O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

Ekonomiści mówią o tym od dawna. Ale wszystkie te ostrzeżenia są, jak rzucanie grochem o ścianę. Odporność naszych finansów publicznych na dekoniunkturę jest ponadprzecietnie niska. Dzieje się tak z kilku powodów:

  • po pierwsze – nasz budżet pozostaje od lat procykliczny. Znaczy to, w wielkim skrócie, że wysokie tempo wzrostu PKB, nawet takie, które znacząco przekracza potencjał, nigdy nie przekłada się na nadwyżkę budżetową, podczas, gdy niskie tempo generuje natychmiast gigantyczne dziury budżetowe. Wszystkie dotychczasowe znaczące, co doskali dostosowania fiskalne miały więc w dużym stopniu charakter cykliczny. Nie były owocem przemyślanej i planowanej działalności. Robiły się „same”, bo wysokie tempo wzrostu napędzało ponadplanowe dochody, za którymi nie nadążały planowe wydatki w danym roku. Wydatki wzrastały natomiast z opóźnieniem wtedy, kiedy cykliczne dochody akurat się kurczyły;
  • po drugie - za sprawą wielkiego udziału wydatków zdeterminowanych w wydatkach ogólem pole manewru ministra finansów, który chciałby uczynić budżet i politykę fiskalną instrumentem antycyklicznym, jest mniej więcej tak samo szerokie, jak Półwysep Helski w Kuźnicy. Wydatki „sztywne” w Polsce pozostają od lat kompletnie oderwane od strony dochodowej. Mało tego – z uwagi na roczne opóźnenie mechanizmów indeksacyjnych rosną one akurat wtedy, kiedy elementarne reguły dyscypliny fiskalnej wskazują, że powinny one maleć;
  • po trzecie – swoją cegiełkę do cykliczności polityki fiskalnej dokłada tradycyjnie nadmiernie optymistyczne planowanie dochodów w fazie dekoniunktury. Oznacza to, że urealnianie planu dochodów przebiegać musi zawsze w dwóch etapach. Najpierw odejmujemy to, co jest optymistycznym przeszacowaniem w warunkach zbliżonych do tych zakładanych w budżecie. Dopiero później odejmujemy ubytki spowodowane dekoniunkturą.

Skutki tego stanu rzeczy widać w poniższym zestawieniu.

Dla 3% wzrostu stopa bezrobocia rejestrowanego wynosi 12,6%; przy 2,5% - wzrasta do 13,2%; przy 2% - 14,1%; przy 1,5% wzrostu PKB - sięga 15,4%;

Dla odpowiednich dynamik PKB ubytek dochodów budżetu ogółem wynosi: 11 mld; 14,3 mld; 18,5 mld; 25 mld PLN;

Przy dynamikach PKB spadających od 3 do 1,5% wydatki rosną odpowiednio o: 3,4 mld; 5,2 mld; 7,8 mld; 9,4 mld PLN;

Oszacowany łączny skutek spowolnienia gospodarczego dla wyniku sektora finansów publicznych (GG) wygląda więc następująco: przy 3,0% wzrostu PKB - 14,4 mld PLN; przy 2,5% wzrostu PKB - 19,5 mld PLN; przy 2,0% wzrostu PKB - 26,3 mld PLN; przy 1,5% PKB - 34,4 mld PLN  

Spadek dynamiki PKB o połowę wobec 3,7 proc. zakładanych przez rząd, pociągnąć może za sobą blisko 3-krotny w stosunku do przewidywań wzrost deficytu sektora finansów publicznych. Dekoniunktura zmniejsza bowiem planowane dochody, a równocześnie zwiększa konieczne doatacje związane – między innymi – ze zdeterminowanymi na dany rok wydatkami FUS i NFZ.

Trzeba powiedzieć wyraźnie: w szykujących się na ten i przyszły rok warunkach rynkowych sfinansowanie takiego przyrostu ponadplanowanego deficytu, po akceptowalnych cenach, jest niewykonalne. Jeśli już teraz na początku roku rząd akceptuje uplasowanie emisji 1 mld euro o 350 pkt. ponad rynkowym swapem, to strach pomyśleć, ile kosztowałoby w drugiej połowie 2009 roku pozyskanie finansowania dla 50 mld deficytu.

Dlatego, o ile zajdzie taka potrzeba, w latach 2009-2010 finanse publiczne ratować trzeba będzie środkami nadzwyczajnymi. Choćby czasowym przywróceniem wyższej składki rentowej. Spełnienie nominalnego kryterium stabilności fiskalnej jest w tym wypadku rzeczą o znaczeniu drugorzędnym. O konieczności podjęcia działań nadzwyczajnych rozstrzygną bowiem bardzo złe warunki finansowania wieliego, cyklicznie rosnącego deficytu.

Innymi słowy: w tym wypadku to nie ortodoksyjne trzymanie się ścieżki do euro, ale rynek wymusi na politykach zachowania racjonale.

2009-01-27 20:42
gospodarka, blogi ekspertów spowolnienie, deficyt GG Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Spór o euro w Polsce przypomina jednostronnie odgrzewany kotlet. Analiza kosztów i korzyści z porzucenia złotego na rzecz euro stała się karykaturalnie jednowymiarowa. Spór publiczny toczy się praktycznie wyłącznie w wymiarze politycznym i jest przy tym płaski, jak deska.

Ekonomiczny aspekt debaty, prowadzonej w kategorii gospodarczych efektów netto, gdzie zestawia się uczciwie sporządzony bilans kosztów i korzyści, a na bazie otrzymanych wyników stawia się wnioski i przedkłada rekomendacje, toczy się w niedostępnej dla szerszej publiczności wieży z kości słoniowej. Grupka rozentuzjazmowanych specjalistów okłada się tam zaciekle maczugami Optymalnego Obszaru Walutowego w wersji oryginalnej i post-Mundellowskiej, efektu Ballassy-Samuelsona, szoków asymetrycznych, ze szczególnym uwzględnieniem modelu Krugmana i jego rozwiniętej krytyki, empirycznej weryfikacji tezy Dornbuscha o fiskalnych konsekwencjach przyłączeniu biednego Południa do bogatej Północy, wadach i zaletach kursowgo modelu multi-equlibrium exchange rate, itp, itd. Tyle jest pasjonujących rzeczy do powiedzenia o konsekwencjach odejścia od autonomicznej polityki pieniężnej. Tyle ciekawych rzeczy do napisania. Dziesiątki artykułów przygotowanych w ramach gigantycznego NBP-owskiego projektu badawczego Biura do Spraw Integracji ze Strefą Euro – są tego jawnym potwierdzeniem. Tyle, że ta bitwa na intelektualne argumenty nikogo poza samymi wojownikami myśli nie interesuje. A jak tylko przychodzi do formułowania bardziej zjadliwych dla ogółu niespecjalistów wniosków i rekomendacji - natychmiast reaktywują się czujni politycy, smacznie drzemiący, gdy harcownicy nieskrępowanie hasali po swych badawczych poletkach.

W ten sposób z dwóch ważnych wymiarów analizy - politycznego i ekonomicznego – do opinii publicznej przebija się w zasadzie wyłącznie ten pierwszy. Na dodatek - w postaci skrajnie zideologizowanej.

Właściwy wymiar polityczny

Nadspodziewanie mało słychać głosów, które akcentowałyby wagę politycznej stabilizacji, jaką daje euro. A przecież cała reszta zastrzeżeń o charakterze politycznym, w tym również to sztandarowe, o „utracie resztek suwerenności”, wygląda żałośnie na tle argumentu o imporcie przez kraj przyjmujący euro ogromnej porcji wiarygodności.

Euro daje polityczną stabilizację, jakiej nie zapewniłaby najbardziej nawet wiarygodna autonomiczna polityka gospodarcza, prowadzona przez kraj znajdujący się poza obszarem wspólnego pieniądza. Bycie członkiem rodziny euro oznacza, że gwałtownie kurczy się przestrzeń dla eksperymentów w dziedzinie gospodarki. I dlatego ci, którzy są w sferze euro mogą sobie pozwolić na więcej od tych, których tam nie ma. Widać to doskonale w czasach tak ciężkiego, jak teraz kryzysu wiarygodności. Są w strefie euro kraje, które w tym roku dobiją do 7 proc. PKB deficytu sektora publicznego. Większość przekroczy dozwolony 3 proc. deficyt.

Będzie to tolerowane przez Komisję Europejską. Inwestorzy zaś sfinansują większe potrzeby pożyczkowe rządów, inkasujac za to odpowiednią premię. Podczas gdy my musimy mocno zaciskać pasa. Musimy przedkładać władzom unijnym aktualizację programu konwergencji, gdzie pomimo globalnego kryzysu pokazywana jest opadająca ścieżka deficytu i bardzo optymistyczne wskaźniki makroekonomiczne na lata 2009-2011. Za pomocą takich metod zmuszeni jesteśmy próbować pozyskiwać wiarygodność w oczach Komisji i inwestorów w rynków finansowych.

Polska, pomimo kilkuletniego już przecież członkostwa w Unii Europejskiej znajduje się nadal w tym samym koszyku inwestycyjnym, gdzie są Kazachstan, Turcja, czy Południowa Afryka. Oznacza to niską wiarygodność wycenianą w premii za ryzyko pobieranej przez inwestujących w aktywa złotowe. I tego stanu rzeczy nie będzie w stanie zmienić nic poza wejściem do strefy euro. Żadna koncepcja „singularyzacji” Polski, zaakcentowania indywidualnych różnic in plus  w stanie naszych fundamentów makroekonomicznych w porównaniu z „sąsiadami z koszyka”, nie rokuje wielkiego rynkowego sukcesu. Rynkowego, czyli takiego, który jest wymierną w pieniądzu korzyścią z udziału w wiarygodnej wspólnocie euro.

O wymiarze politycznym członkostwa w strefie euro debatuje się więc u nas w sposób niewłaściwy. Doskonałą tego ilustracją jest kompletnie jałowy spór na temat konieczności zmiany Konsytucji. Ten spór o charakterze wyraźnie zastępczym blokuje – i wygląda na to, że zablokuje – skutecznie wejście na ścieżkę prowadzącą nas do przyjecia euro w roku 2013.

Dlaczego twierdzę, że jest to spór jałowy i zastępczy? Dlatego, że Komisja Europejska już nie raz w raporcie o konwergencji wytykała Polsce niespełnienie kryterium zbieżności legislacyjnej w wielu punktach ustawy o Narodowym Banku Polskim (art. 9, pkt. 3; art. 3, pkt. 1; art. 21, pkt. 1; art. 23, pkt. 1 i 2; art. 9, pkt. 5; art. 13, pkt. 5), w trzech artykułach Konstytucji (art. 198, art. 227, art. 203), oraz zgłaszała zastrzeżenia do kilku punktów ustawy o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym, jako niezgodnych z regulacjami obowiązujacymi na mocy przepisów o Europejskim Systemie Banków Centralnych i Europejskim Banku Centralnym.

Wyeliminowanie wskazanych przez władze unijne uchybień w legislacji, nieraz drobnych (jak choćby w przypadku formułki przysięgi prezesa NBP), bezsensownych (jak brak zapisu w polskim prawie zakazu przyjmowania przez bank centralny instukcji zewnętrznych) lub oczywistych (jak w przypadku zapisu o „wspieraniu przez bank centralny polityki gospodarczej rządu”, jest kompletnie niezależne od konkretnej decyzji o czasie wejścia do strefy euro. Większość tych zmian legislacyjnych powinna być wprowadzona już dawno i nie miałaby praktycznego znaczenia dla funkcjonowania niezależnego banku centrlanego w Polsce. Doprecyzowany zostałby jedynie legislacyjny mandat niezależnego NBP, wzmocniona zostałaby pozycja autonomicznych od rządu i parlamentu organów banku.

Innymi słowy: kryterium legislacyjne powinno być spełnione już dawno, bo nie pociąga to za sobą konieczności natychmiatowego wejścia na ścieżkę do euro (wybór terminu rozpoczęcia starań o uchylenie derogacji pozostaje nadal w rękach rządu i banku centralnego), a dostosowania prawne do regulacji obowiązujacych w ESBC dobrze slużyłyby wyklarowaniu sytuacji prawnej NBP, RPP i BFG wobec władzy wykonawczej i ustawodawczej.

Najpierw kryterium legislacyjne – później ERM2

Uczestnicy rynku akceptują i rozumieją przekaz płynący od rządu, gdzie pierwszym krokiem na ścieżce do euro jest wypełnienie kryterium legislacyjnego, poprzedzające uwiązanie kursu PLN w ramach ERM2. Taka kolejność oznacza bowiem, że przy realizacji road map  znika ryzyko polityczne. Pozostaje jedynie nieusuwalne ryzyko ekonomiczne, łączące się z koniecznością spełnienia kryteriów nominalnej konwergencji.

Rząd może próbować zmienić w najbliższych 2 miesiącach Konstytucję bez zmiany reżimu kursowego i będzie to dalej akceptowane, bo taki ruch nie wystawia jeszcze gospodarki na ryzyko makroekonomiczne nieograniczonego w czasie usztywnienia kursu walutowego w ERM2. Niepowodzenie rządu oznacza odłożenie w czasie wejścia do strefy euro bez konsekwencji w postaci dekonwergencji, ponieważ implementacja euro w roku 2012 nie jest aktualnie wliczona w ceny aktywów złotowych. Ewentualna pomyślna zmiana Konstytucji, jako wydarzenie nieprzewidywane, wprowadzające nas na ścieżkę do euro, przyniosłoby początek gry na konwergencję.

Zachowanie kolejności: najpierw próba likwidacji ryzyka politycznego – dopiero później ERM2 jest przejawem odpowiedzialności rządu, myślącego w kategoriach średniookresowej stabilności makroekonomicznej kraju.

Zupełnie inaczej mniałyby się sprawy, gdyby rząd podjął ryzyko wejścia do ERM2 zgodnie z harmonogramem, czyli wiosną 2009, czemu towarzyszyłaby zapowiedź spełnienia kryterium zbieżności legislacyjnej dopiero po wyborach 2011 roku. A sygnały o rozważaniu w kręgach rządowych takiego właśnie wariantu docierają do inwestorów.

Wejście do ERM2 przed zmianą konstytucji oznaczałoby przeniesienie ryzyka politycznego na okres powyborczy i uwiązanie go na wyniku wyborów. Ryzyko ekonomiczne spotęgowane zostałoby odłożonym w czasie ryzykiem politycznym. Najgorsza w takim wypadku byłaby nieodwracalność pewnych procesów ekonomicznych.

Weszlibyśmy do ERM2, czyli usztywnilibyśmy kurs oraz zmienili dotychczasowe reguły prowadzenia polityki monetarnej, mając pewność, że oprócz ryzyka ekonomicznego na końcu próby czeka nas jeszcze ryzyko polityczne. Oznacza to brak gwarancji, że spełnienie kryteriów nominalnej konwergecnji wystarczy, by wyjść z ERM2 i wejść do euro.

Zmieniając kolejność kroków i uwiązując kurs PLN przed zmianą Konstytucji rząd odpowiedzialny staje się nieodpowiedzialny. Taka zmiana opinii inwestorów oznaczać może powiększenie, a nie redukcję premii za ryzyko inwestowania w polskie aktywa. Oznacza też większą zmienność na rynku w okresie przebywania w ERM2.

Zdecydowanie odradzałbym zmianę kolejności kroków na drodze do euro; ze zrozumiałej, logicznej, w pełni akceptowanej i pozostającej w zgodzie z publicznymi enincjacjami premiera, na niezrozumiały hazard. Wejście do ERM2 obciążone przeniesionym w czasie, a nie zlikwidowanym ryzykiem politycznym niespełnionego kryterium legislacyjnego, wiązałoby się z niekorzystną zmianą wizerunku rządu z odpowiedzialnego na awanturniczy. Oznaczałoby konieczność wyceny w aktywach ryzyka przedłużonego w czasie pozostawania w ERM2. Zachęcałoby też do testowania odporności rządu i banku centralnego na ataki spekulacyjne.

Rząd może natomiast niezwłocznie - a właściwie nawet powinien - przeprowadzić przez Parlamentyle  zmiany pozakonstytucyjne, w ustawach o NBP i BFG, wskazane przez KE w raporcie o konwergencji, o których wspominiałem wcześniej. Byłoby to pozytywnie odebrane przez inwestorów, jako wstęp do pełnego spełnienia kryterium zbieżności legislacyjnej.

Właściwy wymiar ekonomiczny

O ile o wymiarze politycznym członkostwa w strefie euro dyskutuje się więc u nas w sposób niewłaściwy i niepotrzebnie zagmatwany, o tyle o wymiarze ekonomicznym nie dyskutuje się publicznie w ogóle. Dlaczego? Bo to podobno trudne. I przez to dla polityków i ich medialnych interpretatorów nudne.

Czy tak jest faktycznie? Czy tak być musi? Oczywiście - nie. Najważniejsze argumenty teoretyczne, niezbędne dla przeprowadzenia zgodnego z zasadami sztuki rachunku efektów netto przystąpienia do strefy euro, dla prządku przypominam w telegraficznym skrócie poniższej.

KOSZTY:

1. PRZESUNIĘCIE POPYTU

2. LIKWIDACJA LOKALNYCH PREFERENCJI, CO DO KSZTAŁTOWANIA SIĘ STOPY BEZROBOCIA I INFLACJI

3. UJEDNOLICENIE INSTYTUCJONALNE NA RYNKU PRACY (ZANIK ZJAWISKA DUMPINGU SOCJALNEGO)

4. RÓŻNE DYNAMIKI WZROSTU PKB PROWADZĄ DO NARASTANIA NIERÓWNOWAGI HANDLOWEJ. OZNACZA TO KONIECZNOŚĆ OBNIŻENIA CEN EXP W KRAJU SZYBCIEJ SIĘ ROZWIJAJACYM, TYM SAMYM SPADKU TERMS OF TRADE, I WZROSTU KONKURENCYJNOŚCI; ALBO - KONIECZNOŚĆ OSIĄGNIĘCIA NIŻSZEJ STOPY INFLACJI (WYMÓG BARDZIEJ RESTRYKCYJNEJ POLITYKI FISKALNEJ). NIE MA JUŻ BOWIEM MECHANIZMU DOSTOSOWANIA KURSOWEGO

5. UJEDNOLICENIE Z CZASEM SYSTEMÓW FISKALNYCH I UTRATA DOCHODÓW Z EMISJI PIENIĄDZA (SEIGNORAGE), SZCZEGÓLNIE WYSOKICH (NIERAZ NAWET 2-3% PKB) W KRAJACH O WYSOKIEJ INFLACJI

KORZYŚCI

1. ELIMINACJA BEZPOŚREDNICH I POŚREDNICH KOSZTÓW TRANSAKCYJNYCH

2. MNIEJ NIEPEWNOŚCI PRZEKŁADAJACE SIĘ NA WYMIERNE WELFARE GAINS

3. ELIMINACJA RYZYKA KURSOWEGO, CZYLI: BARDZIEJ EKONOMICZNIE UZASADNIONY PROCES CENOTWÓRCZY; WYGŁADZANIE (SMOOTING) CYKLU PKB

4. WZROST OTWARTOŚCI GOSPODAREK KORZYSTNY DLA KONKURENCYJNOŚCI I IMOŻLIWIJĄCY SKUTECZNE WYKORZYSTANIE PRZEWAG KOMPARATYWNYCH

5. UZYSKANIE BEZ RYZYKA KURSOWEGO DOSTĘPU DO NIEOGRANICZONEGO ZASOBU TANICH OSZCZĘDNOŚCI NIEZBĘDNYCH DLA SFINANS0WANIA INWESTYCJI PODNOSZĄCYCH POTENCJAŁ PKB W KRAJACH "NADGANIAJĄCYCH" DYSTANS

Jednak to nie na tych dobrze znanych zjawiskach chciałbym tu skupić uwagę. Warto za to – jak sądzę – sformułować jedną tylko, ale kluczową, tezę o adopcji euro, co do której prawdziwości powinni się zgodzić wszyscy ekonomiści, a może nawet i politycy, od Lizbony po Ural.

Otóż, w przypadku krajów „nadganiających”, jak Polska, gdzie średni poziom wydajności pracy (i co za tym idzie poziom życia) jest niski w zestawieniu z krajami rozwiniętymi, w każdym wypadku nieuchronnie działa ten sam mechanizm: im szybciej do strefy euro, tym koszt w postaci wzrostu inflacji, jest wyższy, ale równocześnie większa jest korzyść w postaci przyspieszenia tempa wzrostu gospodarczego i poprawy na rynku pracy.

Ta prosta zależność (zwana uczenie zależnością międzyookresową) działa też w drugą stronę: im później jakiś kraj decyduje się włączyć do strefy euro, tym niższą płaci cenę w postaci dodatkowej inflacji (dalej posunięta konwergncja realna), ale też tym mniejszą uzyskuje premię w formie impulsu dla wzrostu i zatrudnienia.

Stąd dla Brytyjczyków, Duńczyków, czy Szwedów, którzy tkwią już latami poza obszarem wspólnego pieniądza, rachunek netto strat i korzyści z euro staje się w zasadzie neutralny. Chyba, że zdarzy się taki, jak teraz kryzys wiarygodności. Wtedy korzyści zaczynają wyraźnie dominować nad kosztami. I wahadło nastrojów natychmiast przechyla się na stronę zwolenników euro. Ale w normalnych warunkach ustabilizowanej gospodarki, w przypadku krajów na wysokim szczeblu rozwoju ekonomicznego, które pozostają wystarczajĄco długo poza strefą wspólnego pieniądza, bilans kosztów/korzyści zaczyna się zerować.

W naszym wypadku takie „wyzerowanie” mogłoby nastąpić za około 20-25 lat, kiedy dojdziemy do średniego poziomu wydajności, dochodów i rozwoju cywilizacyjnego krajów starej Unii. Wtedy eurosceptycy, zyskaliby podobnie jak dziś w Anglii, Danii, czy Szwecji, solidną bazę merytoryczną dla swego stanowiska. Oczywiście, pod warunkiem, że znów nie trafiłby się nam jakiś globalny kryzys.

Wcześniej, czyli przed upływem najbliższego ćwierćwiecza, kiedy powinniśmy dobić do europejskiej średniej dochodów, rachunek netto kosztów/korzyści z euro pozostaje w zgodzie z naszkicowaną wyżej ogólną prawidłowością. Jest rzeczą ekspertów, by przekonująco oszacować ile dodatkowej inflacji za ile dodatkowego wzrostu gospodarcego i zatrudnienia skłonni jesteśmy zapłacić. Rzeczą polityków zaś jest, by pozostając w zgodzie z ogólną zasadą przygotować rozwiązania o osłonowe, adresowane do tych grup, które pozostając relatywnie najbardziej wrażliwe na podatek inflacyjny najmniej czerpią bezpośrednio z owoców przyspieszonego wzrostu. Są to, jak łatwo się domyślić, głównie ci, którzy pozostają poza rynkiem pracy. Rzeczą rządu jest również uruchomienie mechanizmów przeciwdziałających nieuzasadnionemu wzrostowi cen.

Innymi słowy: to optymalizacja bilansu kosztów i korzyści netto i kwestia podziału korzyści, powinny stać się przedmiotem debaty publicznej o dacie wejścia do strefy euro. Cała reszta jest tylko zwykłym biciem piany.

2009-01-07 16:30
gospodarka, blogi ekspertów euro, ERM2 Komentarze (15)
 Oceń wpis
   

Trzeba przyznać otwarcie, że przewidywanie zachowania się w najbliższym roku kursu walutowego jest zdecydowanie łatwiejsze niż prognozowanie rocznej dynamiki PKB. O ile bowiem jesteśmy jeszcze w stanie powiedzieć coś konkretnego o naszym wzroście gospodarczym w pierwszej polowie 2009 (nie więcej niż 1,0-1,5 proc.), to druga połowa roku jest dziś wciąż jeszcze wielką zagadką.

Z kursem jest zdecydowanie łatwiej. Dla siły złotego istotne będą w zasadzie wszystkie te czynniki, które dały o sobie znać na rynku FX już w czwartym kwartale 2008.

Przypomnijmy je raz jeszcze:

  • rosnący deficyt na rachunku bieżącym (5,3 proc. PKB po październiku, przy -1,2 proc. spadku dynamiki rocznego eksportu w euro, co jest najgorszym wynikiem od 6 lat). Na koniec 2009 roku deficyt C/A lokować się będzie wciąż w przedziale 5,5-6,5 proc. PKB;
  • spadek udziału bezpośrednich inwestycji zagranicznych w finansowaniu tego deficytu (yearlly rolling coverage ratio, pokazujące procent finansowania deficytu C/A napływem FDI - spadek od 85 proc. na początku roku do 52 proc. w IV kwartale 08). W 2009 roku napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych będzie nadal limitowany za sprawą niepomyślnej sytuacji na rynku globalnym;
  • nasze największe w regionie – poza Rosją – potrzeby finansowania zewnętrznego brutto na rok 2009 sumujące deficyt na rachunku bieżącym, finansowanie i refinansowanie sektora publicznego i prywatnego (114 mld USD). Globalny popyt na finansowanie zewnętrzne zwiększać będą także kraje Ameryki Łacińskiej, których przyszłoroczne potrzeby pożyczkowe szacowane są łącznie na ponad 250 mld USD.
  • Nasz - zgodnie z ogólnym trendem – rosnący popyt na kapitał zagraniczny widzieć trzeba przez pryzmat szybko pogarszających się warunków makroekonomicznych w kraju i zagranicą. Rywalizacja o pozyskanie kapitału zagranicznego będzie dla niektórych krajów walką o przetrwanie. Bank Światowy szacuje, że w 2009 roku napływ kapitału zagranicznego na rynki wschodzące (EM) spadnie o połowę z rekordowego poziomu 1 bln dolarów. Podobnie pesymistyczne są zresztą szacunki BŚ dotyczące wolumenu handlu zagranicznego, który po ćwierćwieczu nieustannego wzrostu obniży się teraz do poziomu z roku 1982.

Przy takich fundamentalych uwarunkowaniach zewnętrznych i lokalnych zdecydowanie rośnie prawdopodobieństwo trwałego osłabienia się złotego. Wobec nadal dużej, sięgającej nawet 10 proc. zmienności, kurs PLN zależeć będzie od kursu EUR/USD, który wahać sie będzie w przedziale 1,23-1,36.

Oczekiwana duża zmienność na rynku EUR/USD zależna jest z kolei od następujących czynników:

  1. oceny przez inwestorów głębokości recesji w Stanach i strefie euro. Obecnie przeważa wciąż pogląd, że recesja w USA będzie głębsza, ale krótsza niż w Europie. Ta opinia jest jednak słabo osadzona w twardych realiach i dlatego może się niebawem zdezaktualizować. Wystarczy, by banki komercyjne w Stanach popadły w jeszcze większe kłopoty z tytułu niewypłacalności na rynku kart kredytowych i kredytów konsumenckich ogółem. Co wcale nie jest wykluczone w świetle danych, jakimi dotąd dysponujemy. Na koniec 3 kwartału 2008 udział non performing loans (NPLs) w zadłużeniu na kartach kredytowych wynosił już 6 proc. (co było historycznym maksimum) i nadal rósł w 4 kwartale. Dla największych graczy na rynku (Citi, Capital One, American Express, JP Morgan) oznacza to ryzyko pogłębiających się w pierwszej połowie 2009 roku strat z tytułu NPLs, tym razem wygenerowanych w segmencie kredytów konsumenckich (obok wcześniejszych strat na działalności pionów inwestycyjnych i w aktywach hipotecznych);
  2. postępowania banków centralnych (dysparytet stóp procentowych między Stanami a strefą euro sięga jeszcze obecnie 2,5 pkt. proc., ale w ocenie niektórych inwestorów może spaść nawet do niespełna 1 pkt. proc., o ile EBC pod presją sytuacji w strefie realnej podejmie ryzyko obniżki podstawowej stopy procentowej do 1 proc.);
  3. awersji inwestorów do ryzyka (większa awersja działa okresowo na korzyść amerykańskich aktywów, choć już nie zawsze na korzyść dolara).                                                                                                                             Co opisane wyżej warunki makroekonomiczne oznaczać mogą konkretnie w najbliższym roku dla notowań złotego?
  • przy kursie EUR/USD 1,35-1,37 złoty lokować się powinien odpowiednio w przedziałach: 3,97-4,10 za euro oraz 2,95-3,00 za USD;
  • przy kursie EUR/USD 1,22-1,23 złoty powinien zaś być wyceniany następująco: EUR/PLN 3,75-3,80; USD/PLN 3,08-3,10
  • przekłada się to w 2009 roku na średnioroczne kursy na poziomie: EUR/PLN=3,91 oraz USD/PLN= 3,03

Dla umożliwienia porównań dodam, że najnowsza prognoza Ministerstwa Finansów, odnaleziona w APK, przewiduje średnioroczny kurs EUR/PLN 3,68. Prognozy USD/PLN jeszcze nie znam, ale jak ją już odkryję, to się tą tajemną wiedzą z czytelnikami mojego bloga podzielę. To mogę obiecać.

Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku.

2009-01-05 18:03
gospodarka, blogi ekspertów PLN Komentarze (1)