O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

Dla wyniku budżetu państwa pierwszy miesiąc 2011 był trochę pomyślniejszy niż początek ubiegłego roku. Przy zbliżonych procentowych wykonaniach w stosunku do rocznego planu zarówno dochodów, jak wydatków deficyt sięgnął niespełna 7 proc. poziomu zapisanego na cały rok (9,3 proc. w 2010). Potwierdza to tezę, o lepszym, bardziej wiarygodnym niż w ubiegłym roku skonstruowaniu projektu budżetu.

O trendach w zakresie dochodów podatkowych coś więcej da się jednak powiedzieć tak naprawdę dopiero po zakończeniu 1 kwartału. Już teraz jednak wstępne szacunki pozwalają stwierdzić, że przyjęty w ustawie budżetowej poziom dochodów z tytułu wpłaty zysku NBP będzie kilkakrotnie wyższy. Zamiast zapisanego 1,7 mld PLN będzie to najprawdopodobniej ok. 6-7 mld PLN. Nie sądzę jednak, żeby zwiększyło to zasadniczo prawdopodobieństwo przekroczenia dochodów niepodatkowych ogółem (28 mld PLN), z uwagi na bardzo wysoki plan dochodów z tytułu kar, grzywien i odsetek (18,7 mld, wobec 10,6 mld rok wcześniej).

Grudniowa anomalia?

Jednak to nie wykonanie budżetu na początku roku przykuwa teraz uwagę analityków. Znacznie bardziej interesujące rzeczy dotyczą przeszłości. Otóż, na początku marca 2011 wciąż jeszcze nie znamy ostatecznego wyniku budżetu państwa za 2010. Ministerstwo Finansów jest pod tym względem karygodnie opóźnione. W ubiegłym roku szacunek wykonania budżetu za 2009 podany został 2 lutego. Rok wcześniej MF było jeszcze sprawniejsze, bo wynik za 2008 podany został już 19 stycznia.

Co jest przyczyną tak dużego tegorocznego opóźnienia? Można się tylko domyślać, że trudności z oszacowaniem wyniku budżetu państwa pozostają w jakimś związku z ogólniejszym problemem terminowego nadążenia z podaniem KE precyzyjnego planu schodzenia z deficytem sektora do wyniku poniżej 3 proc. PKB w roku 2012. Bardzo też nieszczęśliwie – moim zdaniem – składa się, że premier odwołał prezesa GUS przed notyfikacją do Eurostatu wyniku sektora za 2010 rok. Trzeba przyznać, że wszystko to razem nie buduje atmosfery zaufania do władz polskich wśród inwestorów z rynków finansowych, o czym dobrze wiem na podstawie wielu z nimi rozmów. Gotów jestem też założyć się, że dane z Polski o finansach publicznych będą w tym roku drobiazgowo badane przez Eurostat i KE.

Jedynymi dostępnymi dziś oficjalnymi danymi o wynikach sektora za ubiegły rok są informacje z pierwszego numeru tegorocznego Biuletynu Statystycznego GUS, a konkretnie z Tablicy 24 „Źródła i sposób wydatkowania środków pieniężnych przez jednostki szczebla centralnego sektora instytucji rządowych i samorządowych według metodologii Międzynarodowego Funduszu Walutowego” (Finanse Państwa, str. 85). Dane te, w ujęciu kasowym, obejmują już też cały ostatni kwartał 2010 (nie są one jednak w pełni kompatybilne z danymi dla Eurostatu). I to właśnie w grudniu, którego MF do tej pory jeszcze nie oszacował, widać tu rzeczy zaskakujące.

Po stronie wpływów pieniężnych w kategorii dotacje znajdujemy kwotę 1247 mln PLN. To wielokrotnie więcej od wpływów z poprzednich miesięcy ostatniego kwartału, kiedy wyniosły one odpowiednio 358 i 393 mln PLN. Wpływy są przy tym blisko 6-krotnie wyższe niż w grudniu 2009. W połowie roku, w czerwcu, wpływy też co prawda ostro skaczą (do 1136 mln z 417 mln w kwietniu i 361 w maju), ale po stronie płatności widzimy ustabilizowany poziom wydatków (w przedziale 8302-10678 mln). Trudno tu więc mówić o jakiejś sezonowości, czy powtarzającym się wzorcu rozkładu dochodów-wydatków w trakcie roku.  

 W grudniu ubiegłego 2010 mamy jakaś wymagającą wyjaśnień anomalię. Tym bardziej, że po stronie płatności mamy sytuację o 180 stopniu odwrotną niż po stronie dochodów. Otóż, płatności kasowe były akurat ponad 3-krotnie mniejsze (3109 mln) niż w grudniu 2010 (11871 mln) i dramatycznie (2-3-krotnie) mniejsze niż w 2 poprzenich miesiącach kwartału (odpowiednio: 7500 mln i 10898 mln).

Wyjaśnieniem nie mogą w tym wypadku być z pewnością same zmiany kursowe, ponieważ nie dotknęły one w tym samym stopniu dochodów i wydatków. Wyraźnie widać, że wpływy wzrosły, a płatności zostały zredukowane. Być może po stronie wplywów zaksięgowany został w grudniu „bonus” z KE za dobre wyniki w absorbcji środków z kończącej się perspektywy finansowej. Ale co w takim razie stało się z płatnościami?

Trudno tę anomalię wyjaśnić bez dostępu do informacji z MF, które dostarcza dane GUS-owi. Ale jej następstwa są dość oczywiste: w wyniku większych wpływów i mniejszych płatności wynik sektora finansów publicznych musiał się oczywiście poprawić. Na ile? Trudno powiedzieć.  

Według moich szacunków, które - co chciałbym wyraźnie podkreślić - nie brały jednak pod uwagę możliwości tak dramatycznej poprawy pozycji fiskalnej w ostatnim miesiącu roku, deficyt całego sektora za 2010 sięgnął 8,3 proc. PKB. Ujemny wynik budżetu państwa za ubiegły rok wahał się zaś w przedziale 46-47 mld PLN, czyli był lepszy od planu o ok. 5-6 mld PLN.

W tej sytuacji możliwość zredukowania deficytu GG do 3 proc. PKB w roku 2012 wydaje się mało realna. Wypada szczerze obawiać się o wiarygodność aktualizacji programu konwergencji, który niezależnie od wyjaśnień, jakich Bruksela domaga się w ramach monitorowania przebiegu wychodzenia z procedury nadmiernego deficytu, musi zostać przesłana KE w kwietniu.

Moje oszacowania wskazują również, że bez zmian w zasadach refinansowania ZUS ubytku składki przekazywanej do OFE nie będzie w tym roku możliwe zmieszczenie się poniżej 55 proc. limitu długu w relacji do PKB. Nie ma możliwości zaoszczędzenia w tym roku gdzie indziej kwoty 12 mld PLN, jakie dać może obcięcie składki do OFE. Jeśli naturalnie pominąć podwyżkę podatków pośrednich, akcyzy lub składki rentowej, na co się raczej nie zanosi. Upór, z jakim mnister finansów forsuje zmniejszenie gotówkowej części składki alokowanej w OFE do 2,3 proc. staje się w tej sytuacji znacznie bardziej zrozumiały.

Ryzyka zmian w OFE dla finansowania długu

Nieco mniej zrozumiałe pozostaje, dlaczego minister finansów nie uporał się w prosty sposób z problemem, na jaki napotkamy ze strony Brukseli przy autoryzacji naszego programu konwergencji fiskalnej. Dlaczego odrzucona została propozycja regresywnego odliczania od długu kosztów reformy emerytalnej w okresie kolejnych 5 lat począwszy od 100 proc. w roku 2012? Dlaczego tolerowanie przy wdrożonej EDP deficytu o 1 pkt. proc. PKB wyższego od 3 proc. nominalnego kryterium nie satysfakcjonowało naszego rządu?  Zyskalibyśmy 5 lat na strukturalne reformy, równoważenie finansów publicznych i nie mielibyśmy na głowie Brukseli.

A tak mamy nie tylko problem z Brukselą, ale i wewnętrzny problem z OFE. Bo przy całym zrozumieniu dla konieczności znalezienia w 3 lata 90 mld PLN, operacja z OFE generuje dla finansów publicznych sporo rynkowych ryzyk o nierozpoznanej skali.

Jeśli założyć, że większość zmniejszonej składki gotówkowej zostanie przez OFE ulokowana w  akcjach, to mamy – na przykład – poważny problem petryfikacji aktualnej podmiotowej struktury popytu na obligacje rządowe. A struktura ta wystawia nas na ryzyko popytu zgłaszanego przez nierezydentów. Widzę potencjalnie duży problem ze stabilizacją popytu zagranicznego na nowy dług polski na ubiegłorocznym poziomie blisko 90 proc.. Emisje będą mniejsze, to prawda. Ale, jak wyglądać będzie awersja zagranicy do inwestowania w segmencie EM? Co w razie obniżenia ratingu inwestycyjnego Polski?

Stąd petryfikowanie dużej zależności popytu na nasz dług od zagranicy w czasach tak bardzo jak teraz zmiennej awersji do ryzyka uznać można za gruby błąd. Mnister finansów musi chyba zdawać sobie sprawę z łączącego się z tym ryzyka. Dlatego w propozycjach rządowych liberalizacja limitów inwestycyjnych dla OFE postępuje w tak ślimaczym tempie. Minister potępiając mielenie obligacji przez OFE, zarazem stara sie je ustawowo zmusić do inwestowania w kilku pierwszych latach zmniejszonej składki w tych samych, co teraz proporcjach, czyli dalej w lwiej części w obligacje. Bo to daje odrobinę pewności, że jakiś popyt na nowy dług ze strony instytucjonalnych rezydentów jednak będzie.

2011-02-28 10:06
gospodarka, blogi ekspertów budżet 2010, opóźnienia Komentarze (14)
 Oceń wpis
   

Po opublikowaniu w Polityce tekstu Władyki i Janickiego "Bunt elit" napisalem krotką polemikę. Redaktor Poprzeczko poinformował mnie, że tekst zostanie wydrukowany. Faktycznie został. Jako skrocony list do redakcji, opatrzony niedorzecznym dopiskiem autorów.

W związku z tym do red. Baczyńskiego i Poprzeczki wysłałem następującego maila:

Moi drodzy,

nie trzeba mi tlumaczyc, na czym polega roznica miedzy polemicznym tekstem, a listem do redakcji. Mysle, ze nikomu tego tlumaczyc nie trzeba. Listow do redakcji nie pisuje z zasady. Nawet do FT, a co dopiero mowic o Polityce. Czasami za to, jak mnie cos poruszy, pisuje polemiki. Rowniez bez wieloletniej znajomosci, ktora mnie z wami laczy uwazlbym za nieprzyzwoite nie zawiadomienie autora, ze redakcja chce jego tekst zamiescic jako list, skrocony i opatrzony na dodatek komentarzem. A poniewaz sie znamy uwazam to nawet za cos znacznie gorszego niz nieprzyzwoitosc. Tym bardziej, ze w wymianie korespondencji miedzy Jackiem a mna taka ewentualnosc sie nie pojawila.

Temat, ktory poruszylem wydal mi sie wazny. Wam mogl sie wydac mniej wazny. Wasze sprawa. Ale moim prawem jest, zeby zgadzac sie lub nie na skroty i na forme prezentacji wlasnych pogladow czytelnikom. Chcialbym, zebyscie wiedzieli, ze nie zgodzilbym sie na wydrukowanie mojej polemiki w postaci listu. Po takich doswiadczeniach nigdy wiecej nie zamierzam juz reagowac na to, co w Polityce przeczytam. Jesli o to wam chodzilo, to melduje: cel osiagneliscie.

Nie doczekałem się żadnej reakcji. Dlatego pełny tekst polemiki publikuję w blogu.

 

Jako czynny „uczestnik frontu odmowy wobec Platformy Obywatelskiej” – wedle terminologii panów Władyki i Janickiego (Polityka) – a w rzeczywistości tylko jeden z krytyków rządowej strategii „kupowania czasu” w polityce gospodarczej, muszę na wstępie zadeklarować: nie jestem idiotą.

 

Nie zakładam więc milcząco, że po wygranych wyborach PiS z zapałem wziąłby się do implementacji zalecanych przez nas reform. Milcząco zakładam natomiast, że w ustroju demokratycznym merytoryczna krytyka mądry rząd wzmacnia, a nie osłabia. Bo mądry rząd albo bierze z merytorycznej krytyki to, co w niej najlepsze, albo w rzetelnej debacie potrafi dowieść, że ma rację. Mądry rząd, to – w mojej opinii – nie jest rząd, który swoich krytyków nazywa pseudoekspertami, a ich argumenty bzdurami, po czym okopuje się na pozycjach nie do obrony.

I tu się wyraźnie różnimy. Panowie Władyka i Janicki bowiem – w czym nie są zresztą oryginalni - najwyraźniej milcząco zakładają, że demokracja funkcjonuje jednak inaczej. Demokracja – w ich rozumieniu – to ustrój, który każe ekspertom merytoryczną krytykę rządzących oktrojować wedle stopnia zagrożenia, jaki łączy się z dojściem do władzy niebezpiecznej opozycji.

Na to zgody nie ma i nie będzie. To jest propozycja demokracji plemiennej. Nasze plemię jest lepsze niż ich plemię, dlatego traktujemy je inaczej, łagodniej z większą wyrozumiałością, bo bliższego sobie mieć już przecież nie będziemy. Tyle razy ostatnio to słyszę. Tyle razy o tym czytam.

Nie jestem wyznawcą demokracji plemienno-szczepowej. Nigdy nim nie byłem. I nie będę. Nawet pod wpływem takich ludzi, jak Waldek Kuczyński, z którym od dłuższego czasu korespondujemy sobie na temat braku poczucia odpowiedzialności za słowo u ekonomistów. Mam już szczerze dość pouczania mnie i moich kolegów, że przyczyniamy się naszą krytyką polityki gospodarczej rządu do zwycięstwa „większego zła”; że powinniśmy milczeć, bo po nich przyjdą gorsi i ci to dopiero dadzą nam w kość; że to przez nas Platormie spada.

Otóż, guzik prawda. Ekonomiści sprzeciwiając się szkodliwym pomysłom rządu – jakiegokolwiek rządu - robią po prostu swoją robotę. Najlepiej, jak potrafią. Tu nic się od lat nie zmienia. Dlaczego niby ma się zmienić teraz? Bo PiS...? Pytam: jakbyśmy sie czuli, gdybyśmy dziś ugryźli się w język, a PiS, kiedyś tam, w odległej przyszłości po tryumfie wyborczym zabrałby się za dokończenie dzieła niszczenia II filara emerytalnego? Przecież mówiliby nam, że oni tylko twórczo ciagną dzieło poprzedników. I pytaliby nas: gdzie wtedy byliście, ekonomiści, dlaczego milczeliście? W pełni uwiarygadniałoby to tezę o politycznych motywach, jakimi kierują się zewnętrzni eksperci oceniający linię gospodarczą rządu.

Platformie spada  nie dlatego, że ekonomistom nie podoba się jej polityka gospodarcza i głośno, od dawna, dają temu wyraz. Platformie spada, bo prowadzi złą politykę gospodarczą, pełną przemilczeń, wykrętów , zakrętów. Bo gra na zwłokę i końca tej gry nie widać. Obsesja pięciu osób z kręgów rządowych na tle reformy emerytalnej, to tylko końcowy etap tej trwającej latami gry na zwłokę. Zamiast programu reform doczekaliśmy się odkrycia systemowego błędu w reformie emerytalnej, propozycji budzących nasz głęboki niepokój i kolejnych obietnic na przyszłość. Ocena wykonalności tych obietnic, czystko pragmatycznego punktu widzenia, nie wygląda zaś najlepiej. Projekt budżetu na rok 2012 będzie musiał być przygotowany przed wyborami. Będzie tam łatwiej niż dziś wcisnąć jakieś ważne systemowe reformy? Czy po wyborach Platforma oflankowana przez SLD, PSL, PJN będzie mocniejsza, bardziej skłonna do forsowania reform niż dziś? Porozmawiajmy o tym. Zastanówmy się. W duchu pragmatyzmu, do którego jesteśmy nawoływani.

Za nasz profsjonalny sprzeciw stawiani jesteśmy do kąta przez platformersów i sympatyzujących z nimi pragmatycznych dziennikarzy. Czyni się nas odpowiedzialnymi za wzrost szans opozycji w nadchodzących wyborach. Przecież to absurd. Stawianie spraw na głowie. Krytyka w wykonaniu ekspertów nie może być plemienna i koniunkturalna. Musi być rzeczowa. Mądrzy przywódcy mają obowiązek się w nią wsłuchiwać, a nie ekspertów obrażać i z przymrużeniem oka traktować jako naiwniaków i politycznych analfabetów. PiS rozłoży kraj na łopatki. Już raz to zrobil. Ale to trwa chwilę. Ciężką chwilę, ale przecież tylko chwilę. I później już PiS nie ma. Bo tak właśnie działa zdrowa demokracja wyposażona w skuteczny system immunologiczny. A jak zaczniemy uprawiać plemienną politykę, szczepową krytykę, to rozłożymy kraj skutecznie. Tyle, że na dłużej. I demokracjia wyjdzie z tego solidnie pokiereszowana.

Jeśli mogę coś bezinteresownie poradzić panom Władyce i Janickiemu, to tylko tyle, by zmienili adresata swoich apeli o zrozumienie racji stanu. Ale to jest tylko rada. Nie instrukcja. Dlatego mogą sobie z nią zrobić, co zechcą.

 

2011-02-24 22:37
gospodarka, blogi ekspertów polityka, Władyka, Janicki Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

Tło, na którym toczy się emocjonalna dyskusja o przyszłości drugiego filara emerytalnego w Polsce jest czytelne dla każdego średnio rozgarniętego ekonomisty. Sytuacja finansów publicznych jest dramatyczna. Stoimy wobec konieczności natychmiastowego ograniczenia deficytu w jednym tylko okresie rozliczeniowym, czyli w tym roku na kwotę nie mniejszą niż 18 miliardów złotych oraz o kolejne ponad 50 mld do roku 2013, po to by zejść z deficytem sektora finansów publicznych poniżej 3 proc.. O ile rząd będzie chciał zrealizować swoje dość buńczuczne zapowiedzi zejścia z deficytem poniżej 2 proc. PKB, to dostosowanie fiskalne do roku 2013 będzie musiało łącznie sięgać 90 mld PLN. Czegoś takiego dotąd jeszcze nie przerabialiśmy.

Zostawmy na boku wyliczankę przyczyn, które złożyły się na tę głęboką zapaść w naszych finansach publicznych. Nie ma to w tej chwili większego znaczenia dla ekonomistów. Może je mieć dla polityków, którzy będą się nawzajem okładać własnymi grzechami. Poprzestańmy jedynie na stwierdzeniu, że w oficjalnych enuncjacjach ministra finansów w ostatnich trzech latach ze świecą można by szukać ostrzeżeń przed rzeczywistą skalą wyzwań stojących przed finansami publicznymi w najbliższych latach. Dużo tam było za to optymizmu. Zdecydowanie za dużo. Można mieć o to do niego uzasadnione pretensje. Ostrzegawcze głosy ekonomistów były lekceważone.

Teraz globalny kryzys doprowadził nas do ściany. Sięgający ponad 8 proc. PKB deficyt sektora kłuje w oczy zagranicznych inwestorów. W ostatnim roku wykupili oni blisko 80 proc. nowego długu emitowanego przez polski rząd. Teraz się denerwują. Jest tylko kwestią czasu, kiedy agencje obetną nam rating, co zwiększy ryzyko inwestycyjne, czyli podniesie koszty obsługi długu i finansowania. Do tego dochodzi rozpoczęcie cyklu podwyżek stóp procentowych przez NBP, co generuje straty u posiadaczy naszych obligacji. Nie sprzyja nam wewnętrzny kalendarz polityczny. Kryzys na świecie daleki jest od zakończenie. Na rynku finansowym dominuje wciąż niepewność. W takich warunkach minister finansów musi w trzy lata znaleźć nie mniej niż 70 mld złotych. Jak?       

Czysta alternatywa ekonomiczna

Dla ekonomisty sytuacja jest jasna. Rozwiązanie dające natychmiastowe efekty o wymaganej skali sprowadza się do wyboru: podwyżka podatków (dochodowych, pośrednich lub obu) albo wzrost obciążeń nakładanych na pracę, czyli podwyżka obniżonej 2 lata temu składki rentowej (wzrost klina podatkowego).

Z takiej alternatywy ekonomista wybrałby oczywiście podniesienie podatków konsumpcyjnych, jako rozwiązanie systemowo najczystsze i najmniej szkodliwe dla gospodarki w dłuższym okresie. Jest to jednak rozwiązanie obciążone wysokim kosztem politycznym. Pozostałe rozwiązanie, czyli podatki dochodowe i wzrost klina podatkowego są ekonomicznie znacznie bardziej dotkliwe, bo pociągają za sobą wzrost bezrobocia i ostre spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego.  Są przy tym również kosztowne politycznie.

Wybór któregoś rozwiązania z czystej alternatywy ekonomicznej powienien zostać naturalnie dopełniony przez długofalowe działania o charakterze strukturalnym, domykające deficyt w funduszu ubezpieczeń społecznych. Implementacja tych dobrze rozpoznanych rozwiązań (skatalogowanych powtórnie w dokumentacji FOR Leszka Balcerowicza), rozłożona na okres wieloletni, obciążona jest dużymi kosztami politycznymi. Owocuje też relatywnie niewielkimi wobec skali potrzeb oszczędnościami w krótkim okresie (do 3 lat). A na nim skupia się w tej chwili uwaga rządu i rynku finansowego. Oszczędności rosną jednak w miarę upływu czasu, a przy tym system zostaje domknięty w sposób optymalny z punktu widzenia zrównoważonego długofalowego wzrostu.

Brudne rozwiązanie, czyli OFE

To właśnie za sprawą relatywnie niskich, jak na potrzeby chwili, oszczędności oraz wysokich kosztów politycznych, czysta alternatywa ekonomiczna została przez polityków zastąpiona „brudnym” rozwiązaniem w postaci trwałych zmian w funkcjonowaniu OFE.

Istota rzeczy sprowadza się tu do zmniejszenie kosztów refundacji ZUS-owi przez budżet składki odprowadzanej do OFE. Daje to natychmiastowe oszczędności rzędu 0,8 proc. PKB (w tym roku 15 mld PLN). Oszczędności bieżące rosną następnie z upływem czasu. Podczas gdy koszty, w postaci konieczności wypłaty w przyszłości zwiększonych emerytur w systemie pay as you go z I filara, zostają przerzucone na okresy późniejsze.

Inaczej mówiąc: efekty w wymaganej skali są natychmiastowe, a kosztów bieżących nie widać, bo zostają na powrót ukryte w systemie i odłożone w czasie. Politycy to lubią. Takie rozwiązanie oznacza podjęcie przez rząd w imieniu pokolenia naszych dzieci i wnuków (przyszłych podatników), w imię poprawy bieżącej pozycji fiskalnej, zobowiązania wypłaty emerytur dla ludzi dziś zawodowo aktywnych. Nie miejsce tu, by wdawać się w egzegezę właściwie interpretowanego pojęcia „miedzypokoleniowej solidarności”. Poprzestańmy jedynie na twierdzeniu, że istota reformy emerytalnej, zapoczątkowanej przed dwunastu laty, sprowadzała się do tego, by te zobowiązania naszych dzieci i wnuków poważnie zredukować. I to się najwyraźniej – co dziś już widać - nie uda.

Teoretycznie rozwiązanie wybrane przez rząd, czyli zmniejszenie bieżących wysokich kosztów reformy emerytalnej i przerzucenie kosztów utrzymania systemu emerytalnego na okresy późniejsze, nie jest obciążone kosztami politycznymi w postaci utraty poparcia społecznego, jakie towarzyszyłyby implementacji któregoś z rozwiązań z czystej alternatywy ekonomicznej. I jest przy tym skuteczne. Tak przynajmniej zdają się sądzić adwokaci rządowej propozycji zmian w OFE.

Ci wstętni eksperci

Opozycja ze strony środowiska ekonomistów generuje jednak pewien nie do końca oszacowany koszt polityczny. Stąd właśnie, jak sądzę, w argumentacji strony rządowej pojawiła się retoryka „naprawy systemu emerytalnego”. Jasność przekazu, co do celu proponowanych działań została jednak tym samym zakłócona. Zwróćmy uwagę, że jeszcze na starcie dyskusji o OFE mowa była jedynie o oszczędnościach budżetu na kosztach reformy i poprawie efektywności otwartych funduszy emerytalnych. Ale teraz, kiedy przysłuchać się wymianie zdań między panami Balcerowiczem i Bieleckim, to chodzi już jakby o coś zupełnie innego. Nieważne w tej chwili, co to jest. Ważne, że zatracona tu zostaje istota rzeczy, a jest nią – powtarzam raz jeszcze – potrzeba znalezienia w 3 lata 70 mld złotych, po to, by z Polski nie zrobić Grecji, a zarazem nie zniszczyć jednej z najważniejszych reform strukturalnych w postkomunistycznej Polsce. To chyba wystarczająco poważne wyzwania, prawda?

Dla jasności przekazu trzeba jednak powiedzieć wyraźnie: to, co rząd usiłuje obecnie sprzedać opinii publicznej, jako naprawę systemu emerytalnego nie jest żadną naprawą. Jest to w kategoriach ekonomicznych jedynie inne rozłożenie kosztów systemu emerytalnego w czasie: mniej dotkliwe dla obecnego podatnika i budżetu – bardziej za to dla przyszłych. Cofa nas to do modelu finansowania ubezpieczeń społecznych sprzed roku 1999. Ale łączna wielkość zobowiązań państwa z tego tytułu nie ulega zmianie ani na jotę.

Miejsce na merytoryczną dyskusję i kompromis

Niekwestionowana konieczność znalezienia w finansach publicznych kwoty nie mniejszej niż 70 mld PLN w okresie jedynie 3 lat  oraz zrozumienie dla ograniczeń politycznych towarzyszących wyborowi ktoregoś z wariantów czystej alternatywy ekonomicznej, skłoniła część środowiska ekonomicznego do wyjścia z propozycją kompromisową. Nigdy nie była ona publicznie dyskutowana. Zamiast tego odbywa się rządowa bitwa z Balcerowiczem.

Istota kompromisu sprowadza się do zaakceptowania w okresie przejściowym wolniejszego tempa ujawniania długu ukrytego, czyli zgody na niższe składki do OFE na 3-4 najbliższe lata, obwarowanej jednak pewnymi warunkami. Chodzi o precyzyjny wieloletni program reform strukturalnych domykających deficyt w I filarze, czyli o wyeliminowanie odstępstw od reformy emerytalnej z okresu ostatnich 12 lat (ich katalog zawarty jest w ramce).

Koszt reformy emerytalnej został znacząco podniesiony przez odstępstwa od jej zasad, jakich dopuściły się kolejne rządy w minionych 11 latach. Jakie to były odstępstwa? Ile nas kosztują i będą kosztować?

W 1998 roku zakładano, że na refundację składek do OFE budżet przeznaczy przychody z prywatyzacji w łącznej wysokości 14 proc. PKB;

Nie podwyższono minimalnego wieku emerytalnego kobiet;

 

W 2003 r. wyłączono z powszechnego systemu emerytalnego pracowników rozpoczynających pracę w służbach mundurowych. W 2005 roku wyłączono z powszechnego systemu emerytalnego górników. W 2008 roku koszty wcześniejszych emerytur służb mundurowych wyniosły ok. 5 mld, a górników ok. 6,5 mld PLN. Wedle szacunków MPiPS z 2005 roku całkowity koszt wcześniejszych emerytur górniczych w latach 2005-2020 wyniesie 70 mld złotych;

 

O dwa lata (2007-2008) opóźniono ograniczenie możliwości przechodzenia na wcześniejsze emerytury. Dodatkowo, umożliwienie przechodzenia na wcześniejsze emerytury mężczyznom, którzy w 2008 roku mieli od 6o-64 lat (wykonanie wyroku TK, który zakwestionował nierówne prawa kobiet i mężczyzn do wcześniejszych emerytur). W latach 2006-2008 liczba nowo przyznanych wczesnych emerytur w systemie pozarolniczym wynosiła odpowiednio 84, 177 i 292 tys. Skumulowane koszty wpuszczenia do systemu 100 tys. nowych wczesnych emerytów to ok. 8,5 mld zł. (1,5 mld zł rocznie). Zatem w 2009 i 2010 roku koszty opóźnienia likwidacji wcześniejszych emerytur o 2 lata wyniosą odpowiednio 2,5 mld i prawie 7 mld PLN;

 

Z systemu emerytur pomostowych wyłączono nauczycieli. Stworzenie świadczeń kompensacyjnych oznacza dla budżetu koszt rzędu 1,3 mld PLN rocznie;

 

Od 2007 r. wszystkie świadczenia społeczne, w tym emerytury, wypłacane przez ZUS są znów corocznie waloryzowane o wskaźnik inflacji powiększony o  20 proc. realnego wzrostu przeciętnych wynagrodzeń w gospodarce. Oznacza to nieplanowane koszty w wysokości 1 mld PLN rocznie;

 

Do dzisiaj nie wprowadzono bezpiecznych funduszy emerytalnych typu B, przewidzianych pierwotnie w planie reformy od roku 2005. Chcąc łagodzić skutki tego zaniechania dla osób, które przystąpiły do OFE i przejdą na emeryturę w ciągu najbliższych 4 lat rząd umożliwił występowanie z OFE i przejście na tzw. emeryturę mieszaną. Dodatkowe koszty dla budżetu z tytułu  rezygnacji z OFE to ok. 0,45 mld PLN;

 

Do dzisiaj nie dostosowano systemu rentowego do nowego sposobu wyliczania emerytur. zamiast tego obniżono składkę rentową doprowadzając fundusz rentowy od nadwyżki do 17 mld deficytu.  To zaniechanie oprócz namacalnego już teraz wymiaru finansowego oznacza, że w przyszłości emerytury mogą być niższe od rent z tytułu niezdolności do pracy;

 

Koszt reformy emerytalnej miał być z założenia pokrywany przez przychody z prywatyzacji. To założenie nigdy nie zostało zrealizowane, bo przychody prywatyzacyjne były zużywane na inne niecierpiace zwłoki cele. Jest to właściwość przynależna polskiemu budźetowi (patrz przypadek rezerwy demograficznej i nie tylko). Albo – zwyczajnie – prywatyzacji nie było, to i nie było przychodów. Jak za rządów PiS. Dlatego w terminologii budżetowej powstało i na dobre się ugruntowało pokrętne pojęcie „ujemne saldo przychodów z prywatyzacji”. Ten dziwoląg, przełożony na ludzki język znaczy: tyle właśnie zabrakło na pokrycie kosztów ubytki składki emerytalnej dla ZUS.

Między styczniem 1999 a końcem 2010 skumulowane przychody z tytułu prywatyzacji wyniosły 102 mld brutto i 74,036 mln netto. W tym czasie składka przekazana przez ZUS do OFE to 152 058 mln zł. Wskaźnik pokrycia kosztów reformy emerytalnej w Polsce odniesiony do dochodów netto wyniósł więc do tej pory 48,1 proc. Realny koszt reformy, to 52 proc. przekazanej składki. Jeśli dodać do tego (choć zdania wśród ekonomistów są tu różne) odsetki od długu wyemitowanego na potrzebę pokrycia ubytku składki (ok. 70 mld), koszt wzrośnie do 66,4 proc.. Jest to koszt wysoki, który został istotnie podniesiony przez totalne zastopowanie prywatyzacji w latach 2005-2009.

Chodzi też o pilne wdrożenie wybranych przedsięwzięć, wskazanych w przygotowanym przez Radę Gospodarczą przy premierze, choć nieujawnionym, szerokim menu. Część z nich przynosi natychmiastowe oszczędności w wydatkach lub wzrost dochodów.

Wielkość czasowego obniżenia  składki zależy od tego, ile oszczędności na domykaniu deficytu w I filarze uda się uzyskać w określonym czasie, tak żeby wyjść na konieczną redukcję deficytu. O tych proporcjach można więc jeszcze dyskutować. Podział zaproponowany przez rząd: 2,3 proc. do OFE i 5 proc. do ZUS z obecnych 7,3 proc. wynagrodzenia przekazywanego OFE nie może być ostateczny. Pole dla dialogu zanika, jeśli rząd przedstawia swoją propozycję, jako rozwiązanie trwałe, a nie tymczasowe, a przy tym najlepsze dla gospodarki, podatnika i przyszłego emeryta. Kompromisu nie się bowiem zbudować na głębokiej nieprawdzie.

2011-02-01 11:37
gospodarka, blogi ekspertów zmiany, ofe Komentarze (9)