O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

 Już za kilka tygodni skończy się krótki okres „ciszy przed burzą”, jaki poprzedza nieuniknioną i bezwzględnie konieczną dyskusję na temat prognoz i polityki gospodarczej rządu w kolejnym roku budżetowym. Wobec globalnego kryzysu, którego skutki coraz większym cieniem kładą się na stanie budżetu państwa po pierwszym półroczu 2012, alternatywa przed jaką staje rząd staje się coraz bardziej czytelna:

  • podjęty zostanie dodatkowy wysiłek (po stronie wzrostu obciążeń podatkowych lub cięcia wydatków), konieczny dla zmieszczenia się na wytyczonej wcześniej ścieżce konwergencji fiskalnej;
  • program konwergencji zostaje złagodzony, a tempo dochodzenia do równowagi fiskalnej zmniejszone, ponieważ priorytetem będzie utrzymanie jak najwyższego tempa wzrostu gospodarczego i poprawa na rynku pracy

Nie ma wątpliwości, że dodatkowe przedsięwzięcia konieczne dla utrzymania się na ścieżce fiskalnej musiałyby być już na tyle znaczące, że wpłynęłyby na ograniczenie tempa wzrostu gospodarczego w krótkim okresie. A to z kolei potęgowałoby problemy budżetu. W przypadku wyboru opcji – nazwijmy ją tak – „fiskalnej ortodoksji” rodzi się więc pokusa sięgnięcia po jakieś inne niż podatki transfery środków do budżetu. Jak zjeść ciastko i mieć ciastko? Co tu może wchodzić w rachubę?

Ortodoksja nieortodoksyjna

Otwarcie mówiąc, gdyby rząd zamierzał tkwić niewzruszenie przy zamiarze redukcji deficytu sektora zgodnie z tempem wytyczonym w Aktualizacji Programu Konwergencji 2012, nie skazując jednocześnie gospodarki na dalsze cięcia wydatków publicznych lub podwyżki podatków, to na horyzoncie majaczą dwa tylko przedsięwzięcia: kolejne sięgnięcie po środki z OFE lub wpisanie astronomicznej kwoty przychodów pozyskanych ze sprzedaży praw do emisji CO2.

Jeśli chodzi o OFE, to - nie wchodząc na razie w szczegóły – sądzę, że tym razem, inaczej niż przy ograniczeniu składki, mogłoby dojść do porozumienia rządu z funduszami, które gotowe byłyby prawdopodobnie na określonych w toku negocjacji zasadach, dobrowolnie przekazać do ZUS pewną część środków zgromadzonych na indywidualnych kontach emerytalnych. Dotyczyłoby to relatywnie małych kwot wypłacanych z OFE pierwszym kohortom ubezpieczonych i wiązało się z uregulowaniem kwestii podziału ryzyka przy rencie dożywotniej pomiędzy ZUS a OFE. Przy tej okazji zostałaby wreszcie ustawowo umocowana wypłata świadczeń z OFE, na co od lat czekamy. Środki pozyskane w ten sposób zostałyby oczywiście natychmiast wydane na wypłatę bieżących emerytur. Minister finansów dostałby jednak od kilku do kilkudziesięciu nawet miliardów złotych. Rynek finansowy oszalałby z radości. Kusząca perspektywa, prawda?

Jeśli chodzi o przychody z handlu prawami do emisji, to papier jest cierpliwy i przyjmie wszystko. Takie przychody teoretycznie zmniejszyłyby potrzeby pożyczkowe. Ich weryfikacja dokonana zostałaby jednak dopiero w trakcie roku. Jest też otwarta kwestia efektywności wykorzystania środków z handlu emisjami. Tu entuzjazm rynku byłby więc bez wątpienia mniejszy.

Sądzę, że intensywna dyskusja na temat metod, po jakie sięgnąć może rząd, o ile zdecyduje się redukować deficyt we wcześniej zapowiadanym tempie, jest tuż przed nami. Dobrze by było, żeby nie została ona jednak znów zdominowana wyłącznie bieżącą sytuacją budżetu. Potrzebujemy dyskusji  o charakterze systemowym. Chodzi przecież o rozwiązania ważne dla gospodarki, finansów publicznych, świadczeniobiorców i podatników w długim horyzoncie czasowym.

Stymulacja bez ortodoksji?

Rzeczowemu charakterowi takiej dyskusji sprzyjać powinna świadomość, że ryzyko penalizacji przez rynek rządów niewystarczająco restrykcyjnych w zakresie polityki fiskalnej będzie w najbliższym czasie spadać. Większość krajów w Europie pod wpływem niekorzystnych warunków makroekonomicznych zmuszona będzie łagodzić swoje programy dostosowań fiskalnych. I będzie to, bez entuzjazmu, ale jednak, aprobowane przez Brukselę oraz agencje ratingowe.

Antycykliczność polityki gospodarczej w kontynentalnej Europie nie może być wiernym odwzorowaniem przykładu Stanów Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii. Nie da się już też jednak dłużej udawać, że „niekeynesowskie” pozytywne efekty restrykcyjnej polityki fiskalnej mają zastosowanie praktycznie wyłącznie do małych otwartych gospodarek i nie da się ich wymusić w krótkim okresie na dużych krajach o niekonkurencyjnych rynkach. Tu zacieśnienie fiskalne pogłębia po prostu tylko recesję. I koło się zamyka.

W naszym wypadku wybór „opcji nieortodoksyjnej”, czyli złagodzenie ścieżki fiskalnej, oznaczałby koszt w postaci pozostania w „procedurze nadmiernego deficytu” na kolejny rok i niezmieniony rating. Łączą się z tym pewne niedogodności. Nie sposób ich lekceważyć. Ale w obecnych warunkach rynkowych mogą one mieć przy podejmowaniu przez rząd decyzji mniejsze znaczenie niż chęć wsparcia gospodarki i uniknięcia niezerowego już niestety ryzyka recesji.

„Opcja nieortodosyjna”, gdyby wybór padł jednak ostatecznie na nią, wsparta być powinna pakietem stymulacyjnym, tak sformułowanym, żeby pro-wzrostowy efekt nie był jednak opłacony kosztami w postaci znaczącego spadku dochodów budżetu lub wzrostu wydatków, bo to nadal nie wchodzi w rachubę.

Ewentualny „pakiet stymulacyjny” mógłby więc składać się z umiejętnie dobranego zestawu bodźców podatkowych wspierających przedsiębiorczość, dobrze zdefiniowanych przez środowiska biznesowe i dawno temu - choć jak dotąd bez skutku - adresowanych do ministra finansów (chodzi głównie o zmiany w sposobie rozliczania VAT). W pakiecie powinny też znaleźć się zachęty podatkowe dla innowacyjnych inwestycji podnoszących konkurencyjność. W interesie naszej gospodarki byłoby też mocne wsparcie eksportu na rynki pozaeuropejskie. Dywersyfikacja eksportu, jak dowodzi tego przykład Niemiec, ma kluczowe znaczenie dla zwiększenia odporności gospodarki na kryzys.

Generalnie: środowiska biznesowe od dość dawna postulują podjęcie dyskusji nad strategicznym wyborem przy modelowaniu optymalnego systemu podatkowego. Jego celem byłoby nie tylko zapewnienie wysokich wpływów do budżetu, ale też promowanie przedsiębiorczości. Podatki nie powinny tłumić wzrostu gospodarczego, ale ten wzrost wspierać. Powinny też sprzyjać maksymalizacji zatrudnienia.

Strategiczny wybór polegać powinien – jak się więc wydaje – na wyraźnie zarysowanym i konsekwentnie utrzymywanym kierunku: odchodzimy od podatków i parapodatków obciążających pracę; obciążamy za to podatkami konsumpcję. Pod tym względem brak nam zdecydowanie ciągłości. W ostatnim 20-leciu miotamy się tu od ściany do ściany. A to dlatego, że priorytetem są bieżące potrzeby budżetu: na rok, na dwa… Trzeba z tym wreszcie skończyć. Osiągnięcie powszechnej akceptacji na prorozwojowy kierunek zmian w systemie podatkowym jest jak najbardziej możliwe. A kryzys – paradoksalnie – bardzo temu sprzyja.

A co z zarysowanej tu alternatywy wybierze rząd? Niebawem się przekonamy.

2012-08-13 13:26
gospodarka, blogi ekspertów konsolidacja, wzrost, 2013 Komentarze (3)