Zrozumienie, że droga do lepszej przyszłości dla Polski nie prowadzi bynajmniej przez wzrost płac minimalnych, coroczną waloryzację emerytur i objęcie przez państwo opieki nad naszymi pieniędzmi odkładanymi na emerytury, wcale nie jest rzeczą trudną. Dlaczego w takim razie nikt w rządzie tego nie rozumie? Gdzie jest w tym parlamencie opozycja? To są sprawy wprost nie do pojęcia.

2007-02-17 19:19
gospodarka, blogi ekspertów konkurencyjność, mpips Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Podpisany przez zastępcę dyrektora Biura Ministra Finansów komentarz do rekomendacji Komisji Europejskiej dla rządu polskiego przed planowanym na 27 lutego posiedzeniem ECOFIN, nie ma najmniejszego sensu. Przecież nie chodzi o to, czy deficyt sektora finansów publicznych wyniesie w tym roku 3,7 proc. PKB, jak chce komisarz Almunia, czy poniżej 3,4 proc. PKB, co sugeruje w swej polemice MF. Nie idzie też o to, czy tempo wzrostu gospodarczego wyniesie w tym roku 5,1 proc., jak w najnowszej (konserwatywnej we własnej ocenie) aktualizacji prognoz widzi to MF, czy bliżej zapisanych w ustawie budżetowej 4,6 proc..

O co więc chodzi? Generalnie rzecz ujmując o dwie kwestie: po pierwsze – o to, co będzie się działo z finansami publicznymi Polski po roku 2007, a szczególnie w tak bardzo interesujących KE latach 2008-2009; po drugie – o to, by rząd polski zechciał ujawnić sposoby równoważenie budżetu sektora zgodnie z zaleceniem Komisji, w przypadku, gdyby „konserwatywne” prognozy dotyczące wzrostu w latach 2007-2009, z jakiegoś powodu okazały się jednak nadmiernie optymistyczne.

Inaczej mówiąc KE w swej rekomendacji wyraża przekonanie, że ma prawo oczekiwać od polskiego rządu poważnego podejścia do EDP, a nie spierania się o 0,5 proc. PKB przy prognozach tegorocznego tempa wzrostu i przysięgania na wszelkie świętości, że sami, dzięki wysokiemu wzrostowi, nieugiętej nominalnej kotwicy przy deficycie budżetu państwa, oraz nadwyżce w pozostałych składowych sektora, wyrośniemy z nadmiernego deficytu. Komisja przed wydaniem opinii na temat odstąpienia od procedury EDP oczekuje też wskazania konkretnych źródeł sfinansowania proponowanych obniżek pozapłacowych kosztów pracy i podatków osobistych w latach 2008-2009.

Oczekiwania KE są w pełni uzasadnione. Nie wynikają one przy tym z jakiejś nieufności do polskiego rządu. Nie dezawuują nawet specjalnie wiarygodności krótkoterminowych rządowych prognoz makroekonomicznych. KE stawia za to zdecydowanie pytanie o średniookresową strategię równoważenia finansów publicznych, która ma być realizowana w warunkach wolniejszego niż w 2006 roku wzrostu, ale za to z szacowanym na ponad 21 mld PLN ubytkiem dochodów budżetu w tych latach, na które przypada równocześnie skokowy wzrost wydatków. Komisja ma do tego pełne prawo. My wszyscy, obywatele-podatnicy, też.

A co na te oczekiwania Ministerstwo Finansów? Że NBP prognozuje tegoroczny wzrost na 5,7 proc., czyli więcej niż w listopadzie ubiegłego roku. Żarty to, czy co? Dlaczego MF nie zająknęło się w swoim oświadczeniu nawet słowem o tym, co NBP w najnowszej odsłonie projekcji inflacyjnej, która dała podstawę do sformułowania tezy o „konserwatywnych” założeniach dla szacunku tegorocznego tempa wzrostu, zrobił z dynamiką PKB w latach 2008-2009? Jak coś nie pasuje do koncepcji, to o tym zapominamy? NBP podwyższając prognozę tempa wzrostu w tym roku, a obniżając w dwóch kolejnych, objętych horyzontem oddziaływania polityki pieniężnej, w istocie wzmocnił tezę o nikłej wiarygodności programu konsolidacji fiskalnej w średnim okresie.

KE nigdy nie wyda rekomendacji na temat trwałej redukcji deficytu sektora, ani też o zbliżeniu się w roku 2007 do wartości referencyjnej dopuszczalnego deficytu (co dałoby podstawy do uchylenia EDP i skorzystania w prawa do odliczenia od deficytu co roku malejącej o 20 proc. części kosztów reformy emerytalnej), jeśli nie uzyska pewności, że deficyt między rokiem 2007 a 2008, a później 2009, ponownie nie zacznie rosnąć.

Program konwergencji – co trzeba powiedzieć otwarcie - takiej pewności nie daje. Oszczędności w wydatkach sprowadzają się tu do 0,8 proc. PKB w 2 lata, co mamy zawdzięczać konsolidacji sektora. Im mniej rząd ma do powiedzenia o konkretnych źródłach oszczędności, tym większe wykazuje przywiązanie do wariantu barona Muenchausena, przy rozwiązaniu problemu EDP. Spór prowadzony na tych zasadach z KE nie rokuje najmniejszych szans na sukces. Od razu trzeba też na wszelki wypadek dodać, że w tym sporze nie ma miejsca na podział: swoi-obcy, patrioci-niepatrioci. KE stoi po prostu na twardym gruncie racji merytorycznych. Ludzie rozsądni nie mają więc tu żadnego dylematu.

2007-02-11 18:26
gospodarka, blogi ekspertów rekomendacja ke Komentarze (0)