O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   
Kryzys na globalnym rynku finansowym wkracza dopiero w kolejną fazę i – moim zdaniem - daleki jest od wyczerpania. Według dostępnych dziś szacunków instytucje z sektora finansowego w samych Stanach Zjednoczonych stracą na „zarazie” rozpoczętej na rynku subprime od 285 (S&P) do 600 (UBS) mld dolarów. Oznaczałoby to, że perturbacje na globalnym rynku nie przeszły jeszcze nawet pierwszej połowy drogi wytyczonej przez potencjalne straty. Niektóre globalne banki (np. Deutsche z gigantycznymi ekspozycjami netto, rzędu 3 mld dol. w segmencie instrumentów pochodnych zabezpieczających kredyty hipoteczne) nie ogłosiły dotąd szacowanych strat, sugerując jedynie w publicznych enuncjacjach możliwość nieosiągnięcia założonych na ten rok wyników finansowych.

Amerykański FDIC, monitorujący stan systemu bankowego poinformował natomiast, że ma aktualnie na swojej „liście obserwacyjnej” 76 banków. Od lat 80-tych średnio rocznie ok. 13 proc. instytucji trafiających na taką listę upadało. Jak będzie teraz nikt oczywiście nie wie. Tym niemniej musi skłaniać do niewesołej refleksji, że FDIC obwieścił zamiar powiększenia o 140 osób (ponad dwukrotny wzrost) zatrudnienia w sekcji zajmującej się upadłością banków i kryzysami w sektorze.   

Nawet minimalny szacunek 200 mld dolarów strat odnotowanych przez banki amerykańskie w segmencie subprime oznaczałby utratę przez nie ok. 12 proc. kapitałów. Przy dotychczasowych zasadach lewarowania (współczynniki bardzo wysokie, bo od 26,2 w przypadku Goldman Sachs, do nawet 41,6 w przypadku Citi) tożsame byłoby to z ograniczeniem zdolności finansowania akcji kredytowej na kwotę blisko 2,5 biliona dolarów.

Bezpośrenie skutki takiego „wysuszenia” rynku mogłyby ominąć sferę realną tylko w tym wypadku, gdyby ograniczenie przez banki akcji kredytowej skupiło się w pierwszej kolejności nie na przedsiębiorstwach, a na innych poza bankami uczestnikach rynku finansowego. Na przykład: na funduszach arbitrażowych lub/i privat equity.

Gdybyśmy nawet założyli, że jest to możliwe, to skutki i tak byłyby opłakane. Kolejne instytucje z sektora, odcięte od finansowania, musiałyby bowiem upaść. Fed, ratując bank inwestycyjny Bear Stearns, wykroczył już poza reguły nie przewidujące możliwości dofinansowywania innych poza bankami depozytowymi uczestników rynku finansowego. Czy ryzyko systemowe, wywołane groźbą licznych upadłości funduszy hedgingowych, privat equity i ich klientów skłoniłoby banki centralne na świecie do uruchamiania kolejnych „akcji ratunkowych” na nieporównanie większą niż dotąd skalę? I jak na gospodarkę wpłynie tak znaczący wzrost płynności, generowanej na rynku międzybankowym przez banki centralne kreujące bez opamiętania pieniądz? Co z kwestią moral hazard, a tym samym właściwą wyceną ryzyka inwestycyjnego? Co z inflacją? Co ze skutkami ujemnych realnych stóp procentowych, do jakich doprowadził już w Stanach Fed po ostatniej marcowej decyzji o obniżce o 75 pkt. baz.?

W obecnej fazie kryzysu dofinansowanie systemu bankowego, konieczne dla podtrzymania zdolności do generowania akcji kredytowej, jest dla globalnej gospodarki kwestią o znaczeniu zupełnie fundamentalnym. Tyle, że rekapitalizacja powinna się odbywać klasyczną drogą. A więc nie przez nacjonalizację i dostęp do środków publicznych (co oznacza finansowanie prywatnych banków z pieniędzy podatników). Właściwe byłoby zapewnienie kapitału przez dotychczasowych udziałowców lub pozyskanie nowych. Stąd zastrzeżenia wobec wykupu udziałów w globalnych bankach przez Future Wealth Funds (FWF), kontrolowane przez rządy z krajów Azji, regionu Zatoki, czy nawet Rosji, fundusze inwestujące państwowe rezerwy walutowe, mają naprawdę bardzo wątłą podbudowę merytoryczną, a za to bardzo mocną ideologiczną.

Należałoby bowiem zapytać: a jaka jest alternatywa dla podniesienia kapitału w osłabionych kryzysem globalnych bankach? Albo „wysuszenie” systemu z płynności ze wszystkimi tego konsekwencjami; albo „pompowanie” przez podatników, w takiej czy innej formie, pieniędzy do prywatnych banków.

Zastrzeżenia wobec FWF formułowane przez rządy lub regulatorów powinny być w tej sytuacji bardzo, ale to bardzo powściągliwe. Podobnie zresztą, jak kategoryczne komentarze na temat „końca kryzysu” lub manifestacje naszego entuzjazmu z braku wpływu tego dalekiego od końca kryzysu na rynek polski (mini-decoupling). Już dziś wiele polskich banków musi borykać się z maksymalnie ściętymi limitami na transakcje z globalnymi bankami inwestycyjnymi. Co będzie dalej? Pożyjemy - zobaczymy.

2008-03-30 19:19
gospodarka, blogi ekspertów kryzys, decoupling Komentarze (2)
 Oceń wpis
   
Większość uczestników rynku zdaje się wierzyć, że dolar ma już najgorsze za sobą, a poprawa jego pozycji wobec głównych walut światowych będzie teraz postępowała stopniowo i dość łagodnie (konsens na koniec roku ok. 1,40 za euro).

Nie podzielam tego punktu widzenia. Jak dotąd wszystkie punkty zwrotne, jeśli chodzi o kurs dolara, począwszy od wczesnych lat 70-tych, nigdy nie były wynikiem samoistnej gry sił rynkowych. Gruntownej zmianie trendu zawsze towarzyszyły interwencje Fed/ Skarbu. Od tej reguły były rzecz jasna pewne wyjątki. Dolar niekiedy, przez pewien czas, podążał na przykład w ślad za dysparytetem stóp procentowych. Tak może być zapewne i teraz. Myślę, że kiedy EBC zacznie obniżać stopy procentowe (najpewniej w kwietniu lub w maju) dolar może się przejściowo umocnić wobec euro nawet do poziomu poniżej 1,40. Nie zmieni to jednak jeszcze zasadniczego trendu. Ten odwróci się bowiem dopier po wejściu do akcji Fed/Departamentu Skarbu (u nich interwencje są domeną rządu, Fed je zaś przeprowadza) oraz innych banków centralnych na świecie.

Taka interwencja nastąpi jednak nie wcześniej niż po osłabieniu się dolara do poziomu 1,65 za euro. Fed będzie bowiem interweniował dopiero wówczas, kiedy poziom kursu zacznie generować masowy odpływ netto kapitału z amerykańskiego rynku, ograniczając nie tylko zdolność finansowania deficytu na rachunku bieżącym, ale też wywołując wzrost rynkowych stóp procentowych, szkodzący z kolei realnej gospodarce.

Wszystko zdaje się więc wskazywać, że możliwe jest tolerowanie przez administrację amerykańską spadku dolara o kolejne 5-8 proc. wobec handlowo ważonego koszyka walut. Jak dotąd, od początku roku dolar stracił do koszyka 3 proc. (w tym do euro w jednym tylko miesiącu, lutym, aż 6,5 proc., wobec 10,4 proc. w całym ubiegłym roku, co poniekąd tłumaczy nerwowość w Europie).

Moim zdaniem nie należy więc przykładać nadmiernej wagi do pierwszego wzmocnienia się dolara po cięciu stóp przez EBC. Podobnie, jak nie należy wyciągać pochopnych wniosków z okresowych korekt kursu, wzmacniających pod koniec marca dolara po raz pierwszy od lutego (poprzednio dolar umacniał się przez dluższy czas od połowy sierpnia do końca listopada ubiegłego roku). Dolar może obecnie przechodzić przez kolejną fazę konsolidacji, która zostanie zwieńczona pierwszym cięciem stóp przez EBC. Potrwa więc ona zapewne nawet kilka ładnych tygodni. W tym czasie pojawiać się będzie też coraz więcej komentarzy, mówiących o tym, że dolar jest w ofensywie, że najgorsze ma już za sobą itp.

Tymczasem głęboki zwrot w pozycji dolara na rynku globalnym, czyli ostre i trwałe wspięcie się na poziom zbliżony do 1,30 wobec euro, nastąpi nie wcześniej niż dopiero po interwencji Fed/Skarbu i innych banków centralnych. A to wymaga jednak najpierw osłabienia się dolara do poziomu ponad 1,65.

Nie należy więc mylić okresu przejściowej konsolidacji dolara, której sprzyjają decyzje banków centralnych, zastrzyk pomocy płynnościowej dla sektora finansowego, czy spadek cen surowców, z trwałym odwróceniem trendu.

Przy czym grubym błędem byłoby łączenie spadków na rynku surowców, które zaczęły się przed Świętami, ze wzmocnieniem się dolara. Przyczynowość, o ile jakakolwiek tu w ogóle występuje, prowadzi bowiem od dolara do cen surowców, a nie na odwrót. W przypadku krajów, których waluty powiązane są ze słabym dolarem mamy bowiem najpierw niepokojący wzrost płynności, a później zakłócenia w wycenie ryzyka, kończące się narastaniem i w końcu też pękaniem bąbli na niektórych aktywach.

Jeśli nawet obecnie jesteśmy świadkami pęknięcia takiego bąbla na rynku surowców, to przy takiej przyczynowości, jaką tu obserwujemy (od dolara do cen surowców), nie musi to wcale prowadzić do trwałego umocnienia się amerykańskiego dolara (czym innym jest przypadek dolara kanadyjskiego lub australijskiego, które są walutami tradycyjnie ściśle związanymi z cenami surowców).

Podtrzymuję tym samym pogląd, że kres słabości USD, datującej się od 2002 roku, będzie musiał być poprzedzony przez masowe i skoordynowane interwencje Fed/Skarbu oraz najważniejszych banków centralnych na świecie. A te nie nastąpią wcześniej niż po spadku dolara poniżej poziomu 1,65 wobec euro.

Czas przejściowej konsolidacji nie jest dobry dla zajmowania długich pozycji w walutach. Będzie on za to z pewnością skrupulatnie wykorzystywany przez spekulantów, generujących wielką zmienność na rynku walutowym.

Dla złotego oznacza to w stosunkowo krótkim czasie, nie przekraczającym 2 najbliższych kwartałów, zmiany w bardzo szerokim przedziale od 2,20 (czas przed interwencją Fed) do 2,45 PLN (czas po trwałej zmianie trendu) za dolara. 

2008-03-24 18:13
gospodarka, blogi ekspertów euro, dolar, PLN Komentarze (2)