O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

Tym, czego obawiać się można teraz najbardziej, jest takie stawianie sprawy: albo Euro 2012 (co bez wątpienia zwiększa wydatki sektora publicznego), albo szybka redukcja deficytu i przyjecie euro. Trzeba na sektor rządowy i samorządowy nałożyć silne ograniczenie, limitując tym samym sklonność do potraktowania wydatków związanych z organizacją Euro 2012, jako czegoś, co można dołożyć do już istniejących planów inwestycyjnych. Chodzi też o to, by piłkarskie Euro 2012 nie poslużyło politykom za pretekst do odłożenia euro ad calendas greacas.

Dlatego, wspolnie z Bogusławem Grabowskim, postanowiłem zainicjować apel do parlamentu, rządu, samorządów i NBP. Chodzi o to, by mistrzostwa Europy w piłce nożnej w roku 2012 odbyły się już po przyjęciu przez Polskę euro. Publiczna deklaracja gotowości spełnienia kryteriów nominalnej konwergencji, uprawniajacych do wstępu do strefy euro najpóźniej z początkiem 2012 roku, oraz idące w ślad za tym niezbędne oszczędności w transferach socjalnych, wydają się nam jedynym skutecznym sposobem zapobieżenia poważnemu kryzysowi fiskalnemu. Deklaracja połączenia Euro 2012 z wejsciem do strefy euro, czyli wykorzystanie szybszej konwergencji realneji dla spełnienia kryteriów nominalnej konwergencji, powinna być wędzidłem powściągajacym skłonność do fiskalnego szaleństwa.

Poniżej przedrukowuję treść Apelu. Jeśli ktoś z Państwa ma ochotę się pod nim podpisać, proszę to potwierdzić pod wpisem.

APEL DO PARLAMENTU, RZĄDU I NBP Z OKAZJI PRZYZNANIA POLSCE I UKRAINIE PRAWA DO ORGANIZACJI MISTRZOSTW EUROPY W PIŁCE NOŻNEJ EURO 2012

EURO 2012 Z EURO

Organizacja mistrzostw Europy w piłce nożnej jest wielkim wyzwaniem i szansą dla Polski. Sprawne przeprowadzenie imprezy tej rangi znacząco ułatwi poprawę i trwałą zmianę wizerunku naszego kraju w świecie.

Jako współgospodarz Euro 2012 Polska może pomóc w skutecznym utorowaniu drogi do członkostwa w Unii Europejskiej naszemu najbliższemu sąsiadowi – Ukrainie.

Z olbrzymich inwestycji w naszą ubogą dotąd infrastrukturę, które są w najbliższych latach niezbędne, korzystać będą przez długi czas ludzie i gospodarka w Polsce. Nie wahamy się powiedzieć, że wysiłek inwestycyjny związany z organizacja mistrzostw stanowi istotny impuls dla dokonania wielkiego skoku cywilizacyjnego. Euro 2012 powinno istotnie przyspieszyć proces nadganiania zapóźnień cywilizacyjnych Polski wobec starych krajów UE. Bez mistrzostw Europy podniesienie standardu życia Polaków trwałoby zapewne dłużej i było trudniejsze.

Szansę stwarzaną przez Euro 2012 musimy wykorzystać do końca. Naszym zdaniem oznacza to, że na początku roku 2012 Polska powinna dołączyć do ekskluzywnego klubu krajów tworzących dziś strefę euro.

Połączenie Euro 2012 z wprowadzeniem wspólnego europejskiego pieniądza w Polsce ma nie tylko nośny wymiar symboliczny. Byłoby, nade wszystko, wyrazem pragmatycznego wykorzystania procesu przyspieszonej przez nadzwyczajne wydarzenie realnej konwergencji, do trwałego związania naszej gospodarki z gospodarką europejską poprzez przyjęcie wspólnej waluty. Korzyści z tego tytułu przetrwałyby znacznie dłużej i byłyby znacznie większe niż prorozwojowy impuls wywołany przez mistrzostwa Europy w piłce nożnej.

Apelujemy do obecnego parlamentu, rządu i kierownictwa NBP o podjęcie takich wysiłków, które zapewnią spełnienie nominalnych kryteriów konwergencji najpóźniej w roku 2009. Umożliwi to, za kadencji kolejnego Parlamentu, wprowadzenie euro w Polsce w przeddzień rozpoczęcia się Euro 2012.

Apelujemy do polityków o publiczne zadeklarowania chęci osiągnięcia przy okazji mistrzostw Europy w piłce nożnej takiego właśnie porywającego i zarazem ze wszech miar rozsądnego celu.

Apelujemy o połączenie sportowych emocji, racji ekonomicznych z dalekosiężną polityczną wizją.

2007-04-19 17:10
gospodarka, blogi ekspertów euro, euro 2012 Komentarze (9)
 Oceń wpis
   

Oczywiście, trudno pozostawić bez komentarza wywiad prezesa Sławomira Skrzypka dla „Dziennika”. Ten wywiad odbił się bowiem szerokim echem w NBP, zaniepokoił członków RPP, a także – nad czym szczerze ubolewam – głownie z uwagi na tytuł („Nie ma podstaw do podwyżki stóp”) poruszył wielu inwestorów krajowych i zagranicznych.

Tytuł (nie podlegający autoryzacji, bo w Polsce nie ma takiego zwyczaju) nadany przez „Dziennik” nie odpowiadał temu, co o podwyżkach stóp powiedział prezes w wywiadzie (”obecnie nie ma jednoznacznych przesłanek, które wskazywałyby, że obecny poziom stóp wymaga korekty, ale do dnia posiedzenia RPP napłynie wiele nowych informacji, które mogą zmienić obraz sytuacji i wpłynąć na ostateczne stanowisko Rady”). Prawda, że to jednak coś zupełnie innego?

Tyle, że wielu inwestorów, szczególnie zagranicznych, zaczyna i kończy lekturę podobnych wywiadów na tytule. A ten tytuł – poprzez swoją jednoznaczność - wprowadzał bez wątpienia w błąd.

Nie mam przy tym najmniejszych wątpliwości, że intencje pana Skrzypka zostały w wywiadzie sformułowane precyzyjnie i klarownie: prezes woli, żeby podwyżki, o ile w ogóle będą konieczne, nastąpiły raczej później, niż wcześniej. I to zostało powiedziane wyraźnie. Kilka razy. Poczekajmy miesiąc, dwa, aż sytuacja w gospodarce stanie się jaśniejsza – mówi prezes.

Do kogo jednak to mówi? Przecież nie do czytelników „Dziennika”. I nie do inwestorów, którzy uwzględnili ze 100-proc. prawdopodobieństwem podwyżkę stóp o 25 pkt. baz. na najbliższym posiedzeniu w kwietniu. Do kogo w takim razie adresuje swoje credo prezes Skrzypek?

Nasuwają się dwa przypuszczenia: pierwsze – głównymi adresatami przekazu są członkowie RPP, a precyzyjniej – ta większościowa grupa, która jest dziś w stanie obecnie przegłosować podwyżki nawet wbrew opinii przewodniczącego RPP; i pomysł drugi – adresat jest w ogóle „zewnętrzny”, a są nimi polityczni patroni prezesa z koalicji rządowej.

W pierwszym wypadku – prezes starałby się skłonić większościową (najpewniej 7 osobową) grupę w RPP do negocjacji. Oferowałby własną warunkową zgodę na podwyżkę w niezbyt odległej przyszłości, w zamian za rezygnację z kosztów, jakie poniosłaby Rada, gdyby prezes musiał być przegłosowany. Takie negocjacje, choć niekoniecznie w tej formie, mają sens, bo – moim zdaniem – większościowa grupa wcale nie była zdeterminowana, by dokonać pierwszej podwyżki stóp już w kwietniu. Nie chciała też ich podnosić zbyt wysoko. Intencje większości zostały sformułowane jasno w marcowym komunikacie. A sprowadzały się nie tyle do wskazania konkretnego miesiąca, co raczej do zaakcentowanie faktu, że podwyżki będą konieczne w najbliższym czasie. I będą umiarkowane.

Ta większościowa grupa wyobrażała sobie, że komunikat marcowy z niewielkimi zmianami może być 1 lub 2 razy powtórzony, a oczekiwania uczestników rynku na podwyżki w tym czasie nie znikną, co zapobiegnie nie tylko spadkowi rynkowych stóp, ale też nadmiernemu wzrostowi oczekiwań inflacyjnych.

Niestety, wywiad prezesa Skrzypka istotnie zawęził tu pole manewru. Jeśli teraz nie będzie podwyżki w kwietniu, to trudno wyobrazić sobie, jak ostry musiałby być komunikat, żeby po ujawnieniu preferencji prezesa, co do stóp zachować w wycenie aktywów oczekiwania na podwyżki w „najbliższych miesiącach”.

Mówiąc wprost: jak bardzo ostry musiałby być ten komunikat, żeby inwestorzy nie nabrali przekonania o rejteradzie grupy propodwyżkowej, poddanej politycznej presji? Tym bardziej, że inflacja bieżąca od kwietnia do września będzie najprawdopodobniej spadała.

W drugim wypadku – jeśli adresatem przekazu prezesa („starałem się ich powstrzymać przed tym pochopnym ruchem”) byliby politycy rządowi – w ogóle nie ma o czym mówić. Sukces prezesa (brak podwyżki) byłby w takim razie klęską Rady; klęska prezesa (podwyżka) wcale nie musiałaby być z kolei sukcesem Rady. W obu wypadkach koszt prowadzenia polityki pieniężnej byłby nieoptymalny.

Jest bardzo interesujące, czy zaproszenie do negocjacji na temat podwyżek stóp, wystosowane pod adresem większościowej grupy w Radzie w jednym z nielicznych wywiadów prasowych prezesa NBP, zostanie na najbliższym posiedzeniu podjęte, czy też będzie jednak odrzucone.

Osobiście skłaniałbym się do tego, by obstawiać scenariusz podwyżki w kwietniu przy głosie sprzeciwu ze strony prezesa. I – muszę dodać - taki obrót wydarzeń wcale by mnie nie ucieszył.

2007-04-13 23:28
gospodarka, blogi ekspertów rpp, skrzypek Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Wytyczenie momentu, kiedy do grona trzech członków RPP od dawna opowiadających się za podwyżkami stóp procentowych (Halina Wasilewska-Trenkner, Dariusz Filar, Marian Noga) dołączyła kolejna grupa, dająca tym razem większość (Andrzej Wojtyna, Andrzej Sławiński, Jan Czekaj), nie nastręcza specjalnych trudności. Było to w połowie marca.

Bezpośredniej przyczyny porzucenia pozycji „spoczynkowej” przez wpływowych członków Rady (Wojtyna, Sławiński) upatrywałbym przy tym nie tyle w istotnych zmianach w bilansie ryzyk dla przyszłej inflacji, czy w nowych danych makroekonomicznych (bo tu między lutym a marcem nic szczególnie zaskakującego też się nie wydarzyło).

Moim zdaniem, o szybszej „dojrzałości” do decyzji o podwyżkach stóp przesądziła, w pierwszej kolejności, błędna – w opinii większości Rady - interpretacja przez uczestników rynku komunikatu po lutowym posiedzeniu RPP.

RPP zamierzała tam zwrócić uwagę na rosnące ryzyko popytowego pchnięcia inflacji; chciała też zaakcentować ryzyko łączące się z tempem wzrostu przekraczającym poziom potencjału. Tymczasem odbiór komunikatu był taki, że oczekiwania na podwyżki stóp w tym roku wyparowały bez śladu. Najbardziej zatwardziali Mohikanie, wieszczący podwyżki w pierwszej połowie roku, zmienili front właśnie pod wpływem komunikatu i konferencji wieńczącej lutowe posiedzenie.

Tak bardzo „gołębia” interpretacja uzasadnienia decyzji o pozostawieniu stóp na dotychczasowym poziomie nieprzyjemnie zaskoczyła tych członków RPP, którzy w komunikacie widzieli ostrzeżenie przed postępującymi zmianami w bilansie ryzyk. Mieliśmy więc szybką reakcję w postaci całej serii „ręcznych strojeń” oczekiwań uczestników rynku. Były to zdecydowane i dość otwarte wypowiedzi, przestawiające oczekiwania rynku bliżej intencji autorów nieszczęsnego lutowego komunikatu (Wojtyna, Sławiński, później również Czekaj).

I jak zawsze bywa w przypadku, kiedy intencje nadawcy odbiegają od zachowań odbiorcy, wypowiedzi korygujące były ostre, nawet – powiedziałbym – świadomie przejaskrawione. Pod wpływem enuncjacji Wojtyny, przypieczętowanych następnie przez Sławińskiego, rynek zaczął wyceniać pierwszą podwyżkę już na kwiecień. Czyli umieścił ją dokładnie tam, gdzie przedtem byli ci nieliczni uczestnicy rynku, którzy dopiero co zdążyli się ze swego stanowiska wycofać. Kiedy po wykonaniu skomplikowanego zygzaka wrócili z powrotem do swoich przewidywań kwietniowych, czekał tam na nich już cały tłum.

Nie mam całkowitej pewności, czy taki obrót wydarzeń jest w pełni zgodny z intencjami, jakie przyświecały członkom Rady korygującym oczekiwania uczestników rynku. Moment pierwszej podwyżki (kwiecień) wydaje się nieco na Radzie „wymuszony”. Rada wcale nie chciała – niczym EBC – prowadzić rynku za rękę, wskazując konkretny miesiąc, kiedy podniesie stopy.

Kwiecień nie jest zresztą dla Rady szczególnie wygodny. W kwietniu publikowana będzie nowa odsłona projekcji inflacyjnej. Nowa też ma być formuła komunikatu. Właściwe ujęcie znaczenia kwietniowej projekcji w nowym komunikacie urasta więc do wagi prawdziwego problemu.

Ewentualna decyzja o podwyżce byłaby spójna z projekcją, która pokazywałaby wyższą niż w styczniu inflację w horyzoncie oddziaływania polityki pieniężnej. Krótki okres, czyli obecny rok, jest bowiem poza dyskusją: tu projekcja kwietniowa będzie niższa od odsłony styczniowej.

Co będzie jednak, jeśli projekcja będzie pokazywać inflację mniejszą niż w styczniu i to w całym okresie? Jak w takim wypadku uzasadnić podwyżkę? Trzeba by się po raz kolejny zdystansować od wskazań modelu ECMOD.

Z kolei brak decyzji w kwietniu, przy bardziej korzystnym przebiegu ścieżki inflacyjnej w projekcji, na powrót „wygasi” oczekiwania na podwyżki. Wysiłek włożony w korygowanie błędnych oczekiwań zostanie zmarnowany. Tym bardziej, że w kolejnych miesiącach, aż po wrzesień, bieżący wskaźnik CPI (ale też inflacja bazowa) w ujęciu rocznym zacznie znów spadać. Kwestia podwyżek stóp przy malejącej inflacji bieżącej i korzystnie rokującej projekcji centralnej wymagałaby od Rady naprawdę dużego samozaparcia i nadzwyczaj dobrej komunikacji z otoczeniem.

Wygląda więc na to, że w kwietniu Rada stała się trochę zakładnikiem własnego sposobu komunikowania się z uczestnikami rynku (błąd - korekta błędu – interpretacja terminu podwyżki istotnie zawężająca pole manewru). W takich warunkach rezygnacja z podwyżki w kwietniu wymagałaby ponownej ostrej korekty oczekiwań uczestników rynku. A dwie korekty werbalne w odstępie dwóch miesięcy – to już prawdziwa inflacja. Ucierpiałaby na tym wiarygodność Rady.

Czy problem „zakładnika” rynku, to jedyny kłopot Rady? Nie sądzę. Jest jeszcze jeden. To problem prezesa.

Może się mylę, ale z niejasnych enuncjacji przewodniczącego RPP na temat stóp procentowych (patrz wywiad w „Parkiecie”, czy kilka wypowiedzi o kwietniowej projekcji) nie przebija jakiś specjalny entuzjazm dla przyspieszonej podwyżki. Prezes wydaje się nieprzyjemnie zaskoczony tak niespodziewanie szybkim uformowaniem się propodwyżkowej większości, z którą nie musiał dotąd paktować, bo jej nie było.

Do tej pory relacje wewnątrz Rady układały się pomyślnie, bo prezesa i większość Rady łączyły te same przekonania o braku konieczności zaostrzania polityki pieniężnej. Czy teraz to się zmieni? Kwietniowe posiedzenie może okazać się dla prezesa NBP poważnym testem.

Podwyżka stóp procentowych, pierwsza, ale z pewnością nie ostatnia w cyklu, nie jest tym, czego rząd chciałby od banku najbardziej. Zwracam uwagę na niedawną wypowiedź pani wicepremier Gilowskiej, gdzie padły pod adresem NBP publiczne ostrzeżenia przed pochopnym podnoszeniem stóp, dla czego nie ma – zdaniem pani wicepremier – uzasadnienia (gospodarka nie jest przegrzana, inflacja jest niska, itp.).

Koalicja z większymi lub mniejszymi oporami zdołałaby zapewne przełknąć dwie podwyżki stóp, uwzględnione nota bene w projekcie tegorocznego budżetu, choć ulokowane dopiero w drugiej połowie roku. Stopa repo wyższa o 50 pkt. baz. jest – o czym wszyscy wiedzą - bez znaczenia dla sfery realnej. Takie podwyżki pozwolą zaledwie zachować realny poziom stóp redukowany przez wzrost CPI do celu inflacyjnego (2,5 proc.). Ale koalicjanci wolą już teraz, prewencyjnie, wydawać z siebie gniewne pomruki w obawie o podwyżki rzędu 100-150 pkt., których wykluczyć przecież nie sposób. Bo taka skala podwyżek miałaby już negatywny wpływ na tempo wzrostu. A cały ten rząd „jedzie” przecież na wzroście PKB. I ma nadzieję dojechać na nim aż do wyborów 2009 roku.

Nie ulega więc wątpliwości, że publicznie oraz prywatnie politycy PiS po głowie prezesa NBP nie pogłaszczą już za tę pierwszą podwyżkę stóp. Zdając sobie z tego sprawę przewodniczący Rady ma przed sobą dwa wyjścia: postawić na polityczną lojalność i głosować przeciw; albo głosować tak, jak większość (wariant teoretycznie możliwy, czyli przekonanie do swojego poglądu większości Rady – należy raczej wykluczyć).

W tym pierwszym wypadku prezes nic nie osiągnie. Zostanie przegłosowany, co nigdy nie powinno się zdarzyć, bo podnosi koszt prowadzenia polityki pieniężnej, psując reputację banku i wprowadzając poważne zakłócenia w komunikacji z rynkiem. Etap „idyllicznej” współpracy RPP z nowym prezesem przeszedłby wówczas szybko i bezpowrotnie do historii.

W drugim wypadku prezes musiałby trafić prorządowym politykom do przekonania argumentem, że kryterium politycznej lojalności nie ma tu nic do rzeczy, bo szybsze podwyżki ograniczają ich skalę, a to oznacza niższy „współczynnik poświecenia” wzrostu za inflację i spadek kosztów prowadzenia polityki pieniężnej w przyszłości, poprzez podniesienie wiarygodności Rady.

Jak będzie - zobaczymy w maju. Wówczas ogłoszone mają być pierwsze minutes z kwietniowego posiedzenia, niezwykle ważnego i dla Rady i dla jej przewodniczącego.

2007-04-07 17:35
gospodarka, blogi ekspertów rpp, polityka monetarna Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Trzeba raz jeszcze, dopóki nie jest za późno, wrócić do oceny wpływu rządowych propozycji zmian w dochodach i wydatkach budżetu państwa, zapowiadanych na lata 2007-2009. Dla ułatwienia przyjmijmy rządowe prognozy najważniejszych wskaźników makro za miarodajne. Co widzimy po stronie kosztów zapowiadanych zmian dla budżetu państwa? 7 pkt. redukcji składek daje na lata 2007-2008 koszty w wysokości 22 mld PLN brutto. Zostawmy w spokoju rok 2007. Skupmy się na latach trudniejszych. Na 2008 przypada ok. 18 mld PLN kosztów redukcji klina. Zapisana w przepisach przejściowych do ustawy PIT obniżka stóp procentowych od podatków osobistych kosztuje na dzisiejsze pieniądze 9 mld PLN. Waloryzacja w latach 2008-2009, to ok. 9 mld PLN. Pakiet parorodzinny – ok. 1 mld PLN. W sumie, w rachunku statycznym, łączne koszty w tych latach sięgają 37 mld PLN.

Co mamy po stronie finansowania tych kosztów? Przy założeniu 5 proc. wzrostu średnio w latach 2008-2009 (o zbliżonej do aktualnej strukturze) i średniorocznej inflacji na poziomie 2 proc. realny wolumen wzrostu dochodów podatkowych sięga 10 mld PLN rocznie. W dwa lata daje to 20 mld. Dorzućmy do tego jeszcze 5 mld z tytułu ewentualnych „niespodzianek” po stronie wzrostu i inflacji. Pani wicepremier szacuje, że oszczędności uzyskane na uszczelnionych przepływach wewnątrzsektorowych po konsolidacji przyniosą 0,8 proc. PKB. Przy aktualnych prognozach wzrostu nominalnego PKB daje to ok. 10 mld PLN.

Po stronie kosztów mamy więc ok. 37 mld PLN; po stronie źródeł finansowania zebraliśmy w sumie ok. 35 mld PLN w latach 2008-2009.

Dla zbilansowania operacji redukcji podatków PIT i pozapłacowych kosztów pracy, dodatkowe oszczędności w wydatkach musiałyby sięgnąć minimum 2 mld PLN, czyli tyle, co nic. Niestety, trzeba pamiętać, że równocześnie wzrost wydatków w pozostałych pozycjach budżetu państwa musiałby zostać zamrożony na tegorocznym poziomie nominalnym, czyli spadłby realnie w latach 2008-2009 o ok. 5 proc. Dla ułatwienia dodajmy, że między rokiem 2006 (wykonanie), a 2007 (projekt) wzrost wydatków w wielkościach porównywalnych wyniósł nominalnie ponad 19 mld PLN.

Realizacja zapowiadanych planów finansowych rządu w 2 najbliższych latach, która nie pogorszyłaby pozycji fiskalnej, byłaby rekordem pokomunistycznej transformacji w dziedzinie zacieśnienia fiskalnego. Gdyby jednak wszystko szło jak dotąd, to deficyt budżetu państwa w latach 2008-2009 zwiększyłby się o ok. 42 mld PLN. Po dołożeniu „nienaruszalnej kotwicy” daje to ok. 72 mld PLN. Statystycznie oznacza to zwiększenie deficytu budżetu państwa ponad poziom przewidziany w programie konwergencji średnio o dodatkowe 2 pkt. proc. PKB rocznie przez 2 najbliższe lata. Takiego przyrostu nie da się zrównoważyć „nadwyżką w innych elementach sektora”. Realizacja zapowiedzi rządowych bez naruszania równowagi finansów publicznych wymagałaby więc oszczędności w wydatkach w latach 2008-2009 nie mniejszych niż 42 mld PLN, z czego spora część musiałaby przypaść na rok wyborczy.

Powyższy uproszczony rachunek ma charakter statyczny. Rachunek dynamiczny powinien uwzględniać dodatkowy wzrost dochodów z podatków pośrednich z tytułu wyższych dochodów rozporządzalnych ludności. W rzeczywistości jednak, dla rozpoznania skali problemu, takie statyczne uproszczenie jest dopuszczalne, bo przy szacunkach pomijamy zarówno wzrost wydatków w pozycjach już rozpoznanych i pewnych (same zwiększone koszty obsługi długu, plus wyższa składka do budżetu UE dają łącznie ok. 8 mld PLN tylko w roku 2008), jak i tych niepewnych, ale potencjalnie możliwych (jak choćby przegrana Skarbu Państwa z Eureko, obciążająca budżet kwotą ok. 8 mld PLN, czy orzeczenie luksemburskiego Trybunału Sprawiedliwości na temat nieprawnie pobieranej akcyzy za sprowadzane do Polski używane samochody, mogące kosztować ok. 1 mld PLN). Pomijamy też, choć pewnie nie powinniśmy, zapowiedź braku w roku 2008 ważnej pozycji po stronie dochodów niepodatkowych, jaką była do tej pory wpłata z zysku NBP (2-3 mld PLN).

 

2007-04-02 12:11
gospodarka, blogi ekspertów finanse publiczne Komentarze (0)