O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

Na świecie działa już około 25 państwowych funduszy inwestujących nadmiar środków zgromadzonych z różnych tytułów przez instytucje publiczne. Fundusze te, określane ogólnym terminem sovereign wealth funds (SWF), mają za zadanie pracować na rzecz przyszłych pokoleń. Pomnażają aktywa z myślą o stworzeniu rezerw na wypadek zdarzeń losowych (dekoniunktura, załamanie na rynku surowców), przewidywanych problemów strukturalnych (demografia, starzenie się społeczeństw) lub inwestują w „kapitał ludzki” (edukacja, zdrowie, infrastruktura, konkurencyjności gospodarki).

Od jakiegoś czasu zmienia się również struktura typowego portfela inwestycyjnego takich funduszy. Ogólnie mówiąc maleje ich awersja do ryzyka. Od całkiem bezpiecznych, ale nisko rentownych inwestycji w amerykańskie papiery rządowe, przesuwają się stopniowo w kierunku strategii bardziej agresywnych, obarczonych większym ryzykiem, zbliżonych do portfela klasycznego funduszu emerytalnego.

Całkiem niedawno do grona takich krajów jak Zjednoczone Emiraty Arabskie, Singapur, czy Norwegia, których SWF już od dawna inwestują w różne klasy światowych aktywów, dołączyły też Chiny.

Głośnym echem na globalnym rynku finansowym odbiła się pierwsza transakcja, dokonana przez chińską państwową agencję, która ma być ponoć docelowo zasilona kwotą 200-300 mld dol. z liczących 1 200 mld dol. chińskich rezerw dewizowych. Pierwsze 3 mld dol. ulokowane przez Chińczyków w IPO wchodzącego akurat na giełdę funduszu Blackstone (kapitalizacja rzędu 40 mld dol.), inwestującego na światowych rynkach kapitałowych, urosły do rangi wydarzenia o daleko idących implikacjach dla globalnego rynku finansowego.

Spora część z tych implikacji ma zastosowanie również w naszym przypadku. Chiny powstrzymują aprecjację yuana poprzez intensywne interwencje na rynku walutowym, co winduje na niebotyczny poziom ich rezerwy dewizowe. Jakakolwiek próba szybkiego upłynnienia kursu walutowego, konieczna dla przerwania przyrostu rezerw i tym samym zapobieżenia narastaniu globalnej nierównowagi, musiałaby obecnie skończyć się ostrą aprecjacją kursu. A to oznaczałoby: gigantyczne straty w olbrzymich rezerwach dewizowych z tytułu różnic kursowych (co jest uszczupleniem narodowego bogactwa) oraz trudny do zaabsorbowania spadek popytu na pracę, czyli spadek wynagrodzeń i tempa wzrostu gospodarczego.

Taka jest kolej rzeczy w każdej gospodarce poddanej silnej i trwałej presji aprecjacyjnej, a jednocześnie dysponującej obfitym zasobem oficjalnych rezerw dewizowych.

Przyczyny, dla jakich nasze rezerwy dewizowe urosły do obecnych rozmiarów (52,1 mld dol. na koniec kwietnia) są zasadniczo inne niż w przypadku Chin. Ale w tym wypadku nie ma to akurat większego znaczenia. Liczy się bowiem mechanizm ekonomiczny prowadzący w obu wypadkach do identycznych skutków: aprecjacja generuje nieuchronnie straty, jakie bank centralny odnotowuje na różnicach kursowych między zakupem, a aktualną wyceną rynkową kumulowanych dewiz. Liczy się też sposób wybrnięcia z pułapki obfitych rezerw, szybko topniejących po przeliczeniu ich na walutę krajową zgodnie z aktualnym kursem rynkowym.

Jeszcze do niedawna NBP był w stanie uporać się z tym problemem rozwiązując stopniowo tzw. rezerwę rewaluacyjną. Zmiana zasad rachunkowości sprawiła, że tej rezerwy już nie ma, a problem pozostał.

Jak duży jest ten problem? Spory. Przy obecnym tempie aprecjacji ujemne różnice kursowe mogą doprowadzić bank centralny do straty rzędu 5 mld PLN już w tym roku. Budżet nie tylko nie dostanie wpłaty z zysku, co było już wcześniej sygnalizowane, ale po rozwiązaniu funduszu rezerwowego NBP, zmuszony będzie wyrównywać straty banku centralnego również w kolejnych latach, o ile trend aprecjacyjny się utrzyma. Taka ewentualność, jak łatwo się domyślić, nie została ujęta w średniookresowym programie konwergencji fiskalnej.

Z tej patowej sytuacji są w zasadzie dwa wyjścia: można podjąć próbę optymalizacji poziomu rezerw; można też zmienić sposób zarządzania nimi na bardziej rynkowy.

To pierwsze rozwiązanie nie jest dobre. Nawet doskonały model optymalizujący nie jest w stanie precyzyjnie ująć czynnika ryzyka, jakim jest potrzeba stabilizacji kursu w ERM 2. Utrudnia to oszacowanie optymalnego poziomu rezerw. Jest też kwestia „pokusy nadużycia”, na jaką wystawieni byliby politycy, gdyby okazało się, a tak być może, że optymalny poziom rezerw jest o 20-25 mld dol. za wysoki.

Znacznie lepszy jest wariant utworzenia w Polsce na bazie rezerw dewizowych funduszu typu SWF. Innymi słowy: optymalizacja poziomu rezerw – nie; wydzielenie jakiejś ich części i powierzenie ich inwestowanie funduszowi na zasadach bardziej komercyjnych – tak.

Chodzi o to, żeby rozwiązując problem obfitych rezerw dewizowych państwa uniknąć ryzyka wiążącego się z nieuchronnym konkursem pomysłów na „zagospodarowania” przez polityków rezerw na bieżącą konsumpcję. Chodzi też jednak zarazem o to, by uniknąć i tego mniejszego zła, jakim byłoby zasilanie zyskami z inwestycji funduszu typu SWF bieżących dochodów budżetu. Nie po to tworzy się takie fundusze. Ich celem jest inwestowanie w przyszłość, podniesienie dobrobytu.

Dochody z aktywnego zarządzania rezerwami szacować można nawet na 0,4-0,5 proc. PKB rocznie. I muszą one zostać w funduszu, którego zadaniem byłoby wypracowanie rezerw na pokrycie ewentualnych strat NBP na różnicach kursowych i kumulowanie nadwyżek finansowych, które mogłyby być następnie wykorzystane zgodnie z celami funduszu SWF.

Warto rozmawiać o ofensywnej koncepcji optymalizacji i wykorzystania rezerw dewizowych na rzecz przyszłych pokoleń. Trzeba zastanawiać się nad taką koncepcją zmian w poziomie i sposobach zarządzania rezerwami, która stwarza szansę uniknięcia kłopotów z tytułu gigantycznych strat na różnicach kursowych, generowanych latami przez NBP.

Przy czym powinno być jasne: poza jakąś formułą funduszu typu SWF będziemy mieli już tylko ordynarny zamach na kasę. Respektowanie takiego ograniczenia musi być podstawą dla merytorycznej dyskusji o aktywach dewizowych państwa.

2007-05-22 19:31
gospodarka, blogi ekspertów aktywa rezerwowe, swf Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Czy jestem zdziwiony, że premier rządu mojego kraju nie ma konta bankowego, a pensję przelewają mu na konto mamy? W ogóle mnie to nie dziwi. Traumatyczne przeżycia premiera związane z próbą podejścia go w 1991 roku przez nieżyjącego już byłego ministra finansów, który uparł się, żeby założyć mu konto, musiałyby być czymś naprawdę wstrząsającym; czymś, co pozostawiło trwały ślad w psychice premiera, co wyprofilowało go – jeśli można tak rzecz ująć – ekonomicznie.

Konto, jako zasadzka. Konto, jako element w brudnej grze politycznej Układu. Konto, jako narzędzie dla splugawienia dobrego imienia. Konto, jako coś, od czego każdy przezorny, przewidujący i przyzwoity człowiek powinien się trzymać jak najdalej. W końcu na takie konto każdy może sobie coś wpłacić. A ty się później tłumacz człowieku, że nie jesteś członkiem Towarzystwa.

Rozumiem to doskonale. Rozumiem znacznie lepiej niż wytarte argumenty podawane zazwyczaj przez te 30 proc. dorosłych Polaków, którzy do dziś nie używają rachunku bankowego. Bo ta mniejszościowa, topniejąca szybko garstka zazwyczaj twierdzi, że konto nie jest im do niczego potrzebne, albo że jest za drogie, za trudne w obsłudze, itp. Takie brednie ludzie plotą, że zęby bolą. Trudno ich zrozumieć.

Ale motywację pana premiera do samowykluczenia z uczestnictwa w zepsutym systemie bankowym rozumiem doskonale. Banki w Polsce (bo nie powiemy o nich przecież banki polskie), są czymś w wysokim stopniu podejrzanym. Są niebezpieczne z definicji. Są w obcych rękach. A jak nie w obcych, to wiadomo, w czyich. Każdy może sobie z nich zrobić instrument dla kompromitacji niewygodnego przeciwnika politycznego. Przykładów jest cała masa. Tylko wiedza o nich nie jest jeszcze, niestety, powszechnie dostępna.

Taka ideologiczna podbudowa do unikania fizycznego kontaktu z bankiem jest nie do obalenia. W przeciwieństwie do motywacji merytorycznej, którą – jak pokazują rosnące statystyki „ubankowienia” – banki jednak obalić potrafią.

Przed taką motywacją do nieposiadania konta, jaką na progu XXI wieku, z wrodzoną sobie prostą szczerością, zaprezentował opinii publicznej 38-mln kraju, członka NATO i UE, pan premier, trzeba po prostu ugiąć kolana. Trzeba się poddać. Z tym nic się zrobić nie da. Szkoda, że więcej ludzi nie może pójść w ślady premiera. Bylibyśmy naprawdę jeszcze bardziej oryginalnym narodem.

Pan premier zdecydowanie nie powinien się oddzielać od konta mamy. I my nie powinniśmy go do tego zmuszać. Niech tak już zostanie. Dla mnie przygoda pana premiera z rachunkiem bankowym jest najpiękniejszą i najbardziej wyrazistą metaforą ekonomiczną IV Rzeczpospolitej. Naprawdę - nie do przebicia.

2007-05-15 17:39
gospodarka, blogi ekspertów premier, banki, konto Komentarze (8)
 Oceń wpis
   

Jest jeszcze zdecydowanie zbyt wcześnie na kategoryczne szacowanie skutków niekorzystnych warunków atmosferycznych (przymrozki, bezdeszczowy kwiecień) na ceny żywności i tym samym ogólny wskaźnik CPI w tym roku. Nie ma przy tym potrzeby wszczynać głośnego alarmu. Tak naprawdę potrzebujemy jeszcze około 3-4 miesięcy, by pokusić się o bardziej wiarygodne prognozowanie cen żywności.

Tym niemniej już dziś można ostrożnie przyjąć, że wzrost cen żywności w okresie wrzesień-grudzień sięgnie około połowy więcej niż wynosił wkład żywności do wskaźnika CPI w ubiegłym roku.

Trzeba przy tym pamiętać, że nie będzie zbyt wielu możliwości uzupełniającego importu taniej żywności nieprzetworzonej z innych krajów UE. A to dlatego, że również dla znacznej większości kontynentu aura w okresie kwietniowej wegetacji była równie niesprzyjająca, jak w Polsce (najbardziej suchy kwiecień od ponad 200 lat). Ponieważ waga żywności w koszyku CPI w strefie euro wynosi zaledwie 7,6 proc. (trzykrotnie mniej niż u nas), tegoroczne prognozy CPI dla strefy euro powinny być obecnie podniesione o nie więcej niż 0,10-0,15 pkt. proc.. Nie jest to wiele, choć w kontekście niejasności dotyczących polityki stóp procentowych EBC, nawet ten niewielki impuls inflacyjny może być znaczący, bo wskaźnik CPI znów wzrośnie powyżej celu inflacyjnego („blisko, lecz poniżej 2 proc.”).

W Polsce, z uwagi na dużą wagę żywności nieprzetworzonej w koszyku CPI, będzie niestety gorzej niż w strefie euro. Nasze aktualne prognozy CPI powinny zostać obecnie podniesione o nie mniej niż 0,3-0,4 pkt. proc.. Z zastrzeżeniem, że ten dodatkowy impuls inflacyjny zostanie zweryfikowany (w górę lub w dół) w prognozach we wrześniu tego roku, kiedy będziemy więcej wiedzieli o wpływie pogody na ceny żywności. Takie uprawdopodobnione dzisiejszym stanem naszej wiedzy założenie przekłada się w aktualnych prognozach na wzrost CPI na koniec roku do ok. 3 proc. (z poprzednich 2,6 proc.). Jest to poziom znacznie przekraczający cel inflacyjny NBP (2,5 proc.).

Taki wynik wymaga – jak sądzę - kilku zdań komentarza. Skok wskaźnika CPI wynikający z szoku o charakterze podażowym jest odwracalny. Badania wskazują, że w dłuższym okresie czasu, sięgającym 10 lat, ogólny wzrost wskaźnika cen odpowiada z reguły wzrostowi cen żywności (dla UE w ostatniej dekadzie było to odpowiednio 21 i 20 proc.). Ceny żywności, między innymi na skutek warunków pogodowych, charakteryzują się jednak znaczącą zmiennością.

Słowem - to co dziś oddziaływać będzie negatywnie na CPI, w przyszłym roku, za sprawą wysokiej bazy, może sprzyjać istotnemu spadkowi ogólnego wskaźnika inflacji. Jest to jeden z podstawowych powodów, dla jakich banki centralne, z reguły, bardzo powściągliwie reagują na szoki podażowe.

Niestety, w naszej sytuacji, rzecz się nieco komplikuje. Ogólnie odczuwalny, mocno nagłośniony, wzrost cen żywności i bieżącego wskaźnika inflacji, z całą pewnością wzmocni i tak już dużą presję na wzrost płac. W ten sposób w analizach bieżącej presji inflacyjnej niezwykle trudno będzie odseparować efekty wstrząsu podażowego od popytowych efektów „drugiej rundy”.

W sytuacji dużej niepewności przezorny bank centralny woli „wykupić polisę od wzrostu inflacji”. NBP zaczął to robić już w ubiegłym miesiącu, podnosząc stopy procentowe po raz pierwszy od blisko 3 lat. Towarzyszyły temu jednak gęsto powtarzane (również przez członków RPP) komentarze, podkreślające, że nie ma potrzeby mówić o początku „cyklu podwyżek”.

Sądzę jednak, że nawet przy obecnym, ułomnym, stanie naszej wiedzy na temat przebiegu ścieżki inflacyjnej, jest rzeczą rozsądną podnieść przewidywania co do wysokości podstawowej stopy procentowej NBP na koniec tego roku do 5 proc.., a na koniec 2008 do 6 proc..

2007-05-06 15:40
gospodarka, blogi ekspertów rpp, inflacja, żywność, stopy Komentarze (4)