O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   
Dyskusja o reformie emerytalnej, skrótowo zwana dyskusją o OFE, ma niesamowitą dynamikę. Zaczęła się niedawno i dość obiecująco - projektem zmian podnoszących efektywność funduszy o zdefiniowanej składce. A teraz, ledwie kilka miesięcy później – nabieram takiej pewności po udziale w debacie u pana prezydenta – otwartym tekstem w kręgach zbliżonych do Rady Gospodarczej przy premierze rozważa się już temat likwidacji OFE. Punkt od którego dyskusja wystartowała, czyli efektywność, przesuwa się zaś na sam koniec łańcucha zmian systemowych. Ciekawe przy tym, że przedstawiciele rządu broniąc projektu oktrojowania II filara i oficjanie wciąż jeszcze dystansując się od jego likwidacji, wybijają na pierwszy plan nie tyle doraźne korzyści budżetowe z tytułu obcięcia składki (2 mld miesięcznie), ale zdecydowanie akcentują długoterminowy cel, jakim ma być ich zdaniem stabilizacji finansów publicznych po wyeliminowaniu wartego 200 mld złotych „błędu systemowego”. Taka argumentacja musi wszakże nieuchronnie prowadzić do kolizji z elementarną logiką. Natychmiast bowiem nasuwa się pytanie: skoro cel nie jest doraźny; skoro nie chodzi o ten, czy kolejny budżet; nie o 55 proc. długu w relacji do PKB („poradzimy sobie i bez OFE”); skoro jest to pierwszy od 12 lat rząd, który z odwagą i determinacją zabrał się za eliminację fatalnego błędu w systemie emerytalnym, to skąd do diaska ten pośpiech? Skąd ta mobilizacja sił i środków, odciągająca przy tym uwagę opinii publicznej od rozwiązania realnych i dobrze już rozpoznanych, uzgodnionych w środowisku ekonomicznym, konsensusowych, zagrożeń dla długoterminowej stabilności finansów publicznych, a skupiająca ją na kwestii – nazwijmy to tak – wciąż jeszcze dyskusyjnej, postawionej na porządku dnia przed niespełna trzema miesiącami? Dlaczego nad problemem – zdaniem rządu – generującym długoterminowe ryzyko niestabilności systemu emerytalnego i finansów publicznych parlament i prezydent procedować mają w tempie dopalaczowym? Tego pojąć zaiste nie sposób. Chyba, że przyjmiemy najprostszą możliwą interpretację: powody rzeczywiste odbiegają od tych deklarowanych. Od wielu miesięcy wraz z grupą kolegów ekonomistów powtarzaliśmy w kółko: ok, doskonale rozumiemy, co to znaczy znaleźć 90 mld złotych oszczędności w 3 lata, porozmawiajmy o tym. Porozmawiajmy o warunkach, na jakich możliwe jest czasowe zaakceptowanie oszczędności na kosztach reformy. Spotykaliśmy się z lekceważeniem. Czasem z insynuacjami. Niekiedy z ostrymi polemikami nie całkiem na temat. A nieraz i z życzliwymi radami, żeby się zamknąć. Byliśmy naiwni. Nasz błąd polegał na tym, że odwoływaliśmy się do rzeczywistych intencji i realnych problemów kraju. Akty strzeliste najodważniejszego potransformacyjnego rządu uznaliśmy za tematy mało do dyskusji atrakcyjne. A to dla tej prostej przyczyny, że deklarowane intencje proponowanych zmian w systemie emerytalnym, a nade wszystko sposób ich merytorycznego uzasadnienia, były i pozostały nieprzekonujące. Zaczęło to w którymś momencie przypominać rozmowę głuchych. A wszystko przez to, że w tle tego sporu wszechobecna jest nieakceptowana przez część ekspertów strategia polityczna, do której rząd na siłę chce dopisywać racje merytoryczne. 200 mld zmniejszenia potrzeb pożyczkowych w wyniku obcięcia składki do OFE? Wolne żarty. Te szacunki bazują na wielu założeniach. Wśród nich fundamentalne jest zaś takie, że pierwszy filar po zmianach bilansuje się w długim okresie przy niskiej stopie zatąpienia. Bo tak jest w teorii. Tyle, że w rzeczywistości obowiązujący aktualnie system indeksacji indywidualnych kont w ZUS generuje istotne ryzyko niezbilansowania. Sprawę podniósł Stefan Kawalec jakiś czas temu w naszej wewnętrznej dyskusji (tzw. „lista Gomułki”, do której dostęp mają niektórzy ekonomiści, w tym eksperci rządowi oraz politycy). Stefan, odpowiadając Bogusławowi Grabowskiemu, który mylnie interpretował obowiązujące zasady indeksacji, przypominał: „Kwoty na istniejących kontach w ZUS indeksowane są corocznie o większą z dwóch wartości: 1) wskaźnik inflacji 2) wskaźnik wzrostu przypisu składek emerytalnych wpływających do ZUS (por. art. 25 ustawy z dnia 17 grudnia 1998 r. o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych - z późniejszymi zmianami). Przy takim mechanizmie indeksacji, w latach w których wzrost przypisu składek emerytalnych jest wolniejszy od inflacji (czyli następuje realny spadek przypisu) waloryzacja kont emerytalnych wyprzedza wzrost przypisu składek emerytalnych ZUS. Natomiast w żadnym roku waloryzacja kont emerytalnych nie pozostaje w tyle za wzrostem przypisu składek ZUS. Jeżeli w kilkudziesięcioletnim okresie wystąpi kilka lat recesji, w których tempo rocznej waloryzacji kont emerytalnych będzie za każdym razem wyższe o kilka procent od tempa wzrostu przypisu składek emerytalnych ZUS, to w tym okresie zagregowany wskaźnik indeksacji kont emerytalnych ZUS może spokojnie wyprzedzić tempo wzrostu przypisu składek emerytalnych o 15-30%. Można bez trudności przedstawić scenariusze, w których różnica ta będzie jeszcze większa, szczególnie w przypadku, gdy negatywny trend demograficzny powodować będzie spadek liczby pracujących. Warto przypomnieć, że oryginalnie, w rozwiązaniu przyjętym w 1999 roku, waloryzacja kont emerytalnych powiązana była wyłącznie z tempem wzrostu przypisu składek emerytalnych ZUS. Jednakże, gdy w roku 2002 nastąpił realny spadek tego przypisu o 2,3%, dodano w ustawie zapis, że wskaźnik waloryzacji nie może być niższy niż wskaźnik inflacji. Dokonana wówczas zmiana pokazuje jednocześnie ryzyko makroekonomiczne związane z łatwością manipulowania zapisami na kontach w ZUS. Wartość tych kwot można zmieniać dyskrecjonalnymi pozornie „bezkosztowymi” decyzjami politycznymi ze szkodą dla stabilności finansów publicznych. Z tego punktu widzenia kapitałowa cześć systemu emerytalnego jest bezpieczniejsza.” Ryzyko „polityczne” niezbilansowania I filara rośne dodatkowo w wyniku aktualnych propozycji rządowych dotyczących ustanowienia specjalnie waloryzowanego subkonta w ZUS, na które trafiać ma 5 proc. składki przekazywanej dotychczas do OFE. System waloryzacji uśrednionym tempem wzrostu nominalnego PKB w okresach 5-letnich wydaje się chojny. Nikt nie potrafi dziś precyzyjnie oszacować, czy i o ile będzie on faktycznie przewyższał tempo przypisu składki. Ale doświadczenia z „normalnymi” indywidualnymi kontami w ZUS pozwalają postawić tezę, że pierwszy przypadek realnego spadku przypisu składki spotka się ze zdecydowaną reakcją zatroskanych polityków. Tych, albo następnych. Dochodzi do tego element dziedziczenia, którego nie ma przecież w standardowym I filarze, a który oznaczać musi w każdych warunkach wzrost nierównowagi (brak strumienia przyszłych należności równoważących bieżące zobowiązania). Wprowadzamy w ten sposób do systemu dodatkowy element nieprzewidywalności. Kiedy kwestię obu tych czynników ryzyka niezbilansowania I filara, głęboko sprzecznych z założeniami reformy emerytalnej, takich – można powiedzieć - sporawych min podłożonych pod finanse publiczne, podniosłem w trakcie debaty u prezydenta, usłyszałem od ministra finansów, że „zmiana zasad waloryzacji wymaga zmiany ustawowej”, a „ryzyko niezbilansowania subkonta w ZUS jest minimalizowane przez uśrednianie 5-letniej bazy tempa wzrostu nominalnego PKB”. Tyle, to ja wiedziałem już przed oświecającą deklaracją pana mnistra. Gdzie w takim razie jest ten projekt zmiany zasad indeksacji indywidualnych kont w ZUS? Gdzie bariery przed wejściem ZUS-owskiego subkonta na tę samą ścieżkę niezbilansowania, co konta standardowego? Chodzi o to, że zajmując się tropieniem systemowych błędów rząd nie domyka już istniejących luk w systemie, generujących ryzyko niestabilności w finansach publicznych. Dlaczego? Nie trzeba być tak wybitnym ekonomistą, ani nawet tak wytrawnym politykiem, jak Rostowski, żeby na to pytanie odpowiedzieć. Warto też wspomnieć, że w ubieglym roku deficyt ZUS, bez składki przekazywanej do OFE, wyniósł 50 mld PLN. Problem z polityka gospodarczą tego rządu jest wciąż ten sam: nic, co boli; dużo obietnic; maksimum niejasności; minimum otwartości. I dokąd my tak zajedziemy?
2011-03-22 13:38
gospodarka, blogi ekspertów ofe, zbilansowanie Komentarze (15)