O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

Politycy są – jak wszystkim wiadomo - ludźmi bardzo wrażliwymi na ludzką krzywdę. Ta wrażliwość nigdy ich nie opuszcza, choć trudno nie spostrzec, że jest cykliczna i dość ściśle skorelowana z politycznym kalendarzem. Spada zaraz po wyborach, żeby później nieustająco piąć się, wraz ze zbliżaniem się kadencji do końca. Ostatnio mamy wysyp wrażliwości na krzywdy ekonomiczne, których doznają wszyscy lub tylko niektórzy, ale zawsze idący w setki tysięcy (podstawowy wymóg dla erupcji wrażliwości: liczebność kohorty poszkodowanych) Polacy.

Kiedy w maju wynagrodzenia wzrosły poniżej inflacji natychmiast odezwał się chór jęczących. Należy z tego domniemywać, że wszyscy domagający się „dodatków drożyźnianych” uważają za niezbywalne prawo obywatelskie, by wynagrodzenia zawsze rosły szybciej od inflacji. Wtedy jest dobrze. Tak chcą nas uszczęśliwić.

Nie dajmy się znów uszczęśliwiać ekonomicznym analfabetom. Oni już to robili przez wiele lat. Z takim skutkiem, że startowaliśmy do Unii Europejskiej z poziomem dochodu na głowę poniżej 30 proc. średniej unijnej. Starczy. Populizm żeruje na niewiedzy. Cyniczni i niedouczeni nie mieliby żadnych szans, gdyby zrozumienie dla zjawisk i procesów gospodarczych było u nas większe.

Wzrost wynagrodzeń powyżej inflacji nie gwarantuje bynajmniej obywatelom życia w raju. Wręcz przeciwnie; może on nas znacząco przybliżyć do piekła. Jedynym właściwym punktem odniesienia dla wzrostu wynagrodzeń powinna być produktywność. Na bazie analizy relacji płac do wydajności da się dużo powiedzieć o teraźniejszości i przyszłości gospodarki. Jeśli płace regularnie rosną ponad wzrost wydajności – kraj trwale traci konkurencyjność. Grecy, Portugalczycy, Hiszpanie doświadczają tego boleśnie na własnej skórze. Niemcy, gdzie wzrost wydajności w ostatnich latach trwale przewyższał wzrost wynagrodzeń, stoją na drugim biegunie. Konkurencyjność ich gospodarki, pomimo braku możliwości dostosowań kursowych, wzrosła tak istotnie, że praktycznie suchą nogą przeszli przez globalny kryzys.

A teraz zastanówmy się sami: czyja to wina, że wolimy glosować na tych, którzy pokrzykują o konieczności zapewnienia wzrostu wynagrodzeń ponad poziom inflacji, zamiast wybierać tych, którzy zestawiają płace z wydajnością? Czy tylko dlatego, że tych drugich jest znikoma mniejszość? A może jednak dlatego, że głosujemy na analfabetów, bo lepiej ich rozumiemy, bo bliżsi są naszemu sercu? Nasze poparcie dla politycznych, cynicznych przy tym często, analfabetów utwierdza ich w bezkarności. Wzmacnia ich poczucie, że są nam potrzebni, że są „solą tej ziemi”. Dlatego bajdurzą tak namiętnie o „dodatkach drożyźnianych”.

Drugi przykład z ostatnich dni. Kolejny hit predwyborczy. Frank szwajcarski. Mamy 700 tys. rodzin w kredytami hipotecznymi denominowanymi we frankach. Ci ludzie brali kredyty świadomi ryzyka kursowego. Brali, pomimo do znudzenia powtarzanej przez ekonomistów mantry: przyjmuj dlugoterminowe zobowiązania zawsze w tej walucie, w której zarabiasz. Nie słuchali. Część nie chciała; inni zostali przynęceni przez banki przezentujące korzystne przeliczenia kosztów przy kursie poniżej 2 złotych i zerowych stopach procentowych w Szwajcarii. Teraz ci ludzie czują się poszkodowani. Tak nam to przynajmniej wmawiają politycy, choć jest też – na szczęście - spora grupa, która doskonale rozumie ryzyko rynkowe. W każdym razie tam, gdzie jest potencjał na kilkaset tysięcy poszkodowanych, nie może oczywiście zabraknąć „wrażliwych” polityków.

„To wrażliwi” mnożą dziś na potęgę przeróżne pomysły: od najbardziej radykalnych, czyli usztywnienia kursu franka wobec złotego, poprzez nieco tylko mniej rewolucyjne administracyjne ograniczenie spreadów, aż do tych najmniej - jak by się zdawało - inwazyjnych, czyli zapewnienia pełnej swobody wyboru waluty i sposobu spłaty kredytu.

Politycy w przededniu wyborów stają się wrażliwi na krzywdę ludzką, ale tracą zupełnie zrozumienie dla reguł rządzących normalnym biznesem, opartym na poszanowaniu swobód stanowienia między stronami kontraktów.

Przecież polskie banki nie produkują szwajcarskich franków w pralkach typu „frania”. Franki nie rosną też na drzewach w polskich lasach i ogrodach. Banki udzielając kredytów we frankach muszą je kupić: w banku centralnym lub na rynku międzybankowym. Muszą później te kredyty refinansować. Ryzyko kursowe musi być w tym wypadku po którejś ze stron kontraktu. Może też być między nie dzielone. Przed tym ryzykiem można się asekurować na rynku kontraktów terminowych, ale wówczas też któraś ze stron kontraktu musi ponosić z tego tytułu koszty. Koszty nie są pozycją w bilansach banków, którą można wymazać łkaniami, pohukiwaniem, czy też decyzjami demokratycznej większości „wrażliwych” polityków. Bilans, to bilans.

Usztywnienie kursu franka, podobnie zresztą jak administracyjne ograniczenie spreadów, generowałoby dodatkowe koszty przy refinansowaniu kredytów. Przy rozwiązaniach prawnych sugerowanych przez „wrażliwych” na krzywdę społeczną, banki poniosłyby z tego tytułu straty. Straty oznaczają konieczność tworzenia odpisów i rezerw. Jest to w obecnych warunkach rynkowych (trudności z powiększeniem kapitalizacji) tożsame z ograniczaniem aktywnej strony bankowych bilansów: czyli podcina akcję kredytową. O to chodzi „dobroczyńcom” ofiar drogiego franka? Naturalnie – nie. Im chodzi tylko o to, żeby zdobyć poklask i sympatię kilkuset tysięcy „ofiar”. Gdyby „ofiary” były bardziej uświadomione, co do zasad regulujących w skali makro funkcjonowanie mechanizmów gospodarczych, musiałyby mieć taką „pomoc” głęboko w nosie. Bo mniejsza podaż kredytów zawsze w rezultacie oznacza wzrost ich cen.

Podgrupa „wrażliwców” z PJN chce zrobić „poszkodowanym” dobrze, ale też najwyrażniej jest świadoma, że rachunek wyników banku, to nie jest coś, co może podlegać negocjacjom. Ta świadomość bardzo im musi najwyraźniej doskwierać, skoro w poszukiwaniu ofiary, którą można by obciążyć kosztami usztywnienia franka, ich wzrok zatroskany padł – coż za niespodzianka! - na budżet państwa. Naturalnie tylko przejściowo. I z odsetkami.

Odczuwam głęboką niechęć do komentowania dandronów. Dlatego stawiam tylko jedno pytanie: czy politycy z PJN naprawdę sądzą, że polski budżet drukuje nasze kochane złote? Skąd ma być sfinansowana ta „przejściowa” pomoc dla walutowych kredytobiorców hipotecznych? Czy ich zdaniem państwo ma inne sposoby pozyskiwania środków niż podatki bądź zaciąganie zobowiązań na rynku? Szlag trafia ekonomistę, który musi wszystkie te idiotyczne pytania stawiać w sytuacji, kiedy kraj, tkwiący po uszy w Procedurze Nadmiernego Deficytu, boryka się z 8-procentowym deficytem sektora finansów publicznych, niszcząc przy okazji II filar systemu emerytalnego. Wydaje się, że nie ma takich granic przyzwoitości, której w poszukiwaniu najtańszego poklasku nie przekroczyliby „wrażliwi” politycy.

Na koniec słowo o „wrażliwcach” z rządzącej Platformy Obywatelskiej, którzy także – a jakby inaczej - rzucili się z pomocą „ofiarom” franka. Otóż, pełna swobod wyboru waluty kontraktu oraz sposobu regulowania zobowiązań za pomocą środków zakupowanych w banku lub (dla uniknięcia nadmiernych zdaniem klienta spreadów) poza nim, przysługuje stronom już teraz. Zniesienie obowiązku płatnego aneksowania umów oraz zakładania konta walutowego dla obsługi kredytu denominowanego we frankach byłoby znaczącą ingerencją ustawodawcy w równoprawność stron kontraktu. „Wrażliwie” wychodząc naprzeciw kredytobiorcom politycy istotnie w tym wypadku utrudniają funkcjonowanie przedsiębiorcom. Modele biznesowe banków musiałyby uwzględniać ryzyko wielokrotnej zmiany waluty kontaktu, następujące bez uprzedzenia. Trudno też wyobrazić sobie obsługę kredytu we frankach poza indywidualnym rachunkiem walutowym klienta. Za takie konto ktoś musi zapłacić.

W biznesie, gdzie jest rachunek kosztów, wycena ryzyka, nie da się ingerencjami administracyjnymi poprawić rynkowej sytuacji jednej ze stron nie szkodząc przy tym drugiej. Tu zawsze jest jakiś trade-off, jakieś coś za coś. Uważam za coś wysoce niestosownego, żeby zmiana warunków kontraktu, która była jednym z elementów wyceny ryzyka przez strony, stanowiła pretekst do ingerencji polityków w funkcjonowanie podmiotów gospodarczych. Tym bardziej, że o trwałości dzisiejszej niekorzystnej zmiany warunków rynkowych nie da się powiedzieć nic pewnego. Poza tym może, że w okresie 20-30 lat, na jakie opiewają kredyty hipoteczne, takie zmiany będą następowały wielokrotnie i przebiegać będą zapewne w różnych kierunkach.

Wydaje mi się, że my, wyborcy, powinniśmy się zdecydowanie uodpornić na „wrażliwych” polityków. A nie znam lepszego sposobu na chorobę nadwrażliwości, niż wiedza i nauka o funkcjonowaniu gospodarki. Nie dajmy się omamiać ekonomicznym szalbierzom.    

2011-06-21 20:37
gospodarka, blogi ekspertów inflacja, populizm, frank Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Codziennie od wielu tygodni bombardowani jesteśmy doniesieniami o „szalejących cenach”. „Szalejące ceny” są szlagierem mediów. A jak coś jest medialnym hitem, to - nie może być inaczej - staje się natychmiast ulubionym tematem pogawędek i apeli polityków. Mnożą oni pomysły walki z „drożyzną”. Piętnują rząd. Pomrukują na bank centralny. Niby nic nowego: „drożyzna” tematem wiodącym permanentnej kampanii wyborczej w Polsce? A dlaczego nie?

W sprawie inflacji doradzałbym zdecydowanie mniej krzyku, a więcej myślenia. Popatrzmy na liczby. Będzie ich tyle, co kot napłakał. Obiecuję. Do 5 proc. majowej inflacji w ujęciu rocznym 0,2 pkt. proc. dołożyły zmiany metodologiczne wprowadzone dość nieoczekiwanie do koszyka inflacyjnego przez GUS. Gdyby nie te zmiany inflacja wynisłaby 4,8 proc.. Byłaby więc nadal wysoka, ale wystawałaby już zaledwie o 0,2 pkt. proc. ponad oczekiwania analityków. Przy takim wyniku trudno byłoby pokrzykiwać o „szoku”, „totalnym zaskoczeniu”. Zniknąłby też efektowny tytuł: „inflacja najwyższa od 10 lat”. Co za strata! Brawo GUS, chciałoby się powiedzieć.

Pójdźmy jednak o krok dalej: kolejne 2 pkt. proc. w naszej inflacji zawdzięczamy wyjątkowo w tym roku wysokim cenom energii i żywności. Taki wkład do inflacji cen konsumpcyjnych ekonomiści nazywają „zewnętrznymi wstrząsami podażowymi”. Wstrząsy mają to do siebie, że z czasem zanikają. Do klasyki postępowania banków centralnych wobec takich wstrząsów należy strategia: wait and see. Wstrząsy podażowe są ignorowane przez politykę monetarną, bo przechodzą. Chyba, że przekładają się na trwały i wyraźny wzrost oczekiwań inflacyjnych, a w ślad za tym na tak zwane efekty drugiej rundy, czyli po ludzku: nieuzasadniony ekonomicznie wzrost wynagrodzeń.

Inflacja „oczyszczona” z szoków podażowych, tak zwana inflacja bazowa, wynosi obecnie w Polsce 2,7 proc. w ujęciu rocznym. Sporo. Tym bardziej, że rośnie już systematycznie od wielu miesięcy. Lekceważyć tego z pewnością nie należy. I bank centralny nie śpi. Stopy procentowe w Polsce, pomimo niezbyt mocno zakorzenionego wzrostu gospodarczego i wysokiego bezrobocia wzrosły już o 100 pkt. baz.. Ale jedno trzeba przyznać: 2,7 wygląda już mniej korzystnie z punktu widzenia „drożyzny” niż 5 proc., prawda?

Zróbmy więc jeszcze jeden mały kroczek w kierunku prawdy. Przy okazji danych o majowej inflacji i wynagrodzeniach ulubionym zajęciem polityków w mediach, a także samych mediów już bez polityków, stało się zestawienie 4,1 proc. wzrostu wynagrodzeń z 5 proc. inflacją. „Czy to sprawiedliwe?; „inflacja zżera nasze płace”; „niech rząd coś z tym zrobi!”. Codziennie słyszeliśmy i wciąż słyszymy ten bełkot cynicznych populistów i ekonomicznych analfabetów.

Dla gospodarki, dla pracowników, takie zestawienie miesięcznych wskaźników jest kompletnie bez znaczenia. Liczy się za to, czy wzrost wynagrodzeń przewyższa, czy nie wzrost wydajności pracy. Bo od tych proporcji zależy konkurencyjnośc gospodarki. A tylko konkurencyjność zapewnia trwały wzrost gospodarczy. Bez wzrostu zaś nie ma ani zarobków, ani pewności zatrudnienia. Czyli nie ma ani konsumpcji, ani tym bardziej inwestycji.

Mizernemu wzrostowi wynagrodzeń w dłuższym okresie, a nawet, ich krótkotrwałemu spadkowi w ujęciu realnym, gospodarka niemiecka zawdzięcza swój gigantyczny sukces w pokryzysowych latach 2010-2011, kiedy nastąpił znaczący wzrost jej konkurencyjności.

Za sprawą olbrzymiego wzrostu wynagrodzeń i świadczeń nie pozostających w żadnym, nawet luźnym, związku z produktywnością, kraje południa Europy: Grecja, Portugalia, Hiszpania, znalazły się w najgłębszym od czasów wojny światowej kryzysie. Dla tych krajów nie dług jest najważniejszym problemem, ale właśnie trwała utrata konkurencyjności. 

Inflacja sama w sobie nie jest żadnym dobrym tytułem do roszczeń płacowych. O wzroście wynagrodzeń decydować musi wydajność i wyniki finansowe firm. W momencie, w którym o płacach zaczyna decydować polityka, sprawy idą w zdecydowanie złym kierunku. W Polsce dużo się pod tym względem zmieniło na lepsze w ostatniej dekadzie. To pracodawcy decydują o podwyżkach dla pracowników, a nie odwrotnie. I oby tak było dalej.

Nasza inflacja w drugiej połowie roku zacznie leniwie spadać. W okresie kolejnych 18 miesięcy powinna dojść do celu inflacyjnego NBP, czyli ustabilizować się w okolicach 2,5 proc.. Chyba, że politycy i media zestawiający ze sobą bieżące odczyty inflacji i wynagrodzeń, zamiast porównywania płac z wydajnością, nadal mozolnie będą próbowali przerabiać nas na Greko-Portugalczyków.

Dla południa Europy ostatnia dekada jest czasem kompletnie straconym pod względem nadganiania zaległości wobec najbardziej zamożnych krajów Unii. Jak to zrobić, żebyśmy potrafili unikać złych przykładach, a naśladować te dobre? Może zacznijmy od zrozumienia podstaw ekonomii? Przejście do dokonywania mądrych politycznych wyborów stanie się wówczas łatwiejsze.           

2011-06-20 18:32
gospodarka, blogi ekspertów płace, konkurencyjność, ceny Komentarze (5)