O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

My, naiwni jak dzieci, bezrozumnie ich poganialiśmy, zachęcając tym samym do gwarantowanej klęski; podczas gdy oni, stare polityczne wygi, cierpliwie planowali te nasze reformy na dziesiątki lat naprzód. I teraz właśnie zaczniemy zbierać owoce ich dojrzałej mądrości. W piątym roku rządów PO-PSL kraj kwitnie, a rząd w komfortowych warunkach zabiera się do pracy. Strasznie protekcjonalnie poklepuje nas po plecach minister finansów („Do przyjaciół ekonomistów”), snując niedawno w Rzeczpospolitej swe ociekające skromnością enuncjacje o zwycięskiej strategii gospodarczej.

            Dżentelmeni nie dyskutują o faktach. Wyniki tej strategii są zaś następujące. W latach 2008-2010 deficyt sektora finansów publicznych wzrósł o 6 pp w relacji do PKB. Dług publiczny rósł w tempie przekraczającym 100 mld PLN rocznie. W roku 2011, przy ponad 4-proc. dynamice wzrostu realnego PKB deficyt spadł o nieco ponad 2 pp, w ¾ dzięki obcięciu składki do OFE.

            Jak wyglądają plany dostosowania fiskalnego na dalszy okres? W roku 2012, w zestawieniu z rokiem 2010, dochody mają wzrosnąć o ok.  3,3 pp PKB. Natomiast wydatki mają spaść o o 2,1 pp PKB. Tak więc to po stronie podatkowej tkwi główny ciężar dostosowania. Ponieważ całkowite dostosowanie w latach 2011-2012 ma wynieść 5,4 proc. PKB szacowany w nim udział strony dochodowej przekroczy 60 proc.. Lepsze z makroekonomicznego punktu widzenia proporcje między dostosowaniem fiskalnym po stronie dochodów (czytaj podatków) i wydatków są więc obietnicą na dalszą przyszłość.

            Wartość tej obietnica polega na odwróceniu tych niekorzystnych proporcji w średnim okresie, jaki obejmuje APK. I tak w roku 2014, w zestawieniu z naszym bazowym 2010, dochody mają wzrosnąć jedynie o 1,8 pp PKB, za to wydatki mają spaść aż o 5,4 pp PKB. Przy całkowitym dostosowaniu fiskalnym rzędu 7,2 pp PKB, udział strony dochodowej wynosiłby wtedy jedynie niespełna 30 proc.. Nic tylko przyklasnąć. I zabrać się za realizację obietnic. Czy da się to zrobić powoli? Zostały 2 lata. Będziemy, wszyscy naiwniacy, mocno trzymać kciuki i życzliwie rządowi kibicować. 

            Zestawienie zbioru faktów, potwierdzonych już liczbami, i zestawu obietnic na przyszłość skłania do postawienia banalnej dla każdego ekonomisty tezy: rząd proponował dotąd nie najlepsze sposoby dostosowań fiskalnych, ale ma się to zmienić, bo nadchodzi czas reform i ich soczystych owoców. Problem sprowadza się zatem do kwestii zaufania pokładanego w realizacji obiecywanych wieloletnich planów oszczędnościowych, wspartych o systemowe reformy w dziedzinie transferów socjalnych i zmiany na rynku pracy. Mamy to zaufanie?

            Hmmm... Może byłoby o nie łatwiej, gdyby nie najlepsze doświadczenia na polu prezentacji dotychczasowych, wyżej naszkicowanych, sukcesów. Minister finansów zdecydowanie zbyt swobodnie żągluje metodologią liczenia długu i deficytu. Obiecywana na ten rok poprawa salda sektora finansów publicznych i zejście z deficytem poniżej 3 proc. PKB szacowane są w ujęciu kasowym, a nie zgodnie z metodologią unijną memoriałowym. W 2010 różnica z tego tytułu wynosiła 1,8 proc. PKB. Deficyt sektora liczony zgodnie ze statystykami unijnymi wyniósł więc 7,8 proc. PKB, a nie 6 proc.. W 2011, po obcięciu w części roku o 2/3 składki kierowanej do OFE różnica między ujęciem krajowym deficytu, a Eurostatem spadła do ok. 1,3 proc. PKB. W roku 2012, po dalszym spadku dotacji wyrównującej ZUS ubytek składki kierowanej do OFE, po znaczącym spadku zadłużenia Funduszu Drogowego oraz po urealnieniu deficytu w ujęciu kasowym, deficyt GG w ujęciu memoriałowym Eurostatu wyniesie nie 2,9 proc. PKB, co głośno akcentuje rząd, ale zapewne o 0,8-1,0 pkt. proc. więcej, czyli zamknie się w przedziale 3,7-3,9 proc. PKB. W ocenie – nadmiernie moim zdaniem optymistycznej – Komisji Europejskiej deficyt GG wyniesie w tym roku 3,3 proc. PKB.

            Lwia część poprawy salda finansów publicznych w latach 2011-2012 jest przy tym wynikiem: spadku deficytu budżetu środków europejskich; mniejszego deficytu podsektora ubezpieczeń społecznych; spadku deficytu podsektora samorządowego.

            Na temat każdej z tych składowych poprawy zgłosić można obiekcje. Nie są to w najmniejszym nawet stopniu zmiany systemowe. Deficyt budżetu europejskiego spada w sposób automatyczny pod koniec obecnej perspektywy finansowej, bo zamiast prefinansowania następuje czas zwrotu środków z budżetu UE. Deficyt w ubezpieczeniach spada, bo: o 2/3 zmniejszono składkę kierowaną do OFE; wzrośnie składka rentowa; w latach 2011-2012 rząd zabierze 6,9 mld PLN z FRD; a FUS w latach 2009-2012 zadłuży się w budżecie na 16,2 mld PLN (zwrot części z tych pieniędzy jest raz po raz odsuwany w czasie). Deficyt podsektora lokalnego spada zaś na skutek nakładania hamulców na zadłużanie się samorządów. Niezależnie od samej oceny prawidłowości limitów długu nakładanych ustawowo na samorządy trzeba wyraźnie powiedzieć, że nie będą one w stanie przy proponowanych przez MF rozwiązaniach prawnych absorbować środków z nowej perspektywy finansowej 2013-2020. A będzie to z całą pewnością ostatnia możliwość skoku cywilizacyjnego i efektywnościowego wykonanego przy użyciu tak dużych dostępnych dla sektora lokalnego środków europejskich.

            Mam nieodparte wrażenie, że strategia „długiego marszu”, usprawiedliwiająca brak istotnych reform struktrualnych w minionym czteroleciu, bagatelizująca przy tym wpływ tych zaniechań na aktualny stan finansów publicznych, została jednak wyrzeźbiona post factum, a nie narodziła się, jako owoc długich przemyśleń, już w roku 2008. W rozmowie przyjaciół przydałoby się chyba jednak więcej szczerości.

2012-02-06 10:11
gospodarka, blogi ekspertów rostowski, list do przyjaciół ekonomistów Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

Historyczne już dane EPFR za ubiegły rok wyraźnie potwierdzają: w wymiarze globalnym 2011 nie był rokiem dobrym dla giełdy; był za to zdecydowanie rokiem obligacji. Do funduszy obligacyjnych napłynęło netto ponad 117 mld USD. Z funduszy akcyjnych ubyło ponad 104 mld USD (w tym w samych Stanach tylko w ostatnim kwartale aż 45 mld). Trudno się dziwić: kryzys znacząco zmniejszył skłonność do ryzyka, a dla wielu inwestorów ochrona kapitału i płynność stały się ważniejsze niż dochód z inwestycji. Mierzona dywidendą średnia rentowność spółek z indeksu S&P 500 wyniosła 2,2 proc.. W tym samym czasie stały dochód w inwestycji w amerykańskie 10-latki dawał 2,0 proc., lokując się poniżej stopy inflacji.

            Od początku 2009 do końca ubiegłego roku napływ do globalnych funduszy obligacyjnych sięgnął kwoty 774 mld USD. W tym samym czasie z funduszy akcyjnych ubyło 33 mld. Można więc powiedzieć, że 2011 stanowił kulminację tego trendu w przepływach kapitału, który odczytywać można jednoznacznie jako strach i niepewność wśród inwestorów finansowych. 

            Nic nie zapowiadało, by sprawy ulec miały zasadniczej zmianie w 2012. A jednak początek 2012 na globalnym rynku finansowym wygląda nietypowo i dość – trzeba przyznać na pierwszy rzut oka - zagadkowo.

            Z jednej strony mamy ostre zwyżki na giełdach. W okresie kilku zaledwie tygodniu indeks S&P 500 wyrażony w USD z dna, jakie odnotował w październiku ubiegłego roku, podniósł się o ładne o 25 proc.. Wyrażony w EUR wygląda jeszcze lepiej: wzrósł o ponad 30 proc.. Ktoś powie: efekt stycznia. Może i tak, ale dlaczego w takim razie indeks zmienności Vix (opcje na S& P500) spadł tak mocno, że znalazł się poniżej poziomu z lipca 2011? Logicznie rzecz biorąc tak silne wzrosty i niska zmienność sugerować powinny duże zaufanie inwestorów do giełdy. Czytaj: widzimy zanik obaw o wzrost, kryzys i - odpowiadający takim nastrojom - spadek awersji do ryzyka. Rzecz dotyczy nie tylko Stanów. W pogrążonej w chaosie Europie DAX 30 mocno dołował jeszcze w listopadzie (spadek o 16 proc.), ale zaczął odrabiać straty już w ostatnim tygodniu grudnia ubiegłego roku i nadal rósł (do 07 stycznia o ponad 8 proc.).

            Czyżbyśmy mieli do czynienia z nagłym odwróceniem się nastrojów i powrotem oczekiwań na pomyślny scenariusz makroekonomiczny dla globalnej gospodarki? Rozwiały się gdzieś dołujące dotąd rynek obawy inwestorów?    

            Odpowiedź na to pytanie staje się mniej oczywista, jeśli do wniosków z notowań giełdowych dołożymy wycenę instrumentów w segmencie FI. Otóż, jeszcze w lipcu rentowność 10-letnich papierów amerykańskich oscylowała wokół 3 proc.. Teraz jest to 2 proc.. Tak niskie rentowności, ich spadek o ok. 1 pkt. proc. w okresie półrocza; spadek poniżej oprocentowania obligacji indeksowanych do inflacji (TIPs) – sugerują wyraźny brak wiary w trwałość ożywienia, za to obawy przed presją deflacyjną.

            Popatrzmy co dzieje się z cenami surowców, tradycyjnie zawsze mocno skorelowanymi z rynkiem kapitałowym. Surowce przemysłowe, od lipca ubiegłego roku, odwrotnie niż giełda, spadły o 18 proc.. Kto więc ma rację: inwestorzy giełdowi, czy ci z rynku surowcowego, którzy głosując nogami wyrażają brak wiary w tempo wzrostu gospodarczego? Ktoś musi się mylić, bo inaczej trudno wyjaśnić to nagłe rozjechanie się historycznej zależności między tymi dwoma rynkami.

            Wiara w trwałość tendencji wzrostowych pociągać też powinna za sobą większą skłonność do ryzyka i poszukiwanie wyższych stóp zwrotu z inwestycji. I tak faktycznie jest. Tyle, że wzrost indeksu EM MSCI, oddającego koniunkturę na rynkach wschodzących, gdzie ryzyko i stopa zwrotu są zawsze wyższe, wciąż nie nadążą za wzrostem indeksów na rynkach dojrzałych i pokazuje niedowartościowanie giełd w krajach rozwijających się na poziomie ponad 5 proc.? O co tu chodzi?

Rynek gra w ruletkę    

            Ten mocno niespójny obraz, jaki daje początek roku na rynku finansowym, można próbować objaśniać na kilka sposobów:

            po pierwsze – inwestorzy odnotowują te pomyślne sygnały z gospodarki amerykańskiej, które chcą dostrzegać (nieco wyższy wzrost, niska inflacja, statystyczna poprawa na rynku pracy), a ignorują te, które świadczą o permanentnych kłopotach (zła struktura wzrostu opierającego się na wzroście zapasów, ceny nieruchomości, wyczerpywanie się nowych, coraz wyższych limitów długu publicznego, pogarszający się bilans Fed, jednorazowe czynniki wspierające popyt). Ekscytacja, w jaką wpadł rynek po styczniowym odczycie przyrostu zatrudnienia i spadku stopy bezrobocia nie powinna jednak przesłaniać faktu, że już dwukrotnie od wybuchu kryzysu w 2008 roku - wiosną 2010 i 2011 - miesięczne przyrosty zatrudnienia poza rolnictwem przekraczały, jak teraz, 230 tys., a zdarzało się to wtedy, gdy Fed luzował politykę monetarną. Tak więc to raczej bank centralny niż sytuacja w sferze realnej trzęsie dziś rynkiem pracy. Ponadto ponieważ liczba ludności Stanów została przeszacowana w górę o 1,5 mln współczynnik partycypacji spadł z 64 do 63,7 proc., co jest najgorszym wskaźnikiem od 1983 roku;

            po drugie – inwestorzy zdają się wierzyć w trzecią odsłonę programu ilościowego luzowania polityki monetarnej przez Fed. Wciąż relatywnie niskie tempo wzrostu w Stanach, gasnące w pierwszej połowie tego roku z ok. 3 do ok. 2 proc., oraz niska inflacja skłonić mają Fed do rozpoczęcia QE3 najpóźniej na przełomie 1 i 2 kwartału. Nowej odsłony „ilościowego luzowanie” nie wykluczył po ostatnim posiedzeniu Fed prezes Bernanke, choć nie ma o niej mowy bezpośrednio w komunikacie. Dotychczasowe doświadczenia z dwoma poprzednimi odsłonami QE, z ich wpływem na wycenę aktywów, są takie, że: dolar powinien słabnąć; złoto idzie w górę; wzrasta apetyt na ryzyko, co podbija giełdy w Stanach, Europie, ale też (poprzez zwiększony napływ kapitału) na rynkach wschodzących; w segmencie EM znów zaczynają rosnąć ceny aktywów (w Polsce – nie inaczej); rosną też rezerwy dewizowe; to podtrzymuje duży popyt na najbezpieczniejsze obligacje; duży popyt podbija ich ceny, czyli obniża rentowności;

             po trzecie – cześć inwestorów wykorzystując do tego media popularyzuje pogląd, że po wielu miesiącach spadków akcje są teraz bardzo tanie, a utrzymanie się niskich rentowności obligacji – niepewne;

            po czwarte – inwestorzy odczytują uruchomienie przez EBC precedensowych aukcji 3-letnich Longer Terms Refinancing Operations (LTROs) na tak olbrzymią skalę (na pierwszej aukcji grudniowej ponad 500 banków pożyczyło z EBC 489 mld EUR; na drugiej, 29 lutego, oczekiwany jest gigantyczny popyt, zbliżony nawet do 1 bln EUR), jako wprowadzenie w strefie euro tylnymi drzwiami „ilościowego luzowania” w polityce pieniężnej na wzór amerykańskiego Fed.

            W moim odczuciu większość argumentów wspierających nagłą zmanę nastrojów na globalnym rynku nie wytrzymuje krytyki i nie jest wsparta na solidnych fundamentach makroekonomicznych. Jest za to przejawem życzeniowości i czystą rynkową spekulacją, nakierowaną na realizację zysków, do czego zachęcają gwarancje dawane obecnie inwestorom przez Fed.

            Zresztą popatrzmy na udokumentowane fakty.

Prognozy makro przeciw rynkowym optymistom; Fed daje ryzykantom 2 lata

            Zacznijmy od kwestii najprostszej: czy giełda jest obecnie tania? Nie bardzo, o ile zastosujemy do pomiarów odpowiednie narzędzia. Jeśli do dynamicznie ostatnio rosnącej giełdy amerykańskiej zastosujemy metodę Shillera, gdzie pod wartość dochodów w mianowniku współczynnika P/E wstawiamy średnią 10-letnią urealnioną wskaźnikiem CPI, to giełda jest aktualnie wciąż droższa niż średnia historyczna. Żeby to zmienić rosnące ceny musiałyby wzrosnąć jeszcze o połowę. Co gorsza – w tym roku oczekuje się przecież spadku dochodów spółek giełdowych w Stanach średnio o 6,9 proc.. W strefie euro jest jeszcze gorzej, bo spadki dochodów mają być nawet dwucyfrowe.  Skoro wartość E spada, a wszysko na to wskazuje, że tak właśnie będzie, to współczynnik P/E rośnie. Nie jest więc wcale tanio. A będzie jeszcze drożej.

            Gospodarka amerykańska rośnie tylko dzięki polityce pieniężnej Fed. Trudno wykluczyć, że zmiany w bilansie ryzyk skłonią amerykański bank centralny do rozpoczęcia QE3, choć wcale nie jest to przesądzone. Ale ważniejsze wydaje się to, że Fed powoli przeorientowuje swoją politykę monetarną na wzór tej stosowanej obecnie powszechnie przez niezależne banki centralne na świecie. Fed przyjął właśnie preferowaną przez prezesa Bernanke strategię implicite sformułowanego celu inflacyjnego. Fed idzie nawet dalej niż wiele banków stosujących cel inflacyjny, bo zaczął publikować projektowane przez 17 głosujących członków FOMC ścieżki stóp procentowych (3 członków Komitetu chciałoby podnieść stopy już w tym roku; 3 w 2013; 5 w 2014; 4 w 2015; 2 nie wcześniej niż w 2016). Fed, ratujący aktualnie gospodarkę amerykańską przez zapaścią, ale wystawiający ją na ryzyko znaczącego wzrostu inflacji w przyszłości, wyraźnie przeorientowuje już teraz, z dużym wyprzedzeniem, swój mandat, przygotowując się na prowadzenie bardziej konwencjonalnej polityki monetarnej, gdzie pierwszorzędnym celem banku centralnego jest utrzymanie w ryzach inflacji. Potwierdzeniem jest uzgodnienie przez FOMC na styczniowym posiedzeniu celu inflacyjnego w wysokości 2 proc. (w wymiarze PCE) w kategoriach ongoing, w przeciwieństwie do zmieniającego się w zależności od fazy cyklu poziomu bezrobocia (5,2-6,0 proc.). Tylko krótki horyzont może przesłaniać inwestorom ten oczywisty fakt: Fed „uzbraja się” instytucjonalnie i wyposaża w instrumentarium niezbędne dla skutecznego zwalczania inflacji. Nawet, jeśli konsensusowo zapowiada utrzymanie stóp procentowych na niezmienionym poziomie aż do 2014 roku. Inwestorzy nie powinni tego faktu przeoczyć. Tym bardziej, że Fed równocześnie wskazuje preferowany przez siebie poziom neutralnej stopy procentowej mieszczącej się w przedziale 3,75-4,5 proc.. Oznacza to w praktyce zapowiedź ostrego wzrostu stóp z dzisiejszego zerowego poziomu najdalej za 2 lata.

            Dotychczasowy sposób zarządzania kryzysem w strefie euro nie skłania do daleko idącego optymizmu. Pierwsza i zapewne druga transza w ramach LTROs pozwoli przetrwać bankom europejskim, których upadek pociągnąłby za sobą ryzyko systemowe. UniCredit (12,5 mld EUR), Intensa San Paolo (12 mld), Monte dei Paschi di Siena (10 mld), oraz kilka innych mniejszych banków zaciągając w EBC pożyczki na ponad 50 mld EUR zdołały zabezpieczyć sobie ok. 90 proc. potrzeb finansowania na ten rok. Te banki – jak dobrze pójdzie – przetrwają. LTROs zdjęły więc z agendy ryzyko systemowe dla sektora bankowego w strefie euro. Dzięki dlłgoterminowemu finansowaniu wolniejsze też zapewne będzie tempo delewaryzacji. Ale co to ma wspólnego z rozwiązaniem fundamentalnych problemów niewypłacalności w strefie euro?

            Styczniowe udane aukcje obligacji hiszpańskich, czy francuskich pokazały tylko, że popyt generowały zasilone w płynność przez EBC lokalne banki. A to znaczy, co najwyżej tyle, że EBC pośrednio finansuje emisję rządowego długu. Do tej pory w bilansie EBC pojawiło się 200 mld EUR obligacji. Czy EBC ma zmonetyzować cały dług krajów zagrożonych niewypłacalnością? Emisje długu publicznego w strefie euro w tym roku sięgną kwoty 794 mld EUR. Jest to co prawda mniej niż w bezprecedensowym roku 2010 (952 mld), ale i tak o ponad 100 mld więcej niż wynosi wieloletnia średnia. Kalendarz emisji wskazuje, że newralgicznymi miesiącami dla strefy euro będą luty, marzec i kwiecień, kiedy to gwałtownie rosną potrzeby pożyczkowe netto we Włoszech i zapadalność długu w Grecji i Portugalii.

            Grecja boryka się z nierozwiązanym problemem restrukturyzacji długu. Bez względu na to jednak, jakim wynikiem skończą się ostatecznie negocjacje w sprawie kosztów, jakie ponieść będą musieli prywatni inwestorzy (PSI), nie zmienia to faktu, że z Grecji coraz szerszą falą odpływają prywatne depozyty. Oficjalne statystyki, bilanse banków, pokazują, że w ostatnich 2 latach depozyty spadły o 1/3, czyli o 65 mld EUR. Dewastuje to bilanse banków. Bez dokapitalizowania na kwotę nie mniejszą niż 40 mld EUR nie będą one w stanie prowadzić akcji kredytowej (w niezrealizowanym porozumieniu grudniowym ze szczytu europejskiego obiecano im 30 mld EUR). Grecja znajduje się w „korkociągu”, gdzie pogłębiająca się recesja pociąga za sobą – zgodnie z obowiązującą doktryną – konieczność coraz głębszych dostosowań fiskalnych. Podobna jest zresztą sytuacja Włoch. Tyle, że tu pakiet liberalizujący gospodarkę, może w ogóle nie przejść przez parlament.

            Obniżenie przez agencję S&P najwyższego ratingu inwestycyjnego Francji i Austrii nie spowodowało przeceny na europejskich giełdach tylko dlatego, że ratingi banków z Francji i Austrii i tak lokują się już poniżej ratingu krajowego. Trudno jednak powiedzieć, że pozostało to bez wpływu na EFSF. Rating 3A dla funduszu nie mógł się utrzymać, ponieważ z 780 mld EUR gwarancji, jakie mu przydzielono aż 20 proc. przypada na Francję, a ostatnie 4 kraje w najwyższym ratingiem (Niemcy, Luksemburg, Holandia i Finlandia) dostarczają EFSF zaledwie 34 proc. z łącznej puli gwarancji. Obniżenie ratingu Francji i Austrii „zdjęło” z puli gwarancji ok. 180 mld EUR. Do tego dochodzą zobowiązania wobec Irlandii, Portugalii i Grecji. Funduszowi z 440 mld nominalnych środków do dyspozycji zostało po obniżce ratingów nie więcej niż 120 mld. Wystarczy może jeszcze na Portugalię, która typowana jest obecnie, jako drugi po Grecji kandydat do ogłoszenia niewypłacalności. Nie wystarczy na izolowanie od rynkowej paniki Włoch i Hiszpanii.

            Dopóki Niemcy nie zmienią swojego stanowiska w kwestii dofinansowania EFSF, bądź połączenia go ze stałym EMS, który ma zacząć działać w połowie roku; dopóki nie zmienią zdania w sprawie emisji euroobligacji; dopóki nie przymkną oka na bezpośrednie lub pośrednie finansowanie długu przez EBC – sytuację w strefie euro trudno będzie uznać za ustabilizowaną. Forsowanie „paktu fiskalnego”, jako jedynego remedium na strukturalne problemy Europy, pozbawione jest większego sensu. Pakt fiskalny nie rozwiązuje bowiem problemu strukturalnej nierównowagi w strefie euro, gdzie wciąż pozostają kraje z trwałymi strukturalnymi nadwyżkami i deficytami budżetowymi i na rachunkach bieżących. A to pociąga za sobą petryfikację permanentnej przewagi konkurencyjnej jednych nad drugimi.

            Tego problemu, podobnie jak kwestii niewypłacalności w strefie euro, nie uda się rozwiązać w warunkach wieloletniej głębokiej recesji.

W oczekiwaniu na QE3

            Rynek finansowy szuka swojej szansy na zysk zmieniając wycenę aktywów z instrumentów mniej na bardziej ryzykowne. Widzimy jednak, że nie idzie to w parze z prognozami makroekonomicznymi.

            Dlatego radziłbym z dystansem podchodzić do kierunków inwestowania w 2012 sugerowanych przez zmiany cen poszczególnych kategorii aktywów, jakie dokonały się na początku roku. Większej klarowności oczekiwać można najwcześniej w drugiej połowie 2012. Najdalej w kwietniu lub maju Fed musi zdecydować, czy swą dotychczasową, warunkową deklarację gotowości uruchomienia QE3 wprowadzić w czyn. I wtedy zobaczymy, na ile trwała jest obecna poprawa nastrojów i zwyżki cen bardziej ryzykownych aktywów.   

                         

           

         

2012-02-05 11:46
gospodarka, blogi ekspertów kryzys, rynek globalny, nastroje Komentarze (1)