O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

W trakcie niedawnego seminarium w Polskiej Radzie Biznesu, gdzie zastanawialiśmy się nad zmianami w środowisku inflacyjnym w Polsce w kontekście globalizacji, prof. Stanisław Gomułka, wystąpił w bardzo pragmatycznym objaśnieniem przyczyn naszej niskiej inflacji i towarzyszącego jej wysokiego wzrostu PKB.

Inflacja poza krótkim epizodem „szoku akcesyjnego” jest niska i stabilna, bo od dłuższego czasu mamy ostrą aprecjację kursu i niską dynamikę wynagrodzeń. Globalizacja nie ma tu nic do rzeczy. A jeśli już, to niewiele. Jej znaczenie dla deflacji w części koszyka CPI (trwa nieprzerwanie od września 2002 roku), przypisanej do kategorii tradable jest minimalne. Istotniejszy jest tu kurs, a szczególnie istotna aprecjacja złotego wobec dolara, w którym rozliczany jest import z Chin.

Spadek jednostkowych kosztów pracy podniósł konkurencyjność polskiej gospodarki dając jej potężny impuls od strony podażowej, co przełożyło się na istotną pozytywną kontrybucję eksportu netto do PKB. Pomimo niskiego poziomu krajowych oszczędności nie nastąpiło pogorszenie deficytu na rachunku bieżącym, ponieważ spora część inwestycji krajowych finansowana była napływem kapitału w postaci FDI.

Przestańmy więc roić o procesach trwałych zmian w środowisku inflacyjnym, o malejącym wpływie domykania się krajowej luki popytowej dla inflacji; przestańmy bawić się w ratowanie krzywej Philipsa, snując teorie o jej znaczącym wypłaszczaniu się pod wpływem globalizacji – apelował do nas profesor. Spójrzmy chłodnym okiem na fakty. A fakty są takie, że nie będzie już dłużej tak silnej aprecjacji, a płace z pewnością ostro pójdą w górę.

Prof. Gomułka może mieć oczywiście rację. Jego argumentację da się nawet wzmocnić dodatkowymi hipotezami. Duża płynność przedsiębiorstw, depozyty rosnące w ślad za doskonałymi wynikami finansowymi, nie muszą przecież wcale przełożyć się na tak oczekiwane przez większość ekonomistów inwestycje. Depozyty mogą przecież odpłynąć za granicę w poszukiwaniu wyżej oprocentowanych lokat (np. do Anglii, Szwecji). Czy, pomimo oczekiwanych napływów środków unijnych, Polska może więc w stosunkowo krótkim czasie stać się krajem odpływu, a nie napływu kapitału netto, ze wszystkimi tego konsekwencjami dla kursu i bilansu płatniczego? Oczywiście – może. Wykluczyć tego nie sposób.

A czy dynamika płac może rosnąć w tempie 12-15 proc. rocznie? Dlaczego nie? Jeśli autonomiczne żądania płacowe, nieuchronne następstwo odwracających się proporcji podziału przy opłacaniu pracy i kapitału, wsparte zostaną polityką rządu, prowadzącą do wzrostu wynagrodzeń netto (po obcięciu klina podatkowego w proponowanej formie) - 15 proc. wzrost rocznego funduszu płac w gospodarce wygląda całkiem realnie.

Myślę zresztą, że takie właśnie rozumowanie, takie przewidywania i łączące się z nimi obawy, mogą skłonić RPP do podwyżek stóp, które mieć będą w dużym stopniu charakter prewencyjny. Jest to zresztą usprawiedliwione w przypadku banku centralnego działającego w warunkach tak dużej niepewności.

Bo niepewność jest duża. I co do tego nie ma wątpliwości. Wystarczy uchylić założenie o nieuchronnym wolniejszym tempie aprecjacji (lub nawet deprecjacji) kursu; wystarczy dorzucić do tego garść wątpliwości, jakie gromadzą się wokół hipotezy o natychmiastowym przełożeniu się wzrostu płac na wzrost krajowej inflacji (co sprowadza się w istocie do oceny zmian strukturalnych na rynku pracy).

Jeśli złoty będzie się nadal umacniać (szczególnie wobec dolara, co wydaje się ze wszech miar prawdopodobne, bo jedynym czynnikiem mogącym odwrócić ten trend byłyby kolejne podwyżki stóp przez Fed); jeśli kapitał krajowy nie odpłynie z Polski, a strumień funduszy i transferów prywatnych sięgnie łącznie 12 mld euro rocznie, do czego dojdą FDI w dotychczasowej wysokości 10 mld euro – będziemy testować poziomy 3,70 PLN za euro i 2,60 PLN za dolara. I to nawet przy wzroście ryzyka fiskalnego.

Na wzrost płac w Polsce ekonomiści nie mogą też już patrzeć z takim strachem, jak przed dziesięciu laty. Na rynku pracy zmiany są naprawdę duże. Rosnąca część wzrostu funduszu płac ma charakter wynikowego udziału w zysku, a nie wzrostu kontraktowych wynagrodzeń. Na ceny detaliczne trzeba dziś spoglądać przez pryzmat marż. Sporo firm jest już w stanie zwiększyć fundusz plac nawet o 30 proc. bez ruszania cen detalicznych. Dziś NBP sporo wie o oczekiwaniach inflacyjnych ludności, bo analizuje je w badaniach ankietowych. Ale prawie nic nie wiemy o oczekiwaniach inflacyjnych producentów. Na procesy inflacyjne w gospodarce spoglądamy wciąż bardzo tradycyjnie, od strony popytowej, a nie podażowej.

Przy tak dużej liczbie niewiadomych i znaków zapytania tradycjonalistyczna, zachowawcza postawa banku centralnego, który woli dmuchać na zimne, podnosząc stopy procentowe, wydaje się najbardziej prawdopodobna. I jest usprawiedliwiona. Do tego będzie nas przygotowywała Rada.

Jeśli bowiem rację mają ci ekonomiści, którzy twierdzą, że korzystne warunki, pozwalające osiągnąć równocześnie niską inflację i wysoki wzrost mijają, to podwyżki stóp pozwolą zachować bankowi wiarygodność, co jest niezbędne dla utrzymania w ryzach oczekiwań inflacyjnych.

Jeśli zaś rację mają ci ekonomiści, którzy twierdzą, że złoty nadal będzie mocny, a zmiany na rynku pracy i otwartość gospodarki relatywizują znaczenie szybkiego wzrostu płac dla inflacji, to nieznaczne podwyżki stóp będą zupełnie bez znaczenia dla sfery realnej. Pozwolą za to utrzymać poziom realnych stóp procentowych, o ile inflacja podniesie się wreszcie do wysokości celu.

2007-03-23 19:52
gospodarka, blogi ekspertów rpp, cpi Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Na temat makroekonomicznych następstw zaproponowanego przez panią Gilowską sposobu redukcji klina podatkowego trzeba i warto dyskutować wyłącznie w kategoriach merytorycznych. Poniżej zamieszczam komentarz, jaki na ten temat napisaliśmy wspólnie z Mirosławem Gronickim. Tekst powinien być niedługo opublikowany przez Rzeczpospolitą.

 

Jesteśmy obydwaj gorącymi orędownikami pomysłu redukcji pozapłacowych kosztów pracy. Uważamy nawet, że dla podniesienia konkurencyjności gospodarki i zwiększenia jej potencjału zmniejszenie klina podatkowego jest znacznie istotniejsze niż redukcja podatków od dochodów osobistych (proponowana przez rząd od początku 2009 roku). Nasze sympatie nie zwalniają nas jednak od konieczności analizowania makroekonomicznych następstw zarówno zaproponowanego sposobu obniżki klina (podziału korzyści między pracowników i pracodawców), jak i metod sfinansowania kosztów tego przedsięwzięcia (ponad 20 mld PLN), widzianych w perspektywie wieloletniego programu konwergencji fiskalnej.

Każda propozycja zmian w systemie finansów publicznych winna być analizowana w szerokim kontekście. Ekonomiści głównego nurtu zazwyczaj wykorzystują w takim celu dwa podstawowe paradygmaty: optymalizację i dążenie do równowagi. Pójdźmy tym tropem.

Propozycja obniżenia stawek na ubezpieczenia społeczne o 7 pkt. proc. w niespełna 2 lata, z czego na pracownika przypadać ma 5, a na pracodawcę 2 pkt. proc., może bez wątpienia wpłynąć na sposób funkcjonowania przedsiębiorstw i rynek pracy, czyli wywrzeć musi znaczący wpływ na cały system gospodarczy. Z pierwszego z przypomnianych przez nas paradygmatów wynikałoby, że w razie redukcji składki rentowej według proponowanego schematu, optymalne zachowanie pracownika polegałoby (yle="mso-bidi-font-style: normal">ceteris paribus) na zmniejszeniu albo czasu pracy, albo też wkładanego w nią wysiłku. Inaczej mówiąc: skoro za tę samą pracę pracownik dostaje więcej netto, to dlaczego niby ma się przemęczać? W praktyce jeszcze inne czynniki mogą wpłynąć na zachowanie pracownika, ale tendencja do obniżenia wydajności może okazać się silna.

Agregując takie zachowanie można by więc oczekiwać relatywnego zmniejszenia dynamiki wydajności pracy oraz zwiększenie popytu na pracę w skali całej gospodarki. Ponieważ, zgodnie z drugim z przypomnianych przez nas paradygmatów, system gospodarczy zawsze dąży do równowagi, zachodzące na rynku pracy procesy musiałyby prowadziłoby do wzrostu inflacji płacowej, jednostkowych kosztów pracy i pogorszenia się konkurencyjności przeciętnego polskiego przedsiębiorstwa.

Wzrost inflacji płacowej może być z kolei nadmierny i groźny, w kolejnych okresach, dla inflacji cenowej. Ryzyko takiego obrotu wydarzeń byłoby z pewnością mniejsze, gdyby odwrócić proporcje korzyści czerpanych z obniżki składki na rzecz pracodawców. Wówczas wpływ ewentualnego zmniejszenia wydajności pracy na wzrost jednostkowych kosztów pracy kompensowałaby obniżka kosztów pracy ponoszonych przez przedsiębiorcę.

W skali całej gospodarki obniżka składki w proponowanej formie oznaczałaby znaczący impuls popytowy.

Po pierwsze, jak już wspomnieliśmy, wzrosłyby wynagrodzenia netto oraz jednocześnie popyt na pracę. W strukturze zagregowanych dochodów zwiększyłby się udział dochodów z pracy, a zmniejszył dochodów z kapitału. Tym samym wzrósłby dodatkowo popyt konsumpcyjny, a relatywnie zmalał popyt inwestycyjny. Obawy o powtórkę sytuacji z lat 95-97, kiedy dynamika spożycia gospodarstw domowych była wyższa od dynamiki PKB, są jak najbardziej zasadne. Dodatkowo relatywne zmniejszenie popytu inwestycyjnego zmniejszyłoby przyszły wzrost potencjalnego PKB ze wszelkimi tego negatywnymi dla gospodarki konsekwencjami.

Po drugie - zmniejszyłyby się dochody sektora finansów publicznych (od 2,5 do 3,0% PKB) z tytułu zmniejszonej składki. Z drugiej strony, wzrosłyby dochody gospodarstw domowych i także dochody sektora finansów publicznych, ale równocześnie zmniejszyłyby się zyski przedsiębiorstw i odpowiednio podatki przez nie płacone. W układzie dynamicznym szacować można zagregowany ubytek dochodów sektora od 1,0 do 1,4% PKB. Dla przypomnienia – Ministerstwo Finansów szacuje, że w 2006 roku deficyt całego sektora finansów publicznych wyniósł 3,5% PKB.

Obniżka składki rentowej, bez równoległych zmian po stronie wydatków, może zatem prowadzić do zwiększenia deficytu całego sektora finansów publicznych. Zwiększą się potrzeby pożyczkowe. Narazimy się na wzrost rynkowych stóp procentowych i kosztów obsługi długu publicznego. Wzrosnąć mogą koszty kredytu dla sektora prywatnego (w tym i dla gospodarstw domowych). Mało prawdopodobne będzie w takiej sytuacji zmniejszenie deficytu sektora poniżej 3% i wyjście z procedury nadmiernego deficytu.

Mamy podstawy sądzić, że takie właśnie średniookresowe implikacje makroekonomiczne, a nie wielkość deficytu w tym roku, są przedmiotem szczególnego zainteresowania KE, oceniającej wiarygodność polskiego programu konwergencji.

Naszym zdaniem sam wzrost gospodarczy nie wystarczy do zneutralizowania skutków tak dużego impulsu fiskalnego. Potrzebna byłaby racjonalizacja wydatków w sektorze finansów publicznych. Tym bardziej, że Polska powinna bardziej dążyć do zbilansowania dochodów i wydatków budżetowych, aniżeli dodatkowo pobudzać gospodarkę poprzez impulsy fiskalne z wykorzystaniem epizodycznych dochodów.

Potrzeba zmiany podejścia do reformy finansów publicznych. Zamiast proponowanej likwidacji gospodarstw pomocniczych, agencji itp. potrzebne jest wyeliminowanie niepotrzebnych zadań realizowanych przez komasowane instytucje. Racjonalizacja wydatków musi być kontynuowana w szybszym tempie. A wtedy możliwe jest zmniejszenie wydatków. Nie sądzimy jednak, by w wyniku jakichkolwiek działań doraźnych możliwe było pokrycie kosztów redukcji klina i równoczesne dalsze zmniejszanie deficytu sektora finansów publicznych.

W tej sytuacji pod znakiem zapytanie staje wyjście Polski z procedury nadmiernego deficytu. Byłoby niedobrze, gdybyśmy źle przemyślaną operacją wystawili się równocześnie na ryzyko makroekonomiczne i jeszcze na dodatek zaryzykowali utratę wiarygodności zarówno w Komisji UE, jak i na rynkach finansowych.

  

2007-03-01 20:42
gospodarka, blogi ekspertów klin podatkowy, równowaga makro Komentarze (6)