O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   
Pan Skrzypek na stanowisku prezesa NBP i przewodniczącego Rady Polityki Pieniężnej jest nieporozumieniem. Z góry było zresztą wiadomo, że tak będzie. Głęboki kryzys, jaki wstrząsa bankiem centralnym po roku jego prezesury jest tylko jaskrawym tego potwierdzeniem.

Chciałbym jednak wyraźnie zaznaczyć, że nie jestem zwolennikiem wszczęcia przez polityków procedury impeachmentu, która miałaby doprowadzić do usunięcia ze stanowiska urzędującego obecnie szefa banku centralnego.

Dlaczego? Najważniejsza przyczyna jest taka, że stworzony w ten sposób precedens mógłby skutecznie podkopać instytucjonalną pozycję banku centralnego w systemie politycznym i gospodarczym kraju. Skuteczniej niż niekompetentne kierownictwo. A pozycję instytucjonalną buduje się dłużej niż trwa 6-letnia kadencja jednego prezesa. Gwarancja niezależności, nieusuwalność z urzędu w okresie kadencji, to podstawowy, na których wspiera się pozycja  ścisłego kierownictwa banku i członków Rady Polityki Pieniężnej. Tylko na bazie takich gwarancji możliwe jest zbudowanie reputacji banku, jako ośrodka prowadzącego politykę pieniężną niezależnie od bieżącego zapotrzebowania polityków, dokonujących co jakiś czas wyboru na stanowiska w banku i Radzie.

Odwołanie pana Skrzypka, którego pozycję gwarantuje nie tylko ustawa o NBP (art. 9), ale również Konstytucja (art 227), w obecnych uwarunkowaniach, mogłoby nastąpić wyłącznie w drodze orzeczenia Trybunału Stanu (inne z 4 przyczyn skrócenia kadencji, ujęte enumeratywnie w przepisach, nie wchodzą bowiem w rachubę).

Oznacza to przy próbie impeachmentu oddanie decyzji o losach szefa banku centralnego w ręce prawników wiodących długotrwałe, kazuistyczne spory, niezrozumiałe i drugorzędne z punktu widzenia opinii publicznej. Spór prawny o głowę szefa NBP, wspierany sprzecznymi opiniami ekspertów, spadłby natychmiast na poziom politycznego magla. Zostałby skarajnie sprymityzowany i świadomie nagłośniony, jako akt odwetu na ludziach IV Rzeczpospolitej. Idea niezależności banku ległaby w ten sposób w gruzach. W żadnym wypadku nie dałoby się jej bowiem obronić w sposób nie budzący wątpliwości wśród co najmniej części wyborców. Bank centralny, który dziś jest jeszcze poza czystą polityką w wydaniu polskim, znalazłby się raptem w samym jej epicentrum. NBP dołączyłby do wielu innych instytucji publicznych, których obsada personalna tak głęboko dzieli dziś Polaków. Wciągnięcie NBP w sferę podziału wpływów politycznych byłoby wielkim nieszczęściem.

Spór zainicjowany w kierownictwie banku przez pana Skrzypka niszczy tę instytucję. Jestem tu skrajnym pesymistą. I nie sądzę, żeby udało się temu zapobiec. Nie oznacza to jednak, że nie obroni się polityka pieniężna. A to jest najważniejsze. Pan Skrzypek nie ma na jej jakość decydującego wpływu. Bo nie ma bezpośredniego wpływu na Radę Polityki Pieniężnej, która – jeśli tylko tego chce - potrafi go zawsze przegłosować (co wielokrotnie udawadniała). Wobec erozji struktur banku, RPP będzie zapewne zmuszona w swej pracy opierać się w coraz większym stopniu na ekspertach zewnętrznych. Ale taki scenariusz był już przecież brany pod uwagę zaraz po politycznej nominacji pana Skrzypka. Ta nominacja, nie znajdująca żadnego uzasadnienia merytorycznego, została jednak zatwierdzona przez Sejm. Nieprecyzyjne przepisy, które (jak w art. 227 pkt. 5 Konstytucji) wymagają, by członkowie RPP „wyróżniali się wiedzą z zakresu finansów”, nie formułują takiego wymogu wprost wobec kandydata na przewodniczącego Rady. Albo też (jak ustawa o NBP) w ogóle milczą na temat kryteriów kompetencji wymaganych od szefa banku centralnego. Jest to bez wątpienia skandal. Ale tego skandalu nie należy obchodzić na drodze wywoływania jeszcze większego skandalu.

Próba impeachmentu urzędującego przezesa NBP przebiegałaby, bez wątpienia, w atmosferze gigantycznego skandalu, którego echa wykraczałyby poza granice Polski. Bank przetrwa 5 lat kadencji niekompetentnego prezesa i dobranych przez niego specjalistów. Polityka monetarna będzie w tym czasie prowadzona w sposób odpowiedzialny przez kompetentną Radę drugiej i – trzeba wierzyć – trzeciej kadencji. I to jest dla gospodarki najważniejsze. Nie leczy się dżumy cholerą.  

2008-01-27 19:38
gospodarka, blogi ekspertów nbp, prezes, impeachment Komentarze (4)
 Oceń wpis
   
W Stanach Zjednoczonych rząd i Fed przestały się cackać i ostro ruszyły na wojnę z recesją. Bank centralny ma w zanadrzu jeszcze ok. 300 pkt. bazowych obniżek stóp procentowych, z których – wiele na to wskazuje po ostatnich wypowiedziach szefa Fed – w najbliższym miesiącu zamierza wykorzystać 100. I ten argument – bez wątpienia – ma swoją wagę. Nie na tyle jednak dużą, by powstrzymać osuwanie się giełdy i ucieczkę inwestorów w stronę wysokiej jakości aktywów, obciążonych małym ryzykiem, ale też dających niską stopę zwrotu.

Nie bez powodu rynek całkowicie zlekceważył „pakiet stymulujący” zapowiedziany przez prezydenta Busha. Inwestorzy potrafią liczyć. A w tym wypadku rachunek jest prosty. „Pakiet podatkowy” wart 140 mld dol., zestawiony z szacowanym na ok. 360 mld dol., ubytkiem w wydatkach konsumpcyjnych w latach 2008-2009, po spadku wartości aktywów, uszczuplających „bogactwo” potencjalnych konsumentów, to przecież ledwie kroplówka. Na dodatek dość kosztowna dla budżetu.

Inwestorzy mają też dostęp do statystyk, które pokazują, że w roku 2001, kiedy w trakcie kryzysu rząd zastosował podobny manewr podatkowy, skokowy przyrost wydatków szybko dokonał żywota, bo wyczerpał się po ok. pół roku. Co gorsza - stopa oszczędności w Stanach sięgała wówczas 1,5 proc. dochodów rozporządzalnych. Dziś nie przekracza 0,5 proc.. A to znaczy, że obniżone podatki mogą pójść nie tyle na finansowanie zrewitalizowanego konsumpcyjnego rozpasania, co raczej na spłatę długów.

Szanse na uniknięcie recesji w Stanach są dziś naprawdę niewielkie. Kryzys zaufania na rynku międzybankowym co prawda ustąpił. Przywrócono płynność, banki pożyczają już sobie pieniądze. Krótkie rynkowe stopy procentowe spadły bliżej stóp oficjalnych. Ale co z tego, skoro poprzez zmianę wyceny aktywów i inną, bliższą realiom, wycenę ryzyka, zainfekowana już została sfera realna? Bardzo trudno będzie to teraz odwrócić.

Odkurzanie „scenariuszy niebazowych”?

"Twarde lądowanie” gospodarki amerykańskiej nie było dotąd podstawowym scenariuszem rozwoju sytuacji makroekonomicznej na świecie. Nie było też podstawowym scenariuszem dla naszej gospodarki. W prognozach średniookresowych na świecie i u nas dominował umiarkowany optymizm.

I chociaż ekonomiści zastrzegali, że tempo wzrostu gospodarczego, poziom kursu złotego, inflacja, zależą w jakimś stopniu od warunków w otoczeniu makroekonomicznym polskiej gospodarki, to bazowe scenariusze budowali jednak na wariancie przełamania stagnacji w Stanach już w drugiej połowie roku.

Obecnie pora ten bazowy scenariusz nieco urealnić. Recesja w Stanach, przez co rozumieć należy spadek tempa wzrostu ponizej 1 proc. i wzrost inflacji konsumpcyjnej powyżej 5 proc., oraz wzrost bezrobocia powyżej 6 proc. - zepchnęłaby tempo wzrostu w UE poniżej 1,5 proc. w latach 2008-2009.

Dotychczasowe oznaki umiarkowanego narastania nierównowagi makroekonomicznej (wolniejsze tempo wzrostu, wyższa inflacja, deficyt na rachunku bieżącym) i mikroekonomicznej (10-12 proc. wzrost ULC) w Polsce, zyskałyby w takiej sytuacji dodatkowy mocny impuls. W przypadku recesji w Stanach nasze średniookresowe prognozy wzrostu powinny zostać zrewidowane do ok. 3 proc., prognozy kursowe przesunięte o 10-20 groszy wobec euro i dolara (sięgając odpowiednio poziomów 3,70-3,80 i 2,60-2,70), prognozy średniorocznej inflacji dla lat 2008-2009 powinny być podniesione do (odpowednio) 4,0 i 3,8 proc., prognozy stopy bezrobocia muszą zaś powrócić w regiony dwucyfrowe.

Nie jest to jeszcze tragedia. Nie trzeba jednak chyba tłumaczyć, jak bardzo te niekorzystne zmiany w lokalnym środowisku makroekonomicznym, stymulowane przez sytuację na rynku globalnym, pogorszyłyby warunki dla przeprowadzenia planu naprawy finansów publicznych, który bazuje na głębokich zmianach na rynku pracy i deregulacji gospodarki.
2008-01-22 12:26
gospodarka, blogi ekspertów polska, recesja, gospodarka światowa Komentarze (3)
 Oceń wpis
   
W sprawie finansowania publicznej służby zdrowia pada wciąż wiele propozycji. Jedną ze sztandarowych jest odgrzewany pomysł PiS, czyli spełnienie oczekiwań płacowych środowisk medycznych przy użyciu nadwyżkowych środków odebranych Funduszowi Pracy. Już po przegranych wyborach opozycyjny PiS dołożył do tego odważny postulat podwyżki składki na ubezpieczenie zdrowotne do 13 proc., niezbyt przy tym klarownie wypowiadając się na temat sposobu potraktowania takiej podwyżki przez system podatkowy (odliczamy tę wyższą składkę od podatku, czy jednak nie?).
Plan finansowy Funduszu Pracy, dołączony do projektu ustawy budżetowej, nie uwzględnia – póki co - obietnic ówczesnego premiera Jarosława Kaczyńskiego i ministra zdrowia Zbigniewa Religi na temat dofinansowania środkami z FP NFZ. Nie uwzględnia, bo w obecnym stanie prawnym nie jest to na szczęście możliwe. Pieniądze w FP są przecież “znaczone”.
Tyle, że plan finansowy FP przeszedł jednak znamienną ewolucję. Świadczy ona o przygotowaniach, poczynionych na okoliczność urzeczywistnienia obietnic sypnięcia dodatkowym groszem na zdrowie, gdyby PiS wybory wygrał. PiS przegrał, ale koalicja PO-PSL planu finansowego FP jednak nie zmieniła.
Tymczasem ewolucja planu finansowego FP jest bardzo wymowna. I tak w pierwszej wersji projektu, przesłanej do Komisji Trójstronnej, przy składce (płaconej przez pracodawców) 2,45 proc. podstawy wymiaru, bilans FP na koniec roku 2008 zamykał się nadwyżką rzędu 2,9 mld PLN. W wersji ostatecznie przesłanej do Sejmu poprzedniej kadencji, a później podtrzymanej po zmianie rządu, ta nadwyżka spuchła już jednak do 4,1 mld PLN. Rzecz jest o tyle istotna, że przy planie finansowym w wersji pierwotnej, dofinansowanie NFZ wyłącznie ze środków FP, w wysokości obiecanej przez przedstawicieli ówczesnego rządu, czyli 3 mld PLN, pociągnęłoby za sobą utratę przez Fundusz płynności. W wersji drugiej, tej bardziej obfitej, przemieszczenie środków w wysokości już nawet 4 mld PLN, stało się teoretycznie wykonalne.
Innymi słowy:  aktualizacja planu finansowego FP nadążyła  za politycznymi deklaracjami. Stała się z nimi koherentna, choć wcześniej – nie była. Oczywiscie, wszystko to zostało obudowane stosowną modyfikacją założeń, przewidujacych bardziej pomyślną niż pierwotnie sądzono sytuację na rynku pracy w Polsce.
Plan finansowy Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, co do wyssania którego z pieniędzy też były pewne podejrzenia, nie uległ za to zmianie. Przy składce (odprowadzanej przez pracodawców) 0,1 proc. podstawy wymiaru, stan Funduszu na koniec roku ma się lekko poprawić i wynieść 3,2 mld PLN. Oznacza to selektywność przy ocenie perspektyw poprawy sytuacji finansowej obu tych funduszy. Aktualizacja prognoz poprawiła stan FP, ale nie zmieniła stanu FGŚP. Zastanawiajaca dychotomia.
Według aktualnych prognoz finansowych płynnościowa nadwyżka na koniec 2008 roku w obu funduszach finansujących zmiany na rynku pracy wynieść ma więc 7,3 mld PLN. Teoretycznie pozwala to spokojnie sfinansować z ich środków obietnice dane służbie zdrowia. W pierwszej wersji ustawy budżetowej było to jeszcze trudne.
Trzeba pamiętać, że FP i FGŚP cieszą się przyzwoitą kondycją finansową za sprawą dobrej koniunktury. Wiemy zaś, że w tym roku koniunktura będzie już gorsza niż w ostatnich 2 latach. Progozy wzrostu na lata 2009-2010 są uzależnione od zainicjowania już teraz istotnych reform o charakterze propodażowym, głównie na rynku pracy.
Trzeba też pamiętać, że odebranie funduszom celowym nadwyżek finansowych i wydanie ich na zdrowie, musiałoby pociągnąć za sobą pogorszenie wyniku sektora finansów publicznych (w zależności od skali dodatkowego finansowania) od 0,3 do 0,7 proc. PKB. Przyniosłoby bowiem zmniejszenie nadwyżki w innych, poza budżetem państwa, elementach sektora, dzięki której domyka się przedkładany KE przez rząd polski program konwergencji fiskalnej (wymagany w ramach „procedury nadmiernego deficytu”).
Wydanie pieniędzy z funduszy celowych na finansowanie wzrostu wynagrodzeń pracowników służby zdrowia, ma więc oprócz wymiaru ekonomicznego i systemowego, również i ten aspekt, że oddala nas od spełnienia kryteriów konwergecji, a tym samym od wejścia do strefy euro. Podkopuje również plany rządu dotyczące większych nakładów na aktywizację zawodową w grupie wiekowej 50+.
A ponieważ pieniędzy z FP starczyłoby, co najwyżej, na jednorazową podwyżkę wynagrodzeń, bez większego finansowania procedur medycznych, politycy dokładają do tego postulat podniesienia obowiązkowej składki na ubezpieczenia zdrowotne, płaconej przez zatrudnionych.
Minister finansów musiałby być samobójcą, żeby zgodzić się na odliczanie wyższej składki od podatku. Każdy punkt procentowy wyższej składki z prawem odliczania przy rozliczaniu PIT oznacza ubytek dochodów budżetu rzędu 3-4 mld PLN. W tej sytuacji pasywność ministra w sprawie radykalnych propozycji posłów dzisiejszej opozycji, można sobie wyobrazić wyłącznie wówczas, gdyby zachowano dotychczasowe zasady odliczania. A to oznacza dla ubezpieczonych wzrost podatków. Koszt polityczny takiego rozwiązania obciążałby osobiście premiera i cały rząd, przedstawiający sie dotąd opinii publicznej, jako zdeklarowany przeciwnik zwiększenia podatków. Ba, mało tego, rząd musiałby tłumaczyć się z zamiaru obniżania PIT i jednoczesnego podwyższania innych parapodatków, co nie byłoby łatwe.   
Pomysły na finansowanie wzrostu płac i procedur medycznych w służbie zdrowia poprzez przesunięcie nadwyżkowych środków z Funduszu Pracy lub FGŚP i wzrost obligatoryjnej składki zdrowotnej są kompletnie oderwane od polskich realiów ekonomicznych. Stoją też w rażącej sprzeczności z planami zastąpienia dochodów z transferów dla ludzi zdolnych do pracy w wieku produkcyjnych dochodami czerpanymi z pracy. Bo realizacja tych planów, wokół których krystalizuje się linia przewodnia strategii gospodarczej obecnego rządu, wymaga poważnych inwestycji zwiększających podaż pracy w skrajnych segmentach rynku, czyli w grupach wiekowych poniżej 25 i powyżej 50 roku życia.  
2008-01-19 17:16
gospodarka, blogi ekspertów Fundusz Pracy, składka zdrowotna Komentarze (4)