O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

Wymiana zdań między ministrem finansów i prezesem NBP na temat tego, kto jest bardziej odpowiedzialny za rosnącą inflację w Polsce w ogóle nie nadaje się do komentowania. Na taką bijatykę zwyczajnie szkoda czasu.

Znacznie bardziej interesująca wydaje się dyskusja, dość jak na warunki polskie gorąca, a przy tym  merytoryczna, jaka na łamach Gazety Wyborczej rozgorzała między Dariuszem Filarem i Jerzym Osiatyńskim. Ta dyskusja, do której pretekstem stała się polityka monetarna, wprawiła mnie w zakłopotanie, ale przynajmniej nie w zażenowanie, jak wymiana ciosów Rostowskiego ze Skrzypkiem.

Zakłopotanie wzięło się stąd, że nie jestem pewien, czy warto włączać sie do dyskusji wiedząc, że jej główny wątek jest zaledwie pretekstem do przedstawienia własnego ekonomicznego credo? Czy warto udawać, że rozmawia się o polityce pieniężnej, podczas gdy tak naprawdę dyskutuje się o granicach państwowego interwencjonizmu w gospodarce?

Tym, co skłoniło mnie w końcu do zabrania głosu stało się silne przekonanie, że istnieje jednak potrzeba przypominania elementarnych reguł, które legły u podstaw obrania przez większość niezależnych banków centralnych na świecie strategii bezpośredniego celu inflacyjnego. Ten wybór był - zdaniem bankierów centralnych, ekonomistów, ale i polityków – właściwy dla efektywnego wykonywania udzielonego bankom centralnym mandatu. Jerzy Osiatyński z uporem godnym lepszej sprawy stara się od dłuższego czasu jasność tych reguł zmącić. I na to zgody być nie może.

Po pierwsze – Osiatyński chciałby dualnego mandatu dla polskiego banku centralnego; nie tylko niska inflacja, ale również wzrost gospodarczy. Postulat nienowy. Tyle, że bezsensowny. W ustawie o NBP jest od lat stosowny zapis rozstrzygający tę kwestię raz na zawsze w sposób, który można by nazwać „miękkim”. Art. 3, pkt 1 ustawy stanowi: „Podstawowym celem działalności NBP jest utrzymanie stabilnego poziomu cen, przy jednoczesnym wspieraniu polityki gospodarczej Rządu, o ile nie ogranicza to podstawowego celu NBP.

Nie jest więc prawdą, że NBP troszczy się wyłącznie o inflację. Troszczy się też o wzrost gospodarczy. O tyle, o ile może przy zachowaniu hierarchii celów. Chyba, że Osiatyńskiemu chodzi o równorzędność celów. Taką np. jaką ma wpisaną do swoich zadań amerykański Fed. Dlaczego na coś takiego nie może być jednak zgody w Polsce? To proste. NBP nie ma i nigdy mieć nie będzie wiarygodności Fed. A to oznacza, że dualność i równorzędność dwóch lub wiecej celów poza inflacją znacząco podniosłaby koszt prowadzenia polityki pieniężnej. Innymi słowy obniżenie inflacji wymagałoby wzrostu restrykcyjności polityki pieniężnej (wzrostu stóp krótkoterminowych) ponad poziom optymalny z punktu widzenia produktu. Nie sądzę, by o coś takiego chodziło Osiatyńskiemu.

Cel banku sformułowany jest obecnie jasno, precyzyjnie i w sposób nieortodoksyjny. I niech tak już zostanie. Ekonomiści są w stanie wyszacować wartość tzw. współczynnika poświęcenia, czyli koszt w postaci utraconego produktu za trzymanie inflacji w ryzach. I to jest najlepsza miara sprawności banku centralnego kierującego sie strategią bezpośredniego celu inflacyjnego. Wysoka wartość „współczynnika poświęcenia” umożliwia merytoryczną krytykę banku centralnego. A to wymusza korektę stopnia restrykcjności polityki pieniężnej, potwierdzając niewłaściwe wypełnianie mandatu przez bank centralny. Co tu zmieniać?

Po drugie – Osiatyński chciałby sfofmułowania celu inflacyjnego w kategoriach wskaźnika inflacji bazowej (czyli po wyłączeniu z wskaźnika CPI cen paliw, a może nawet szerzej całej energii, i żywności). Też nic nowego. Sprawa była już omawiana tyle razy, że wracanie do niej wydaje się czystą stratą czasu. Bank centralny bazuje na własnej reputacji. Nie da się jej zbudować, jeśli cel inflacyjny nie będzie maksymalnie spójny z odczuciami podmiotów gospodarczych. Dlatego cel nie moze być formułowany w kategoriach innych niż tylko wskaźnik cen dóbr i usług konsumpcyjnych. Inaczej, w przypadku wyraźnego rozjeżdzania się wskaźników inflacji podstawowej (headline) i bazowej (core), tak jak teraz, gdy CPI powoli zbliża się do 5 proc., a inflacja bazowa netto ledwie przekracza 3 proc., bank ogłaszający, że inflacja jest w celu wystawiłby na szwank swoją wiarygodność. Niska wiarygodność oznacza zaś znów wyższy koszt prowadzenia polityki pienieżnej. Cel inflacyjny nie może więć być sformowany w innych kategoriach niż wskaźnik CPI, który jest najbliższy (co wcale nie znaczy, że tożsamy) z tzw. inflacją odczuwalną. Tego też się zmienić nie da.

Po trzecie – Osiatyński wciąż udaje, że nie rozumie dlaczego bank musi podnosić stopy w przypadku przedłużających się wstrząsów podażowych. Bank centralny nie zmieni oczywiście stopami procentowymi cen żywności, ropy, czy surowców. Może jednak próbować zapobiec rozpropagowaniu się „efektów drugiej rundy”, czyli „rozlewaniu się” skutków wstrząsów podażowych na inne ceny, a przede wszystkim na płace. To jest sterowanie oczekiwaniami inflacyjnymi, o których słusznie mówi Dariusz Filar, jako o samym  jądrze współczesnej polityki monetarnej. To, że Osiatyński potrafi oszacować ile w bieżącej inflacji jest efektow popytowych, a ile podażowych nic nie znaczy. Takie szacunki przeprowadza przecież również bank centralny publikując wskaźniki inflacji bazowej. Takie szacunki robi każdy rynkowy ekonomista wydzielając w koszyku CPI inflację w kategorii dóbr podlegających i niepodlegających wymianie miedzynarodowej (krajowe stopy procentowe oddziałują de facto wyłącznie na tę drugą kategorię dóbr).

Nie zmienia to jednak jednej prostej reguły: w polityce monetarnej bank centralny stawiać musi wyraźne iunctim  między podnoszeniem stóp, a inflacją płacową (wzrostem płac nie wynikającym ze wzrostu wydajności pracy). I to bez względu na to, czy inflacja płacowa jest następstwem propagacji szoków podażowych, czy skutkiem wzrostu popytowej części koszyka CPI.

Po czwarte wreszcie – Jerzy Osiatyński chciałby, żeby do – jak to nazywa – „walki” z inflacją włączył się rząd. Jest to postulat jak najsłuszniejszy. Popieram  go ze wszystkich sił. Z jednym tylko zastrzeżeniem: musimy uzgodnić paletę środków wykorzystywanych do „walki z drożyzną” przez rząd.

Co tu jest, moim zdaniem, do zaakceptowania? Deregulacja, wzrost konkurencji, prywatyzacja, otwartość gospodarki, eliminowanie subsydiów cenowych, elastyczny rynek pracy, obniżka pozapłacowych kosztów pracy, rozwój gospodarki wiedzy, wspieranie technologii energooszczędnych, przeciwdziałanie globalnemu ociepleniu (wpływającemu, między innymi, na produkcję żywności). No, i oczywiście polityka fiskalna dostosowana do cyklu koniunkturalnego, ale też zezwalająca na finansowanie z deficytu wyłącznie wydatków o charakterze inwestycyjnym. Tę paletę środków zaliczanych do przedsięwzięć antyinflacyjnych, a pozostających w rękach rządu, można by zapewne jeszcze wydłużyć. Tylko: po co?

Przecież ludzie nawołujący rządy do „walki z drożyzną” wcale nie takie przedsięwzięcia mają na myśli. Powiedzmy wobec tego, tytułem przykładu, co jest nie do zaakceptowania, z tych posunięć, które zostały już zastosowane na świecie przez zwolenników „aktywnej polityki inflacyjnej” prowadzonej ze szczebla rządowego.

Minimalne ceny eksportowe (np. ryż sprzedawany przez Wietnam); administracyjne „zamrożenie” cen artykułów żywnościowych (Meksyk, do końca roku, ponad 150 towarów uzgodnionych z organizacjami przedsiębiorców); masowe zastępowanie ceł importowych przez cła eksportowe na żywność, co ma dwa wymiary: jest przesunięciem transferów od producentow rolnych do konsumentów, ale także skutecznie odcina producentów od korzyści z wysokich cen, co zwrotnie prowadzi do spadku produkcji; redukcja akcyzy nakładanej na paliwa, połączona z dodatkowym opodatkowaniem koncernów naftowych (rozważane we Włoszech i Francji).

Przed podobnym włączaniem się rządu do „walki” z inflacją strzeż nas Panie Boże. Brak statystycznie uchwytnej inflacji, wynik działań administracyjnych zniekształcających relacje popytu i podaży, przecież już przerabialiśmy. „Bezinflacyjny wzrost” epoki Gomułki i Gierka jest – mam  nadzieję, że Jerzy Osiatyński podziela tu mój optymizm – zdecydowanie nie do powtórzenia.

2008-06-24 18:30
gospodarka, blogi ekspertów rząd, nbp, inflacja Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

W Polsce dominuje tradycyjny sposób rozumowania o trendach cenowych w skali globalnej, które determinując poziom inflacji, wpływać muszą na politykę gospodarczą w średnim i dłuższym okresie czasu.

I tak o cenach żywności i energii, których niebywały wzrost już przecież wpływa na zachowanie podmiotów gospodarczych zmuszonych odnaleźć się w mniej przyjaznym środowisku makroekonomicznym, przywykło się mówić, że wkrótce “wrócą do normy”. Wiadomo przecież, że żywność i paliwa podlegają klasycznym cyklom cenowym. Takie “historyczno-intuicyjne” podejście do analizy cenowej, izolowane od rzeczywistości, abstrahujace od zmian strukturalnych w skali globalnej, pozwala dezawuować wyzwania, stojące przed polityką gospodarczą. Podejście „historyczne” znajduje odbicie w średniookresowym planowaniu ekonomicznym. W żadnym z naszych dokumentów o charakterze oficjalnym nie ma, na przykład, miejsca na scenariusz makroekonomiczny zakładający 8-10 proc. wzrost cen żywności, czy cenę ropy na poziomie 130-140 dolarów za baryłkę (aktualizacja programu konwergencji mówi o 90 dolarach). 

Analizując fakty i wykorzystując dostępne już wyniki światowych badań, chciałbym zwrócić uwagę na to, co może przydarzyć się światowej gospodarce, o ile obecne trendy w zakresie cen żywności i energii okażą się bardziej trwałe, niż przywykło się na ogół sądzić. Jest to przybliżenie, biorące pod uwagę zmiany we współczesnej gospodarce. 

W dłuższym okresie na ceny żywności wpływają: program rozwoju biopaliw, zmiany klimatyczne, zmiany w strukturze konsumpcji i biotechnologia (modyfikacje genetyczne). Te cztery główne czynniki oddziałują zarówno na podaż, jak i na popyt.

Biopaliwa

The International Food Policy Research Institute (IFPRI), wykorzystując do tego celu własny model, oszacował wpływ biopaliw na ceny bazowych artykułów żywnościowych. Przy czym wariantowanie w modelu polega na tym, że jeden ze scenariuszy przewiduje wypełnienie już przyjętych planów inwestycyjnych w zakresie biopaliw, a drugi podwojenie ich produkcji do roku 2020.

Wzrost cen wywołany produkcją biopaliw (w proc.)

(prognoza do roku 2020)

                                                     wariant 1                           wariant 2

kukurydza                                  26,3                                          71,8

olej nasienny                             18,1                                          44,4

cukier                                           11,5                                          26,6

pszenica                                         8,3                                         20,0

źródło: IFPRI, “The World Food Situation – New Driving Forces and Required Actions”, grudzień 2007

Jak widć kwestią kluczową staje się odpowiedź na pytanie: czy istniejące już i obowiązujące plany produkcji biopaliw mogą być w ciągu najbliższych 12 lat faktycznie podwojone? Sprawia to – jak widać – gigantyczną różnicę, przy prognozowaniu cen bazowych artykułów żywnościowych.

Odpowiedź pośrednio zawarta jest w opisie założeń modelu IFPRI. Otóż, produkcja biopaliw staje się ekonomicznie opłacalna już przy cenach ropy 60-70 dol. za baryłkę. Stąd tak trudno będzie powstrzymać rozbudowę programów produkcji przy cenie ropy sięgającej 120-140 dol.

Inaczej mówiąc: jeśli ceny ropy nie spadną ponizej 60 dol. - lepiej z cenami niż w scenariuszu 1 z pewnością nie będzie, bo uwzględnione w tej prognozie programy inwestycyjne dla biopaliw już są wdrażane.

Układ czynników wpływających na ceny żywności jest przy tym wyjątkowo niekorzystny. O ile bowiem, jak szacuje IMF, z obecnej podaży surowców rolnych w grupie największych producentow na cele niekonsumpcyjne idzie już teraz od 20 do 50 proc., to wpływ produkcji biopaliw na ceny energii pozostaje nadal znikomy, z uwagi na ich niski, bo ledwie 1 proc. udział w podaży paliw ogólem. Zmieni się to nie wcześniej niż w roku 2020, kiedy biopaliwa stanowić powinny już ok. 20 proc. rynku.

Słowem: układ czynników makroekonmicznych, rynkowych i nierynkowych (rządowe programy subsydiowania produkcji biopaliw) pcha w górę ceny żywności, ale nie jest w stanie szybko obniżyć cen paliw. I tak będzie jeszcze ładnych parę lat.

Klimat i ceny żywności

Wciąż mamy zbyt dużą skłonność do skupiania się na suszach, powodziach, gradobiciach itp nieszczęściach nękających producentów rolnych, osadzonych jednak w kontekście najbliższych zbiorów. Krótkotermonowe prognozowanie wpływu pogody na podaż żywności i jej ceny nie jest już jednak powszechną regułą. Globalne ocieplenie jest z powodzeniem analizowane na świecie również w aspekcie długoterminowym.

Przytoczę tu wyniki monumantalnej analizy opublikowanej przez Williama Cline jesienią ubiegłego roku (Global Warming and Agriculture: Impact estimates by Country, IMF, 2007).

Wykorzystując 6 różnych modeli zmian klimatycznych i badając 100 krajów, przy założeniu podniesienia się średniej temperatury o 0,4 stopnia i opadów o 3 proc. do roku 2080, Cline otrzymał bardzo niewesołe wyniki, jeśli chodzi o spadek produkcji upraw. Są one szczególnie niepokojace dla krajów rozwijających się, gdzie popyt na żywność będzie przecież rósł szybko.

Co ciekawe, spadek produkcji jest tym mniejszy im większa jest emisja dwutlenku węgla, absorbowanego przez rośliny. Ten paradoksalny efekt dało się co prawda modelowo oszacować, ale trudno wyobrazić sobie, by postulat “nawożenia” produkcji rolniczej dwutlenkiem węgla doczekał się praktycznej akceptacji. Tym bardziej, że szacunki Cline nie brały pod uwagę innych, bez wątpienia negatywnych, efektów ubocznych zwiększonej emisji dwutlenku węgla na produkcję roślinną.

Spadek produkcji upraw roślinnych

(prognoza wpływu globalnego ocieplenia na produkcję rolną do roku 2080 w proc.)

                                         bez  redukcji emisji CO2             z redukcją

Kraje uprzemysłowione                 -6,3                              -7,7

Kraje rozwijające się

Afryka                                          -27,5                             -16,6

Azja                                              -19,3                               -7,2

Ameryka Łacińska                         -24,3                             -12,9

źródło: Cline

Zmiany w strukturze konsumpcji ciągną ceny

Analizując długoterminowe trendy cenowe żywności nie sposób abstrahować od zmian w strukturze konsumpcji. Wraz z podnoszących się poziomem zamożności w krajach rozwijających się szybko rósł będzie popyt na produkty o wysokiej wartości odżywczej: mięso, mleko, warzywa, owoce. Towarzyszyć temu będzie spadek popytu na podstawowe artykuły żywnościowe na głowę ludności. W związku jednak z szybkim przyrostem demograficznym, głównie w Chinach i Indiach, popyt ogółem będzie rósł również i w kategorii produktów bazowych. Tyle, że przyrosty będą tu relatywnie mniejsze niż w grupie artykułów o lepszych właściwościach odżywczych.

Przy średnim wzroście w południowej Azji rzędu 5 proc. rocznie popyt na żywność z „wyższej półki” będzie ostro rósł w tempie nawet do ok. 10 proc., podczas gdy na żywność „bazową” wzrośnie umiarkowanie, bo „tylko” o 4 proc.

Takie zmiany w strukturze konsumpcji będą generowały silną presję na wzrost cen żywności ogółem. „Lepsza” żywność jest z definicji droższa z uwagi na wyższe koszty produkcji; „gorsza” – z kolei konkuruje z biopaliwami. Wzrost cen żywności z całą pewnością wpłynie na rozwój produkcji genetycznie zmodyfikowanej (roślinnej i zwierzęcej). Nie ma przed tym ucieczki.

Nasza droga energia

Wzrost cen energii w skali roku w Stanach Zjednoczonych przekroczył 17 proc.; w strefie euro – 12 proc. Wciąż przy tym słyszymy zapewnienia, że ceny ropy niebawem spadną, że osiągnęły absolutne szczyty, itp.

Naturalnie, prognozowanie cen ropy nie należy do zajęć najłatwiejszych. Trudno więc na dobrą sprawę powiedzieć, czy ropa dojdzie do 200-300 dol. za baryłkę i jak długo na tym poziomie pozostanie. Faktem jest jednak, że przy pewnym rodzaju uproszczonej analizy, gdzie pod uwagę bierzemy jedynie zaangażowanie kapitałowe w globalnych funduszach surowcowych na poziomie ze standardowego portfela, czyli rzędu 5 proc. aktywów, napływ kapitału do tych funduszy powinien być 4-krotnie wyższy niż dziś. A to pociągnęłoby za sobą narastanie „bąbla” na cenach ropy nawet do 300 dol.

Ekonomiści dysponują też instumentami dla oszacowania wpływu cen ropy na inflację na głównych rynkach bazowych. I tak przy 140 dol. za baryłkę wskaźnik CPI w Stanach Zjednoczonych wzrósłby do około 6 proc., a strefie euro do ok. 4 proc.. Oznaczałoby to, że średnioroczne wskaźniki inflacji sięgną odpowiednio: 5,2 proc. w przypadku USA (obecny konsens: 3,6 proc.) oraz 3,6 proc. w przypadku strefy euro (obecny konsens: 3,1 proc.). Przy czym lwią część kontrybucji do ogólnego wzrostu inflacji (1,5 pkt. proc. w USA i 1,2 pkt. proc. w strefie euro) można by było zapisać na poczet drogiej żywności i paliw.

Inny, nielepszy, świat?

Jak to, co próbowaliśmy naszkicować wyżej wpłynie na światową gospodarkę?

Po pierwsze – trendy cenowe w zakresie żywności i paliw uznać wypada za zjawiska o charakterze długotrwałym. Być może - taką mieć trzeba nadzieję – dynamika cen wyhamuje. Tym niemniej pozostaną one na wyśróbowanych poziomach przez okres znacząco wykraczający poza klasyczny cykl cenowy.

Po drugie – zmieni to środowisko makroekonomiczne na mniej niż w ostatnich latach „przyjazne” dla producentów i konsumeptów. Tempo wzrostu gospodarczego będzie niższe, a inflacja wyższa. Banki centralne na świecie – pozostając w zgodzie ze swymi mandatami – prowadzić będą bardziej niż dotąd restrykcyjną politykę monetarną, wbrew doktrynie przyjmujać trwały charakter wstrząsów podażowych, jako wystarczające usprawiedliwienie dla podnoszenia stóp procentowych.

Po trzecie – istnieje poważne ryzyko, że wysokie ceny żywności sprzyjać będą rewitalizacji protekcjonizmu. Wiele rządów skłonnych będzie przekierować strumień transferów od producentów rolnych do wyborców-konsumentów. Subsydia, cła eksportowe, ograniczą możliwość inwestycji w sektorze rolnym w krajach rozwiniętych, zmniejszając tym samym zdolności produkcyjne w przyszłości.

Po czwarte – drogie paliwa oznaczać będą silne naciski na obniżki podatków pośrednich i akcyzy. Uleganie takim naciskom nie osłabi istotnie presji inflacyjnej, pogorszy za to pozycję fiskalną, przy malejącym tempie wzrostu i rosnącej inflacji. A to odbije się negatywnie na równowadze makroekonomicznej w dłuższym okresie.

Każdy z tych czterech podstawowych punktów, opisujących następstwa wysokich cen energii i żywności, utrzymujących się przez dłuższy czas, dotyczy w tym samym stopniu gospodarki globalnej, jak i Polski. Dobrze więc byłoby brać to pod uwagę przy długoterminowych prognozach makroekonomicznych.

2008-06-08 18:47
gospodarka, blogi ekspertów ropa, żywność, szoki, podażowe Komentarze (3)
 Oceń wpis
   
Art. 227, pkt. 1 Konstytucji RP stanowi co następuje: „Centralnym  bankiem państwa jest Narodowy Bank Polski. Przysługuje mu wyłączne prawo emisji pieniądza oraz ustalania i realizowania polityki pieniężnej. Narodowy Bank Polski odpowiada za wartość polskiego pieniądza”.

Z tym artykułem w kontekście przyjęcia przez Polskę euro jest bardzo poważny problem. Od biedy ten zapis interpretować można w ten sposób, że po zastąpieniu złotego przez euro, wszystko będzie nadal tak samo: NBP będzie dalej bankiem centralnym; będzie nadal bankiem emisyjnym; polskim pieniądzem będzie zaś euro.

Moim zdaniem jest jednak niezbędne, by w kwestii wypełnienia przez zapis konstytucyjny w tym brzmieniu wymogów kryterium legislacyjnego z Maastricht wypowiedział się wiążąco – i to jak najszybciej – Trybunał Konstytucyjny. Inne wskazane już przez EBC zmiany legislacyjne wymagają zmiany ustaw. Do tego wystarczy większość parlamentarna.

Kwestia zmiany Konstytucji to jednak inna waga. Ma ona zupełnie fundamentalne znaczenie dla podejmowania wysiłków, których celem jest spełnienie kryteriów nominalnej konwergencji jeszcze za kadencji tego parlamentu. Jedno z tych kryteriów – jak wiadomo - jest szczególnie dolegliwe dla gospodarki poddawanej silnym zmianom strukturalnym i polityki monetarnej prowadzonej w oparciu o regułę bezpośredniego celu inflacyjnego. Mowa oczywiście o kryterium stabilności kursu walutowego, wymagającego porzucenia kursu płynnego na rzecz reżimu sztywnego w ramach ERM 2.

Otóż, zrobić to można wyłącznie wtedy, kiedy okres przebywania w ERM 2 nie jest dłuższy niż przewidziane w Traktacie z Maastricht maksymalnie 2 lata. Innymi słowy: nie możemy pozwolić sobie na wejście do ERM 2 w połowie przyszłego roku, o ile nie będziemy absolutnie pewni, że tuż przed końcem kadencji obecnego Parlamentu nie wybuchnie debata nad przystosowaniem polskiej Konstytucji do wymogów kryterium legislacyjnego. Myśle, że tej akurat kwestii szerzej tłumaczyć nie trzeba. Inne postępowanie byłoby ze strony rządzących – łagodnie mówiąc - wysoce nieroztropne.

Tylko pod warunkiem gwarancji prawnych dawanych prawomocnym orzeczeniem TK, że zmiana art. 227 pkt. 1 nie jest niezbędna dla wypełnienia kryterium legislacyjnego, możemy myśleć o podjęciu ryzyka wejścia do ERM 2 w połowie 2009 roku. Po spełnieniu pozostałych kryteriów nominalnej konwergencji dawałoby to szansę na przyjęcie euro w Polsce w roku 2012.

Gdyby jednak takich gwarancji zabrakło; gdyby orzeczenia TK nie było, albo orzekłby on, że dla zastąpienia złotego przez euro konieczna jest jednak zmiana brzmienia art. 227, to problem ERM 2 powinien w ogóle zejść z wokandy za kadencji tego parlamentu. A to oznaczałoby formalne przesunięcie pierwszego możliwego terminu wejścia do strefy euro poza rok 2012. Ze wszystkimi tego konsekwencjami dla procesów konwergencji, a być może też dla kształtu polityki gospodarczej.

O takim właśnie roztrzygnięciu, czyli formalnym odsunięciu daty wejścia do strefy euro, przesądza nie tylko brak większości konstytucyjnej obecnej koalicji, ale też wysoce niefortunny z punktu widzenia cyklu politycznego czas, w jakim toczyć by się musiała debata nad zmianą Konstytucji, niezbędną dla odejścia w Polsce od narodowego pieniądza. Ten czas, sprzyjający populizmowi, poważnie ogranicza zdolność stworzenia konstytucyjnej większości opowiadajacej się za szybkim wprowadzeniem euro w Polsce.

Krótko mówiąc: dobrze byłoby wiedzieć, na ile rząd stać w kwestii euro jeszcze za tej kadencji. A to oznacza wpierw pewność co do rozstrzygnięć konstytucyjnych. Zapewnić ją zaś może tylko Trybunał Konstytucyjny.

2008-06-01 21:36
gospodarka, blogi ekspertów euro, kryteriu, legislacyjne Komentarze (3)