O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

Bogdanie Drogi,

Twoje ktoreś już z rzędu publiczne wystąpienie w sprawie OFE skłania mnie wreszcie do zabrania głosu już nie tylko w prywatnych rozmowach, jakie na ten temat toczyliśmy.

Jeszcze nie tak dawno byłeś jednym z najbardziej aktywnych uczestników naszej nieformalnej grupki kilku ekonomistów, która stawiała sobie jedno tylko zadanie: zmobilizować rząd, z którym w większości sympatyzowaliśmy, do podjęcia energicznych działań dla podniesienia konkurencyjności polskiej gospodarki, poprawy salda finansów publicznych, zredukowania nadmiernie obfitego jak na możliwości ubogiego państwa strumienia transferów i zastąpienia ich dochodami czerpanymi z pracy. Chodziło nam więc o pchnięcie naprzód tych zapyziałych spraw, które były już dawno rozpoznane, skatalogowane i po wielokroć do znudzenia przez nas opisywane. Bez ich wdrożenia każda zielona wyspa szybko zółknie i czernieje. 

Nigdy nie było tak, żebyśmy zgadzali się we wszystkim, ustalając listę koniecznych do podjęcia zadań. Zawsze też mieliśmy świadomość ograniczeń o charakterze politycznym, jakie limitowały pole manewru reformatorskiego – jak nam się wydawało – rządu. Rożnice zdań między ekonomistami są czymś jak najbardziej normalnym. Stąd – o czym wiesz doskonale – uzgodnienie wspólnego stanowiska bywało nieraz prawdziwą drogą przez mękę. Uważaliśmy jednak, że warto przypominać o tym, co w polityce gospodarczej najważniejsze: o jasno wytyczonych priorytetach w dziedzinie reform strukturalnych; o wydłużeniu horyzontu działań; wreszcie o tym, żeby nie manipulować opinią publiczną w imię doraźnych celów. Podpisaliśmy wspólnie wiele podobnych dokumentów.

Później zmieniłeś afiliację. Pozostając nadal w sektorze prywatnym stałeś się jednym z wpływowych członków wąskiego grona doradców ekonomicznych pana premiera. Zmieniłeś zdanie na wiele kwestii, o których implementację latami się dobijaliśmy. Miałeś do tego prawo. Tylko krowa nie zmienia poglądów. Ekonomista tak utalentowany, jak Ty, musi zmieniać zdanie, kiedy poszerza się zasób jego informacji. Ale jednego zmieniać nie może za skarby świata: nie da się bez utraty twarzy nazywać rzeczywistością luźnego zbioru danych podporządkowanych z góry określonej tezie. Nie da się też w żadnym przypadku usprawiedliwić uczynienia z oktrojowania OFE głównego pola wiekopomnych zasług tego rządu. Czyniąc tak i wychwalając go pod niebiosa posuwasz się do granic śmieszności. 

Grupka, która straciła wiele animuszu po Twoim od niej odpadnięciu,  była otwarta na dialog w kwestii ograniczenia bieżących kosztów reformy emerytalnej. Zawsze mieliśmy dużo zrozumienia dla położenia ministra finansów, zmuszonego finansować zbyt duże potrzeby pożyczkowe na trudnym i coraz trudniejszym rynku. Choć – o czym mam nadzieję jeszcze całkiem nie zapomniałeś – wskazywaliśmy równocześnie na wiele miejsc w systemie, gdzie marnotrawstwo środków publicznych jest gigantyczne i  jego likwidacja nie wyma ani heroizmu, ani nawet przyjaznego rządowi prezydenta. Gotowi byliśmy w każdym razie pod pewnymi warunkami poważnie dyskutować o tempie ujawniania długu ukrytego. Choć co bardziej krewcy radykałowie reform mieli nam to za złe.

Nigdy jednak nie mieliśmy zrozumienia dla takich zmian w systemie emerytalnym, których implikacje sprowadzają się do tego, że obecny rząd w imieniu pokolenia naszych dzieci i wnuków zobowiązuje się do finansowania naszych przyszłych „godziwych” emerytur, nie wspominając, że będzie to musiało dla nich oznaczać wyższe podatki. Na to naszej zgody nie było i nie będzie.

Zmiany, jakie proponujesz Ty, Twoja Rada i nasz przyjaciel Michał Boni, nie są naprawą systemu emerytalnego. Są pierwszym etapem jego kompletnej dewastacji. Po was przyjdą inni, którzy to dzieło dokończą. Sam zresztą podpowiadasz im kierunek: likwidację obligatoryjności II filara. Tyle, że sugerowana przez Ciebie dobrowolność, czego już nie dopowiadasz, oznacza jedną z dwóch rzeczy: większe zobowiązania nakładane na państwo (czytaj: podatnika) w przyszłości, kiedy przyjdzie zbierać starych i chorych ludzi z ulic wielkich miast; albo zgodę na to, żeby zostali sobie tam, gdzie wepchnęła ich własna niefrasobliwość, wspierana działaniami rządu i parlamentu, którego już dawno nie będzie.

Zrobiliście wokół OFE prawdziwy cyrk, pełen błaznów, cudotwórcow i iluzjonistów. Reforma emerytalna stała się naraz, dosłownie w ciągu niespełna roku, głównym problemem polskich finansów publicznych. Drugim – za chwilę nie mam co do tego cienia wątpliwości – stana się niefrasobliwe, zadłużające się na potęgę samorządy. Jest to gigantyczne manipulowanie opinią publiczną, zachwianie wszelkich proporcji w debacie na temat istotnych problemów polskiej gospodarki. Żałuję bardzo, że ze swoim doświadczeniem, wyczuciem makroekonomii i wielokrotnie akcentowanym dystansem wobec polityków bierzesz w tym zakłamywaniu rzeczywistości tak czynny udział.

Jeśli zmniejszasz bieżący deficyt sektora finansów publicznych kosztem powiększania ukrytego długu publicznego, na który składają się coraz hojniejsze obietnice waloryzacji i dziedziczenia subkonta w ZUS, gdzie – jak doskonale wiesz – nie będzie żadnych pieniędzy, a tylko zobowiązania - to nie jesteś reformatorem, tylko manipulantem.

Jeśli mówisz, że oszczędności prywatne w OFE nie są w rozumieniu makroekonomicznym oszczędnościami, choć powstają ze składek odprowadzanych przez pracujących, a są takim samym długiem, jak zobowiązania zaciagane przez państwo wobec przyszłych emerytów - to mijasz się dość daleko z prawdą.

Jeśli przy tym utrzymujesz, że makroekonomiczne następstwa odprowadzania składki do OFE lub na subkonto w ZUS są takie same - to znaczy, że kompletnie straciłeś umiejętność przeprowadzania rzetelnych rynkowych analiz.

Rząd, któremu doradzasz, miał zająć się domykaniem deficytu w I filarze systemu emerytalnego. Tym bardziej, że zamierzał działać w długim horyzoncie. Takie nadzieje towarzyszyły nam – Tobie, mnie i wielu naszym kolegom. Zamiast tego zajął się bardzo aktywnie likwidacją II filara, obiecując przy tym gruszki na wierzbie przyszłym emerytom i podatnikom. Chcesz to firmować własnym nazwiskiem – Twoja sprawa. Ale nie przyznawaj, proszę, rządowi medalu 12-lecia za odwagę wzięcia się za bary z problemem reformy emerytalnej. W makroekonomii jest miejsce na pastisz, ale chyba już jednak nie na kabaret.  

 

2011-01-25 10:30
gospodarka, blogi ekspertów zmiany, ofe Komentarze (14)
 Oceń wpis
   

Minister finansów w jednej z ostatnich wypowiedzi oświadczył, że oczekuje pozytywnej reakcji rynku finansowego na proponowane przez rząd zmiany w systemie emerytalnym. Trudno dyskutować z takim stwierdzeniem, jeśli nie doprecyzuje się, co tak naprawdę rozumie się pod pojęciem „reakcji rynku”.

Otóż, minister ma absolutną rację, o ile ma na myśli brak ostrego tąpnięcia we wszystkich segmentach, czyli na rynku walutowym, długu i giełdzie, po wprowadzeniu zmian w wersji zbliżonej do przedłożenia rządowego.

Minister zupełnie nie ma racji, jeśli przeanalizujemy długookresowe konsekwencje proponowanych zmian, a nade wszystko ich skutki makroekonomiczne.  

W dość już teraz monotonnej dyskusji na temat propozycji rządowych dotyczących OFE, gdzie miele się wciąż te same argumenty, brakuje wyraźnie tych właśnie dwóch wątków: długookresowych następstw makroekonomicznych i rynkowych. Wydaje się to dość zaskakujące, bo przecież zmiany proponowane przez rząd nie mają charakteru przejściowego, nie są instrumentem antykryzysowym, jak można by sądzić jeszcze po pierwszej fali dyskusji. Rozwiązania proponowane przez rząd są trwałe i systemowe. Spróbujmy tę dotkliwą i zagadkową lukę, choćby częściowo, domknąć podejmując wątek makroekonomicznych i rynkowych następstw obcięcia składki odprowadzanej do II filara początkowo o 5, a później o 3,5 pkt. proc. wynagrodzenia wobec stanu obowiązującego od 12 lat.

Dlaczego minister ma rację

Nie będzie żadnego raptownego załamania na rynku finansowym dla tej prostej przyczyny, że rozwiązania proponowane przez rząd w zakresie zmian strumienia żywego pieniądza kierowanego przez OFE do poszczególnych segmentów rynku jedynie petryfikują sytuację, z jaką mamy tu doczynienia od dobrego roku.

W strukturze portfela Otwartych Funduszy Emerytalnych udział obligacji niezmiennie od początku 2009 roku zbliżony jest do 53-54 proc.. W ostatnim roku inwestowały one ok. 80 proc. środków w akcje, zwiększając udział obligacji jedynie o 0,4 pkt. proc.. Było to postępowanie rozsądne, biorąc pod uwagę wycenę obu tych aktywów na rynku. Polityka inwestycyjna OFE była bardzo racjonalna, korzystna dla wzrostu wyceny jednostek uczestnictwa. Wbrew pojawiającym się czasem spekulacjom OFE nie bojkotowały rynku długu, lecz inwestowały tam, gdzie stopa zwrotu była zdecydowanie wyższa. Zero zaskoczenia.

Jeśli dopływ gotówki do funduszy zostanie teraz obcięty na krótką metę nic się nie zmieni. Jak OFE nie było na rynku obligacji, tak i dalej ich tam nie będzie. Zniesienie limitów inwestycyjnych dla OFE - niezbędna jak się wydaje część zapowiadanego pakietu - ustabilizuje ich obecność na giełdzie na poziomach zbliżonych do ostatniego roku. Rynek walutowy pozostanie stabilny, bo wiekszość napływu kapitału portfelowego do Polski następować będzie jak dotąd przez swapy walutowe ( transakcje terminowe bez wymiany walut na rynku). 

Kto w takim razie będzie fiansował potrzeby pożyczkowe rządu? Kto pozostanie aktywnym nabywcą denominowanych w złotych obligacji? No właśnie. Dobre pytanie. Wolno domniemywać, że minister finansów mowiąc o pozytywnej reakcji rynku na swoje pomysły miał na myśli sytuację, w której popyt na polski dług zgłaszać będą nadal ci sami inwestorzy, którzy bez wahań kupowali polskie obligacje w ostatnim roku. Byli to nierezydenci. Inwestorzy zagraniczni nabyli w 2010 roku ok. 78 proc. nowo emitowanego przez ministra finansów długu, przy wyraźnie rosnących – zaznaczmy – rentownościach.

Dlaczego minister nie ma racji

W tym kontekście trudno uniknąć trzech uwag:

po pierwsze – można oczywiście spekulować na okoliczność zmiennych faz awersji do ryzyka; na temat ewentualnego odwrócenia się sentymentu wobec segmentu rynków wschodzących, do którego i my się zaliczamy. Można. Ale po co? Część ekonomistów będzie twierdzić, że ten sentyment się zmieni; inni, że wręcz przeciwnie. Minister finansów na progu nowego roku, ma prawo twierdzić, że nie widzi uzasadnienia dla zaniku apetytu na polski dług. Jego przekonanie zweryfikować się da jedynie a poste priori, więc się tu ministra nie czepiajmy;

po drugie jednak – i z tym stwierdzeniem polemizować już się nie da, bo to fakt empiryczny – proponowane przez rząd zmiany w systemie emerytalnym w istotny sposób umacniają długookresową zależność popytu na polski dług od zagranicy. Znika trwale komponent stabilizacyjny popytu na obligacje, jakim były OFE; spada równocześnie podaż papierów, więc na krótką metę nie ma problemu. Pojawia się za to czynnik dodatkowego ryzyka w postaci permanentnego uzależnienia cen długu emitowanego w złotych od popytu zgłaszanego przez zagranicę;

po trzecie – osłabienie krajowego popytu na dług oraz ryzyko zmiennego sentymentu inwestorów zagranicznych oznacza także rosnące prawdopodobieństwo zwiększonych emisji zagranicznych dla sfinansowania potrzeb pożyczkowych rządu. Dziś udział długu zagranicznego w długu publicznym Polski jest wciąż jeszcze relatywnie niski. Trudno jednak zaprzeczyć, że kierunek zapowiadających się zmian w strukturze zadłużenia państwa ogółem nie jest zgodny z powszechnymi zaleceniami ekonomistów, bo wystawia nas na dodatkowe ryzyko kursowe.

Długookresowe następstwa rynkowe proponowanych przez rząd zmian w systemie emerytalnym – jak widać – nie są już tak korzystne, jak starają się to przedstawiać forsujący je autorzy. Rząd nie będzie penalizowany przez rynek, bo taka penalizacja de facto miała już miejsce w ostatnich 3 kwartałach, kiedy ostro wzrosły rentowności obligacji, a złoty ustabilizował się na poziomie dalekim od kursu równowagi, pomimo obfitego napływu kapitału portfelowego. Nie jest więc sztuką powiedzieć w tej sytuacji, że rynek pozytywnie oceni wprowadzenie rządowych pomysłów zmian w OFE, bo już je ocenił niezbyt korzystnie i do swojej oceny nic już dodać nie może. Sztuką jest za to otwarcie powiedzieć, co te zmiany oznaczają dla warunków finansowania naszych potrzeb pożyczkowych na dłuższą metę.

Mniej prywatnych oszczędności = wolniejszy wzrost

I już na koniec pewien pomijany niesłusznie milczeniem kontekst makroekonomiczny obcięcia składki kierowanej do OFE.

Dług publiczny spadnie o 0,8 proc. w relacji do PKB. Brawo. Zwiększa to naszą wiarygodność fiskalną. Na dodatek szybko i bez bolesnych reform. Jeszcze raz: brawo.

Trudno jednak nie zauważyć, że w tej samej relacji co dług spadnie też przyrost krajowych oszczędności prywatnych. Nawet po uwzględnieniu obietnicy ponownego wzrostu składki kierowanej do OFE począwszy od 2017 roku, do tego czasu dynamika rocznego przyrostu PKB zmniejszy się w wyniku wolniejszego przyrostu oszczędności o 0,3 pkt. proc.. I to jest bez problemu do policzenia.

Aby zrekompensować ubytek oszczędności odkładanych w OFE i nie wygenerować negatywnych następstw dla wzrostu trzeba: albo zwiekszyć import oszczędności z zagranicy; albo zaproponować inną formę zwiekszenia prywatnych oszczędności.

Oba te rozwiązania obarczone są wieloma ryzykami, nie są zbyt pewne i tym samym ich następstwa stają się trudno policzalne. Pozostańmy jednak w sferze twardych faktów. O oszczędności zagraniczne będzie w najbliższych latach ostro rywalizować mnóstwo krajów. Konkurencja będzie więc duża. A jeśli chodzi o alternatywne formy oszczędzania rezydentów, to proponowane wyjście w postaci możliwości odliczania od podstawy opodatkowania kwot dobrowolnie odkładanych na emeryturę, tym korzystniejsze dla wzrostu gospodarczego, im bardziej agresywne - jest równocześnie proporcjonalnie niekorzystne dla budżetu. Powoduje zaś z całą pewnością konieczność ponownej weryfikacji ścieżki konwergencji fiskalnej.

Przeprowadzone przeze mnie szacunki wskazują, że dla zrekompensowania ubytku przyrostu oszczędności w OFE odpis od podstawy opodatkowania w pierwszych 5 latach obowiązywania nowego systemu powinien wynosić 4 pkt. proc.. Oznaczałoby to jednak smululowany ubytek dochodów budżetu z tytułu PIT rzędu 25 mld PLN. Cudu Tuska w makroekonomii nie będzie. Coś za coś.

Alternatywa jest prosta: uniknięcie negatywnych następstw zmian w OFE dla długoterminowego wzrostu gospodarczego wymaga wolniejszego tempa schodzenia z deficytem, albo odpowiednio większych oszczędności w wydatkach.

Warto, jak sądzę, wzbogacić nieco już nudnawą dyskusję o wyższości ZUS nad OFE o te dwa amputowane, nie najbardziej bagatelne przecież, wątki.        

2011-01-14 13:10
gospodarka, blogi ekspertów zmiany, ofe Komentarze (5)
 Oceń wpis
   

Wielki manifest antyreformatorski, pod jakim podpisał się w Rzeczpospolitej główny doradca do spraw gospodarczych premiera jest dokumentem zawstydzającym i pełnym hipokryzji.

Znacznie prościej byłoby napisać tak: „ludzie, potrzebujemy tych 24 mld złotych, które są dziś ujawnianiem ukrytych jutrzejszych zobowiązań państwa wobec obywateli; potrzebujemy tych pieniędzy, bo bez nich nie potrafimy domknąć budżetów w kilku następnych latach. W roku 2011 gdy zmniejszymy do 2,3 proc. składki przekazywane do OFE budżet zyska ok. 0,9 proc. PKB. My wtedy przez co najmniej rok w zasadzie nic już więcej nie będziemy musieli robić i o to nam chodzi. Zmieścimy się w nowej Aktualizacji Programu Konwergencji i limitach ustawowych, a potem się zobaczy. Musicie nas zrozumieć, tempo ujawniania długu ukrytego zwyczajnie nas przerosło. Nie potrafimy usunąć innych źródeł deficytu, nie wyrabiamy, a działamy pod naciskiem groźby przekroczenia kolejnych progów ostrożnościowych limitujących wielkość długu publicznego w relacji do PKB”.

To by było przynajmniej uczciwe. Na tym polu merytoryczna rozmowa jest jeszcze możliwa. Eksperci są na tego rodzaju argumentację otwarci, bo wbrew panującemu w kręgach rządowych przekonaniu nie są bynajmniej fundamentalistami. Ale z całą pewnością szkoda im czasu na połajanki o tym, jak to przy okazji reformy emerytalnej odstąpiono 11 lat temu od solidarności międzypokoleniowej. Ile razy bowiem można prostować brednie, tak nie wahamy się nazwać tego bredniami, o wyższości przyszłej emerytury z ZUS nad emeryturą z systemu II filarowego? Czy Radzie Gospodarczej przy premierze przystoi mącić ludziom w głowach, straszyć ich niską stopą zastąpienia i sprawiać wrażenie, że to ktoś w OFE chce ich ograbić, a ZUS im tego nie zrobi? Bo jeśli nie, to mamy poważny problem.

Fakty bowiem są nieubłagane: po to, by emerytury z I filara sięgały za 20-30 lat 60 proc. ostatniego wynagrodzenia składki płacone przez pracujących musiałyby być 1,5-2-krotnie wyższe niż dziś. W starzejącym się społeczeństwie, przy mniejszej liczbie ludzi zawodowo aktywnych przypadających na emeryta, żelazna reguła dla systemu, w którym to państwo gwarantuje przyszłe wypłaty, jest prosta: wyższe podatki, albo niższe świadczenia. Doradcom premiera nie wypada więc przeciwstawiać wysokości emerytur w zreformowanym systemie emerytalnym systemowi państwowemu, nie wspominając o koszcie dla pracujących, jaki łączy się z ekwiwalentnością tych świadczeń. Nie wypada tym bardziej, gdy takiego przeciwstawienia dokonują celowo zaniżając stopę zwrotu w II filarze, tak by proponowane przez nich zmiany za bardzo nie kłuły w oczy przyszłych emerytów.

Manipulacje na liczbach, jakich Rada dopuszcza się przy okazji „dyskusji” o kosztach reformy emerytalnej muszą wprawić każdego ekonomistę w konsternację. Jeśli bowiem uchylimy jedno z fundamentalnych założeń tych szacunków, mówiące o tym, że w dłuższym okresie zwrot z aktywów inwestowanych przez OFE lokuje się mniej więcej na poziomie dynamiki PKB, a w to miejsce przyjmiemy empirycznie zweryfikowany wskaźnik zwrotu osiągany przez TFI, który o ponad 2 pkt. proc. przekracza wzrost gospodarczy, to skłanianie ubezpieczonych do powrotu do ZUS, usprawiedliwiane wysokością przyszłych śwadczeń i stopą zastąpienia staje sie czymś więcej niż tylko poważnym merytorycznym uchybieniem.

Przy ostrożnym założeniu, że OFE dają zwrot z aktywów 2 pkt. proc. ponad wzrost PKB, na przeniesieniu całości składki z OFE do ZUS klient straci 30 proc. (1500 zł wg cen 2010) miesięcznej emerytury. Tyle więc będą go na starość kosztować manipulacje doradców gospodarczych premiera z roku 2010.

Powiedzmy to jasno: dla podbudowania założonej a priori tezy o braku wyższości OFE nad ZUS rzeźbi się bez skrupułu w liczbach przyjmując niską stopę zwrotu z OFE; relatywnie wysoką z ZUS; doskonale wiedząc, że na rynkach kapitałowych finansowany jest „lepszy” kawałek gospodarki, a zapisy na zusowskich kontach będą ze względów demograficznych rosły wyraźnie wolniej niż PKB , a więc zwrot z I filara będzie niższy niż z drugiego.  

Solidarność międzypokoleniowa, to nic innego niż propagandowa maczuga, którą wymachuje się w imię dzisiejszych problemów. W rozumieniu szermujących nią osób, oni nam obiecają, że zmuszą pokolenie naszych dzieci i wnuków do składania się na nasze „godne” emerytury, a my w to uwierzymy. Wstyd, panie premierze, słuchać takich porad. A jeszcze większy – stosować się do nich. Wstyd.

Myśmy chcieli doczekać się takiego politycznego przywództwa, które wreszcie zerwie z niechlubną tradycją dojutrkowywania i życia ponad stan. Przywództwa, które wyjrzy ponad dzisiejszy horyzont, którego działania ustanowią podstawy dla dobrobytu kraju na wiele, wiele lat. Czekaliśmy na road map, gdzie pokazane zostałyby terminy i nazwane sposoby odwrócenia wszystkich odstępstw, jakich w okresie ostatnich 11 lat dopuściły się przy reformie systemu emerytalnego wszystkie kolejne rządy. Uwielbiały one być hojne nawet jak ich na to nie było stać, a gospodarka i obywatele nie należący do silnych grup interesu tracili. To przez te ostępstwa i zaniechania koszty reformy emerytalnej zostały znacząco podniesione. Wymieńmy najważniejsze z nich.

W 1998 roku zakładano, że na refundację składek do OFE budżet przeznaczy przychody z prywatyzacji w łącznej wysokości 14 proc. PKB, czego nie dotrzymano.

Nie podniesiono ustawowego wieku emerytalnego kobiet, co miano zgodnie z pierwotnymi zalożeniami reformy zrobić. Kosztuje to finanse państwa 17mld złotych rocznie, a kobietom obniża przyszłe emerytury o 30 proc.

W 2003 roku wyłączono z powszechnego systemu emerytalnego pracowników służb mundurowych, a w 2005 roku górników. W 2008 roku koszty wcześniejszych emerytur tych grup wyniosły odpowiednio ok. 5 mld i ok. 6,5 mld PLN. Dziś te koszty są już większe i będą dalej rosły.

O dwa lata (2007-2008) opóźniono ograniczenie możliwości przechodzenia na wcześniejsze emerytury. Konsekwencją było poniesienie kosztów wykonania wyroku TK, który zakwestionował nierówne prawa kobiet i mężczyzn. Finansowo oznaczało to dla budżetu koszty rzędu 2,5 mld w roku 2009 i prawie 7 mld PLN w 2010. Widząc eksplozję wcześniejszych emerytur, rząd wreszcie poszedł po rozum do głowy i je zlikwidował. Kosztem politycznym, pewnie trudnym do uniknięcia, z czego doskonale zdajemy sobie sprawę jest wydatek ok. 1,3 mld PLN rocznie na świadczenia kompensacyjne dla nauczycieli.

Od 2007 r. wszystkie świadczenia społeczne, w tym emerytury, wypłacane przez ZUS są znów corocznie waloryzowane o wskaźnik inflacji powiększony o 20 proc. realnego wzrostu przeciętnych wynagrodzeń w gospodarce. Te nieplanowane wcześniej koszty to ok. 1 mld PLN rocznie.

Zapomniano też o dostosowaniu systemu rentowego do nowego sposobu wyliczania emerytur. Zamiast tego obniżono składkę rentową doprowadzając fundusz rentowy od nadwyżki do 18 mld deficytu.  Ten przykład strategii „zastaw się, a postaw się”, oprócz namacalnego wymiaru finansowego oznacza, że w przyszłości emerytury mogą być niższe od rent z tytułu niezdolności do pracy.

Chcieliśmy o tym wszystkim dyskutować. Bo przecież jest o czym. Chcieliśmy rzetelnego przedstawienia rachunku kosztów i metod jego redukowania w okresie wielu najbliższych lat. Na powrocie do zaniechanych zmian powinno, naszym zdaniem, polegać dokończenie reformy emerytalnej. Na tym i na poprawie funkcjonowania OFE, bo tu procentują już doświadczenia. Wokół tych kwestii trzeba budować społeczny i polityczny consens. Jesteśmy też w pełni świadomi, że budżet potrzebuje natychmiast jakiejś krótkookresowej ulgi, która pozwoli zmniejszyć bieżące napięcia fiskalne. Wiemy, że to ważne w okresie tak wielkich perturbacji na rynkach finansowych. Nie jesteśmy politykami, ale nie znaczy to, że nie mamy zrozumienia dla politycznych uwarunkowań sprawowania w sposób odpowiedzialny władzy.

I o tym byliśmy gotowi dyskutować. Na tym polu się ścierać. A czego się doczekaliśmy? Udokumentowanej fałszywymi przesłankami, pełnej liczbowych manipulacji, próby dyskredytacji od A do Z II filara systemu emerytalnego. A wszystko to w cieniu niedwuznacznych insynuacji padających z ust przedstawicieli rządu, że lobby OFE jest silne. Bardzo to smutne. W takiej dyskusji nie zamierzamy uczestniczyć. Uważamy, że zrobiliśmy co do nas należało: lojalnie ostrzegliśmy przed próbą manipulacji i niepodejmowania trudnej debaty dla osiągnięcia doraźnych korzyści.

PS. Już po napisaniu i wydrukowaniu w Rzeczpospolitej zbliżonej wersji tego tekstu, którego współautorem jest Maciej Bukowski, rząd ogłosił propozycję zredukowania od 2 kwartału 2011 składki do OFE do 2,3 proc. wynagrodzenia, kierowania dodatkowych 5 proc. do ZUS. Towarzyszy temu obietnica zwiększenia składki lokowanej w OFE do 3,5 proc. począwszy od roku 2017 oraz wprowadzenia począwszy od 2012 roku prawa do odliczania od podstawy opodatkowania PIT 2 proc. lokowanych w formie odobrowolnych szczędności emerytalnych w III filarze.

Oznacza to, moim zdaniem, 3 rzeczy: po pierwsze - trwałe zredukowanie o co najmniej połowę II filara, co ma znaczenie nie tylko dla wielkości świadczeń, ale też dla możliwości przetrwania na rynku mniejszych PTE; po drugie - wzrost prawdopodobieństwa redukcji emerytur z II filara lub podwyższenia składki emerytalnej od roku 2017; po trzecie - ubytek w dochodach budżetu rzędu 5-6 mld PLN począwszy od roku 2012.

W sumie operacja o istotnym znaczeniu dla finansów publicznych, wpływająca na wielkość przyszlych emerytur i zobowiązań państwa w perspektywie 20-30 lat, została ogłoszona w trybie karygodnym, bez wystarczająco solidnych obliczeń i oszacowania jej krótko i długo termnowych skutków.

 

2011-01-02 20:20
gospodarka, blogi ekspertów zmiany, ofe Komentarze (6)