O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

Politycy znani są ze swobodnego stosunku do liczb. Ale, żeby Główny Urząd Statystyczny? I to w kwestii tak ważnej dla inwestorów, jak długo wyczekiwane dane o pozycji fiskalnej za ubiegły rok?

Na oficjalnej stronie GUS w dziale „Rachunki narodowe” z datą 16 kwietnia zawisł tradycyjnie bacznie przez analityków obserwowany dokument pod tytułem „Niefinansowe rachunki kwartalne według sektorów instytucjonalnych”, gdzie w zakładce „zadłużenie netto sektora instytucji rządowych i samorządowych”, obok zweryfikowanych danych za lata 2005-2010, znaleźć można było też wstępne dane o wyniku sektora publicznego za cały rok 2011.

Podany tam wynik, deficyt rzędu 100 603 mln złotych, co w relacji do nominalnego PKB za 2011 rok dawało 6,6 proc., mógł wprawić w osłupienie. Tym bardziej, że z przecieków wynikało, że wynik sektora ma być „znacząco niższy” od prognozowanych 5,6 proc. PKB. Bo przecieki – niestety jak zwykle - były.

I faktycznie:  komunikat opublikowany przez GUS 23 kwietnia, gdzie ujawniono wynik notyfikacji przesłanej 30 marca przez prezesa GUS do Komisji Europejskiej, potwierdził tę z dawna oczekiwaną pozytywną niespodziankę, która już jakiś czas temu niespodzianką przecież być przestała. Deficyt sektora oszacowany został na 77 959 mln PLN, co daje 5,1 proc. PKB.

W ten sposób jednak na oficjalnej stronie GUS w dziale rachunki narodowe inwestorzy znaleźć mogli przez pewien czas dwa sprzeczne ze sobą co do wymowy dokumenty: pod nr 17 – zawisła 23 kwietnia oficjalna notyfikacja wyniku sektora za 2011, zgodna z metodologią ESA 95; pod numerem 25 – wisiały sobie spokojnie od 16 kwietnia równie oficjalne szacunki GUS również przeprowadzone w zgodzie z tą metodologią. Tyle, że różnica w wyniku sektora sięgała – bagatela – kwoty 22 mld 644 mln PLN.

Posługujemy się czasem przeszłym. Piszemy, że inwestorzy mogli znaleźć dwa sprzeczne ze sobą szacunki wyniku sektora, ponieważ w dniu publikacji notyfikacji, 23 kwietnia około godziny 12 dokument z gorszym szacunkiem deficytu zwyczajnie, bez słowa wyjaśnienia wyparował ze strony GUS. Nie zniknął jednak na szczęście z naszych komputerów.

Różnica w obu szacunkach sprowadzała się dotąd historycznie zazwyczaj do ułamka pkt. proc.. Tak było – co łatwo sprawdzić - w latach 2009, czy 2010. Tym razem różnica spęczniała jednak do 1,5 proc. PKB na korzyść ministra Rostowskiego.

Przy wykorzystaniu prywatnych kontaktów usiłowaliśmy od końca ubiegłego tygodnia dociec, o co tu chodzi? Próbowaliśmy - bez powodzenia. Szczerze nad tym ubolewamy.*) Wiarygodność statystyk dotyczących stanu finansów publicznych państwa jest ważna zawsze. Ale nabiera szczególnej wagi w czasach tak trudnych, jak teraz. I dobrze by było, żeby ktoś to wreszcie zauważył. Urzędy państwowe nie mogą w sposób tak bezceremonialny obchodzić się z liczbami mającymi bezpośrednie przełożenie na zachowania inwestorów i wycenę złotowych aktywów. Nie mogą też bez słowa wyjaśnienia usuwać ze stron internetowych oficjalnych dokumentów. To budzi podejrzenia. Podkopuje wiarygodność. A cierpliwość inwestorów też ma swoje granice.

*) współautorem tekstu jest Mirosław Gronicki            



*) Już po napisaniu tego tekstu otrzymałem z GUS, podpisane przez Marię Jeznach, Dyrektor Departamentu Rachunków Narodowych, następujące nic nie wyjaśniające wyjaśnienie: „Na prośbę Pana Prezesa uprzejmie informuję, że nie jest to błąd. Tablica 1 o kwartalnych niefinansowych rachunkach narodowych wg sektorów instytucjonalnych zawierała dane sprzed opublikowanych w dniu dzisiejszym o godz. 11.00 „Komunikatu dot. deficytu i długu sektora instytucji rządowych i samorządowych w 2011r.” oraz „Informacji GUS w sprawie zaktualizowanego szacunku PKB za lata 2009-2011”.  Z uwagi na istotne zmiany, szczegółowo opisane w przytoczonej wcześniej „Informacji o zaktualizowanym szacunku PKB …”,  w dniu dzisiejszym ok. godz. 12.00 ze strony internetowej GUS została usunięta Tablica 1 o kwartalnych niefinansowych rachunkach narodowych wg sektorów instytucjonalnych.

Obecnie rozpoczęliśmy prace nad nowelizacją niefinansowych rachunków kwartalnych wg sektorów instytucjonalnych za lata 2009-2011. Jak tylko dane zostaną uaktualnione (uspójnione z opublikowanymi w dniu dzisiejszym danymi), zostaną natychmiast zawieszone na stronach internetowych GUS” .

 

2012-04-23 22:00
gospodarka, blogi ekspertów GUS, notyfikacja fiskalna, rachunki narodowe Komentarze (5)
 Oceń wpis
   

W toczącej się u nad niemrawo debacie o dylematach ekonomicznych Europy bardzo brakuje głosów prowokujących do myślenia. Stąd z wielką frajdą zabrałem się do lektury w Gazecie Wyborczej tekstu dwójki moich przyjaciół („Rozwiązać strefę euro”; Ernest Pytlarczyk i Stefan Kawalec. Pełna wersja ich opracowania, którego skrót zamieściła GW znajduje się na stronie www.liberte.pl). Ale mina mi szybko zrzedła. Postaram się w przystępny pomysł wyłożyć, dlaczego koncepcja „kontrolowanej dezintegracji” strefy euro, powrotu do walut narodowych i pozostawienia wspólnego europejskiego pieniądza „na jakiś czas” dla krajów niekonkurencyjnych nie przypadła ma za bardzo do gustu.

Cenie sobie i lubię intelektualne prowokacje. Sami jakiś czas temu przedstawiliśmy z Gazecie wspólnie z Marcinem Wężykiem kontrowersyjny szkic wyjścia z kryzysu zadłużenia w strefie euro, ale bez jej niszczenia. Nasz pomysł był dość prosty. W mega skrócie: zostawić wszystkie aktywa i pasywa w krajach niewypłacalnych w euro, a wszystkie płace, ceny i kontrakty denominować w czymś w rodzaju naszego dawnego bonu towarowego banku Pekao, czyli dokonać wewnętrznej dewaluacji w ramach systemu de facto usankcjonowanej dwuwalutowości w krajach należących do obszaru wspólnego pieniądza. Pomysł był później twórczo podjęty między innymi przez prezesa Marka Belkę w wywiadzie dla Financial Times Deutschland.

Nasza koncepcja wychodziła z założenia, że strefa euro, choć niedoskonała podlega widocznej renowacji, a po koordynacji polityki fiskalnej przyjdzie też kolej na koordynowanie polityk rynku pracy, jako instrumentu przywracania konkurencyjności krajom euro dziś trwale jej pozbawionych. Innymi słowy: wychodziliśmy z przekonania, że strefa euro, w wyniku kryzysu, staje się czymś w rodzaju work in progress, a koszt jej ewentualnego rozpadu jest katastrofalnie wielki i zupełnie zbędny.

Pytlarczyk i Kawalec sądzą zaś inaczej, twierdząc, że naprawa strefy euro jest drogą donikąd. Tyle, że prezentowany przez siebie sposób tej naprawy niewyobrażalnie wprost karykatyzują Abstrahują w zasadzie w ogóle od tak ważnych kwestii, jak makroekonomiczne efekty restrukturyzacji gospodarek i ich wpływ na bilans pierwotny budżetu. Tym samy eliminują ze swych rozważań możliwość znaczącego złagodzenia kosztów w postaci koniecznej skali deprecjacji realnego kursu, czy obniżenie „współczynnika poświęcenia” (sacrifice ratio: skala spadku produkcji i zatrudnienia, niezbędne dla opłacenia niższej inflacji) w krajach peryferyjnych. Niech więc wolno mi będzie z tej karykatury zrobić jednak coś mniej potworkowatego. Postulat rozwiązania strefy euro, jako remedium na dzisiejszy kryzys wydaje mi się niedorzeczny.      

O dylematach, jakie towarzysza próbom przywracania równowagi makroekonomicznej w strefie euro ekonomiści wiedzą już w zasadzie wszystko. Mamy tu klasyczny wręcz przykład przezwyciężania przekleństwa „podwojnego deficytu” (twin deficit), zewnętrznego i fiskalnego, tyle, że dotyczy on grupy krajów znajdujących się w unii monetarnej, pozbawionych więc możliwości sięgnięcia po środki z arsenału klasycznej polityki monetarnej. Przywrócenie równowagi w takich warunkach wymaga równoległego przeprowadzenia dostosowania w bilansach płatniczych i budżetach. Zachodzi więc potrzeba równoczesnego dostosowania zewnętrznego i fiskalnego, co jest pozornie kontradyktoryjne.

Piszę pozornie, bo jednak – choć wcale niełatwo – da się na to coś jednak poradzić. Wzrost konkurencyjności może być osiągnięty przez realną deprecjację kursu walutowego. Wymaga to niższej od przeciętnej w strefie euro inflacji w krajach peryferyjnych i w tym samym czasie wyższej niż przeciętna inflacji w krajach tworzących twarde jądro Unii. Samo w sobie wydaje się to już wystarczająco trudne. Inflacja w Niemczech, na przykład, musiałaby wahać się w okresie następnej dekady w przedziale 3,3-4,7 proc..

Co gorsza: wyrastanie z długu wymaga przecież szybszego, a nie wolniejszego wzrostu nominalnego PKB w krajach peryferyjnych. A programy dostosowań fiskalnych i niska inflacja powodują wręcz odwrotny skutek. Mamy więc dylemat: albo niższa inflacja, albo szybszy wzrost nominalnego PKB. Nie do pogodzenia – mówią niektórzy. I tak rodzą się właśnie pomysły na wyjście ze strefy euro, albo – jak u Pytlarczyka i Kawalca - zostawienia euro krajom „nie nadążającym” z konkurencyjnością i o dużych podwójnych deficytach. Ma to być jedyny sposób na zakończenie kryzysu.

Ale nie spieszmy sie tak. Wyjście z tego paragrafu 22 jednak istnieje. Tyle, że wymagające. I na dodatek cud nie nastąpi ani dziś, ani jutro. Zrobienie ze strefy euro obszaru zrównoważonego wzrostu musi zająć co najmniej dekadę. Czy warto? Uważam, że tak. Alternatywa – wbrew temu, co twierdzą Pytlarczyk i Kawalec – jest kosztowna. Każda dekompozycja strefy euro, kontrolowana czy nie, zagraża bowiem integralności jednolitego rynku. Wystarczy przypomnieć sobie, jak wyglądały wszystkie podstawowe filary jednolitego rynku - swobodny przepływ towarów, usług, kapitału i siły roboczej - w okresie wojen na „konkurencyjne dewaluacje” z połowy lat 70-tych ubiegłego wieku. A „wąż walutowy”, to niby był lepszy?

Naturalnie trzeba zdawać sobie sprawę, że nie jest możliwe osiągnięcie zrównoważonej pozycji zewnętrznej (bez deficytu na rachunku bieżącym) lub choćby poprawa pozycji inwestycyjnej netto, wymagające realnej deprecjacji kursu o 20-35 proc. – jak w przypadku Hiszpanii, Grecji czy Portugalii; spadku PKB o 7-12 proc. dla obniżenia inflacji o 1 pkt. proc., a takie właśnie sacrifice ratio ma dziś Grecja, czy nawet o 3-6 proc., jak w przypadku Portugalii. Domaganie się od Niemiec czy Francji tolerowania 20-25 proc. aprecjacji realnego kursu i pogodzenia się z 4 proc. inflacją nie ma większego sensu. Program dostosowawczy wymagający takich wyrzeczeń zarówno od Południa, jak Północy Europy i trwający 10-15 lat, nie jest możliwy do przeprowadzenia w demokratycznym kraju. Tu Pytlarczyk i Kawalec mają rację. A raczej mieliby ją, gdyby jakiś naiwniak tak właśnie chciał promować program naprawczy dla strefy euro. To już lepiej naprawdę byłoby od razy ją zdekomponować.

Tyle tylko, że szacunki skali wymaganych dostosowań zewnętrznych i fiskalnych nie mogą mieć charakteru statycznego. A taki mają przy przytoczonych wyżej liczbach. Chodzi o to, że reformy strukturalne w krajach peryferyjnych, szczególnie te adresowane do sektora dóbr i usług podlegających wymianie międzynarodowej (tradables) mogą znacząco obniżyć „współczynnik poświęcenia” w postaci spadku PKB i niższej wymaganej inflacji, a tym samym podnieść konkurencyjność i spowolnić tempo narastania długu w okresie dostosowania fiskalnego i zewnętrznego. O ile? Tego nie wiem. Nie znam wiarygodnych modelowych szacunków tego rodzaju. Ale wiem jedno: Irlandia dziś, inaczej niż pozostałe kryzysowe kraje w strefie euro, w ogóle już nie potrzebuje dewaluacji dla osiągnięcia zrównoważonej pozycji zewnętrznej. A wartość sacriface ratio dla Włoch, czy Hiszpanii jest minimalna. Dlaczego? Bo owocują reformy strukturalne.

W przypadku krajów z „jądra” euro, na przykład Niemiec, które muszą mieć swój udział w przywracaniu równowagi (wyższa inflacja i pogorszenie pozycji inwestycyjnej netto) koszt będzie też niższy, o ile tylko nastąpi tam istotna liberalizacja w sektorze dóbr i usług nie podlegających wymianie międzynarodowej (non-tradables). A i Europejski Bank Centralny może też dołożyć się do obniżki kosztów przywracania równowagi makroekonomicznej, okresowo podwyższając cel inflacyjny dla całej strefy euro z obecnych 2 do 3,0-3,5 proc..

Trzeba pamiętać, że negatywny efekt wzrostu wartości licznika (dług) i spadku mianownika (wolniejsze tempo wzrostu nominalnego PKB) w relacji dług/PKB, co musi nastąpić w pierwszej fazie równocześnie przeprowadzanych dostosowań zewnętrznych i fiskalnych, może zostać skompensowany wyłącznie przez szybszą poprawę wyniku pierwotnego (pozycja fiskalna po wyeliminowaniu efektów cyklicznych). A dla osiągnięcia tego pożądanego efektu kluczowe właśnie są reformy strukturalne w krajach peryferyjnych. Te reformy poprawiają konkurencyjność w pierwszej kolejności w sektorze dóbr podlegających wymianie międzynarodowej. A to oznacza mniejszą potencjalną skalę wymaganej deprecjacji realnego kursu, czyli tym samym też mniejszą skalę „poświecenia” w postaci utraconego PKB lub wzrostu bezrobocia.

Wiem, że naszkicowana tu linia rozumowania jest taka bardziej ortodoksyjna i mniej przez to zapewne efektowna niż gromkie nawoływanie do programu naprawczego w postaci pokojowej i – naturalnie, a jakże -  kontrolowanej dekompozycji strefy euro. Ale może warto to raz jeszcze przemyśleć? 

 

2012-04-13 17:06
gospodarka, blogi ekspertów polemika, kryzys, strefa euro Komentarze (6)