O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

 Jest rzeczą godną pożałowania, że przywódcy europejscy potrafią nawet relatywnie mały w wymiarze finansowym problem przemienić w zagrażające istnieniu strefy euro tsunami. Przypadek cypryjski testuje bardzo surowo umiejętność zarządzania kryzysem przez eurogrupę. Dostarcza też wielu dowodów na niekonsekwencję, brak wyobraźni i kompletny brak wyczucia dla reakcji uczestników rynku finansowego.

Strefa euro próbuje z mozołem budować instytucje mające umocnić system finansowy, po to by podobny do obecnego kryzys nigdy już nie mógł się powtórzyć. Jedną z podstawowych ma być unia bankowa. Unia wyposażona w trzy filary: jednolity nadzór; mechanizm sanacji banków i instytucji finansowych; gwarancję depozytów. Sposób budowania i funkcjonowanie nadzoru zostały w zasadzie uzgodnione. Mechanizm sanacji był wciąż tylko szkicem. Kwestia gwarancji dla depozytów pozostała „zamrożona” na kryzysowym poziomie 100 tys. euro. 

Cypr potężnie zachwiał przyszłością unii bankowej. Pierwszy wyłom został zrobiony z chwilą milczącego zaakceptowania przez „trojkę” nałożenia jednorazowego podatku na depozytu poniżej 100 tys. euro. Nic tu nie zmieniają tłumaczenia, że była to decyzja własna Cypryjczyków. Niewiele tu też wnosi tłumaczenie, że „wszyscy wiemy, co to niby są za depozyty w tych cypryjskich bankach”. Wiemy. Ale przedtem też wiedzieliśmy, prawda? Nie spadło na nas nagle olśnienie, że w związku z taką, a nie inną strukturą podmiotową depozytów Cypr nie może być objęty gwarancjami do 100 tys. euro. Przywódcy europejscy nie mieli prawa zgodzić się na rozwiązanie sankcjonujące złamanie jednego z filarów przyszłej unii bankowej.

Ale najgorsze przyszło dopiero wraz z komentarzem szefa eurogrupy do finalnej wersji cypryjskiego bail-out. Jeroen Dijsselbloem, holenderski minister finansów, absolwent ekonomiki rolnictwa, człowiek kompletnie nowy na europejskim horyzoncie, wymierzył unii bankowej potężnego kopniaka.

Wypada przy tym wierzyć, że mówiąc o tym, iż rozwiązanie cypryjskie, zdejmujące ciężar sanacji niewypłacalnych banków z barków podatnika i przerzucające koszty na kredytodawców, może stanowić wzorzec dla mechanizmu sanacji banków w strefie euro, wiedział co mówi. Gdybyśmy bowiem uważali inaczej, a mianowicie, że szef eurogrupy tak sobie tylko chlapnął przez nieuwagę, to naprawdę…

Przyjmujemy więc, że Dijsselbloem nie tylko wiedział co mówi, zapowiadając zwrot w dotychczasowej polityce kryzysowej sanacji banków w Europie, gdzie chronieni byli finansujący banki inwestorzy o statucie senioralnym oraz depozytariusze, ale zdawał też sobie sprawę z konsekwencji swoich słow. Musimy przyjąć takie założenia, bo inaczej…

Przyszły mechanizm sanacji instytucji finansowych w unii bankowej był zaledwie szkicem. Ten szkic, w którym faktycznie to już nie europejski podatnik, ale prywatni inwestorzy finansowo odpowiadać mieli za wypłacalność banków, nie przez przypadek przecież zarysowany miał odpowiednio odległy dla tego rozwiązania horyzont czasowy. Mechanizm „wewnętrznej odpowiedzialności” (bail-in) inwestorów w instytucjach finansowych, który miał wyprzeć mechanizm „zewnętrznej odpowiedzialności” (bail-out), finansowanej zawsze w pieniędzy podatnika, powinien wystartować w strefie euro począwszy od roku 2018. Te pięć lat niezbędne miało być właśnie na restrukturyzację banków, na dopasowanie rozmiarów sektora finansowego do wielkości gospodarek, wreszcie na uzgodnienie ostatecznych zasad gwarantowania depozytów i danie depozytariuszom czasu na świadome dostosowanie struktury własnych oszczędności do zasad bezpieczeństwa depozytów.

Było i jest w eurogrupie kilka krajów silnych krajów, którym zależało na przyspieszeniu wdrożenia tej – co chcę mocno podkreślić – jak najsłuszniejszej, co do swoich podstaw, zasady. Słyszałem w Brukseli, że może trzeba będzie mechanizm bail-in uruchomić już w roku 2016. Ale nigdy, przenigdy nic nie słyszałem o roku 2013. Nie bez powodu. A to dlatego, że pełna sanacja banków na koszt inwestorów w takim terminie byłaby szczytem nieodpowiedzialności. Przecież nawet cypryjski system bankowy naprawiany jest w oparciu o „system mieszany”. Jest tu 10 mld EUR pieniędzy europejskiego podatnika i zapewne ok. 2-3 mld kredytodawców, głównie depozytariuszy z wkładami ponad 100 tys. EUR, przeniesionych do „złego” banku.

Dlaczego w takim razie Dijsselbloem, świeży holenderski szef eurogrupy, wyrwał się ze swoim oświadczeniem, które wstrząsnęło rynkami w krajach strefy euro, gdzie system finansowy nie jest – mówiąc eufemistycznie – wciąż w pełni sprawny, albo też odwrotnie: jest jednym z najsprawniejszych na świecie, tyle że aktywa monetarnych instytucji finansowych przekraczają tam wielkość PKB 22 razy, a nie jak w przypadku Cypru ledwie skromne 8 razy (biedny Luksemburg!)?

O co chodziło szefowi eurogrupy? O osłabienie euro? O wywołanie runu na banki w Hiszpanii, Włoszech, Luksemburgu? O skłonienie Niemców do refleksji nad bezpieczeństwem depozytów w Deutsche Banku, czy Commerzbanku? O nieuchronne podwyższenie kosztów pozyskiwania przez banki kapitałów? A może tylko o ozdrowieńczy wstrząs moralny: że niby starczy tego dobrego i niech każdy, kto ma do czynienia z bankiem w strefie euro, najpierw pomyśli z kim ma do czynienia?

Nie będę zgadywał. To bez znaczenia. Wystąpienie szefa eurogrupy, którego obowiązkiem jest dokładanie maksymalnej staranności dla ustabilizowania chwiejnej sytuacji w strefie euro, bez względu na jego motywację, uznać wypada za Himalaje nieprofesjonalizmu.

Cóż z tego, że Dijsselbloem po zamieszaniu, jakie wywołało stawianie przez niego Cypru, jako wzorca dla rozwiązywanie problemów ponadrozmiarowych systemów bankowych w strefie euro, tłumaczył później, że – podobnie jak większość ludzi rozsądnych – uważa, iż rozwiązanie cypryjskie jest skrojone na miarę tego szczególnego przypadku? Mleko już się rozlało. Depozytariusze w krajach strefy euro zaczęli się budzić. Rząd Luksemburga poczuł się zmuszony do zabrania głosu. Nieudolność eurogrupy jest wstrząsająca. Taki sposób zarządzania kryzysem uznać wypada za wysoce oryginalny. Przyszłość unii bankowej stoi pod wielkim znakiem zapytania.

2013-03-28 12:50
gospodarka, blogi ekspertów euro, kryzys, Dijsselbloem Komentarze (5)
 Oceń wpis
   

Nie jest kwestią przypadku, że podczas ubiegłotygodniowego spotkania w Ministerstwie Finansów minister Jacek Rostowski podniósł kwestię własnych kryteriów wewnętrznych potrzebnych dla bezpiecznego wejścia do strefy euro. Precyzyjnie mówiąc: ta kwestia została podniesiona nawet dwukrotnie, bo również przez Andrzeja Bratkowskiego, co nikogo z nas, uczestników debaty, chyba nie zdziwiło.

Otóż, proste szacunki wskazują, że doprowadzenie długu publicznego do poziomu poniżej 40 proc. PKB, akcentowane przez duet Rostowski – Bratkowski, jako warunek asekurujący nasze bezpieczne członkostwo w euro, bez sięgania po nadzwyczajne środki, a za to przy założeniu prowadzenia stale restrykcyjnej polityki fiskalnej, bez względu na cykl polityczny i koniunkturalny, nie będzie możliwe przed rokiem 2022. Ten termin dałoby się przyspieszyć jedynie w przypadku likwidacji kosztów związanych z finansowaniem 2 filara systemu emerytalnego. Mam wrażenie, że zostało to nam wszystkim dobitnie, choć może nie wprost, powiedziane.

 

Jest charakterystyczne, że żaden z reprezentantów administracji obecnych na debacie nie podniósł akcentowanego przez nas kilkakrotnie uzależnienia procesu usunięcia derogacji od warunku wstępnego, jakim jest spełnienie kryterium legislacyjnego.

Dlaczego? Jednym z podstawowych powodów tej powściągliwości są  oficjalne enuncjacje premiera i prezydenta wskazujące rok 2015, jako termin gotowości do wejścia do strefy euro. Naturalnie, nie możemy takiej gotowości w roku 2015 osiągnąć. Może być „gotowość częściowa”, bez wypełnienia kryterium kursowego. I to pod wieloma warunkami. A ile jest warta taka „niepełna gotowość”?

Po co więc to wzmożenie – jak zgrabnie nazwał to w debacie prezes Belka – akurat teraz?

Mam nieprzeparte wrażenie, że kluczem do zrozumienia sprawy są tu właśnie te rzucone przez Rostowskiego mimochodem i na marginesie własne kryteria wewnętrzne dotyczące rynku pracy i finansów publicznych.

To pierwsze, czyli mniejsza niż w strefie euro stopy bezrobocia, jako bezpiecznik dla bezpiecznej akcesji, jest bezsensowne. Atrakcyjność obszaru o gorszym niż u nas rynku pracy wydaje się wątpliwa.

To drugie, czyli bardzo niska relacja długu do PKB, a precyzyjniej sposób jej osiągnięcia, jest bardzo atrakcyjna dla ministra finansów w krótkim czasie, ale już niekoniecznie dla emerytów z okresie nieco dłuższym niż następna kadencja rządu.

2013-03-03 11:35
gospodarka, blogi ekspertów euro, debata Komentarze (3)