O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

Uwagi do rządowych założeń projektu budżetu państwa na rok 2008

 

  1. Podstawowe wskaźniki makroekonomiczne nie budzą większych zastrzeżeń. Moje prognozy są jednak nieco ostrożniejsze, jeśli chodzi o tempo wzrostu gospodarczego (5,3 proc.) i nieco bardziej pesymistyczne, jeśli chodzi o inflację (średnioroczny wskaźnik CPI 2,7 proc.) oraz szacunek nierównowagi zewnętrznej (C/A -4,8 proc. PKB).
  2. Oczekuję też wyższych niż Ministerstwo Finansów krótkoterminowych stóp procentowych: dodatkowe 75 pkt. baz, w tym roku i 100 pkt. baz. w przyszłym, co daje 6 proc. stopę repo na koniec 2008 roku; MF widzi tylko 1 podwyżkę o 25 pkt. baz. w tym i 2 dodatkowe podobnej skali w przyszłym, co daje na koniec okresu 5 proc. stopę repo.
  3. Różnice w prognozach tempa wzrostu (u mnie niższe niż w założeniach MF) i inflacji (u mnie wyższa niż w założeniach MF) znoszą się i są obojętne z punktu widzenia dochodów budżetu.
  4. Stosunkowo duża różnica w zakładanym poziomie stóp procentowych działa natomiast na niekorzyść prognozowanych wydatków budżetu na obsługę długu. Przy zakładanym przeze mnie poziomie stóp wydatki te mogą być o ok. 2 mld PLN wyższe. Wyższy poziom inflacji, wolniejsze tempo wzrostu i wyższe stopy krótkoterminowe, oznaczają też wyższy poziom rynkowych stóp procentowych. Rentowności obligacji na całej krzywej dochodowości są zresztą istotnie wyższe już teraz, a to za sprawą wzrostu rynkowych stóp procentowych na świecie. Ceny na rynku długu mogą więc odbiegać na niekorzyść od oczekiwań MF.
  5. Moim zdaniem nie ma szans na to, by potrzeby pożyczkowe budżetu w 2008 roku były mniejsze niż ich tegoroczne wykonanie. A to oznacza dalszy wzrost długu publicznego w relacji do PKB.

Podstawowe wskaźniki makroekonomiczne 2005-2008, wykonanie i prognozy

 

Jedn.

2005

2006

2007P

2008P

PKB

Eksport

Import

Popyt krajowy

Spożycie

-prywatne

-zbiorowe

akumulacja

-nakł. brutto na śr. trw.

PKB w c. bieżących

 

CPI (średniorocznie)

PPI (średniorocznie)

 

Przec. wynagr. brutto w gosp. narodowej

-w sektorze przedsięb.

 

Przec. zatrudnienie w gosp. narodowej

-w sektorze przedsięb.

Przec. liczba emeryt/rencistów

St. bezrob. (koniec okr.)

 

kurs walutowy

PLN/USD (średnio)

PLN/EUR (średnio)

USD/EUR (średnio)

 

Saldo C/A do PKB

%

%

%

%

%

%

%

%

%

mld

 

%

%

 

 

PLN

PLN

 

 

tys.

tys.

 

tys.

%

 

 

PLN

PLN

USD

 

%

103,6

108,0

104,7

102,4

102,7

102,0

105,0

101,4

106,5

983,3

 

102,1

100,7

 

 

2360,6

2515,9

 

 

8786,4

4773,4

 

9168,7

17,6

 

 

3,23

4,03

1,24

 

-1,7

106,1

114,5

115,8

106,6

104,9

105,2

103,7

114,1

116,5

1057,9

 

101,0

102,3

 

 

2477,2

2643,9

 

 

8982,0

4917,9

 

9150,6

14,9

 

 

3,10

3,90

1,26

 

-2,3

106,5

111,0

115,5

108,5

105,3

106,4

101,5

119,4

118,0

1146,9

 

102,0

102,3

 

 

2656,0

2859,0

 

 

9242,0

5123,0

 

9178,0

11,3

 

 

2,84

3,81

1,34

 

-3,9

105,7

109,0

111,2

106,8

104,7

105,8

101,0

113,4

114,0

1237,2

 

102,3

102,3

 

 

2815,0

3043,0

 

 

9453,0

5287,0

 

9192,0

9,9

 

 

2,77

3,74

1,35

 

-4,7

źródło: GUS, Ministerstwo Finansów

 

 

 

  1. Ministerstwo Finansów nie podaje w założeniach żadnych prognoz wskaźników makro, które wykraczałyby poza rok 2008. Z dużym prawdopodobieństwem można jednak przyjąć, że stosunkowo niewielkie jeszcze różnice w prognozach dotyczących roku 2008 będą się pogłębiały w miarę wydłużania horyzontu czasowego. Przy moich prognozach tempa wzrostu w kolejnych latach dają już o sobie znać skutki ostro się zaznaczających ograniczeń o charakterze podażowym w gospodarce.

 

Prognozy wybranych wskaźników makroekonomicznych

%

2008

2009

2010

PKB (realnie)

5,3

4,4

4,1

CPI (średniorocznie)

2,7

2,3

2,1

produkcja (śred., nom.)

10

8

7

zatrudnienie

5

2,4

1,9

wynagrodzenia (real.)

7

5

3

C/A (proc. PKB)

-4,8

-5,9

-7,0

żródło: szacunki własne

 

  1. Odmiennie też od Ministerstwa Finansów postrzegam dekompozycję PKB. Moim zdaniem tempo wzrostu popytu krajowego w przyszłym roku wcale nie spadnie (jak w założeniach MF), ale wręcz odwrotnie – wzrośnie do ok. 9 proc.; będzie tym samym o ok. 4 pkt. proc. przekraczało dynamikę PKB.
  2. Wzrost popytu krajowego będzie głównie następstwem wysokiej dynamiki konsumpcji prywatnej (3 pkt. proc. wyżej od prognoz MF). Do takiego wzrostu przyczyni się w sporej części polityka generowania przez rząd wzrostu popytu krajowego (wzrost wynagrodzeń netto po redukcji klina podatkowego, dodatkowe transfery socjalne) oraz dezaktywacja na rynku pracy (podwyżka płacy minimalnej, przywileje emerytalne).
  3. Środowisko makroekonomiczne stanie się znacząco bardziej niż dziś podatne na presję inflacyjną w gospodarce. Podwyżki stóp procentowych ograniczą inflację w latach 2009-2010, ale opłacone to zostanie spadkiem tempa wzrostu do niewiele ponad 4 proc. w roku 2010.
  4. W tej sytuacji szczególne zaniepokojenie musi budzić projekcja zakładanych wielkości dochodów podatkowych i niepodatkowych budżetu państwa oraz towarzysząca temu zapowiedź utrzymanie nominalnego deficytu budżetu państwa na poziomie 30 mld PLN.
  5. Biorąc pod uwagę oczekiwany poziom wykonania deficytu w tym roku (ok. 24 mld PLN bez redukcji klina podatkowego i ok. 27 mld po redukcji), dla utrzymania się na ścieżce konwergencji nominalna kotwica deficytu budżetu państwa w roku 2008 powinna zostać obniżona do nie więcej niż 20 mld PLN.
  6. W wielkościach porównywalnych (czyli po wyeliminowaniu nieznanej wielkości dochodów z UE) zakłada się między rokiem 2007 (projekt budżetu), a 2008 wzrost dochodów ogółem o 27,3 mld PLN. W rzeczywistości, przy dochodach tegorocznych wyższych o ok. 5-7 mld, wzrost nominalny w wielkościach porównywalnych zbliży się do 20 mld PLN. Według moich szacunków nie powinien jednak być wyższy niż 12-15 mld PLN. Tym bardziej, że od strumienia dochodów podatkowych należy odliczyć przyrzeczone ulgi na dzieci (ponad 3 mld PLN).
  7. Po przywróceniu „przedhausnerowskich” zasad waloryzacji rent i emerytur oraz po skokowym wzroście kosztów obsługi długu w roku 2008 oczekiwać można kolejnego wzrostu wskaźnika relacji wydatków sztywnych do wydatków ogółem (szacuję, że może to być już 74 proc.).

 

Wniosek:

Malejące tempo wzrostu gospodarczego, przy równocześnie rosnących wynagrodzeniach i inflacji, świadczy o tym, że gospodarka polska napotyka istotne ograniczenia o charakterze podażowym. Tymczasem założenia przyszłorocznego budżetu wskazują na kontynuację przez rząd polityki wspierającej popyt krajowy przy zastosowaniu impulsu fiskalnego. Prowadzi to do szybkiego narastania nierównowagi makroekonomicznej. W tej sytuacji należy się spodziewać ostrej reakcji niezależnego banku centralnego w postaci podwyżek stóp procentowych. Nieoptymalny zestaw policy mix istotnie obniży tempo wzrostu gospodarczego już od roku 2009.

  

2007-06-26 16:37
gospodarka, blogi ekspertów założenia, budżet, 2008 Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Kiedy tempo wzrostu popytu krajowego o 3 pkt. proc. przekracza dynamikę realnego wzrostu gospodarczego, a dzieje się tak głównie za sprawą ostrego wzrostu prywatnej konsumpcji, rozsądni politycy dwa razy pomyślą, nim zaczną dolewać oliwy do nieźle już buzującego popytowego ognia. Ale ekonomiczny rozsądek, co pewnie nikogo nie zaskakuje, nie jest najmocniejszą stroną naszej klasy politycznej.

Stąd w pełnym toku znajdują się intensywne prace, które w przyszłym roku doprowadzą do tego, że popyt krajowy będzie rósł już o 5 pkt. proc. szybciej od PKB. Politycy z zamkniętymi oczami, głusi na wszystkie ostrzeżenia i podpowiedzi ekonomistów, prowadzą naszą gospodarkę prostą drogą na manowce. Poprzez istotne naruszenie równowagi makroekonomicznej, wzrost deficytu sektora publicznego, skok inflacji ponad poziom celu, narastanie deficytu na rachunku bieżącym bilansu płatniczego, doprowadzą szybciej niż im się zdaje do spadku tempa wzrostu gospodarczego znacznie głębszego, niż wynikałoby to z cyklu koniunkturalnego.

Nie ma bowiem na świecie takiego niezależnego banku centralnego, który realizując swój mandat (a jest nim nade wszystko dbałość o niską inflację), podejmując decyzje kolegialnie, pozostałby obojętny na taki rozwój wydarzeń. Nic tu nie pomoże najbardziej nawet energiczny sprzeciw polityków, którym podwyżki stóp procentowych nigdy się nie podobają. Moim zdaniem trzeba już dziś liczyć się poważnie z ewentualnością wzrostu podstawowej stopy procentowej NBP do 6 proc. pod koniec 2008 roku.

Co gorsza – brak ekonomicznej wyobraźni nie pozwala dziś jeszcze politykom dostrzec, że pierwsze koszta dzisiejszych fiskalnych szaleństw przyjdzie im spłacać dokładnie w roku wyborczym. Skąd te samobójcze inklinacje? Jak zwykle: zła diagnoza prowadzi do niewłaściwej terapii. Politykom brak też cywilnej odwago, by przeforsować rozwiązania niepopularne, skoro na horyzoncie pojawia się wciąż mnóstwo „przyjaznych dla wyborców” pomysłów na wydawania publicznego grosza, który ponadplanowo wpadł do kasy.

Proste, przyjemne dawanie

Wszystko bierze się z kurczowego trzymania się pomysłów, które kiedyś wydawały się rozsądnym kompromisem między ekonomicznym populizmem, a odpowiedzialnością. Takim sztandarowym pomysłem rządu była oczywiście nominalna, sięgająca 30 mld PLN, kotwica budżetowa. Dziś widać gołym okiem, że ta kotwica ciągnie nas na dno.

Już trzeci rok z rzędu deficyt budżetu państwa będzie istotnie niższy od przewidywań. Pomimo tego żadnego z ministrów finansów, jakich mieliśmy w ostatnich dwóch latach, nie stać było na odważne postawienie sprawy: nominalna kotwica fiskalna powinna zostać obniżona, stosownie do sytuacji budżetu, zmieniającej się na korzyść w stosunku do wcześniejszych przewidywań.

Zamiast prostej ścieżki schodzenia z deficytem budżetu państwa, proporcjonalnie do ponadplanowych dochodów, trwa intensywna ekwilibrystyka, której sens – a raczej stosowniej byłoby w tym wypadku chyba powiedzieć bezsens – sprowadza się do tego, by nie doprowadzić do kompromitującej sytuacji, kiedy deficyt sektora finansów publicznych rośnie nam w kolejnych okresach w porównaniu nie z planami, a z faktycznym wykonaniem. Innymi słowy trwa bezustanna „statystyczna modernizacja” programu konwergencji fiskalnej, która ma unaocznić naszym partnerom z Komisji Europejskiej, że Polska poważnie traktuje obowiązki nakładane na nas przez Procedurę Nadmiernego Deficytu (EDP). Deficyt budżetu państwa mamy co prawda duży – tłumaczymy - bo uwiązany na 30 mld kotwicy, ale nic to, deficyt sektora maleje nam tak, jak powinien.

Z pełną swobodą traktuje się więc przewidywane wyniki innych poza budżetem państwa elementów sektora, zakładając takie nadwyżki, które pozwolą zmieścić się na ścieżce konwergencji. Jeśli fakty są inne, tym gorzej dla faktów. W ubiegłym roku, ku zaskoczeniu rządu, samorządy zanotowały ponad 3 mld deficytu, w miejsce tradycyjnej nadwyżki. W programie konwergencji wyglądało to tak, że zamiast zakładanej nadwyżki rzędu 0,2 proc. PKB pojawił się niedobór -0,3 proc. PKB. Uratował nas niższy deficyt budżetu państwa.

Wiele wskazuje na to, że tendencja do zadłużania się, wynik przede wszystkim intensywnych inwestycji na szczeblu lokalnym, utrzyma się. Tegoroczny deficyt w sektorze samorządowym szacuję na ok. 5 mld PLN, czyli ok. 0,4 proc. PKB, podczas gdy w programie konwergencji przewidywana jest wciąż nadwyżka sięgająca 0,3 proc. PKB. Narastający ujemny wynik podsektora lokalnego oznacza w tym roku skonsumowanie z naddatkiem nadwyżki dochodów wypracowanej przez budżet państwa.

Nawet śladu tego rodzaju asekuracyjnego podejścia nie widać jednak w prognozach fiskalnych Ministerstwa Finansów. Zapowiedź deficytu general government na rok 2008 nie większego niż 3,2 proc. PKB musi oznaczać, że – zdaniem rządu - deficyt sektora rządowego i samorządowego nie przekroczy 1 proc. PKB. Jest to założenie bardzo optymistyczne, które wciąż nie uwzględnia ryzyka pogłębiania się nierównowagi podsektora lokalnego lub też zakłada ostro rosnącą nadwyżkę w FUS (na jakiej podstawie, tego dociec nie sposób, bo już dziś przy tak dobrej sytuacji na rynku pracy ZUS zadłużony jest w bankach na 5 mld PLN).

A przecież ostrożność byłaby tu jak najbardziej na miejscu. Kolejne lata przed Euro 2012 raczej nie będą sprzyjały rygorystycznej dyscyplinie finansów publicznych. Nawet bez mistrzostw Europy w piłce nożnej impuls fiskalny w latach 2008-2009, wynikający z zapowiedzi redukcji podatków dochodowych i pozapłacowych kosztów pracy, sięgał wartości 2 proc. PKB. Kolejna aktualizacja programu konwergencji bezwzględnie powinna uwzględniać dodatkowe wydatki generowane przez Euro 2012, szczególnie te pogarszające standing  finansowy samorządów lokalnych.

Jeśli przy tym nie zostaną wskazane dodatkowe oszczędności w wydatkach, oznaczać to może dłuższe niż dotąd zapowiadał rząd poddanie Polski rygorom EDP, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Najpoważniejszą z nich jest oddalenie się terminu wejścia do strefy euro poza rok 2015.

Innym chwytem na statystyczną modernizację, „uplastyczniającą” program konwergencji, tak by mógł on pochłonąć kolejne, wcześniej nie ujęte w nim pozycje, stało się wprowadzeniu w tym roku do budżetu dochodów i wydatków unijnych. Tu wykorzystuje się różnice w ujęciach kasowych i memoriałowych, pozwalające pod koniec roku zwiększyć skokowo deficyt budżetu państwa w ujęciu ESA ’95. Podnosi to bazę dla porównań w kolejnych latach.

W praktyce wygląda to zaś tak, że nie ma już żadnej nowej pozycji po stronie zwiększonych wydatków lub uszczuplonych dochodów, nawet sięgającej kilku miliardów złotych, o której rząd by nie mówił, że mieści się ona swobodnie w programie konwergencji. Najświeższym przykładem są tutaj dodatki na dzieci (ponad 3 mld PLN), dorzucone przez ministra finansów hojną ręką w ramach transakcji wiązanej w zamian za zgodę polityczną na redukcję klina podatkowego. Wcześniej mieliśmy miliard wyczarowany na stadion narodowy. Jeszcze wcześniej był inny miliard na podwyżki dla nauczycieli. 5 mld na waloryzację emerytur i rent w przyszłym roku i ok. 2 mld w kolejnych latach. Nie zapominajmy o świadczeniach emerytalnych dla górników, nauczycieli, kolejarzy i zobaczymy kogo tam jeszcze. Program konwergencji wygląda na worek bez dna. Nic dziwnego, że jego wiarygodność w kraju i za granicą jest tak nikła.

Strona podażowa - głupcze

No, dobrze, powie ktoś, trzeba jednak być realistą. Nigdy i nigdzie na świecie politycy nie wykazują się fiskalna wstrzemięźliwością; nie są w stanie oprzeć się pokusie zaimplementowania gospodarce dodatkowego impulsu popytowego, szczególnie wówczas, gdy wydaje im się, że budżet na taki gest stać, a wybory za pasem. Politycy chcą „konsumować owoce wzrostu”. Czasem obniżać podatki. Najczęściej jedno i drugie jednocześnie. Słowem chcą wszystkim wszystko dawać. Nie chcą niczego zabierać.

Nasza sytuacja jest jednak zasadniczo odmienna od klasycznego wzorca. A to dlatego, że w okresie wysokiego wzrostu odnotowujemy strukturalny deficyt, którego wartość przekracza deficyt sektora.

Ekonomiści mogą, a nawet muszą podpowiadać, że sekwencja wydarzeń, jeśli chodzi o finanse publiczne powinna być zasadniczo inna niż proponuje to rząd. Przy czym możliwe jest tu stopniowanie stanowisk. Od najbardziej „fundamentalistycznego”, do „skrajnie pragmatycznego”.

"Fundamentalista” powie, że dodatkowe dochody powinny być w pierwszej kolejności wykorzystane dla przyspieszenia redukcji deficytu budżetu państwa. Obniżka pozapłacowych kosztów pracy, rzecz jak najbardziej sensowna, o ile rząd chce ją wprowadzić równolegle z likwidowaniem deficytu, powinna zostać opłacone z oszczędności w innych wydatkach sektora. Dla „fundamentalisty” nie jest przy tym bez znaczenia sam sposób redukcji klina podatkowego. W wersji rządowej (redukcja składki rentowej po stronie pracownika) sprowadza się on do wzrostu wynagrodzeń; w wersji optymalnej (redukcja obciążeń po stronie pracodawcy) - powinien bezpośrednio zwiększać popyt na pracę.

"Pragmatyk” poprzestanie na stwierdzeniu, że każda stymulacja popytowa gospodarki, a już szczególnie ta przeprowadzona w warunkach szybkiego wzrostu popytu autonomicznego, o ile nie ma doprowadzić do błyskawicznej nierównowagi makroekonomicznej, musi zostać obudowana odpowiednimi przedsięwzięciami po stronie podażowej.

Racjonalne bowiem jest rozumowanie: skoro przez politykę fiskalną rząd wpływa na popyt zagregowany, to – jeśli nie chce doprowadzić do wzrostu cen - musi również zadbać o warunki dla wzrostu podaży. „Pragmatyk” uzna więc poniekąd ograniczenia zewnętrzne, twierdząc, że z preferencjami polityków w zakresie polityki fiskalnej można co prawda dyskutować, ale nie da się jednak wygrać. Równocześnie będzie jednak akcentował szczególną konieczność podejmowania działań propodażowych, bez których stymulacja gospodarki przy użyciu polityki fiskalnej skończy się katastrofą.

Niestety, przegląd działań propodażowych, podejmowanych przez naszych mężów stanu (nie przez inwestujących przedsiębiorców, bo to zupełnie inna historia) wciąż nie wypada obiecująco.

Bariery dla przedsiębiorczości, choć znakomicie rozpoznane, mają się nadal dobrze. Mnożą się tylko, jak króliki, przeróżne werbalne „pakiety” dla przedsiębiorców. Towarzyszy zaś temu wysyp pomysłów podwyższających bariery wejścia na rynek i regulacji podnoszących koszty funkcjonowania przedsiębiorstw.

Na rynku pracy panoszy się swobodnie polityka dezaktywacji zawodowej (od wzrostu płacy minimalnej, poprzez koncesjonowanie zawodów, ochrzczenie samozatrudnienia mianem patologii, aż po destrukcję powszechnego systemu emerytalnego wyprowadzającą ludzi z rynku pracy).

Warto może, raz jeszcze, w ślad za niedawnym oświadczeniem Rady Przedsiębiorczości, przypomnieć o najważniejszych ograniczeniach, negatywnie wpływających na stronę podażową gospodarki: brak prywatyzacji; niejednoznaczne i zbyt często zmieniane przepisy podatkowe; nadmierne usztywnienie rynku pracy (restrykcyjne regulacje czasu pracy, niezróżnicowana regionalnie płaca minimalna, zbędne ograniczenia zatrudnienia pracowników tymczasowych, biurokratyczna mitręga i wysoka cena towarzysząca uzyskiwaniu pozwoleń na pracę dla obcokrajowców); wytyczanie na mocy arbitralnych administracyjnych decyzji warunków zagospodarowania i zabudowy terenu; skomplikowanie procedury i nadmierna arbitralność przy ocenach oddziaływania inwestycji na środowisko; rozbudowany system koncesjonowania i licencjonowania działalności gospodarczej; przewlekłość postępowań administracyjnych, sądowych, egzekucyjnych; nadmiernie rygorystyczne przepisy o ochronie danych osobowych podnoszące ryzyko obrotu gospodarczego; nadmiar obowiązków informacyjnych, warunkujących dopuszczenie produktów na rynek; nadmiar obowiązków informacyjnych w bankowości.

Trzeba apelować do polityków, póki jeszcze nie jest za późno: skoro zamierzacie świadomie zaimplementować naszej gospodarce solidny impuls popytowy, który sprawi, że dynamika popytu krajowego dwukrotnie przewyższy dynamikę PKB, zadbajcie chociaż o stronę podażową gospodarki. Niech stać was będzie przynajmniej na taki przejaw zdrowego rozsądku. Inaczej zafundujecie nam i sobie mocno nieprzyjemną niespodziankę.

Już dziś widać, że gospodarka napotyka na poważne bariery po stronie podażowej, co sprawia, że dynamika PKB będzie z kwartału na kwartał słabła, a towarzyszyć temu będą rosnące płace i ceny. Oznacza to spadek wydajności pracy w całej gospodarce poniżej wzrostu wynagrodzeń, czyli utratę konkurencyjności po silnym wzroście jednostkowych kosztów pracy. Niechże ten rząd i parlament wezmą się w końcu do jakiejś sensownej pracy w otoczeniu gospodarki.

2007-06-21 18:01
gospodarka, blogi ekspertów supply, side, economics Komentarze (3)
 Oceń wpis
   
Przeczytałem sobie w serwisie ekonomicznym PAP wywiad z doradcą prezesa NBP, panem Sebastianem Stolorzem. Pomimo czynionych kilkakrotnie zastrzeżeń, że wyraża on tam wyłącznie prywatne poglądy i skromnych zapewnień, że nie jest członkiem RPP, a tylko „zewnętrznym obserwatorem” (ciekawe w takim razie kim są ekonomiści z sektora prywatnego?), trudno mi było przy tej lekturze pozbyć się nieprzyjemnego uczucia, że publiczne recenzowanie postępowania RPP przez doradcę przewodniczącego RPP staje się nową świecką tradycją.

A już przy największym nawet natężeniu dobrej woli, nie sposób byłoby stwierdzić, że publicznie głoszone prywatne poglądy doradcy prezesa NBP na politykę monetarną świadczą o wyważonym postrzeganiu przezeń bilansu ryzyk dla przyszłej inflacji.

Wywiad jest bowiem wybitnie jednostronny, jeśli chodzi o ocenę przewidywanego przebiegu ścieżki inflacyjnej. W zasadzie doradca wymienia jeden tylko czynnik stanowiący zagrożenie dla przyszłej inflacji: jest nim organizacja w Polsce Euro 2012. Wśród czynników ryzyka, których waga została dokumentnie zrelatywizowana znalazły się zaś te wszystkie, które RPP od wielu miesięcy wskazuje w kolejnych komunikatach po swoich posiedzeniach. Bardzo to uderzające.

Warto więc pochylić się z nieco większą uwagą nad argumentami przeciw podwyżkom stóp procentowych w Polsce, przytaczanym obficie przez doradcę prezesa NBP.

Po pierwsze – oczekiwania inflacyjne są stabilne. No, dobrze, ale czyje oczekiwania? Oczekiwania gospodarstw domowych mają charakter adaptacyjny, a ponieważ w Polsce poza krótkim epizodem „przedakcesyjnym” inflacja jest od kilku ładnych lat stabilna oczekiwania inflacyjne ludności zostały zakotwiczone. I tyle. Wskazówką dla nasilenia się presji inflacyjnej w gospodarce powinny dziś być dla RPP oczekiwania inflacyjne przedsiębiorstw i podmiotów gospodarczych. A te systematycznie rosną.

Po drugie – projekcja inflacyjna pokazuje, że wskaźnik CPI trzymany „jest w ryzach”. Zupełnie nie wiem o co tu chodzi, ponieważ ostatnia odsłona projekcji pokazuje, większościowe prawdopodobieństwo wyjścia ścieżki centralnej w okresie oddziaływania polityki pieniężnej ponad cel inflacyjny. Cel inflacyjny w Polsce nie wynosi ani 1,5 proc., ani 3,5 proc., a 2,5 proc.. Moim zdaniem to, że w obszernym wywiadzie doradcy prezesa NBP wysokość celu inflacyjnego nie zostaje przywołana nawet w przypisie jest zastanawiające. Martwi mnie też instrumentalne traktowanie projekcji, która raz jest dobra, a innym razem zła. Projekcja inflacyjna nie powinna być maczugą do walenia po głowie ludzi inaczej niż prezes, czy jego doradca, oceniających bilans ryzyk dla przyszłej inflacji.

Po trzecie – i to zostało nawet wybite w tytule wywiadu – „władze monetarne powinny czekać na bardziej przejrzysty obraz gospodarki”. Hmm… Wydawało mi się, że polityka monetarna jest właśnie sztuką poruszania się w niepewnym otoczeniu. Zostawmy jednak na boku zgryźliwość. Czy będziemy kontestować prognozy, wedle których tempo wzrostu gospodarczego w kolejnych kwartałach będzie słabło, a inflacja będzie rosła? Bo jeśli nie, to na co tu czekać? Tempo wzrostu popytu krajowego już obecnie przekracza o 2 pkt. proc. dynamikę PKB. A będzie jeszcze wyższe. Taki układ czynników makroekonomicznych wskazywałby raczej na to, że już w chwili obecnej RPP znalazła się behind the curve, czyli w takim punkcie, gdzie już jest za późno na utrzymanie się w celu inflacyjnym bez okupienia tego wyższą wartością „współczynnika poświęcenia”.

Za zupełnie niestosowne uważam w tym kontekście poddawanie w wątpliwość przez doradcę prezesa NBP zasadności podwyżki przez RPP stóp o 25 pkt. baz. (przy sprzeciwie prezesa), z uzasadnieniem, że może to prowadzić do przyhamowania aktywności gospodarczej. To nie jest miejsce na takie żarty. Ministerstwo Finansów w założeniach do projektu przyszłorocznego budżetu przewiduje jeszcze jedną podwyżkę stóp o 25 pkt. w tym i kolejne dwie w przyszłym roku, co oznacza, że dopiero skumulowane efekty 4 kolejnych podwyżek o 1 pkt. proc. znajdują odbicie w spadku tempa wzrostu gospodarczego o 0,6 pkt. proc.

Moje oczekiwania są zresztą podobne, tyle, że o nieco innej skali: tempo wzrostu w 2008 roku 5,3 proc. przy stopie repo na koniec 2008 wynoszącej 6 proc., co oznacza wobec tego roku utratę 1 pkt. proc. wzrostu przy 1,75 pkt. proc. (wobec aktualnego poziomu) podwyżkach stóp.

Po czwarte – całość uspokajających rozważań na temat właściwych wciąż jakoby w polskiej gospodarce relacji między tempem wzrostu wynagrodzeń, a wydajności pracy oparta jest na błędnej merytorycznie analizie ekonomicznej. Długoterminowy wzrost wydajności pracy w całej gospodarce nieznacznie przekraczał w minionej dekadzie 4 proc., podczas gdy wzrost realnych płac zbliżał się do 3 proc.. Tak nieznaczna „luka” między wzrostem wynagrodzeń i produktywności nie jest spójna z utrzymaniem inflacji na poziomie celu, czyli 2,5 proc.. Dla zakotwiczenia inflacji na poziomie celu, wzrost wydajności pracy w przemyśle, kompensujący wolniejszy wzrost wydajności w sektorze usług, powinien być o 2-3 pkt proc. powyżej wzrostu wynagrodzeń.

Dostępne dziś dane pozwalają więc stwierdzić, że jesteśmy już teraz na granicy relacji między wydajnością, a wynagrodzeniami, pozwalającej utrzymać inflację w celu. A przecież wzrost wynagrodzeń, tak naprawdę, jest dopiero przed nami. Czy to nie jest dobre pole dla rozważań doradcy prezesa NBP?

Wbijanie ludziom do głów (również przez RPP) kanonicznego twierdzenia, że „wzrost wynagrodzeń nie powinien przekraczać wzrostu wydajności pracy” rodzi – jak widać – solidnie zatrute owoce.

Po piąte – z argumentem o aprecjacji złotego, jako czynniku wspierającym niską inflację byłbym bardzo ostrożny. Druga połowa roku przyniesie ponowny wzrost ryzyka polityczno-fiskalnego, co sprzyjać będzie raczej osłabieniu, a nie wzmocnieniu złotego.

Na koniec jeszcze jeden wątek, o charakterze bardziej osobistym. Najpierw cytat: "Promowane przez media połączenie Euro 2012 z wprowadzeniem waluty euro w Polsce brzmi atrakcyjnie, jednak wedle praw ekonomii, może okazać się trudne do skoordynowania. Oba przedsięwzięcia mogą bowiem wymagać sprzecznych działań: euro - spełnienia restrykcyjnych warunków inflacyjnych, a Euro 2012 czynników tworzących presję na wyższą inflację. I choć w dłuższej perspektywie obydwa przedsięwzięcia mogą okazać się pożyteczne dla gospodarki, ich równoczesna realizacja na pierwszy rzut oka nie wydaje się być optymalnym rozwiązaniem. Precyzyjna odpowiedź na to pytanie wymaga jednak szczegółowych badań".

Nie wiem kto tu, co promuje, a i dobrych badań nigdy za wiele. Ale jedno jest pewne: kiedy z Bogusławem Grabowskim napisaliśmy apel o euro z Euro 2012, chodziło nam dokładnie o to, żeby utruenić prezentację fałszywej alternatywy stawianej tu przez doradcę prezesa NBP. W języku ekonomicznym brzmi ona następująco: szybsze tempo konwergencji realnej musi być okupione wolniejszym tempem konwergencji nominalnej. A po ludzku mówiąc: chcecie autostrat, lotnisk, hoteli – to pożegnajcie się na dlużej w euro, bo to oznacza wyższą inflację i wyższy deficyt. Otóż, nie. Euro 2012 powinno wymusić głęboką reformę finansów publicznych; powinno też uzasadniać prowadzenie polityki pieniężnej, umożliwiającej spełnienie kryterium inflacyjnego. Czyli – rząd i bank centralny muszą dużo i z odwagą pracować. A euro jest już w tym rachunku tylko wynikowe.

2007-06-12 19:23
gospodarka, blogi ekspertów rpp, stopy procentowe Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Z pewnym opóźnieniem zapoznałem się z zapisem występów pana Kołodki na forum nadzwyczajnej komisji sejmowej do spraw "dezaferyzacji" historii odpaństwowienia sektora bankowego w Polsce. Wcześniejszy występ pana Pęka nie był jeszcze w stanie sklonić mnie do reakcji. Inaczej niż przemyślenia profesora ekonomii Grzegorza Kołodko. O roli kapitału zagranicznego w bankach dyskutować zawsze warto. Robi się to zresztą na calym świecie. Wypada jednak trzymać pewien poziom debaty. Jak widzę minimalne standardy? A na przykład tak, jak w poniższym artykule, przygotowanym na sesję Towarzystwa Ekonomistów Polskich jesienią ubiegłego roku.

Janusz Jankowiak

Główny Ekonomista Polskiej Rady Biznesu

PRYWATYZACJA BANKÓW W POLSCE, A KWESTIA ICH EFEKTYWNOŚCI

Streszczenie

Nie ma w polskiej gospodarce drugiego takiego sektora, którego prywatyzacja wzbudzałaby więcej politycznych emocji niż prywatyzacja banków. Banki należą do „sektorów wrażliwych” nie tylko u nas. Tak jest w wielu krajach, szczególnie w „starej” części UE. Tyle, że emocje wokół prywatyzacji banków w Polsce są w świetle udokumentowanych faktów niczym nie uzasadnione. Przez cały okres od roku 1988, który uznać można za wstęp do prywatyzacji, aż po rok 2000, który – przynajmniej, jak do tej pory – tę prywatyzację zamknął, cały proces przebiegał pod baczną kontrolą państwa i był raczej powolny. O przyspieszeniu można mówić właściwie dopiero począwszy od roku 1998.

Biorąc pod uwagę fakt, że w tym czasie w sektorze dokonywała się również konsolidacja, trzeba powiedzieć wyraźnie, że doświadczenia z udziałem inwestorów zagranicznych w polskich bankach są nie tylko stosunkowo świeże, ale również ich skutki ekonomiczne są trudne do oszacowania metodami ekonometrycznymi lub statystycznymi. Główną przeszkodę dla jednoznacznej oceny efektywnościowych następstw wejścia zagranicznych inwestorów na nasz rynek bankowy stwarza zarówno krótkość szeregów czasowych, jak też duża zmienność analizowanych wyników w czasie.

Tym niemniej stwierdzić można, że efektywność banków z przewagą kapitału zagranicznego przewyższa efektywność banków krajowych w podstawowych przekrojach (alokacyjna, techniczna, skali) poza efektywnością kosztową. Fakt, że wyższa przeciętnie produktywność banków zagranicznych, badana zarówno od strony outputs (kredyty, SPW, off-balance sheets), jak i inputs (kapitał, praca, depozyty), nie znajduje odbicia w zdecydowanej przewadze ich rentowności nad bankami krajowymi, wiązać należy przede wszystkim ze zdecydowanie mniej korzystną strukturą bilansową banków zagranicznych. W momencie prywatyzacji odziedziczyły one znacznie większą od banków nieprywatyzowanych część NPL. Musiały też ponosić koszty restrukturyzacji i informatyzacji przejmowanych banków. Ich udział w najtańszej z punktu widzenia finansowania bazie depozytowej rezydentów krajowych jest przy tym niewielki.

Niniejsza praca zorganizowana jest w następujący sposób: w części 1 przypomniano, jak przebiegała prywatyzacja banków w Polsce oraz, jakie zmiany po stronie własności kapitału i aktywów towarzyszyły temu procesowi; w części 2 zreferowano wyniki znanych badań na temat zmian w efektywności banków lokalnych i zagranicznych w Polsce, oraz skonfrontowano je z teoretycznymi i praktycznymi aspektami wyników badań na ten sam temat mieszczących się w głównych nurtach dyskusji międzynarodowej; w części 3 pomieszczono uwagi na temat wpływu banków zagranicznych na stabilność systemu finansowego; wreszcie w części 4 autor sformułował kilka wniosków, polemicznych wobec obiegowych opinii na temat roli inwestorów zagranicznych w sektorze bankowym w Polsce.

1. Jak przebiegała prywatyzacja banków w Polsce?

W chwili startu transformacji ustrojowej system bankowy, w znaczeniu powszechnie temu pojęciu nadawanym w literaturze, w zasadzie w Polsce nie istniał. Mieliśmy monobank, gdzie NBP pełnił mniej rolę banku centralnego, a bardziej zmonopolizowanego banku państwowego obsługującego budżet, indywidualnych klientów i podmioty gospodarcze. Wystarczy przypomnieć, że do roku 1989 minister finansów pełnił równocześnie funkcję wiceprezesa NBP. Nie istniał pieniądz, spełniający podstawowe funkcje przypisywane mu w teorii ekonomii. Nie było cen, oddających relacje popytu i podaży na rynku. Nie istniał kurs walutowy, oddający zewnętrzną wartość waluty krajowej.

Wstępny etap organizacji systemu bankowego polegał na wydzieleniu ze struktur NBP 9 banków państwowych i nadaniu im statusu banków komercyjnych.

Sama prywatyzacja przebiegała w trzech głównych fazach:

  • W latach 1989-1992 mieliśmy etap dość liberalnej polityki licencyjnej. Trudno tu mówić o klasycznej prywatyzacji banków państwowych, bo takiej jeszcze nie było. Powstawało za to wiele nowych krajowych banków prywatnych. Banki zagraniczne, uzyskiwały zaś stosunkowo łatwo wstęp na polski rynek. Zajmowały się one przede wszystkim obsługą firm z własnych krajów (strategia follow their customers), nie interesując się zbytnio segmentami rynku dostępnymi dla klientów lokalnych. W tym czasie około ¼ prywatyzacji przeprowadzanych było drogą poszukiwania inwestora strategicznego (BRE, WBK, BŚ); około ¼ odbywało się metodą IPO; w ręce pracowników trafiło ok. 14 proc. udziałów w prywatyzowanych bankach; państwo zachowało ok. 36 proc. udziałów (Storf, 2000).
  • Lata 1993-1998 stały pod znakiem limitowanego i warunkowanego dostępu inwestorów zagranicznych do rynku usług finansowych. W tym czasie uzyskanie licencji było uwarunkowane przejęciem (najczęściej słabego lub nawet zagrożonego upadkiem) banku krajowego; szczególne nasilenie tego procesu miało miejsce w latach 1995-1998. Równolegle wdrażana była „ustawa o restrukturyzacji przedsiębiorstw i banków”. Trwała też nadzorowana przez państwo konsolidacja sektora, której sztandarowymi przykładami są z jednej strony wchłonięcie przez bank PEKAO 4 innych banków krajowych, a z drugiej sprzeciw wobec planu połączenia BRE Banku i Banku Handlowego. W tym czasie (po „aferze BŚ") odbyły się tylko 4 prywatyzacje metodą IPO (BPH, BG, PBK, BH). A jedynym „inwestorem strategicznym” dopuszczanym przez państwo do prywatyzacji był w zasadzie EBRD (Gray, Holle, 1996).
  • Po roku 1998, kiedy wdrożona została nowa ustawa „prawo bankowe”, ustawa o NBP, nastąpiło wyraźne przyspieszenie prywatyzacji sektora, połączone z ponownym otwarciem rynku dla inwestorów zagranicznych. W ramach tej drugiej fali liberalizacji nastąpiły duże transakcje przejęcia większościowych pakietów w tak dużych polskich bankach jak: BPH, Pekao, czy BZ. W tej fazie konsolidacji aktywną rolę odgrywali strategiczni inwestorzy zagraniczni. Nastąpił więc powrót do zaniechanej metody prywatyzacji w drodze wyłonienia partnera większościowego (National Bank of Poland, 2001; Balcerowicz E., 2001).

Statystyka nie pozostawia przy tym żadnych wątpliwości: aż do roku 1998, który uznać można z wielu powodów za przełomowy, tempo prywatyzacji banków w Polsce było co najwyżej umiarkowane. Aż do tego bowiem roku w rękach państwa pozostawało wciąż około 48 proc. aktywów sektora.

Do końca 1998 roku z 83 banków komercyjnych działających w Polsce, 31 było z przewagą inwestora zagranicznego (w tym 3 oddziały banków zagranicznych). Oznaczało to udział zagranicy w kapitale na poziomie ok. 43,7 proc.; w aktywach netto zaledwie 17 proc..

Pod koniec 1999 roku te proporcje układały się już następująco: 39 z 77 banków w rękach zagranicy, co odpowiadało ponad 50 proc. kapitalizacji i 47,2 proc. aktywów; te proporcje wyraźnie przy tym rosły osiągając pod koniec 2003 roku poziomy odpowiednio: 76,3 proc. w kapitale i blisko 70 proc. w aktywach (IMF, 2001).

Poza dwoma dużymi bankami (PKO BP i BGŻ) proces prywatyzacji banków w Polsce w zasadzie dobiegł już końca. Nie znaczy to jednak, że skończyły się przekształcenia własnościowe w sektorze. Przed nami kolejna fala konsolidacji, która w dużej mierze będzie wynikiem przejęć i połączeń transgranicznych. Typowy pod tym względem wydaje się być przypadek banków PEKAO S. A. i PBK.

Wbrew obiegowym opiniom stopień koncentracji banków w Polsce nie jest wcale największy. 5 największych banków skupia ok. 54 proc. aktywów, nieco ponad 60 proc. depozytów i poniżej 50 proc. kredytów. W Czechach te proporcje wynoszą odpowiednio: 65,8; 77,3; 65,5 proc.. W Rumunii: 66,6; 68,5; 58 proc.. W niektórych krajach „starej Unii” stopień koncentracji aktywów jest znacząco wyższy niż w Polsce, sięgając (wciąż dla 5 banków) poziomów: 79 proc. w przypadku Finlandii lub 83 proc. – Holandii.

Banki w Polsce są przy tym relatywnie małe. Łączna wielkość ich aktywów nie przekracza 70 proc. PKB (260 proc. w przypadku „starej” UE). A co najważniejsze – po wielu latach przekształceń strukturalnych i systemowych sektor usług pośrednictwa finansowego pozostaje u nas nadal, relatywnie i bezwzględnie, mocno niedorozwinięty. Naszemu aktualnemu poziomowi rozwoju gospodarczego odpowiada współczynnik relacji kredytu dla sektora prywatnego na poziomie 30 proc. PKB; tymczasem u nas nie przekracza on wciąż 16-19 proc. PKB (National Bank of Poland, 1998-2003). Odpowiednia wielkość dla strefy euro waha się w przedziale 103-116 proc. PKB. Stopień „ubankowienia”, mierzony liczbą gospodarstw domowych korzystających aktywnie z usług pośrednictwa finansowego nie przekracza 70 proc., choć trzeba dodać, że szybko rośnie począwszy od roku 2003.

Można zapewne mieć dużo krytycznych uwag do przebiegu procesu prywatyzacji banków w Polsce. Nie da się jednak zaprzeczyć, że cały proces, aż do dziś przebiegał pod baczną kontrolą państwa. Nie był to proces gwałtowny, spontaniczny, porażający szybkością, jak w niektórych krajach pokomunistycznych. Być może dzięki temu polski sektor bankowy zdołał uniknąć poważnych problemów, przez jakie musiały przejść choćby Czechy (Paliński, 1999).

Pośrednim dowodem na to, że proces prywatyzacji był uważnie monitorowany jest to, że udział banków w kapitalizacji giełdy zbliżał się nawet do 48 proc.. Oznacza to, że władzom udało się zachować po prywatyzacji banki na giełdzie, co zobowiązuje do wysokich standardów przejrzystości, pomimo tego, że nie zawsze pozostawało to w interesie większościowych inwestorów strategicznych.

Ważne jest, żeby sytuacji banków w poszczególnych krajach pokomunistycznych nie łączyć bezpośrednio w udziałem inwestorów zagranicznych w sektorze. Analizowania roli banków zagranicznych w systemie finansowym nie sposób oderwać od stanu infrastruktury finansowej. Zdrowa infrastruktura jest warunkiem koniecznym, choć wcale nie wystarczającym, by poprawnie szacować znaczenie inwestorów zagranicznych w krajowym systemie bankowym (Ferguson, 1998; Lensink, 2004).

2. Banki krajowe vs. zagraniczne, czyli kto lepszy?

W tej części pracy na rolę banków zagranicznych w Polsce spojrzymy w 2 przekrojach: efektywności osiąganej na tle banków krajowych oraz ich rentowności. Zastanowimy się przy tym dlaczego przeciętnie wyższa produktywność banków zagranicznych nie idzie w parze z ich przewagą nad bankami krajowymi, jeśli chodzi o rentowność.

2.1. Efektywność

W literaturze empirycznej wyraźnie przeważa pogląd, że efektywność banków krajowych jest wyższa niż banków zagranicznych w przypadku krajów wysoko rozwiniętych (Berger, 1997). Wskazuje się przy tym na dwa główne powody takiego stanu rzeczy: banki zagraniczne są wystawione na negatywne następstwa asymetrii w dostępie do informacji ważnych przy podejmowaniu decyzji biznesowych; szalenie wysoki jest też koszt dostępu do rynku (Weill, Laurent, 2004).

Niezbyt wciąż jeszcze rozwinięte badania na ten sam temat przeprowadzone w krajach pokomunistycznych wskazującą jednak, ze banki zagraniczne osiągają przeciętnie wyższą efektywność niż banki krajowe (Bonin, 2004; Havrylchyk, Olga, 2005). Dzieje się tak jednak tylko wówczas, kiedy korzyści, wynikające z przewagi, jaką udziałowcom zapewnia prywatna własność (za sprawą kontroli kosztów i transferu nowoczesnego know-how) są większe niż koszty wynikające ze słabszego rozeznania potrzeb lokalnych konsumentów. Innymi słowy: przewaga efektywnościowa banków zagranicznych nad lokalnymi konkurentami w krajach pokomunistycznych uwarunkowana jest wykorzystaniem ich przewagi komparatywnej.

Niektóre prace wskazują ponadto niedwuznacznie, że efektywność nowo zakładanych banków zagranicznych jest bez porównania wyższa niż banków przejmowanych przez inwestora zagranicznego. Te wyniki są w pełni zgodne z intuicją, ponieważ wyższa efektywność w tym pierwszym wypadku wiąże się bezpośrednio z jakością portfela kredytowego.

2.2. Rentowność

Badania porównawcze wskazują, że rentowność mierzona wskaźnikiem ROE była wyższa w bankach kontrolowanych przez inwestorów zagranicznych jedynie w początkowej fazie prywatyzacji, czyli przed rokiem 1999. Później banki krajowe zawsze były lepsze. Nie wolno jednak zapominać, że ROE nie jest w tym wypadku najbardziej miarodajny, bo wymagania kapitałowe (wartość współczynników wypłacalności) stawiane przez nadzór bankom zagranicznym były przez długi czas zdecydowanie wyższe niż wobec banków krajowych (Farnoux, Lanteri, Schmidt, 2004).

Podobnie niekorzystne dla banków zagranicznych wyniki daje analiza innego współczynnika ROA. Banki krajowe były pod tym względem gorsze w zasadzie tylko do roku 2000.

Nie trzeba się jednak spieszyć z wyciąganiem wniosku, że udział inwestorów zagranicznych bynajmniej nie poprawił rentowności całego sektora (Opiela, 2001). Wskaźniki finansowe nie są tu do końca miarodajne. Po pierwsze – ważne są tu koszty wejścia na rynek, ponoszone przez inwestorów zagranicznych; po drugie – nie sposób abstrahować od środowiska makroekonomicznego, z jakim mamy do czynienia w latach 2002-2005, kiedy banki działały w warunkach malejących stóp procentowych, przekładających się na spadki marż w bankach komercyjnych.

2.3 Produktywność

Obraz wyłaniający się z analizy podstawowych danych służących do kalkulacji produktywności w sektorze bankowym wskazuje, że banki zagraniczne są od dawna (od 1998 roku do dziś) znacznie lepsze od krajowych w wykorzystaniu zasobu pracy. NBP, począwszy od 2002 roku, zaniechał publikacji danych o zatrudnieniu w sektorze z podziałem na banki krajowe i zagraniczne. Tym niemniej z danych ogłaszanych przez same banki wynika, ze w latach 2000-2003 redukcja zatrudnienia w takich bankach, jak BPH-PBK (-24 proc.), czy Pekao S.A. (-21 proc.) była znacznie głębsza niż w kontrolowanym przez państwo PKO BP (-6 proc.).

Nic dziwnego, że współczynniki aktywa na zatrudnionego (A/E), depozyty na zatrudnionego (D/E), kredyty na zatrudnionego (L/E), podobnie jak dochody netto na zatrudnionego (NE/E) wskazują na wyraźną przewagę banków zagranicznych nad PKO BP i BGŻ.

Aby uchylić zarzut nieporównywalności banków o diametralnie różnej wielkości można pokusić się o porównanie współczynników C/I w bankach PEKAO S.A. i PKO BP. Tu wyniki jednoznacznie wskazują, na bardzo wysokie koszty operacyjne w BP, związane z fragmentacja bazy depozytowej.

Podobne wyniki, jeśli chodzi o przewagę produktywności, daje analiza przeprowadzona metodami ekonometrycznymi (SFA, TFA), badająca produktywność od strony alokacyjnej lub technicznej (ile inputs w postaci kapitału, pracy lub depozytów) potrzeba dla osiągnięcia określonego wyniku (Havrylchuk, 2005).

2.4. Skąd przy wyższej produktywności niższa rentowność?

Dlaczego przeciętnie wyższa produktywność nie idzie w parze z wyższą rentownością banków zagranicznych na tle ich krajowych konkurentów w Polsce? Odpowiedź na to pytanie wymaga przeanalizowania struktury zobowiązań i należności (Storf, 2000).

Po pierwsze – najtańsze źródło finansowania, jakim jest dostęp do depozytów krajowych klientów niefinansowych, wyraźnie preferuje banki krajowe (65 proc. pasywów wobec niewiele ponad 50 proc.)

Po wtóre – ekspozycja na ryzyko w bankach zagranicznych musi być siłą rzeczy wyższa niż w bankach krajowych (kredyty stanowią blisko połowę aktywów w bankach zagranicznych wobec niewiele ponad 30 proc. w krajowych).

Po trzecie – udział należności nieregularnych w portfelach banków zagranicznych był przeciętnie wyższy od średniej już w momencie, kiedy inwestorzy zagraniczni przejmowali banki krajowe.

Nie ma jednak wątpliwości, że z czasem wyższa produktywność banków zagranicznych przełoży się również na ich przewagę efektywnościową nad bankami krajowymi (Kokoszczyński, 2001).

3. Inwestorzy zagraniczni w bankach, a stabilność systemu finansowego

Zarówno w literaturze przedmiotu, jak w wynikach wiele badań empirycznych trudno znaleźć jednoznaczne dowody, że udział inwestorów zagranicznych zawsze i w każdych warunkach zwiększa stabilność krajowego systemu finansowego (Claessens, 1996, Claessens, Demirguc-Kunt, Huizenga, 1998).

Najpoważniejszym argumentem „za” jest oczywiście to, że banki z przewagą kapitału zagranicznego zawsze wolniej niż banki zdominowane przez państwo „odkręcają” kurki z kredytami, w sytuacji boomu gospodarczego, ale też zawsze wolniej ograniczają podaż kredytu, kiedy gospodarka spowalnia. Oznacza to, że za sprawą banków zagranicznych następuje częściowe „wygładzenie” cyklu koniunkturalnego. Inwestorzy zagraniczni znacząco przy tym poprawiają zarządzanie ryzykiem (Clark, 2001).

Porównanie struktury portfeli kredytowych banków Pekao S.A. i Pekao BP pozwala przy tym zdyskwalifikować tezę o dyskryminacji przez banki zagraniczne inwestorów krajowych. Zagraniczny Pekao S.A. znacznie intensywniej finansuje firmy niż krajowy Pekao BP (odpowiednio blisko 80 proc. i niespełna 30 proc. wszystkich kredytów). A na dodatek zaledwie 10 proc. pożyczek z ogólnej puli przeznaczonej na finansowanie firm trafia w przypadku krajowego BP do sektora małych i średnich przedsiębiorstw.

Można, co najwyżej mówić z cała odpowiedzialnością o tym, że banki zagraniczne mniej intensywnie niż krajowe finansują firmy państwowe. Wypada jednak zauważyć, że paradoksalnie stabilizuje to, a nie destabilizuje system finansowy, ponieważ kredytowanie nierentownych często sektorów pozostających w ręku państwa obciążone jest przeciętnie większym ryzykiem.

Najpoważniejszym argumentem „przeciw” jest oczywiście zaczerpnięty z empirycznych doświadczeń wielu krajów pogląd, że duży udział banków zagranicznych w denominowanych w dewizach kredytach zwiększa ryzyko destabilizacji systemu poprzez generowanie nadmiernego ryzyka kursowego (Brock, 1998).

W przypadku Polski ten argument zyskuje na znaczeniu, ponieważ ewidentnie banki zagraniczne przyjęły bardziej agresywną niż krajowe strategię penetracji segmentu pożyczek dewizowych dla rezydentów niefinansowych. W pewnym okresie około 40 proc. kredytów udzielanych przez banki zagraniczne było denominowanych w walutach obcych. Była to ekspozycja dwukrotnie wyższa niż banków krajowych. Ostry przyrost aktywów dewizowych nie był równoważony przyrostem pasywów, które były o ok. 10 proc. niższe. Jest to jednak problem dedykowany do KNF, a nie do ideologicznych przeciwników kapitału zagranicznego w bankach.

Na koniec wypada jeszcze wspomnieć, że badania potwierdzają, że wraz z rosnącym udziałem kapitału zagranicznego w polskich bankach spada wrażliwość kanałów transmisji monetarnej na impulsy płynące od banku centralnego. Inaczej mówiąc: zarówno stymulacja gospodarki, jak i jej wychłodzenie wymagają u nas znacznie silniejszych ruchów stóp procentowych niż w strefie euro. Banki z przewagą kapitału zagranicznego istotnie silniej zdają się reagować na politykę monetarną w krajach lub regionach macierzystych, niż w Polsce.

4. Wnioski końcowe

Dyskusja o roli banków zagranicznych w krajowym systemie finansowym nie jest dyskusją bezprzedmiotową. Toczy się ona nadal w wielu miejscach na świecie i ma często istotne walory naukowe i poznawcze. Dyskusja na ten temat w Polsce została jednak skrajnie zideologizowana i zwulgaryzowana. Poza niewieloma pracami akademickimi brak przy tym empirycznych podstaw do solidnie udokumentowanej dyskusji, która mogłaby uprawniać do wyciagnięcia praktycznych wniosków.

Najbardziej praktycznie zorientowane pytanie brzmi przy tym oczywiście następująco: od jakiej granicy można mówić o nadmiernym udziale inwestorów zagranicznych w krajowych bankach? Nadmiernym, to znaczy takim, kiedy banki zagraniczne przestają podnosić ogólna efektywność i bezpieczeństwo systemu finansowego.

W naszym przypadku nie sposób jednoznacznie, na bazie badań, odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Od pełnego otwarcia naszego systemu na penetrację banków zagranicznych minęło ledwie kilka lat. Widzimy, że w tym czasie udział inwestorów zagranicznych sprawił, że wzrosła produktywność banków, w których mają oni pakiety większościowe. Nie zwiększyła się jednak istotnie ich rentowność. Stąd uprawniona jest teza, że chociaż wskaźniki finansowe nie dają jeszcze podstaw dla wniosku o jednoznacznych korzyściach wynikających z rosnącego udziału banków zagranicznych na polskim rynku, to widać już, że banki z przewagą inwestora zagranicznego osiągają lepsze od krajowych wyniki.

Widzimy też, że poprywatyzacyjna konsolidacja sektora krajowego będzie wynikiem fuzji i przejęć transgranicznych. Przyszłość banków Polsce jest obecnie w dużym stopniu zdeterminowana przez procesy globalizacyjne. Powrót do dywagacji na temat historycznej alternatywy, którą jeszcze całkiem niedawno miały przed sobą choćby banki włoskie: własność zagraniczna, czy krajowi inwestorzy niefinansowi? – jest stratą czasu.

Jak pisali niedawno znawcy tematu (Levine, Loayza, Beck, 2000): „Efektywność pośrednictwa finansowego i jego wkład we wzrost gospodarczy zależy w dużym stopniu od jakości systemu prawnego i regulacyjnego, szczególnie od poszanowania kontraktów i dostępu do informacji.” Narodowość kapitału w bankach odgrywa przy tym zupełnie drugorzędną rolę. Były gubernator Fed Robert Ferguson (1998) ujął to zwięźle w następujący sposób: „o tym, czy banki zagraniczne stają się ostoją stabilności, czy generują ryzyko (dla systemu finansowego) przesądza rynek, czyli to z jakim środowiskiem biznesowym i nadzorem stykają się one w danym kraju”.

Bibliografia:

Balcerowicz E., Bratkowski A.: „Restructuring and Development of the Ranking Sektor in Poland: Lessons to be Learned by Less Advanced Transition Countries, CASE, Research Report No 44, 2001

Berger A. N., Mester L. J.: “Inside the Black Box: what explains differences in the efficiencies of Financial Institutions?”, Journal of Banking and Finances, 21

Bonin J. P., Hasan I., Wachtel P.: “Bank performance, efficiency and ownership in trnsition countries, BOFIT Discussion Papers, No 7, 2004

Brock Ph.: “Financial safety nets and incentive structures in Latin America”, Policy Research WP, No 1993, The World Bank, Development Research Group, October 1998

Claessens S.: “Banking reform in transition countries”, World Bank, June 9, 1996

Claessens S., Demirguc-Kunt A., Huizenga H.: “How Does Foreign Entry Affect the Domestic Banking Market?”, World Bank, 1998

Clark G. (i inni): “Foreign Bank Entry: Experience, Implications for Developing Countries and Agenda for further Research, World Bank, WP, No 2698, 2001

Farnoux M, Lanteri M., Schmodt J.: “Foreign Direct Investment in the Polish Financial Sector”, case study prepared for the CGFS Working Group on Financial Sector FDI, June 2004

Ferguson, R. W. Jr.: „Themes in International Bank Supervision”, Arlington, July 20, 1998

Gray C.W., Holle A.: “Bank-Led Restructuring in Poland: An Empirical Look at the Bank Conciliation Process, Economics in Transition, 1996

Havrylchyk O.: “Banking Efficiency, Consolidation and Foreign Ownership: Evidence from the Polish Banking Market, European University, Viadrina, 2005

IMF, Republic of Poland: Financial System Stability Assessment, June 2001

Kokoszczyński R.: “Structural Changes in the Polish Banking Industry – Three Dimensions of Consolidation in a Emerging Economy, BIS Papers, No 4, 2001

Lensink R., Hermes N.: “The Short-term Effects of Foreign Bank Entry on Domestic Bank Behaviour: Does Economic Development Matter?”, Journal of Banking and Finance, 28

Levine R., Loayza N., Beck T.: “Financial Intermediation and Growth: Causality and Causes”, 

National Bank of Poland: „The Polish Ranking Sektor in the Nineties”, December 2001

National Bank of Poland: “Summary Evaluation of the Financial Situation of Polish Banks”, yearly publication, 1998 to 2003 Opiela T. P.: Assesing the Efficiency of Polish Commercial Banks, Materiały i Studia, NBP, 2001

Paliński A.: Evaluation of Bank Debt Restructuring in 1992-1998 for Selected Polish Banks, Bank i Kredyt, NBP, 12/1999

Storf, Otto: „Foreign Bank in the Transformation Process: Hangary and Poland”, Deutsche Bank Research, January 3, 2000

2007-06-04 12:11
gospodarka, blogi ekspertów prywatyzacja, banki, kapitał zagraniczny Komentarze (7)