O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

Zadłużenie Skarbu Państwa na koniec czerwca 2011 roku wzrosło o 9,3 mld PLN (1,2%) i wyniosło 752,2 mld. Z tej kwoty 72,7% stanowił dług denominowany w złotych (73,1% miesiąc wcześniej). Według informacji Ministerstwa Finansów, uważnie analizowanych przez inwestorów, w 2012 roku zapadają obligacje rynkowe o wartości 105,3 mld zł. Zapadalność długu zagranicznego sięga zaś kwoty 3, 6 mld euro.

            Pozwala to w przybliżeniu oszacować przyszłoroczne potrzeby pożyczkowe brutto, które wyniosą 140-150 mld PLN. Sądzę, że Ministerstwo Finansów, które zrealizowało już ponad 90% tegorocznych potrzeb pożyczkowych, wykorzystując wciąż sprzyjające warunki rynkowe, powinno jeszcze przed końcem roku rozpocząć prefinansowanie potrzeb przyszłorocznych. Byłoby to postępowanie w warunkach dużej niepewności ze wszech miar wskazane. Podobnie, jak utrzymywanie relatywnie wysokiej poduszki płynnościowej (ok. 50 mld PLN).

2012, to dopiero będzie wyzwanie      

Dane z kolejnych miesięcy potwierdzają, że na koniec tego roku deficyt budżetu państwa może być o 8-10 mld niższy od zapisanego w budżecie. Wyniesie więc 30-32 mld PLN. Deficyt całego sektora finansów publicznych powinien spaść do 4,9-5,1% PKB.

            Problemem nie jest jednak, o czym już wielokrotnie mówiliśmy, budżet tegoroczny, lecz przyszłoroczny. Wystarczy rzucić okiem na zaniechany przez rząd projekt, którego nie udało się przeforsować przed wyborami.

           Większość podstawowych założeń makroekonomicznych, jakimi przy projektowaniu pozycji fiskalnej posługiwał się dotychczas rząd jest z całą pewnością nieaktualna. Prawdę powiedziawszy była też nieaktualna w momencie ich prezentacji.

Podobnie zresztą mają/miały się sprawy z założeniami dotyczącymi wielkości nominalnych (kursy, stopy).

Urealnienie założeń do projektu przyszłorocznego budżetu według wielkości prognozowanych przeze mnie wskazuje, że zamiast 270,8 mld podatkowych można oczekiwać co najwyżej 250 mld, a kwota sięgająca 329,6 mld planowanych wydatków może wzrosnąć do ponad 340 mld PLN. Oznaczałoby to, że dla osiągnięcia 25-28 mld PLN deficytu dochody niepodatkowe musiałyby wynieść 59-62 mld PLN, przy prognozowanych 18,5 mld oraz wykonanych w tym roku ok. 39 mld. Jest to kompletnie nierealistyczne.

A skoro tak, to mamy kłopot. Dla zmieszczenia się na ścieżce konwergencji (spadek deficytu GG poniżej 3% PKB) potrzebne by było znalezienie oszczędności w wydatkach lub zwiększenie przyszłorocznych dochodów na kwotę nie mniejszą niż 39-42 mld PLN. Takie zadanie jest wykonalne jedynie w przypadku podniesienia obciążeń podatkowych, parapodatkowych lub obu z nich oraz drastycznych oszczędności w wydatkach.

Dałoby się to zrobić, ale nie sądzę, żeby jakikolwiek rząd podjął się takiego zadania ani przed, ani po wyborach. Politycy nawet nie chcą dziś jeszcze o tym mówić. Nie bez powodu: zacieśnienie fiskalne tej skali zepchnęłoby nasz wzrost gospodarczy poniżej 1,0%. Stąd realistyczna ocena sytuacji wskazuje, że zaproponowana ścieżka konwergencji fiskalnej zostanie złagodzona. Deficyt budżetu państwa pozostanie na poziomie zbliżonym do tegorocznego wykonania. Deficyt sektora spadnie zaś o 0,5-0,8 pkt. proc. do 4,0-4,2% PKB. Oznaczać to będzie, że mniejsze niż planowano dostosowanie fiskalne odbywać się będzie wciąż poza budżetem państwa. Skala redukcji deficytu zależy od determinacji rządu. Może ona być mniejsza lub większa w zależności od odwagi sięgnięcia po środki równoważenia budżetu znajdujące się w dobrze już rozpoznanym, dostępnym od ubiegłego roku, menu.

W mojej ocenie umiarkowane, sięgające 1,0-1,2% PKB, złagodzenie ścieżki konwergencji fiskalnej będzie tolerowane przez rynek finansowy. A to dlatego, że podobne procesy odstępstw od zaostrzania polityki fiskalnej, uzasadnione rachitycznym wzrostem PKB, zachodzić będą w większości europejskich krajów, w tym w największych: w Niemczech, we Francji, a niektóre rządy, jak w Danii, uruchomią nawet nowe pakiety stymulacyjne. Rewizja planów zacieśnienia fiskalnego nastąpi również w Stanach Zjednoczonych.

 
2011-08-30 21:39
gospodarka, blogi ekspertów budżet2012 Komentarze (9)
 Oceń wpis
   

Ten globalny kryzys, jak żaden inny, zanurzony jest w polityce. I nie jest to bynajmniej polityka gospodarcza. Kryzys narastał równolegle w wielu regionach świata. I choć miał różne oblicza, to wspólnym mianownik był zawsze ten sam: polityczny interes rządzącego, choć zmieniającego się przecież w rytmie demokratycznych wyborów,  establishmentu.

W Stanach wszystko zaczęło się dobre dwadzieścia z hakiem lat temu. Wyjątkowo szybko, nawet jak na ten znany ze zróżnicowań kraj,  zaczęły wtedy narastać, a później utrwalać się, gargantuiczne różnice w poziomach dochodów i udziale w tworzonym PKB. Napisano już o tym wiele artykułów i książek (w tym swoje bestsellerowe „Fault Lines” popełnił Raghuram Rajan), upatrujących w bezprecedensowym i niekontrolowanym procesie rozwarstwienia praźródła wszystkich naszych dzisiejszych problemów.

Dziewięciu dziesiątym obywateli najpotężniejszego państwa na świecie politycy musieli dać coś, co sprawi, że nie obrócą się oni przeciw demokratycznemu ładowi we własnym kraju. Tym czymś był tani kredyt. Nie zarabiasz tyle, co ta jedna dziesiąta, która może pozwolić sobie na wszystko, bo osiąga gigantyczne dochody? Trudno, nie martw się. Pozwolimy ci kupić co chcesz na kredyt i zagwarantujemy, że będzie on tani i dla ciebie dostępny. Chcesz auto? – nie ma problemu; chcesz dom? – jak najbardziej; jeszcze 3 karty kredytowe? – daj nam tylko 5 minut. I tak to się właśnie, proszę państwa, zaczęło.

Później ruszyła lawina: wzrost zadłużenia gospodarstw domowych, spadek stopy oszczędności, proces lewarowania się banków, wykorzystywania na masową skalę, jako zabezpieczeń, wielokrotnie „przepakowanych” i sprzedawanych instrumentów pochodnych, których natury i ryzyka nikt już nie był w stanie zrozumieć, nowe rynki oznaczone tajemniczymi dla wielu trzyliterowymi akronimami...

Myślę, że ci, którzy decydowali o dopuszczeniu do upadku banku Lehman Brothers we wrześniu 2008, nie zdawali sobie sprawy do jakich następstw doprowadzi to przekucie bańki złudzeń, jaką sprokurowali swoim wyborcom amerykańscy politycy.

W tym samym czasie w Europie inni politycy tolerowali finansowanie tanim długiem konsumpcji w krajach o systematycznie zanikającej konkurencyjności. I jeszcze się z tego cieszyli. I jeszcze się tym chwalili. Można by wskazać dziesiątki cytatów z wypowiedzi różnych ekonomicznych misjonarzy, którzy z dumą podkreślali, że strefa wspólnego europejskiego pieniądza trwale niweluje różnice w pozyskiwaniu pieniądza między Grecją a Niemcami. A ile było cmokania nad irlandzkim cudem gospodarczym, który zasadzał się na pięknie wyhodowanym nieruchomościowym bąbelku wielkości kilkakrotnie przekraczającej PKB.

Skąd to się brało? Skąd takie lekceważące deptanie traktatowych zapisów o obowiązujących limitach długu publicznego? Skąd tolerancja dla pozabilansowych wehikułów finansowych w bankach? Oczywiście  z niewiedzy i politycznych kalkulacji. Z niewiedzy, bo instytucje nadzorujące rynki, jak również globalne agencje ratingowe, naprawdę niewiele rozumiały, co się na nich naprawdę dzieje. Z chłodnej politycznej kalkulacji, bo takie chociażby Niemcy, najpotężniejsza gospodarka strefy euro, dobrze przecież żyły z ubezpieczonego politycznie od jakiegokolwiek ryzyka eksportu własnych nadwyżek kapitałowych. Ci najbiedniejsi brali, co im bogaci dawali nie oglądając się na możliwości zwrotu kapitału, bo co, mieli odmawiać?

Strefa euro wyeliminowała, niektórzy sądzili, że na stałe, ryzyko finansowania olbrzymich podwójnych deficytów: budżetowego i na rachunku obrotów bieżących. Wielu moich kolegów ekonomistów przestało w ogóle zwracać uwagę na bilans zewnętrzny krajów obszaru wspólnego pieniądza. Co to miało za znaczenie, czy Grecja miała 5, 10, czy 20 proc. PKB deficytu na rachunku bieżącym? Kryzys zaufania, uruchomiony formalnie rzecz biorąc upadkiem LB, wywalił cały ten dziwny świat w powietrze. Nagle zabezpieczenie udzielonych pożyczek zaczęło mieć kolosalne znaczenie. A najwyższa klasa zabezpieczeń szybko się wykruszała. Aż po ten niewyobrażalny moment, kiedy najmocniejszy rating straciły Stany.

Wraz z narastaniem niekontrolowanego globalnego kryzysu, który z fazy finansowej gładko przeszedł do fiskalnej, polityka, która wepchnęła świat na skraj przepaści, bynajmniej nie zniknęła z horyzontu na rzecz czystych technokratycznych rozwiązań suflowanych przez ekonomistów. Wręcz przeciwnie, zyskała ona nawet na znaczeniu. Dziś w gospodarce już wszystko jest polityką, a instytucje z definicji „techniczne”, jak banki centralne, stały się wprost bastionami najczystszej polityki.

Z braku innych instytucji zdolnych zapanować nad powszechnym chaosem to właśnie banki centralne wzięły się za uprawianie ratunkowej polityki. To, co wyprawiają dziś amerykański Fed, czy Europejski Bank Centralny jest próbą zarządzania globalnym kryzysem przez instytucje pozbawione demokratycznego mandatu. Trwała obecność banków centralnych na rynku skarbowych papierów wartościowych, „deklaracje nieodpowiedzialności”, gdzie bank zobowiązuje się do pozostawienia przez z góry wyznaczony czas stóp procentowych na określonym niskim poziomie, są przy tym głęboko sprzeczne z mandatem udzielonym tym instytucjom do wykonywania ich normalnych obowiązków.

Gospodarka światowa wchodzi na kompletnie nierozpoznany teren. Wchodzi tam pod tymczasowym przywództwem niedemokratycznych, ustanowionych do wykonywania innych zadań instytucji. Jak mogło do tego dojść? Gdzie są obieralni politycy?

I tu dochodzimy do istoty rzeczy. Wszystkie dotychczasowe, wymuszone w mękach i przychodzące dosłownie w ostatniej chwili, decyzje polityczne dotyczące zarządzania kryzysem w Stanach i strefie euro, od pierwszego pakietu pomocowego dla peryferyjnych krajów strefy euro, poprzez drugi pakiet grecki, po podniesienie limitu długu w Stanach, były – jak na oczekiwania i potrzeby chwili – zdecydowanie niewystarczające. Charakteryzowały się przy tym jeszcze jedną szczególną cechą: były to w zdecydowanej większości działania unilateralne. Żadna skoordynowana międzyregionalna akcja zarządzania kryzysem, w której uczestniczyłyby zarówno Stany, jak strefa euro, państwa europejskie pozostające poza nią, ale też Chiny, czy kraje Ameryki Łacińskiej, nie została dotąd się podjęta.

Przyczyn nie trzeba chyba szeroko objaśniać. Chodzi nie tylko o trudności łączące się z wypracowaniem scenariusza skoordynowanej akcji, gdzie udałoby się pogodzić sprzeczne interesy dzielące dziś świat pełen regionalnych (północ-południe Europy) i globalnych (Stany – Chiny) nierównowag. Chodzi też o bardziej pragmatyczny aspekt, tłumaczący brak rozmachu dotychczasowych programów ratunkowych. A jest nim bez wątpienia polityka wewnętrzna rozwiniętych współczesnych demokracji.

Rządy w Niemczech i Francji, krajach decyzyjnych w kwestii rozwiązań instytucjonalnych kryzysu w strefie euro, mają do czynienia z silną opozycją sprzeciwiającą się kultywowaniu „unii transferów”. Ta opozycja pochodzi również z własnych szeregów. Republikanie w Stanach są wewnętrznie podzieleni. Demokraci zresztą też. Niektórzy gotowi byli postawić świat na krawędzi przepaści w imię własnych celów politycznych, czyli osłabienia szans wyborczych rywali.

Kolejne odsłony niewystarczających, nienadążających za potrzebami chwili, programów sanacyjnych, nie będące w stanie uspokoić rozdygotanego rynku, są w tych warunkach czymś najzupełniej normalnym. Polityka w krajach demokratycznych rządzi się wciąż tymi samymi, niezależnymi od ostrości kryzysu, prawami. A pierwsze z przykazań brzmi: trzeba być ponownie wybranym.

Dlatego właśnie zarządzanie kryzysem spoczywa, jak dotąd, w rękach instytucji niedemokratycznych i do tego niepowołanych. Te instytucje robią rzeczy ryzykowne, ale ich techniczna ekwilibrystyka przynajmniej wyborców nic jeszcze nie boli. Pozwala za to utrzymać się globalnej gospodarce, tam gdzie ona teraz jest, czyli blisko dna, ale nie na samym dnie. Czy tak już będzie do końca? Kiedy ten koniec nastąpi? I wreszcie: jaki on będzie?   

Moim zdaniem ciężar uporania się z kryzysem musi w końcu na powrót spocząć na barkach demokratycznie wybranych rządów. W przeciwnym wypadku grożą nam nieobliczalne konsekwencje, w tym kompletne rozchwianie globalnej gospodarki i upadek autorytetu banków centralnych. Droga jest przy tym dość jasno wytyczona. Menu sensownych, ekonomicznie umocowanych rozwiązań leży na tacy od dawna: potrzeba jest dalsza delewaryzacja, cięcia wydatków, wzrost podatków, ograniczanie regionalnych i globalnych nierównowag. Potrzebna jest też współpraca międzynarodowa i solidarność polegająca na pomocy w odzyskiwaniu konkurencyjności najbardziej zacofanych gospodarek strefy euro. Wszystko to oznacza na krótką metę konieczność ponoszenia kosztów. Politycy w Europie będą się musieli w końcu zgodzić na potrojenie środków Europejskiego Funduszu Stabilizacyjnego, choć dziś jeszcze głośno przeciw temu protestują. Politycy w Stanach muszą się dogadać, co do cięć i podatków. Mają czas do listopada. Koszty makroekonomiczne dostosowań fiskalnych zostaną opłacone w postaci wolniejszego tempa wzrostu i wyższej stopy bezrobocia.

Świat Zachodu musi dojrzeć do demokratycznej metody procedowania z kryzysem, do reform, które próbują dziś wymuszać na rządach szantażem banki centralne. Politycy potrzebują czasu na uporanie się z opozycją, pozyskanie opinii publicznej i zaspokojenie oczekiwań rynku na rozsądne, wspólne w skali globu rozwiązania. To, niestety, potrwa. Trudno dokładnie powiedzieć ile to jeszcze zajmie czasu. Nie sądzę jednak, żeby ciężar zarządzania kryzysem przeszedł z instytucji niedemokratycznych na rządy wcześniej niż za 2-3 lata. I taki – moim zdaniem – z dzisiejszej perspektywy powinien być właśnie horyzont wytyczający dużą zmienność i niepewność w światowej gospodarce. Trzeba mieć przy tym nadzieję, że w tym czasie bez przywództwa, niedemokratyczne instytucje próbujące uporać się z kryzysem, nie wyrządzą gospodarce, sobie samym i nam wszystkim nieodwracalnych szkód, prowadząc daleką od ortodoksji politykę monetarną.

Nieco inaczej radzą sobie z kryzysem rządy niedemokratyczne. Chiny zdają się zmieniać dotychczasowy front. Zamiast obrony kursu walutowego, dalszego akumulowania sięgających dziś 3,200 mld dolarów rezerw oraz inwestowania w niepewne amerykańskie czy europejskie obligacje, zezwalają na rosnące tempo aprecjacji.

RNB wzmocnił się wobec dolara w okresie 5 ostatnich lat o 30 proc.., ale z tego w ostatnim roku już o ponad 3,3 proc., a bywały takie tygodnie w ostatnich miesiącach, kiedy tempo aprecjacji dochodziło nawet do 0,8 proc.. Chiny wyraźnie stawiają na mniejszą inflację i wyższy popyt wewnętrzny. Nie stawiają dłużej na niekonkurencyjny - za sprawą niedoszacowanego kursu walutowego - eksport. I – co najważniejsze – zdają się rozstawać na trwałe z amerykańskim dolarem, w którego przestają wierzyć. Taka zasadnicza reorientacja ugruntowanej przez dziesięciolecia strategii gospodarczej, do której w imię przywracania globalnych równowag nawoływali od dawna ekonomiści, dokonuje się w cieniu globalnego kryzysu bez zbędnych debat i dyskusji, bez przekonywania kogokolwiek, co byłoby z pewnością nieuniknione w zachodniej demokracji.

Ale trzeba wyraźnie powiedzieć: przyspieszony przez kryzys odwrót Chin od aktywów denominowanych w dolarze i euro oznaczać będzie olbrzymie reperkusje dla globalnej gospodarki. Na dłuższą metę z pewnością korzystne, ale na krótką – pogłębi się chaos na rynku długu i obniży tempo wzrostu w Stanach, które w najbliższych dwóch latach flirtować będą z recesją (zapomnijmy o niekeynesowskich efektach dostosowania fiskalnego; 2,6 proc. redukcji deficytu w najbliższym roku, o ile zostanie zrealizowane zdejmie z dynamiki wzrostu ok. 1,7 pkt. proc.).

Czy dojdzie do tego, że w okresie najbliższych 3-5 lat Chiny wymuszą na największej i najzamożniejszej demokracji współczesnego świata zmianę mocno tam zakorzenionej (równie jak chińska niebezpiecznej dla świata) strategii wzrostu gospodarczego opartego na finansowaniu nadmiernej krajowej konsumpcji importem oszczędności z krajów ubogich?  Czyż nie byłby to największy paradoks tego największego w naszej dotychczasowej historii kryzysu?

2011-08-16 10:23
gospodarka, blogi ekspertów rządy, kryzys, bank centralne Komentarze (7)
 Oceń wpis
   

Politycy są – jak wszystkim wiadomo - ludźmi bardzo wrażliwymi na ludzką krzywdę. Ta wrażliwość nigdy ich nie opuszcza, choć trudno nie spostrzec, że jest cykliczna i dość ściśle skorelowana z politycznym kalendarzem. Spada zaraz po wyborach, żeby później nieustająco piąć się, wraz ze zbliżaniem się kadencji do końca. Ostatnio mamy wysyp wrażliwości na krzywdy ekonomiczne, których doznają wszyscy lub tylko niektórzy, ale zawsze idący w setki tysięcy (podstawowy wymóg dla erupcji wrażliwości: liczebność kohorty poszkodowanych) Polacy.

Kiedy w maju wynagrodzenia wzrosły poniżej inflacji natychmiast odezwał się chór jęczących. Należy z tego domniemywać, że wszyscy domagający się „dodatków drożyźnianych” uważają za niezbywalne prawo obywatelskie, by wynagrodzenia zawsze rosły szybciej od inflacji. Wtedy jest dobrze. Tak chcą nas uszczęśliwić.

Nie dajmy się znów uszczęśliwiać ekonomicznym analfabetom. Oni już to robili przez wiele lat. Z takim skutkiem, że startowaliśmy do Unii Europejskiej z poziomem dochodu na głowę poniżej 30 proc. średniej unijnej. Starczy. Populizm żeruje na niewiedzy. Cyniczni i niedouczeni nie mieliby żadnych szans, gdyby zrozumienie dla zjawisk i procesów gospodarczych było u nas większe.

Wzrost wynagrodzeń powyżej inflacji nie gwarantuje bynajmniej obywatelom życia w raju. Wręcz przeciwnie; może on nas znacząco przybliżyć do piekła. Jedynym właściwym punktem odniesienia dla wzrostu wynagrodzeń powinna być produktywność. Na bazie analizy relacji płac do wydajności da się dużo powiedzieć o teraźniejszości i przyszłości gospodarki. Jeśli płace regularnie rosną ponad wzrost wydajności – kraj trwale traci konkurencyjność. Grecy, Portugalczycy, Hiszpanie doświadczają tego boleśnie na własnej skórze. Niemcy, gdzie wzrost wydajności w ostatnich latach trwale przewyższał wzrost wynagrodzeń, stoją na drugim biegunie. Konkurencyjność ich gospodarki, pomimo braku możliwości dostosowań kursowych, wzrosła tak istotnie, że praktycznie suchą nogą przeszli przez globalny kryzys.

A teraz zastanówmy się sami: czyja to wina, że wolimy glosować na tych, którzy pokrzykują o konieczności zapewnienia wzrostu wynagrodzeń ponad poziom inflacji, zamiast wybierać tych, którzy zestawiają płace z wydajnością? Czy tylko dlatego, że tych drugich jest znikoma mniejszość? A może jednak dlatego, że głosujemy na analfabetów, bo lepiej ich rozumiemy, bo bliżsi są naszemu sercu? Nasze poparcie dla politycznych, cynicznych przy tym często, analfabetów utwierdza ich w bezkarności. Wzmacnia ich poczucie, że są nam potrzebni, że są „solą tej ziemi”. Dlatego bajdurzą tak namiętnie o „dodatkach drożyźnianych”.

Drugi przykład z ostatnich dni. Kolejny hit predwyborczy. Frank szwajcarski. Mamy 700 tys. rodzin w kredytami hipotecznymi denominowanymi we frankach. Ci ludzie brali kredyty świadomi ryzyka kursowego. Brali, pomimo do znudzenia powtarzanej przez ekonomistów mantry: przyjmuj dlugoterminowe zobowiązania zawsze w tej walucie, w której zarabiasz. Nie słuchali. Część nie chciała; inni zostali przynęceni przez banki przezentujące korzystne przeliczenia kosztów przy kursie poniżej 2 złotych i zerowych stopach procentowych w Szwajcarii. Teraz ci ludzie czują się poszkodowani. Tak nam to przynajmniej wmawiają politycy, choć jest też – na szczęście - spora grupa, która doskonale rozumie ryzyko rynkowe. W każdym razie tam, gdzie jest potencjał na kilkaset tysięcy poszkodowanych, nie może oczywiście zabraknąć „wrażliwych” polityków.

„To wrażliwi” mnożą dziś na potęgę przeróżne pomysły: od najbardziej radykalnych, czyli usztywnienia kursu franka wobec złotego, poprzez nieco tylko mniej rewolucyjne administracyjne ograniczenie spreadów, aż do tych najmniej - jak by się zdawało - inwazyjnych, czyli zapewnienia pełnej swobody wyboru waluty i sposobu spłaty kredytu.

Politycy w przededniu wyborów stają się wrażliwi na krzywdę ludzką, ale tracą zupełnie zrozumienie dla reguł rządzących normalnym biznesem, opartym na poszanowaniu swobód stanowienia między stronami kontraktów.

Przecież polskie banki nie produkują szwajcarskich franków w pralkach typu „frania”. Franki nie rosną też na drzewach w polskich lasach i ogrodach. Banki udzielając kredytów we frankach muszą je kupić: w banku centralnym lub na rynku międzybankowym. Muszą później te kredyty refinansować. Ryzyko kursowe musi być w tym wypadku po którejś ze stron kontraktu. Może też być między nie dzielone. Przed tym ryzykiem można się asekurować na rynku kontraktów terminowych, ale wówczas też któraś ze stron kontraktu musi ponosić z tego tytułu koszty. Koszty nie są pozycją w bilansach banków, którą można wymazać łkaniami, pohukiwaniem, czy też decyzjami demokratycznej większości „wrażliwych” polityków. Bilans, to bilans.

Usztywnienie kursu franka, podobnie zresztą jak administracyjne ograniczenie spreadów, generowałoby dodatkowe koszty przy refinansowaniu kredytów. Przy rozwiązaniach prawnych sugerowanych przez „wrażliwych” na krzywdę społeczną, banki poniosłyby z tego tytułu straty. Straty oznaczają konieczność tworzenia odpisów i rezerw. Jest to w obecnych warunkach rynkowych (trudności z powiększeniem kapitalizacji) tożsame z ograniczaniem aktywnej strony bankowych bilansów: czyli podcina akcję kredytową. O to chodzi „dobroczyńcom” ofiar drogiego franka? Naturalnie – nie. Im chodzi tylko o to, żeby zdobyć poklask i sympatię kilkuset tysięcy „ofiar”. Gdyby „ofiary” były bardziej uświadomione, co do zasad regulujących w skali makro funkcjonowanie mechanizmów gospodarczych, musiałyby mieć taką „pomoc” głęboko w nosie. Bo mniejsza podaż kredytów zawsze w rezultacie oznacza wzrost ich cen.

Podgrupa „wrażliwców” z PJN chce zrobić „poszkodowanym” dobrze, ale też najwyrażniej jest świadoma, że rachunek wyników banku, to nie jest coś, co może podlegać negocjacjom. Ta świadomość bardzo im musi najwyraźniej doskwierać, skoro w poszukiwaniu ofiary, którą można by obciążyć kosztami usztywnienia franka, ich wzrok zatroskany padł – coż za niespodzianka! - na budżet państwa. Naturalnie tylko przejściowo. I z odsetkami.

Odczuwam głęboką niechęć do komentowania dandronów. Dlatego stawiam tylko jedno pytanie: czy politycy z PJN naprawdę sądzą, że polski budżet drukuje nasze kochane złote? Skąd ma być sfinansowana ta „przejściowa” pomoc dla walutowych kredytobiorców hipotecznych? Czy ich zdaniem państwo ma inne sposoby pozyskiwania środków niż podatki bądź zaciąganie zobowiązań na rynku? Szlag trafia ekonomistę, który musi wszystkie te idiotyczne pytania stawiać w sytuacji, kiedy kraj, tkwiący po uszy w Procedurze Nadmiernego Deficytu, boryka się z 8-procentowym deficytem sektora finansów publicznych, niszcząc przy okazji II filar systemu emerytalnego. Wydaje się, że nie ma takich granic przyzwoitości, której w poszukiwaniu najtańszego poklasku nie przekroczyliby „wrażliwi” politycy.

Na koniec słowo o „wrażliwcach” z rządzącej Platformy Obywatelskiej, którzy także – a jakby inaczej - rzucili się z pomocą „ofiarom” franka. Otóż, pełna swobod wyboru waluty kontraktu oraz sposobu regulowania zobowiązań za pomocą środków zakupowanych w banku lub (dla uniknięcia nadmiernych zdaniem klienta spreadów) poza nim, przysługuje stronom już teraz. Zniesienie obowiązku płatnego aneksowania umów oraz zakładania konta walutowego dla obsługi kredytu denominowanego we frankach byłoby znaczącą ingerencją ustawodawcy w równoprawność stron kontraktu. „Wrażliwie” wychodząc naprzeciw kredytobiorcom politycy istotnie w tym wypadku utrudniają funkcjonowanie przedsiębiorcom. Modele biznesowe banków musiałyby uwzględniać ryzyko wielokrotnej zmiany waluty kontaktu, następujące bez uprzedzenia. Trudno też wyobrazić sobie obsługę kredytu we frankach poza indywidualnym rachunkiem walutowym klienta. Za takie konto ktoś musi zapłacić.

W biznesie, gdzie jest rachunek kosztów, wycena ryzyka, nie da się ingerencjami administracyjnymi poprawić rynkowej sytuacji jednej ze stron nie szkodząc przy tym drugiej. Tu zawsze jest jakiś trade-off, jakieś coś za coś. Uważam za coś wysoce niestosownego, żeby zmiana warunków kontraktu, która była jednym z elementów wyceny ryzyka przez strony, stanowiła pretekst do ingerencji polityków w funkcjonowanie podmiotów gospodarczych. Tym bardziej, że o trwałości dzisiejszej niekorzystnej zmiany warunków rynkowych nie da się powiedzieć nic pewnego. Poza tym może, że w okresie 20-30 lat, na jakie opiewają kredyty hipoteczne, takie zmiany będą następowały wielokrotnie i przebiegać będą zapewne w różnych kierunkach.

Wydaje mi się, że my, wyborcy, powinniśmy się zdecydowanie uodpornić na „wrażliwych” polityków. A nie znam lepszego sposobu na chorobę nadwrażliwości, niż wiedza i nauka o funkcjonowaniu gospodarki. Nie dajmy się omamiać ekonomicznym szalbierzom.    

2011-06-21 20:37
gospodarka, blogi ekspertów inflacja, populizm, frank Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Codziennie od wielu tygodni bombardowani jesteśmy doniesieniami o „szalejących cenach”. „Szalejące ceny” są szlagierem mediów. A jak coś jest medialnym hitem, to - nie może być inaczej - staje się natychmiast ulubionym tematem pogawędek i apeli polityków. Mnożą oni pomysły walki z „drożyzną”. Piętnują rząd. Pomrukują na bank centralny. Niby nic nowego: „drożyzna” tematem wiodącym permanentnej kampanii wyborczej w Polsce? A dlaczego nie?

W sprawie inflacji doradzałbym zdecydowanie mniej krzyku, a więcej myślenia. Popatrzmy na liczby. Będzie ich tyle, co kot napłakał. Obiecuję. Do 5 proc. majowej inflacji w ujęciu rocznym 0,2 pkt. proc. dołożyły zmiany metodologiczne wprowadzone dość nieoczekiwanie do koszyka inflacyjnego przez GUS. Gdyby nie te zmiany inflacja wynisłaby 4,8 proc.. Byłaby więc nadal wysoka, ale wystawałaby już zaledwie o 0,2 pkt. proc. ponad oczekiwania analityków. Przy takim wyniku trudno byłoby pokrzykiwać o „szoku”, „totalnym zaskoczeniu”. Zniknąłby też efektowny tytuł: „inflacja najwyższa od 10 lat”. Co za strata! Brawo GUS, chciałoby się powiedzieć.

Pójdźmy jednak o krok dalej: kolejne 2 pkt. proc. w naszej inflacji zawdzięczamy wyjątkowo w tym roku wysokim cenom energii i żywności. Taki wkład do inflacji cen konsumpcyjnych ekonomiści nazywają „zewnętrznymi wstrząsami podażowymi”. Wstrząsy mają to do siebie, że z czasem zanikają. Do klasyki postępowania banków centralnych wobec takich wstrząsów należy strategia: wait and see. Wstrząsy podażowe są ignorowane przez politykę monetarną, bo przechodzą. Chyba, że przekładają się na trwały i wyraźny wzrost oczekiwań inflacyjnych, a w ślad za tym na tak zwane efekty drugiej rundy, czyli po ludzku: nieuzasadniony ekonomicznie wzrost wynagrodzeń.

Inflacja „oczyszczona” z szoków podażowych, tak zwana inflacja bazowa, wynosi obecnie w Polsce 2,7 proc. w ujęciu rocznym. Sporo. Tym bardziej, że rośnie już systematycznie od wielu miesięcy. Lekceważyć tego z pewnością nie należy. I bank centralny nie śpi. Stopy procentowe w Polsce, pomimo niezbyt mocno zakorzenionego wzrostu gospodarczego i wysokiego bezrobocia wzrosły już o 100 pkt. baz.. Ale jedno trzeba przyznać: 2,7 wygląda już mniej korzystnie z punktu widzenia „drożyzny” niż 5 proc., prawda?

Zróbmy więc jeszcze jeden mały kroczek w kierunku prawdy. Przy okazji danych o majowej inflacji i wynagrodzeniach ulubionym zajęciem polityków w mediach, a także samych mediów już bez polityków, stało się zestawienie 4,1 proc. wzrostu wynagrodzeń z 5 proc. inflacją. „Czy to sprawiedliwe?; „inflacja zżera nasze płace”; „niech rząd coś z tym zrobi!”. Codziennie słyszeliśmy i wciąż słyszymy ten bełkot cynicznych populistów i ekonomicznych analfabetów.

Dla gospodarki, dla pracowników, takie zestawienie miesięcznych wskaźników jest kompletnie bez znaczenia. Liczy się za to, czy wzrost wynagrodzeń przewyższa, czy nie wzrost wydajności pracy. Bo od tych proporcji zależy konkurencyjnośc gospodarki. A tylko konkurencyjność zapewnia trwały wzrost gospodarczy. Bez wzrostu zaś nie ma ani zarobków, ani pewności zatrudnienia. Czyli nie ma ani konsumpcji, ani tym bardziej inwestycji.

Mizernemu wzrostowi wynagrodzeń w dłuższym okresie, a nawet, ich krótkotrwałemu spadkowi w ujęciu realnym, gospodarka niemiecka zawdzięcza swój gigantyczny sukces w pokryzysowych latach 2010-2011, kiedy nastąpił znaczący wzrost jej konkurencyjności.

Za sprawą olbrzymiego wzrostu wynagrodzeń i świadczeń nie pozostających w żadnym, nawet luźnym, związku z produktywnością, kraje południa Europy: Grecja, Portugalia, Hiszpania, znalazły się w najgłębszym od czasów wojny światowej kryzysie. Dla tych krajów nie dług jest najważniejszym problemem, ale właśnie trwała utrata konkurencyjności. 

Inflacja sama w sobie nie jest żadnym dobrym tytułem do roszczeń płacowych. O wzroście wynagrodzeń decydować musi wydajność i wyniki finansowe firm. W momencie, w którym o płacach zaczyna decydować polityka, sprawy idą w zdecydowanie złym kierunku. W Polsce dużo się pod tym względem zmieniło na lepsze w ostatniej dekadzie. To pracodawcy decydują o podwyżkach dla pracowników, a nie odwrotnie. I oby tak było dalej.

Nasza inflacja w drugiej połowie roku zacznie leniwie spadać. W okresie kolejnych 18 miesięcy powinna dojść do celu inflacyjnego NBP, czyli ustabilizować się w okolicach 2,5 proc.. Chyba, że politycy i media zestawiający ze sobą bieżące odczyty inflacji i wynagrodzeń, zamiast porównywania płac z wydajnością, nadal mozolnie będą próbowali przerabiać nas na Greko-Portugalczyków.

Dla południa Europy ostatnia dekada jest czasem kompletnie straconym pod względem nadganiania zaległości wobec najbardziej zamożnych krajów Unii. Jak to zrobić, żebyśmy potrafili unikać złych przykładach, a naśladować te dobre? Może zacznijmy od zrozumienia podstaw ekonomii? Przejście do dokonywania mądrych politycznych wyborów stanie się wówczas łatwiejsze.           

2011-06-20 18:32
gospodarka, blogi ekspertów płace, konkurencyjność, ceny Komentarze (5)
 Oceń wpis
   

Dokument, który rząd powinien do końca miesiąca przedłożyć Komisji Europejskiej powiela założenia znane już z WPFP 11-14. Stąd większość moich wcześniej już zgłaszanych uwag na temat założeń makroekonomicznych dla projekcji fiskalnej pozostaje w mocy. Szczególnie krytycznie oceniam optymistyczne założenia dotyczące dużej dynamiki wzrostu inwestycji prywatnych i niedocenianie ryzyka w otoczeniu makroekonomicznym Polski.

Dostrzegalne zmiany o istotnym znaczeniu dotyczą skali dostosowania fiskalnego w latach 2011-2012. Została ona w stosunku do WPFP zwiększona z 4,4 do 4,6 proc. PKB (0,2 pkt. proc. dodano po stronie większych podatków). Te lata są absolutnie kluczowe dla programu konwergencji. W latach 2013-2014 dostosowanie fiskalne nie przekracza już 0,4 proc. PKB. Równocześnie jednak złagodzeniu uległa ścieżka dostosowania fiskalnego po roku 2012. W latach 2013-2014 deficyt sektora poprawia się jedynie o 0,9 pkt. proc. PKB.

Z 4,6 proc. dostosowania w latach 2011-2012 2,0 proc. nastąpić ma po stronie dochodów i 2,62 proc. po stronie wydatków. Proporcje wyglądają jednak gorzej, jeśli wziąć pod uwagę, że po stronie wydatków aż 1,9 proc. pochodzi z oszczędności na kosztach refromy emerytalnej po obcięciu składki do OFE (z uwzględnieniem oszczędności na kosztach obsługi długu) w tych latach (1,1 proc. netto w latach 13-14, po odjęciu spadku dochodów PIT po uldze na IKE).

Takie proporcje oznaczają, że dostosowanie po stronie wydatków w pozostałych elementach sektora GG w kluczowych dla APK latach 11-12 nie przekracza 0,7 proc. PKB. Proporcje dostosowania dochody/wydatki układają się więc jak 3:1. Jest to proporcja, w świetle doświadczeń empirycznych, suboptymalna z punktu widzenia negatywnego wpływu na wzrost gospodarczy w średnim i długim czasie.

Scenariusz dostosowania fiskalnego bazuje na dużej dynamice dochodów podatkowych. Jest to konsekwencją przyjętych założeń makro, oraz zakładanej dekompozycji PKB (bardzo „dochododajna”).

Po stronie dochodów mamy: kolejny brak waloryzacji progów (wzrost efektywnej stopy opodatkowania PIT) oraz likwidację 1-dniowych lokat antypodatkowych; kolejny wzrost akcyzy na tytoń w roku 2012; nadzwyczaj wysoka dynamika CIT objaśniana jest końcem cyklu odliczania strat przez przedsiębiorstwa; wzrost dochodów niepodatkowych o kwoty uzyskane ze sprzedaży praw do emisji gazów cieplarnianych.

Ministerstwo Finansów zakłada poprawę salda ubezpieczeń społecznych w wyniku lepszej sytuacji  na rynku pracy. Można podejrzewać, że jednym z elementów poprawy salda ZUS jest przy tym wzrost minimalnych składek od samozatrudnionych. Być może mamy tu też wkalkulowaną, choć nie opisaną, likwidację 30-krotności średniego wynagrodzenia wyznaczającą koniec poboru składki ZUS od zatrudnionych na etacie.

Elementem poprawy salda finansów publicznych są też ograniczenia (nałożone już i dopiero planowane) na zadłużanie się sektora lokalnego.

W APK brak oszacowania skutków finansowych zapowiadanych zmian systemowych (ubezpieczenia zdrowotne i podatki rolników, reforma ubezpieczeń emerytalnych służb mundurowych).

Wnioski z lektury APK

W mojej ocenie założenia makroekonomiczne, przewidywane zmiany w dekompozycji PKB, niedocenianie ryzyka w otoczeniu zewnętrznym, czyli większość czynników ujętych w analizie wrażliwości, ale umieszczonych poza scenariuszem bazowym, nakazują zmniejszyć szacunki skali możliwego dostosowania fiskalnego w kluczowych dla programu konwergencji latach 2011-2012 o 0,6-0,7 pkt. proc..

Oznaczałoby to spadek deficytu nie o 4,6 proc. PKB, ale nie więcej niż 3,9 proc. do 3,8-4,1 proc. w roku 2012.

Niska wiarygodność założeń makro dotyczących pozostałych lat ujętych w APK, czyli 2013-2014, nie pozwala na rzetelną ocenę skali możliwych dostosowań w całym horyzoncie aktualizacji. Czynniki wzrostu gospodarczego w Polce po roku 2012 nie są dotychczas rozpoznane, a skala możliwego spadku dynamiki PKB jest niedoszacowana.

Można oczekiwać, że z powodów czysto politycznych krytyczna ocena APK dokonana przez KE będzie przed wyborami parlamentarnymi dość powściągliwa..

2011-04-26 23:00
gospodarka, blogi ekspertów program, 2011, konwergencji, aktualizacja Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

Kolejna odsłona wieloletniego planu finansowego na lata 2011-2014 dostarcza interesującego materiału do rozważań na temat postrzeganych przez rząd średniokresowych perspektywy dla polskiej gospodarki. I tak w tym roku głównym motorem wzrostu mają być inwestycje publiczne; w przyszłym już prywatne; w roku 2013 czekać ma nas lekkie spowolnienie dynamiki PKB uzasadnione spadkiem zarówno prywatnych inwestycji, jak i spożycia indywidualnego; a w roku 2014 tempo wzrostu ustabilizować się ma poniżej potencjału.

Z takim obrazem trendów makroekonomicznych łączy się szereg interpretacyjnych problemów. Pierwszy dotyczy dynamiki inwestycji publicznych.

Otóż, nie ma wątpliwości, że w latach 2011-2012, kiedy te inwestycje są istotnym składnikiem wzrostu, działać na nie hamująco muszą nowe ograniczenia fiskalne nałożone przez Ministerstwo Finansów na sektor lokalny. Od tego roku obowiązywać ma już przecież zasada zrównoważonego budżetu bieżacego. A od roku 2012 - indywidualne limity zadłużenia, gdzie relacja deficytu do dochodów określona na koniec roku ma spadać rocznie o nie mniej niż 1 pkt. proc., aż do osiągnięcia 1 proc..

Jeśli chodzi o kolejny motor wzrostu, czyli inwestycje prywatne, to trudno zaprzeczyć, że środowisko makroekonomiczne dla wzrostu prywatnego popytu inwestycyjnego w latach 2011-2012 będzie umiarkowanie sprzyjające.

Przesądza o tym duża niepewność w otoczeniu makroekonomicznym Polski, która aktualnie przekłada się na redukcję globalnego wzrostu w tym roku o 0,25-0,50 pkt. proc..

Po stronie czynników lokalnych mamy: oczekiwany wzrost restrykcyjności obu rodzajów polityk makro. Czekamy przecież na zacieśnienie fiskalne rzędu 4,4 proc. PKB w dwóch najbliższych latach oraz na wzrost stóp procentowych o trudnej jeszcze do określenia skali; mamy problem blisko 4 proc. salda błędów i opuszczeń w bilansie płatniczym, czyli potencjalnie większą niż dotąd sądzono nierównowagę zewnętrzną, czemu towarzyszy wzrost ryzyka finansowania i duża potencjalnie zmienność kursu; rynek pracy jest wciąż relatywnie słaby z 11-13 proc. stopą rejestrowanego bezrobocia.

Stąd właśnie, z uwagi na liczne czynniki ryzyka, w swoich prognozach uwzględniam konserwatywny wariant bezinwestycyjnego wzrostu, zbliżony do tego z lat 2001-2002, kiedy nie ziściły się powszechne oczekiwania na dynamiczny cykl prywatnych inwestycji. 

Finanse publiczne

Jak w świetle przewidywanych przez rząd trendów makroekonomicznych czytać tabelkę prognozy dochodów budżetu państwa? Po pierwsze widać, że do roku 2014 nie będzie żadnych zmian w podatkach: bez ich obniżek, ale i bez podwyżek (choć zapisano taką możliwość w ustawie o finansach publicznych). Po drugie – uwagę zwraca skok w dynamice dochodów podatkowych pomiędzy rokiem 2011 a 2012. Ten zagadkowy „ząbek” jest szczególnie uderzający w zestawieniu z niską prognozowaną dynamiką wzrostu dochodów po roku 2012, która jest niekoherentna z nieznacznym (0,1-0,3 pkt.) obniżeniem tempa wzrostu i brakiem istotnych zmian w dekompozycji PKB. Po trzecie – jak widać poza latami 2011-2012 ścieżka wyrastania z deficytu budżetu państwa przebiega dość łagodnie. Można podejrzewać, że nie pozostaje to bez związku z koniecznością przedłożenia aktualizacji programu konwergencji, zakładającej spadek deficytu całego sektora do roku 2012 poniżej 3 proc. PKB.

 

            Ścieżka spadku wydatków prognozowana przez rząd ma przebieg wręcz podręcznikowy. Między rokiem 2011 a 2014 skumulowane wydatki budżetu państwa rosną zaledwie o 37,9 mld. Po odjęciu wzrostu wydatków sztywnych na obsługę długu i wpłaty do Unii oznacza to ambitny realny spadek wydatków w wielu kategoriach. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie: jak pogodzić tak nieznaczne tempo wzrostu wydatków z zakładaną dużą dynamiką inwestycji publicznych?

Najważniejszy dla oceny stabilności finansów publicznych jest naturalnie stan całego sektora. Inwestorzy z rynków finansowych od lat coraz mniejszą wagę przykładają już do budżetu państwa, bo deficyt generowany jest w dużym stopniu poza nim: w sektorze lokalnym; w budżecie europejskim; w ubezpieczeniach społecznych; w zadłużeniu służby zdrowia; w funduszu drogowym. Tam rozstrzyga się najważniejsza dla rynku kwestia potrzeb pożyczkowych, przesądzająca o tempie narastania długu publicznego.

Jakie wnioski wyciągnąć można z pokazywanej przez rząd ścieżki konwergencji fiskalnej? Widać wyraźnie, że konsolidacja osiągnięta ma być głównie poza budżetem państwa. Wynika to nie tylko ze wspomnianej wcześniej relatywnie niewielkiej poprawie salda budżetu centralnego. Przesądza o tym niski deficyt budżetu europejskiego w roku 2012, a później już osiągane w nim znaczne nadwyżki. Poprawić się ma saldo funduszu ubezpieczeń społecznych. Zadziałać też mają ostre hamulce nałożone na finanse sektora lokalnego.

            Konsolidacja skupiona jest w latach 2011-2012. W tym czasie wynik sektora poprawić się ma o 4,4 pkt. proc. w realcji do PKB (z czego 0,6  pkt. przypadać ma na podatki, a ok. 2,0 pkt. na OFE).

            W planie finansowym po rok 2014 uderza brak oszacowania skutków ważnych, zapowiadanych a dotąd niezrealizowanych, systemowych reform: ustaw zdrowotnych; ubezpieczenia zdrowotnego rolników po werdykcje TK; emerytur służb mundurowych; likwidacji innych istniejących grupowych przywilejów emerytalnych; ujednolicenia zasad liczenia rent i emerytur; wprowadzenia reguły limitowania wydatków na wojsko, jako 1,95 proc. PKB średnio w okresach 6-letnich.

Co z planu rządowego wynika?

Z aktualizacji wieloletniego planu finansowego, ważnej bo przypadającej na okres największego w potransformacyjnej historii przyrostu długu publicznego oraz na czas wielkich perturbacji na rynkach finansowych, wyciagnąć można kilka wniosków.

Po pierwsze – kluczowe dla redukcji 8-proc. deficytu sektora są – jak widać – najbliższe dwa lata. Moim zdaniem w wystarczającym stopniu tłumaczy to niezwykłą determinację ministra finansów w trakcie batalii o ograniczenie bieżących kosztów reformy emerytalnej. Z wymaganych 4,4 proc. zacieśnienia fiskalnego OFE w latach 2011-2012 dadzą połowę. Wbrew wcześniejszym buńczucznym deklaracjom bez obcięcia składki do OFE rząd by sobie nie poradził.

Po drugie -  koncepcja dostosowania fiskalnego w sektorze finansów publicznych realizować się ma w lwiej części poza budżetem państwa. Trzeba więc wyraźnie podkreślić, że o ile przejrzystość budżetu pozostawia jeszcze sporo do życzenia, to brak przejrzystości całego sektora jest już wśród inwestorów legendarny.

Po trzecie – rząd nawet specjalnie nie ukrywa braku pomysłu na wzrost gospodarczy po roku 2012. Jak podnieść potencjał gospodarki? Co ma przesądzać o dynamice obserwowanego PKB? Już nie wydatki infrastrukturalne; już nie środki unijne, już nie inwestycje prywatne (wyjątkowo krótki cykl); już nie eksport...To co w takim razie?

Po czwarte – w planie jest kilka uderzająco niedoszacowanych przez rząd czynników ryzyka. Do najważniejszych zaliczyłbym: sytuację na krajowym rynku pracy; nierównowagę zewnętrzną; rosnacą zależność finansowania długu od zagranicy (w okresie styczeń-luty ponad 14 mld PLN wiecej inwestorów zagranicznych na rynku obligacji; łącznie rekordowe 142,4 mld w segmencie SPW); ryzyko kursowe i dużą potencjalnie zmienność kursu.        

 

2011-04-12 13:47
gospodarka, blogi ekspertów finanse, publiczne Komentarze (4)
 Oceń wpis
   
Ze znacznym opóźnieniem poznaliśmy szacunkowe dane o wykonaniu budżetu w ubiegłym roku. Wciąż czekamy na znacznie bardziej interesujący inwestorów wynik całego sektora finansów publicznych. I tu natykamy się na bardzo ciekawą sprawę. Otóż, jedynymi dostępnymi dziś oficjalnymi danymi na ten temat są informacje z Biuletynu Statystycznego GUS, a konkretnie z Tablicy 24 „Źródła i sposób wydatkowania środków pieniężnych przez jednostki szczebla centralnego sektora instytucji rządowych i samorządowych według metodologii Międzynarodowego Funduszu Walutowego” (Finanse Państwa, str. 85). Dane te, w ujęciu kasowym, obejmują już cały ostatni kwartał 2010, a nawet styczeń 2011 (nie są one jednak w pełni kompatybilne z danymi dla Eurostatu). I to właśnie w grudniu działy się tu rzeczy naprawdę zastanawiające. W pierwszym zeszycie Biuletynu, opublikowanym pod koniec lutego, po stronie wpływów pieniężnych w kategorii dotacje znleźć można było kwotę 1247 mln PLN. To wielokrotnie więcej od wpływów z poprzednich miesięcy ostatniego kwartału, kiedy wyniosły one odpowiednio 358 i 393 mln PLN. Wpływy są przy tym blisko 6-krotnie wyższe niż w grudniu 2009. W połowie roku, w czerwcu, wpływy też co prawda ostro skaczą (do 1136 mln z 417 mln w kwietniu i 361 w maju), ale po stronie płatności widzimy ustabilizowany poziom wydatków (w przedziale 8302-10678 mln). Trudno tu więc mówić o jakiejś sezonowości, czy powtarzającym się wzorcu rozkładu dochodów-wydatków w trakcie roku. W grudniu ubiegłego 2010 mamy jakaś wymagającą wyjaśnień anomalię. Ale jeszcze dziwniejsze rzeczy dzieją się ze statystykami po stronie płatności. Otóż, w pierwszym zeszycie Biuletynu mieliśmy jeszcze sytuację o 180 stopniu odwrotną niż po stronie dochodów. Płatności kasowe były akurat ponad 3-krotnie mniejsze (3109 mln) niż w grudniu 2010 (11871 mln) i dramatycznie (2-3-krotnie) mniejsze niż w 2 poprzednich miesiącach kwartału (odpowiednio: 7500 mln i 10898 mln). I oto nagle, w drugim zeszycie Biuletynu, datowanym na 23 marca, mamy przy grudniowych płatnościach dramatyczną poprawkę (reszta niewielkich poprawek jest bez znaczenia); GUS poprawił wspomniane 3109 mln na 13409; czyli mamy ponad 10 mld PLN więcej płatności kasowych! Takiej poprawki do tej pory w tych tablicach nigdy nie widziałem. Zmiany wstępnych wyników są w statystyce czymś normalnym. Ale, żeby sięgały 0,8 proc. PKB w jednym miesiącu, to już chyba przesada. O ile po publikacji w pierwszym zeszycie Biuletynu Statystycznego można było powiedzieć, że wpływy nadspodziewanie wzrosły, a płatności zostały równie istotnie zredukowane, co było korzystne dla wyniku sektora finansów publicznych; to – w zeszycie kolejnym - już po poprawkach – sytuacja wróciła nagle do normy i żadnej tajemniczej poprawy wyniku sektora w grudniu nie było. Rozrzedza się więc atmosfera podejrzliwości, co odnotować wypada z dużą satysfakcją. Pozostaje tylko dość zasadne w tej sytuacji pytanie o wiarygodność danych GUS. W tej tablicy korekty nigdy nie były zbyt głębokie, bo ona pokazuje przepływy kasowe, wpisane w szablon IMF. Co stało się z danymi tym razem? Ciekawe tym bardziej, że „pierwszą anomalię grudniową” miałem okazję nagłośnić publicznie już pod koniec lutego (Rzeczpospolita...). Jak widać z dobrym skutkiem. Dalej tylko nie wiadomo, gdzie GUS najpierw zgubił, a później znalazł 10 mld PLN? Trudno to wyjaśnić bez dostępu do informacji z MF, które dostarcza dane GUS-owi. Minister finansów podtrzymuje wciąż szacunek deficytu general government za ubiegly rok na poziomie 7,9 proc. PKB. Po to, żeby ten wynik zweryfikować trzeba nie tylko zebrać dane z sektora lokalnego (co już zrobiono), ale – nade wszystko – określić nominalny poziom ubiegłorocznego PKB. A żeby to zrobić, trzeba się jakoś uporać z blisko 4 proc. saldem błędów i opuszczeń w bilansie platniczym. Ma to też kluczowe znaczenie dla zweryfikowania już podanej przez Ministerstwo Finansów relacji długu publiczneg do PKB w 2010 roku. I tak kółko się zamyka. Nasza statystyka przechodzi najwyraźniej jakiś wyjątkowo trudny okres. Szkoda, że przypada on akurat na czas, kiedy wszyscy są tak mocno wyczuleni na szybkie i wiarygodne informacje z gospodarki. Wielka szkoda.
2011-04-06 09:32
gospodarka, blogi ekspertów finanse, publiczne, GUS Komentarze (5)
 Oceń wpis
   
Dyskusja o reformie emerytalnej, skrótowo zwana dyskusją o OFE, ma niesamowitą dynamikę. Zaczęła się niedawno i dość obiecująco - projektem zmian podnoszących efektywność funduszy o zdefiniowanej składce. A teraz, ledwie kilka miesięcy później – nabieram takiej pewności po udziale w debacie u pana prezydenta – otwartym tekstem w kręgach zbliżonych do Rady Gospodarczej przy premierze rozważa się już temat likwidacji OFE. Punkt od którego dyskusja wystartowała, czyli efektywność, przesuwa się zaś na sam koniec łańcucha zmian systemowych. Ciekawe przy tym, że przedstawiciele rządu broniąc projektu oktrojowania II filara i oficjanie wciąż jeszcze dystansując się od jego likwidacji, wybijają na pierwszy plan nie tyle doraźne korzyści budżetowe z tytułu obcięcia składki (2 mld miesięcznie), ale zdecydowanie akcentują długoterminowy cel, jakim ma być ich zdaniem stabilizacji finansów publicznych po wyeliminowaniu wartego 200 mld złotych „błędu systemowego”. Taka argumentacja musi wszakże nieuchronnie prowadzić do kolizji z elementarną logiką. Natychmiast bowiem nasuwa się pytanie: skoro cel nie jest doraźny; skoro nie chodzi o ten, czy kolejny budżet; nie o 55 proc. długu w relacji do PKB („poradzimy sobie i bez OFE”); skoro jest to pierwszy od 12 lat rząd, który z odwagą i determinacją zabrał się za eliminację fatalnego błędu w systemie emerytalnym, to skąd do diaska ten pośpiech? Skąd ta mobilizacja sił i środków, odciągająca przy tym uwagę opinii publicznej od rozwiązania realnych i dobrze już rozpoznanych, uzgodnionych w środowisku ekonomicznym, konsensusowych, zagrożeń dla długoterminowej stabilności finansów publicznych, a skupiająca ją na kwestii – nazwijmy to tak – wciąż jeszcze dyskusyjnej, postawionej na porządku dnia przed niespełna trzema miesiącami? Dlaczego nad problemem – zdaniem rządu – generującym długoterminowe ryzyko niestabilności systemu emerytalnego i finansów publicznych parlament i prezydent procedować mają w tempie dopalaczowym? Tego pojąć zaiste nie sposób. Chyba, że przyjmiemy najprostszą możliwą interpretację: powody rzeczywiste odbiegają od tych deklarowanych. Od wielu miesięcy wraz z grupą kolegów ekonomistów powtarzaliśmy w kółko: ok, doskonale rozumiemy, co to znaczy znaleźć 90 mld złotych oszczędności w 3 lata, porozmawiajmy o tym. Porozmawiajmy o warunkach, na jakich możliwe jest czasowe zaakceptowanie oszczędności na kosztach reformy. Spotykaliśmy się z lekceważeniem. Czasem z insynuacjami. Niekiedy z ostrymi polemikami nie całkiem na temat. A nieraz i z życzliwymi radami, żeby się zamknąć. Byliśmy naiwni. Nasz błąd polegał na tym, że odwoływaliśmy się do rzeczywistych intencji i realnych problemów kraju. Akty strzeliste najodważniejszego potransformacyjnego rządu uznaliśmy za tematy mało do dyskusji atrakcyjne. A to dla tej prostej przyczyny, że deklarowane intencje proponowanych zmian w systemie emerytalnym, a nade wszystko sposób ich merytorycznego uzasadnienia, były i pozostały nieprzekonujące. Zaczęło to w którymś momencie przypominać rozmowę głuchych. A wszystko przez to, że w tle tego sporu wszechobecna jest nieakceptowana przez część ekspertów strategia polityczna, do której rząd na siłę chce dopisywać racje merytoryczne. 200 mld zmniejszenia potrzeb pożyczkowych w wyniku obcięcia składki do OFE? Wolne żarty. Te szacunki bazują na wielu założeniach. Wśród nich fundamentalne jest zaś takie, że pierwszy filar po zmianach bilansuje się w długim okresie przy niskiej stopie zatąpienia. Bo tak jest w teorii. Tyle, że w rzeczywistości obowiązujący aktualnie system indeksacji indywidualnych kont w ZUS generuje istotne ryzyko niezbilansowania. Sprawę podniósł Stefan Kawalec jakiś czas temu w naszej wewnętrznej dyskusji (tzw. „lista Gomułki”, do której dostęp mają niektórzy ekonomiści, w tym eksperci rządowi oraz politycy). Stefan, odpowiadając Bogusławowi Grabowskiemu, który mylnie interpretował obowiązujące zasady indeksacji, przypominał: „Kwoty na istniejących kontach w ZUS indeksowane są corocznie o większą z dwóch wartości: 1) wskaźnik inflacji 2) wskaźnik wzrostu przypisu składek emerytalnych wpływających do ZUS (por. art. 25 ustawy z dnia 17 grudnia 1998 r. o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych - z późniejszymi zmianami). Przy takim mechanizmie indeksacji, w latach w których wzrost przypisu składek emerytalnych jest wolniejszy od inflacji (czyli następuje realny spadek przypisu) waloryzacja kont emerytalnych wyprzedza wzrost przypisu składek emerytalnych ZUS. Natomiast w żadnym roku waloryzacja kont emerytalnych nie pozostaje w tyle za wzrostem przypisu składek ZUS. Jeżeli w kilkudziesięcioletnim okresie wystąpi kilka lat recesji, w których tempo rocznej waloryzacji kont emerytalnych będzie za każdym razem wyższe o kilka procent od tempa wzrostu przypisu składek emerytalnych ZUS, to w tym okresie zagregowany wskaźnik indeksacji kont emerytalnych ZUS może spokojnie wyprzedzić tempo wzrostu przypisu składek emerytalnych o 15-30%. Można bez trudności przedstawić scenariusze, w których różnica ta będzie jeszcze większa, szczególnie w przypadku, gdy negatywny trend demograficzny powodować będzie spadek liczby pracujących. Warto przypomnieć, że oryginalnie, w rozwiązaniu przyjętym w 1999 roku, waloryzacja kont emerytalnych powiązana była wyłącznie z tempem wzrostu przypisu składek emerytalnych ZUS. Jednakże, gdy w roku 2002 nastąpił realny spadek tego przypisu o 2,3%, dodano w ustawie zapis, że wskaźnik waloryzacji nie może być niższy niż wskaźnik inflacji. Dokonana wówczas zmiana pokazuje jednocześnie ryzyko makroekonomiczne związane z łatwością manipulowania zapisami na kontach w ZUS. Wartość tych kwot można zmieniać dyskrecjonalnymi pozornie „bezkosztowymi” decyzjami politycznymi ze szkodą dla stabilności finansów publicznych. Z tego punktu widzenia kapitałowa cześć systemu emerytalnego jest bezpieczniejsza.” Ryzyko „polityczne” niezbilansowania I filara rośne dodatkowo w wyniku aktualnych propozycji rządowych dotyczących ustanowienia specjalnie waloryzowanego subkonta w ZUS, na które trafiać ma 5 proc. składki przekazywanej dotychczas do OFE. System waloryzacji uśrednionym tempem wzrostu nominalnego PKB w okresach 5-letnich wydaje się chojny. Nikt nie potrafi dziś precyzyjnie oszacować, czy i o ile będzie on faktycznie przewyższał tempo przypisu składki. Ale doświadczenia z „normalnymi” indywidualnymi kontami w ZUS pozwalają postawić tezę, że pierwszy przypadek realnego spadku przypisu składki spotka się ze zdecydowaną reakcją zatroskanych polityków. Tych, albo następnych. Dochodzi do tego element dziedziczenia, którego nie ma przecież w standardowym I filarze, a który oznaczać musi w każdych warunkach wzrost nierównowagi (brak strumienia przyszłych należności równoważących bieżące zobowiązania). Wprowadzamy w ten sposób do systemu dodatkowy element nieprzewidywalności. Kiedy kwestię obu tych czynników ryzyka niezbilansowania I filara, głęboko sprzecznych z założeniami reformy emerytalnej, takich – można powiedzieć - sporawych min podłożonych pod finanse publiczne, podniosłem w trakcie debaty u prezydenta, usłyszałem od ministra finansów, że „zmiana zasad waloryzacji wymaga zmiany ustawowej”, a „ryzyko niezbilansowania subkonta w ZUS jest minimalizowane przez uśrednianie 5-letniej bazy tempa wzrostu nominalnego PKB”. Tyle, to ja wiedziałem już przed oświecającą deklaracją pana mnistra. Gdzie w takim razie jest ten projekt zmiany zasad indeksacji indywidualnych kont w ZUS? Gdzie bariery przed wejściem ZUS-owskiego subkonta na tę samą ścieżkę niezbilansowania, co konta standardowego? Chodzi o to, że zajmując się tropieniem systemowych błędów rząd nie domyka już istniejących luk w systemie, generujących ryzyko niestabilności w finansach publicznych. Dlaczego? Nie trzeba być tak wybitnym ekonomistą, ani nawet tak wytrawnym politykiem, jak Rostowski, żeby na to pytanie odpowiedzieć. Warto też wspomnieć, że w ubieglym roku deficyt ZUS, bez składki przekazywanej do OFE, wyniósł 50 mld PLN. Problem z polityka gospodarczą tego rządu jest wciąż ten sam: nic, co boli; dużo obietnic; maksimum niejasności; minimum otwartości. I dokąd my tak zajedziemy?
2011-03-22 13:38
gospodarka, blogi ekspertów ofe, zbilansowanie Komentarze (15)
 Oceń wpis
   

Dla wyniku budżetu państwa pierwszy miesiąc 2011 był trochę pomyślniejszy niż początek ubiegłego roku. Przy zbliżonych procentowych wykonaniach w stosunku do rocznego planu zarówno dochodów, jak wydatków deficyt sięgnął niespełna 7 proc. poziomu zapisanego na cały rok (9,3 proc. w 2010). Potwierdza to tezę, o lepszym, bardziej wiarygodnym niż w ubiegłym roku skonstruowaniu projektu budżetu.

O trendach w zakresie dochodów podatkowych coś więcej da się jednak powiedzieć tak naprawdę dopiero po zakończeniu 1 kwartału. Już teraz jednak wstępne szacunki pozwalają stwierdzić, że przyjęty w ustawie budżetowej poziom dochodów z tytułu wpłaty zysku NBP będzie kilkakrotnie wyższy. Zamiast zapisanego 1,7 mld PLN będzie to najprawdopodobniej ok. 6-7 mld PLN. Nie sądzę jednak, żeby zwiększyło to zasadniczo prawdopodobieństwo przekroczenia dochodów niepodatkowych ogółem (28 mld PLN), z uwagi na bardzo wysoki plan dochodów z tytułu kar, grzywien i odsetek (18,7 mld, wobec 10,6 mld rok wcześniej).

Grudniowa anomalia?

Jednak to nie wykonanie budżetu na początku roku przykuwa teraz uwagę analityków. Znacznie bardziej interesujące rzeczy dotyczą przeszłości. Otóż, na początku marca 2011 wciąż jeszcze nie znamy ostatecznego wyniku budżetu państwa za 2010. Ministerstwo Finansów jest pod tym względem karygodnie opóźnione. W ubiegłym roku szacunek wykonania budżetu za 2009 podany został 2 lutego. Rok wcześniej MF było jeszcze sprawniejsze, bo wynik za 2008 podany został już 19 stycznia.

Co jest przyczyną tak dużego tegorocznego opóźnienia? Można się tylko domyślać, że trudności z oszacowaniem wyniku budżetu państwa pozostają w jakimś związku z ogólniejszym problemem terminowego nadążenia z podaniem KE precyzyjnego planu schodzenia z deficytem sektora do wyniku poniżej 3 proc. PKB w roku 2012. Bardzo też nieszczęśliwie – moim zdaniem – składa się, że premier odwołał prezesa GUS przed notyfikacją do Eurostatu wyniku sektora za 2010 rok. Trzeba przyznać, że wszystko to razem nie buduje atmosfery zaufania do władz polskich wśród inwestorów z rynków finansowych, o czym dobrze wiem na podstawie wielu z nimi rozmów. Gotów jestem też założyć się, że dane z Polski o finansach publicznych będą w tym roku drobiazgowo badane przez Eurostat i KE.

Jedynymi dostępnymi dziś oficjalnymi danymi o wynikach sektora za ubiegły rok są informacje z pierwszego numeru tegorocznego Biuletynu Statystycznego GUS, a konkretnie z Tablicy 24 „Źródła i sposób wydatkowania środków pieniężnych przez jednostki szczebla centralnego sektora instytucji rządowych i samorządowych według metodologii Międzynarodowego Funduszu Walutowego” (Finanse Państwa, str. 85). Dane te, w ujęciu kasowym, obejmują już też cały ostatni kwartał 2010 (nie są one jednak w pełni kompatybilne z danymi dla Eurostatu). I to właśnie w grudniu, którego MF do tej pory jeszcze nie oszacował, widać tu rzeczy zaskakujące.

Po stronie wpływów pieniężnych w kategorii dotacje znajdujemy kwotę 1247 mln PLN. To wielokrotnie więcej od wpływów z poprzednich miesięcy ostatniego kwartału, kiedy wyniosły one odpowiednio 358 i 393 mln PLN. Wpływy są przy tym blisko 6-krotnie wyższe niż w grudniu 2009. W połowie roku, w czerwcu, wpływy też co prawda ostro skaczą (do 1136 mln z 417 mln w kwietniu i 361 w maju), ale po stronie płatności widzimy ustabilizowany poziom wydatków (w przedziale 8302-10678 mln). Trudno tu więc mówić o jakiejś sezonowości, czy powtarzającym się wzorcu rozkładu dochodów-wydatków w trakcie roku.  

 W grudniu ubiegłego 2010 mamy jakaś wymagającą wyjaśnień anomalię. Tym bardziej, że po stronie płatności mamy sytuację o 180 stopniu odwrotną niż po stronie dochodów. Otóż, płatności kasowe były akurat ponad 3-krotnie mniejsze (3109 mln) niż w grudniu 2010 (11871 mln) i dramatycznie (2-3-krotnie) mniejsze niż w 2 poprzenich miesiącach kwartału (odpowiednio: 7500 mln i 10898 mln).

Wyjaśnieniem nie mogą w tym wypadku być z pewnością same zmiany kursowe, ponieważ nie dotknęły one w tym samym stopniu dochodów i wydatków. Wyraźnie widać, że wpływy wzrosły, a płatności zostały zredukowane. Być może po stronie wplywów zaksięgowany został w grudniu „bonus” z KE za dobre wyniki w absorbcji środków z kończącej się perspektywy finansowej. Ale co w takim razie stało się z płatnościami?

Trudno tę anomalię wyjaśnić bez dostępu do informacji z MF, które dostarcza dane GUS-owi. Ale jej następstwa są dość oczywiste: w wyniku większych wpływów i mniejszych płatności wynik sektora finansów publicznych musiał się oczywiście poprawić. Na ile? Trudno powiedzieć.  

Według moich szacunków, które - co chciałbym wyraźnie podkreślić - nie brały jednak pod uwagę możliwości tak dramatycznej poprawy pozycji fiskalnej w ostatnim miesiącu roku, deficyt całego sektora za 2010 sięgnął 8,3 proc. PKB. Ujemny wynik budżetu państwa za ubiegły rok wahał się zaś w przedziale 46-47 mld PLN, czyli był lepszy od planu o ok. 5-6 mld PLN.

W tej sytuacji możliwość zredukowania deficytu GG do 3 proc. PKB w roku 2012 wydaje się mało realna. Wypada szczerze obawiać się o wiarygodność aktualizacji programu konwergencji, który niezależnie od wyjaśnień, jakich Bruksela domaga się w ramach monitorowania przebiegu wychodzenia z procedury nadmiernego deficytu, musi zostać przesłana KE w kwietniu.

Moje oszacowania wskazują również, że bez zmian w zasadach refinansowania ZUS ubytku składki przekazywanej do OFE nie będzie w tym roku możliwe zmieszczenie się poniżej 55 proc. limitu długu w relacji do PKB. Nie ma możliwości zaoszczędzenia w tym roku gdzie indziej kwoty 12 mld PLN, jakie dać może obcięcie składki do OFE. Jeśli naturalnie pominąć podwyżkę podatków pośrednich, akcyzy lub składki rentowej, na co się raczej nie zanosi. Upór, z jakim mnister finansów forsuje zmniejszenie gotówkowej części składki alokowanej w OFE do 2,3 proc. staje się w tej sytuacji znacznie bardziej zrozumiały.

Ryzyka zmian w OFE dla finansowania długu

Nieco mniej zrozumiałe pozostaje, dlaczego minister finansów nie uporał się w prosty sposób z problemem, na jaki napotkamy ze strony Brukseli przy autoryzacji naszego programu konwergencji fiskalnej. Dlaczego odrzucona została propozycja regresywnego odliczania od długu kosztów reformy emerytalnej w okresie kolejnych 5 lat począwszy od 100 proc. w roku 2012? Dlaczego tolerowanie przy wdrożonej EDP deficytu o 1 pkt. proc. PKB wyższego od 3 proc. nominalnego kryterium nie satysfakcjonowało naszego rządu?  Zyskalibyśmy 5 lat na strukturalne reformy, równoważenie finansów publicznych i nie mielibyśmy na głowie Brukseli.

A tak mamy nie tylko problem z Brukselą, ale i wewnętrzny problem z OFE. Bo przy całym zrozumieniu dla konieczności znalezienia w 3 lata 90 mld PLN, operacja z OFE generuje dla finansów publicznych sporo rynkowych ryzyk o nierozpoznanej skali.

Jeśli założyć, że większość zmniejszonej składki gotówkowej zostanie przez OFE ulokowana w  akcjach, to mamy – na przykład – poważny problem petryfikacji aktualnej podmiotowej struktury popytu na obligacje rządowe. A struktura ta wystawia nas na ryzyko popytu zgłaszanego przez nierezydentów. Widzę potencjalnie duży problem ze stabilizacją popytu zagranicznego na nowy dług polski na ubiegłorocznym poziomie blisko 90 proc.. Emisje będą mniejsze, to prawda. Ale, jak wyglądać będzie awersja zagranicy do inwestowania w segmencie EM? Co w razie obniżenia ratingu inwestycyjnego Polski?

Stąd petryfikowanie dużej zależności popytu na nasz dług od zagranicy w czasach tak bardzo jak teraz zmiennej awersji do ryzyka uznać można za gruby błąd. Mnister finansów musi chyba zdawać sobie sprawę z łączącego się z tym ryzyka. Dlatego w propozycjach rządowych liberalizacja limitów inwestycyjnych dla OFE postępuje w tak ślimaczym tempie. Minister potępiając mielenie obligacji przez OFE, zarazem stara sie je ustawowo zmusić do inwestowania w kilku pierwszych latach zmniejszonej składki w tych samych, co teraz proporcjach, czyli dalej w lwiej części w obligacje. Bo to daje odrobinę pewności, że jakiś popyt na nowy dług ze strony instytucjonalnych rezydentów jednak będzie.

2011-02-28 10:06
gospodarka, blogi ekspertów budżet 2010, opóźnienia Komentarze (14)
 Oceń wpis
   

Po opublikowaniu w Polityce tekstu Władyki i Janickiego "Bunt elit" napisalem krotką polemikę. Redaktor Poprzeczko poinformował mnie, że tekst zostanie wydrukowany. Faktycznie został. Jako skrocony list do redakcji, opatrzony niedorzecznym dopiskiem autorów.

W związku z tym do red. Baczyńskiego i Poprzeczki wysłałem następującego maila:

Moi drodzy,

nie trzeba mi tlumaczyc, na czym polega roznica miedzy polemicznym tekstem, a listem do redakcji. Mysle, ze nikomu tego tlumaczyc nie trzeba. Listow do redakcji nie pisuje z zasady. Nawet do FT, a co dopiero mowic o Polityce. Czasami za to, jak mnie cos poruszy, pisuje polemiki. Rowniez bez wieloletniej znajomosci, ktora mnie z wami laczy uwazlbym za nieprzyzwoite nie zawiadomienie autora, ze redakcja chce jego tekst zamiescic jako list, skrocony i opatrzony na dodatek komentarzem. A poniewaz sie znamy uwazam to nawet za cos znacznie gorszego niz nieprzyzwoitosc. Tym bardziej, ze w wymianie korespondencji miedzy Jackiem a mna taka ewentualnosc sie nie pojawila.

Temat, ktory poruszylem wydal mi sie wazny. Wam mogl sie wydac mniej wazny. Wasze sprawa. Ale moim prawem jest, zeby zgadzac sie lub nie na skroty i na forme prezentacji wlasnych pogladow czytelnikom. Chcialbym, zebyscie wiedzieli, ze nie zgodzilbym sie na wydrukowanie mojej polemiki w postaci listu. Po takich doswiadczeniach nigdy wiecej nie zamierzam juz reagowac na to, co w Polityce przeczytam. Jesli o to wam chodzilo, to melduje: cel osiagneliscie.

Nie doczekałem się żadnej reakcji. Dlatego pełny tekst polemiki publikuję w blogu.

 

Jako czynny „uczestnik frontu odmowy wobec Platformy Obywatelskiej” – wedle terminologii panów Władyki i Janickiego (Polityka) – a w rzeczywistości tylko jeden z krytyków rządowej strategii „kupowania czasu” w polityce gospodarczej, muszę na wstępie zadeklarować: nie jestem idiotą.

 

Nie zakładam więc milcząco, że po wygranych wyborach PiS z zapałem wziąłby się do implementacji zalecanych przez nas reform. Milcząco zakładam natomiast, że w ustroju demokratycznym merytoryczna krytyka mądry rząd wzmacnia, a nie osłabia. Bo mądry rząd albo bierze z merytorycznej krytyki to, co w niej najlepsze, albo w rzetelnej debacie potrafi dowieść, że ma rację. Mądry rząd, to – w mojej opinii – nie jest rząd, który swoich krytyków nazywa pseudoekspertami, a ich argumenty bzdurami, po czym okopuje się na pozycjach nie do obrony.

I tu się wyraźnie różnimy. Panowie Władyka i Janicki bowiem – w czym nie są zresztą oryginalni - najwyraźniej milcząco zakładają, że demokracja funkcjonuje jednak inaczej. Demokracja – w ich rozumieniu – to ustrój, który każe ekspertom merytoryczną krytykę rządzących oktrojować wedle stopnia zagrożenia, jaki łączy się z dojściem do władzy niebezpiecznej opozycji.

Na to zgody nie ma i nie będzie. To jest propozycja demokracji plemiennej. Nasze plemię jest lepsze niż ich plemię, dlatego traktujemy je inaczej, łagodniej z większą wyrozumiałością, bo bliższego sobie mieć już przecież nie będziemy. Tyle razy ostatnio to słyszę. Tyle razy o tym czytam.

Nie jestem wyznawcą demokracji plemienno-szczepowej. Nigdy nim nie byłem. I nie będę. Nawet pod wpływem takich ludzi, jak Waldek Kuczyński, z którym od dłuższego czasu korespondujemy sobie na temat braku poczucia odpowiedzialności za słowo u ekonomistów. Mam już szczerze dość pouczania mnie i moich kolegów, że przyczyniamy się naszą krytyką polityki gospodarczej rządu do zwycięstwa „większego zła”; że powinniśmy milczeć, bo po nich przyjdą gorsi i ci to dopiero dadzą nam w kość; że to przez nas Platormie spada.

Otóż, guzik prawda. Ekonomiści sprzeciwiając się szkodliwym pomysłom rządu – jakiegokolwiek rządu - robią po prostu swoją robotę. Najlepiej, jak potrafią. Tu nic się od lat nie zmienia. Dlaczego niby ma się zmienić teraz? Bo PiS...? Pytam: jakbyśmy sie czuli, gdybyśmy dziś ugryźli się w język, a PiS, kiedyś tam, w odległej przyszłości po tryumfie wyborczym zabrałby się za dokończenie dzieła niszczenia II filara emerytalnego? Przecież mówiliby nam, że oni tylko twórczo ciagną dzieło poprzedników. I pytaliby nas: gdzie wtedy byliście, ekonomiści, dlaczego milczeliście? W pełni uwiarygadniałoby to tezę o politycznych motywach, jakimi kierują się zewnętrzni eksperci oceniający linię gospodarczą rządu.

Platformie spada  nie dlatego, że ekonomistom nie podoba się jej polityka gospodarcza i głośno, od dawna, dają temu wyraz. Platformie spada, bo prowadzi złą politykę gospodarczą, pełną przemilczeń, wykrętów , zakrętów. Bo gra na zwłokę i końca tej gry nie widać. Obsesja pięciu osób z kręgów rządowych na tle reformy emerytalnej, to tylko końcowy etap tej trwającej latami gry na zwłokę. Zamiast programu reform doczekaliśmy się odkrycia systemowego błędu w reformie emerytalnej, propozycji budzących nasz głęboki niepokój i kolejnych obietnic na przyszłość. Ocena wykonalności tych obietnic, czystko pragmatycznego punktu widzenia, nie wygląda zaś najlepiej. Projekt budżetu na rok 2012 będzie musiał być przygotowany przed wyborami. Będzie tam łatwiej niż dziś wcisnąć jakieś ważne systemowe reformy? Czy po wyborach Platforma oflankowana przez SLD, PSL, PJN będzie mocniejsza, bardziej skłonna do forsowania reform niż dziś? Porozmawiajmy o tym. Zastanówmy się. W duchu pragmatyzmu, do którego jesteśmy nawoływani.

Za nasz profsjonalny sprzeciw stawiani jesteśmy do kąta przez platformersów i sympatyzujących z nimi pragmatycznych dziennikarzy. Czyni się nas odpowiedzialnymi za wzrost szans opozycji w nadchodzących wyborach. Przecież to absurd. Stawianie spraw na głowie. Krytyka w wykonaniu ekspertów nie może być plemienna i koniunkturalna. Musi być rzeczowa. Mądrzy przywódcy mają obowiązek się w nią wsłuchiwać, a nie ekspertów obrażać i z przymrużeniem oka traktować jako naiwniaków i politycznych analfabetów. PiS rozłoży kraj na łopatki. Już raz to zrobil. Ale to trwa chwilę. Ciężką chwilę, ale przecież tylko chwilę. I później już PiS nie ma. Bo tak właśnie działa zdrowa demokracja wyposażona w skuteczny system immunologiczny. A jak zaczniemy uprawiać plemienną politykę, szczepową krytykę, to rozłożymy kraj skutecznie. Tyle, że na dłużej. I demokracjia wyjdzie z tego solidnie pokiereszowana.

Jeśli mogę coś bezinteresownie poradzić panom Władyce i Janickiemu, to tylko tyle, by zmienili adresata swoich apeli o zrozumienie racji stanu. Ale to jest tylko rada. Nie instrukcja. Dlatego mogą sobie z nią zrobić, co zechcą.

 

2011-02-24 22:37
gospodarka, blogi ekspertów polityka, Władyka, Janicki Komentarze (4)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |