O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

Tło, na którym toczy się emocjonalna dyskusja o przyszłości drugiego filara emerytalnego w Polsce jest czytelne dla każdego średnio rozgarniętego ekonomisty. Sytuacja finansów publicznych jest dramatyczna. Stoimy wobec konieczności natychmiastowego ograniczenia deficytu w jednym tylko okresie rozliczeniowym, czyli w tym roku na kwotę nie mniejszą niż 18 miliardów złotych oraz o kolejne ponad 50 mld do roku 2013, po to by zejść z deficytem sektora finansów publicznych poniżej 3 proc.. O ile rząd będzie chciał zrealizować swoje dość buńczuczne zapowiedzi zejścia z deficytem poniżej 2 proc. PKB, to dostosowanie fiskalne do roku 2013 będzie musiało łącznie sięgać 90 mld PLN. Czegoś takiego dotąd jeszcze nie przerabialiśmy.

Zostawmy na boku wyliczankę przyczyn, które złożyły się na tę głęboką zapaść w naszych finansach publicznych. Nie ma to w tej chwili większego znaczenia dla ekonomistów. Może je mieć dla polityków, którzy będą się nawzajem okładać własnymi grzechami. Poprzestańmy jedynie na stwierdzeniu, że w oficjalnych enuncjacjach ministra finansów w ostatnich trzech latach ze świecą można by szukać ostrzeżeń przed rzeczywistą skalą wyzwań stojących przed finansami publicznymi w najbliższych latach. Dużo tam było za to optymizmu. Zdecydowanie za dużo. Można mieć o to do niego uzasadnione pretensje. Ostrzegawcze głosy ekonomistów były lekceważone.

Teraz globalny kryzys doprowadził nas do ściany. Sięgający ponad 8 proc. PKB deficyt sektora kłuje w oczy zagranicznych inwestorów. W ostatnim roku wykupili oni blisko 80 proc. nowego długu emitowanego przez polski rząd. Teraz się denerwują. Jest tylko kwestią czasu, kiedy agencje obetną nam rating, co zwiększy ryzyko inwestycyjne, czyli podniesie koszty obsługi długu i finansowania. Do tego dochodzi rozpoczęcie cyklu podwyżek stóp procentowych przez NBP, co generuje straty u posiadaczy naszych obligacji. Nie sprzyja nam wewnętrzny kalendarz polityczny. Kryzys na świecie daleki jest od zakończenie. Na rynku finansowym dominuje wciąż niepewność. W takich warunkach minister finansów musi w trzy lata znaleźć nie mniej niż 70 mld złotych. Jak?       

Czysta alternatywa ekonomiczna

Dla ekonomisty sytuacja jest jasna. Rozwiązanie dające natychmiastowe efekty o wymaganej skali sprowadza się do wyboru: podwyżka podatków (dochodowych, pośrednich lub obu) albo wzrost obciążeń nakładanych na pracę, czyli podwyżka obniżonej 2 lata temu składki rentowej (wzrost klina podatkowego).

Z takiej alternatywy ekonomista wybrałby oczywiście podniesienie podatków konsumpcyjnych, jako rozwiązanie systemowo najczystsze i najmniej szkodliwe dla gospodarki w dłuższym okresie. Jest to jednak rozwiązanie obciążone wysokim kosztem politycznym. Pozostałe rozwiązanie, czyli podatki dochodowe i wzrost klina podatkowego są ekonomicznie znacznie bardziej dotkliwe, bo pociągają za sobą wzrost bezrobocia i ostre spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego.  Są przy tym również kosztowne politycznie.

Wybór któregoś rozwiązania z czystej alternatywy ekonomicznej powienien zostać naturalnie dopełniony przez długofalowe działania o charakterze strukturalnym, domykające deficyt w funduszu ubezpieczeń społecznych. Implementacja tych dobrze rozpoznanych rozwiązań (skatalogowanych powtórnie w dokumentacji FOR Leszka Balcerowicza), rozłożona na okres wieloletni, obciążona jest dużymi kosztami politycznymi. Owocuje też relatywnie niewielkimi wobec skali potrzeb oszczędnościami w krótkim okresie (do 3 lat). A na nim skupia się w tej chwili uwaga rządu i rynku finansowego. Oszczędności rosną jednak w miarę upływu czasu, a przy tym system zostaje domknięty w sposób optymalny z punktu widzenia zrównoważonego długofalowego wzrostu.

Brudne rozwiązanie, czyli OFE

To właśnie za sprawą relatywnie niskich, jak na potrzeby chwili, oszczędności oraz wysokich kosztów politycznych, czysta alternatywa ekonomiczna została przez polityków zastąpiona „brudnym” rozwiązaniem w postaci trwałych zmian w funkcjonowaniu OFE.

Istota rzeczy sprowadza się tu do zmniejszenie kosztów refundacji ZUS-owi przez budżet składki odprowadzanej do OFE. Daje to natychmiastowe oszczędności rzędu 0,8 proc. PKB (w tym roku 15 mld PLN). Oszczędności bieżące rosną następnie z upływem czasu. Podczas gdy koszty, w postaci konieczności wypłaty w przyszłości zwiększonych emerytur w systemie pay as you go z I filara, zostają przerzucone na okresy późniejsze.

Inaczej mówiąc: efekty w wymaganej skali są natychmiastowe, a kosztów bieżących nie widać, bo zostają na powrót ukryte w systemie i odłożone w czasie. Politycy to lubią. Takie rozwiązanie oznacza podjęcie przez rząd w imieniu pokolenia naszych dzieci i wnuków (przyszłych podatników), w imię poprawy bieżącej pozycji fiskalnej, zobowiązania wypłaty emerytur dla ludzi dziś zawodowo aktywnych. Nie miejsce tu, by wdawać się w egzegezę właściwie interpretowanego pojęcia „miedzypokoleniowej solidarności”. Poprzestańmy jedynie na twierdzeniu, że istota reformy emerytalnej, zapoczątkowanej przed dwunastu laty, sprowadzała się do tego, by te zobowiązania naszych dzieci i wnuków poważnie zredukować. I to się najwyraźniej – co dziś już widać - nie uda.

Teoretycznie rozwiązanie wybrane przez rząd, czyli zmniejszenie bieżących wysokich kosztów reformy emerytalnej i przerzucenie kosztów utrzymania systemu emerytalnego na okresy późniejsze, nie jest obciążone kosztami politycznymi w postaci utraty poparcia społecznego, jakie towarzyszyłyby implementacji któregoś z rozwiązań z czystej alternatywy ekonomicznej. I jest przy tym skuteczne. Tak przynajmniej zdają się sądzić adwokaci rządowej propozycji zmian w OFE.

Ci wstętni eksperci

Opozycja ze strony środowiska ekonomistów generuje jednak pewien nie do końca oszacowany koszt polityczny. Stąd właśnie, jak sądzę, w argumentacji strony rządowej pojawiła się retoryka „naprawy systemu emerytalnego”. Jasność przekazu, co do celu proponowanych działań została jednak tym samym zakłócona. Zwróćmy uwagę, że jeszcze na starcie dyskusji o OFE mowa była jedynie o oszczędnościach budżetu na kosztach reformy i poprawie efektywności otwartych funduszy emerytalnych. Ale teraz, kiedy przysłuchać się wymianie zdań między panami Balcerowiczem i Bieleckim, to chodzi już jakby o coś zupełnie innego. Nieważne w tej chwili, co to jest. Ważne, że zatracona tu zostaje istota rzeczy, a jest nią – powtarzam raz jeszcze – potrzeba znalezienia w 3 lata 70 mld złotych, po to, by z Polski nie zrobić Grecji, a zarazem nie zniszczyć jednej z najważniejszych reform strukturalnych w postkomunistycznej Polsce. To chyba wystarczająco poważne wyzwania, prawda?

Dla jasności przekazu trzeba jednak powiedzieć wyraźnie: to, co rząd usiłuje obecnie sprzedać opinii publicznej, jako naprawę systemu emerytalnego nie jest żadną naprawą. Jest to w kategoriach ekonomicznych jedynie inne rozłożenie kosztów systemu emerytalnego w czasie: mniej dotkliwe dla obecnego podatnika i budżetu – bardziej za to dla przyszłych. Cofa nas to do modelu finansowania ubezpieczeń społecznych sprzed roku 1999. Ale łączna wielkość zobowiązań państwa z tego tytułu nie ulega zmianie ani na jotę.

Miejsce na merytoryczną dyskusję i kompromis

Niekwestionowana konieczność znalezienia w finansach publicznych kwoty nie mniejszej niż 70 mld PLN w okresie jedynie 3 lat  oraz zrozumienie dla ograniczeń politycznych towarzyszących wyborowi ktoregoś z wariantów czystej alternatywy ekonomicznej, skłoniła część środowiska ekonomicznego do wyjścia z propozycją kompromisową. Nigdy nie była ona publicznie dyskutowana. Zamiast tego odbywa się rządowa bitwa z Balcerowiczem.

Istota kompromisu sprowadza się do zaakceptowania w okresie przejściowym wolniejszego tempa ujawniania długu ukrytego, czyli zgody na niższe składki do OFE na 3-4 najbliższe lata, obwarowanej jednak pewnymi warunkami. Chodzi o precyzyjny wieloletni program reform strukturalnych domykających deficyt w I filarze, czyli o wyeliminowanie odstępstw od reformy emerytalnej z okresu ostatnich 12 lat (ich katalog zawarty jest w ramce).

Koszt reformy emerytalnej został znacząco podniesiony przez odstępstwa od jej zasad, jakich dopuściły się kolejne rządy w minionych 11 latach. Jakie to były odstępstwa? Ile nas kosztują i będą kosztować?

W 1998 roku zakładano, że na refundację składek do OFE budżet przeznaczy przychody z prywatyzacji w łącznej wysokości 14 proc. PKB;

Nie podwyższono minimalnego wieku emerytalnego kobiet;

 

W 2003 r. wyłączono z powszechnego systemu emerytalnego pracowników rozpoczynających pracę w służbach mundurowych. W 2005 roku wyłączono z powszechnego systemu emerytalnego górników. W 2008 roku koszty wcześniejszych emerytur służb mundurowych wyniosły ok. 5 mld, a górników ok. 6,5 mld PLN. Wedle szacunków MPiPS z 2005 roku całkowity koszt wcześniejszych emerytur górniczych w latach 2005-2020 wyniesie 70 mld złotych;

 

O dwa lata (2007-2008) opóźniono ograniczenie możliwości przechodzenia na wcześniejsze emerytury. Dodatkowo, umożliwienie przechodzenia na wcześniejsze emerytury mężczyznom, którzy w 2008 roku mieli od 6o-64 lat (wykonanie wyroku TK, który zakwestionował nierówne prawa kobiet i mężczyzn do wcześniejszych emerytur). W latach 2006-2008 liczba nowo przyznanych wczesnych emerytur w systemie pozarolniczym wynosiła odpowiednio 84, 177 i 292 tys. Skumulowane koszty wpuszczenia do systemu 100 tys. nowych wczesnych emerytów to ok. 8,5 mld zł. (1,5 mld zł rocznie). Zatem w 2009 i 2010 roku koszty opóźnienia likwidacji wcześniejszych emerytur o 2 lata wyniosą odpowiednio 2,5 mld i prawie 7 mld PLN;

 

Z systemu emerytur pomostowych wyłączono nauczycieli. Stworzenie świadczeń kompensacyjnych oznacza dla budżetu koszt rzędu 1,3 mld PLN rocznie;

 

Od 2007 r. wszystkie świadczenia społeczne, w tym emerytury, wypłacane przez ZUS są znów corocznie waloryzowane o wskaźnik inflacji powiększony o  20 proc. realnego wzrostu przeciętnych wynagrodzeń w gospodarce. Oznacza to nieplanowane koszty w wysokości 1 mld PLN rocznie;

 

Do dzisiaj nie wprowadzono bezpiecznych funduszy emerytalnych typu B, przewidzianych pierwotnie w planie reformy od roku 2005. Chcąc łagodzić skutki tego zaniechania dla osób, które przystąpiły do OFE i przejdą na emeryturę w ciągu najbliższych 4 lat rząd umożliwił występowanie z OFE i przejście na tzw. emeryturę mieszaną. Dodatkowe koszty dla budżetu z tytułu  rezygnacji z OFE to ok. 0,45 mld PLN;

 

Do dzisiaj nie dostosowano systemu rentowego do nowego sposobu wyliczania emerytur. zamiast tego obniżono składkę rentową doprowadzając fundusz rentowy od nadwyżki do 17 mld deficytu.  To zaniechanie oprócz namacalnego już teraz wymiaru finansowego oznacza, że w przyszłości emerytury mogą być niższe od rent z tytułu niezdolności do pracy;

 

Koszt reformy emerytalnej miał być z założenia pokrywany przez przychody z prywatyzacji. To założenie nigdy nie zostało zrealizowane, bo przychody prywatyzacyjne były zużywane na inne niecierpiace zwłoki cele. Jest to właściwość przynależna polskiemu budźetowi (patrz przypadek rezerwy demograficznej i nie tylko). Albo – zwyczajnie – prywatyzacji nie było, to i nie było przychodów. Jak za rządów PiS. Dlatego w terminologii budżetowej powstało i na dobre się ugruntowało pokrętne pojęcie „ujemne saldo przychodów z prywatyzacji”. Ten dziwoląg, przełożony na ludzki język znaczy: tyle właśnie zabrakło na pokrycie kosztów ubytki składki emerytalnej dla ZUS.

Między styczniem 1999 a końcem 2010 skumulowane przychody z tytułu prywatyzacji wyniosły 102 mld brutto i 74,036 mln netto. W tym czasie składka przekazana przez ZUS do OFE to 152 058 mln zł. Wskaźnik pokrycia kosztów reformy emerytalnej w Polsce odniesiony do dochodów netto wyniósł więc do tej pory 48,1 proc. Realny koszt reformy, to 52 proc. przekazanej składki. Jeśli dodać do tego (choć zdania wśród ekonomistów są tu różne) odsetki od długu wyemitowanego na potrzebę pokrycia ubytku składki (ok. 70 mld), koszt wzrośnie do 66,4 proc.. Jest to koszt wysoki, który został istotnie podniesiony przez totalne zastopowanie prywatyzacji w latach 2005-2009.

Chodzi też o pilne wdrożenie wybranych przedsięwzięć, wskazanych w przygotowanym przez Radę Gospodarczą przy premierze, choć nieujawnionym, szerokim menu. Część z nich przynosi natychmiastowe oszczędności w wydatkach lub wzrost dochodów.

Wielkość czasowego obniżenia  składki zależy od tego, ile oszczędności na domykaniu deficytu w I filarze uda się uzyskać w określonym czasie, tak żeby wyjść na konieczną redukcję deficytu. O tych proporcjach można więc jeszcze dyskutować. Podział zaproponowany przez rząd: 2,3 proc. do OFE i 5 proc. do ZUS z obecnych 7,3 proc. wynagrodzenia przekazywanego OFE nie może być ostateczny. Pole dla dialogu zanika, jeśli rząd przedstawia swoją propozycję, jako rozwiązanie trwałe, a nie tymczasowe, a przy tym najlepsze dla gospodarki, podatnika i przyszłego emeryta. Kompromisu nie się bowiem zbudować na głębokiej nieprawdzie.

2011-02-01 11:37
gospodarka, blogi ekspertów zmiany, ofe Komentarze (9)
 Oceń wpis
   

Bogdanie Drogi,

Twoje ktoreś już z rzędu publiczne wystąpienie w sprawie OFE skłania mnie wreszcie do zabrania głosu już nie tylko w prywatnych rozmowach, jakie na ten temat toczyliśmy.

Jeszcze nie tak dawno byłeś jednym z najbardziej aktywnych uczestników naszej nieformalnej grupki kilku ekonomistów, która stawiała sobie jedno tylko zadanie: zmobilizować rząd, z którym w większości sympatyzowaliśmy, do podjęcia energicznych działań dla podniesienia konkurencyjności polskiej gospodarki, poprawy salda finansów publicznych, zredukowania nadmiernie obfitego jak na możliwości ubogiego państwa strumienia transferów i zastąpienia ich dochodami czerpanymi z pracy. Chodziło nam więc o pchnięcie naprzód tych zapyziałych spraw, które były już dawno rozpoznane, skatalogowane i po wielokroć do znudzenia przez nas opisywane. Bez ich wdrożenia każda zielona wyspa szybko zółknie i czernieje. 

Nigdy nie było tak, żebyśmy zgadzali się we wszystkim, ustalając listę koniecznych do podjęcia zadań. Zawsze też mieliśmy świadomość ograniczeń o charakterze politycznym, jakie limitowały pole manewru reformatorskiego – jak nam się wydawało – rządu. Rożnice zdań między ekonomistami są czymś jak najbardziej normalnym. Stąd – o czym wiesz doskonale – uzgodnienie wspólnego stanowiska bywało nieraz prawdziwą drogą przez mękę. Uważaliśmy jednak, że warto przypominać o tym, co w polityce gospodarczej najważniejsze: o jasno wytyczonych priorytetach w dziedzinie reform strukturalnych; o wydłużeniu horyzontu działań; wreszcie o tym, żeby nie manipulować opinią publiczną w imię doraźnych celów. Podpisaliśmy wspólnie wiele podobnych dokumentów.

Później zmieniłeś afiliację. Pozostając nadal w sektorze prywatnym stałeś się jednym z wpływowych członków wąskiego grona doradców ekonomicznych pana premiera. Zmieniłeś zdanie na wiele kwestii, o których implementację latami się dobijaliśmy. Miałeś do tego prawo. Tylko krowa nie zmienia poglądów. Ekonomista tak utalentowany, jak Ty, musi zmieniać zdanie, kiedy poszerza się zasób jego informacji. Ale jednego zmieniać nie może za skarby świata: nie da się bez utraty twarzy nazywać rzeczywistością luźnego zbioru danych podporządkowanych z góry określonej tezie. Nie da się też w żadnym przypadku usprawiedliwić uczynienia z oktrojowania OFE głównego pola wiekopomnych zasług tego rządu. Czyniąc tak i wychwalając go pod niebiosa posuwasz się do granic śmieszności. 

Grupka, która straciła wiele animuszu po Twoim od niej odpadnięciu,  była otwarta na dialog w kwestii ograniczenia bieżących kosztów reformy emerytalnej. Zawsze mieliśmy dużo zrozumienia dla położenia ministra finansów, zmuszonego finansować zbyt duże potrzeby pożyczkowe na trudnym i coraz trudniejszym rynku. Choć – o czym mam nadzieję jeszcze całkiem nie zapomniałeś – wskazywaliśmy równocześnie na wiele miejsc w systemie, gdzie marnotrawstwo środków publicznych jest gigantyczne i  jego likwidacja nie wyma ani heroizmu, ani nawet przyjaznego rządowi prezydenta. Gotowi byliśmy w każdym razie pod pewnymi warunkami poważnie dyskutować o tempie ujawniania długu ukrytego. Choć co bardziej krewcy radykałowie reform mieli nam to za złe.

Nigdy jednak nie mieliśmy zrozumienia dla takich zmian w systemie emerytalnym, których implikacje sprowadzają się do tego, że obecny rząd w imieniu pokolenia naszych dzieci i wnuków zobowiązuje się do finansowania naszych przyszłych „godziwych” emerytur, nie wspominając, że będzie to musiało dla nich oznaczać wyższe podatki. Na to naszej zgody nie było i nie będzie.

Zmiany, jakie proponujesz Ty, Twoja Rada i nasz przyjaciel Michał Boni, nie są naprawą systemu emerytalnego. Są pierwszym etapem jego kompletnej dewastacji. Po was przyjdą inni, którzy to dzieło dokończą. Sam zresztą podpowiadasz im kierunek: likwidację obligatoryjności II filara. Tyle, że sugerowana przez Ciebie dobrowolność, czego już nie dopowiadasz, oznacza jedną z dwóch rzeczy: większe zobowiązania nakładane na państwo (czytaj: podatnika) w przyszłości, kiedy przyjdzie zbierać starych i chorych ludzi z ulic wielkich miast; albo zgodę na to, żeby zostali sobie tam, gdzie wepchnęła ich własna niefrasobliwość, wspierana działaniami rządu i parlamentu, którego już dawno nie będzie.

Zrobiliście wokół OFE prawdziwy cyrk, pełen błaznów, cudotwórcow i iluzjonistów. Reforma emerytalna stała się naraz, dosłownie w ciągu niespełna roku, głównym problemem polskich finansów publicznych. Drugim – za chwilę nie mam co do tego cienia wątpliwości – stana się niefrasobliwe, zadłużające się na potęgę samorządy. Jest to gigantyczne manipulowanie opinią publiczną, zachwianie wszelkich proporcji w debacie na temat istotnych problemów polskiej gospodarki. Żałuję bardzo, że ze swoim doświadczeniem, wyczuciem makroekonomii i wielokrotnie akcentowanym dystansem wobec polityków bierzesz w tym zakłamywaniu rzeczywistości tak czynny udział.

Jeśli zmniejszasz bieżący deficyt sektora finansów publicznych kosztem powiększania ukrytego długu publicznego, na który składają się coraz hojniejsze obietnice waloryzacji i dziedziczenia subkonta w ZUS, gdzie – jak doskonale wiesz – nie będzie żadnych pieniędzy, a tylko zobowiązania - to nie jesteś reformatorem, tylko manipulantem.

Jeśli mówisz, że oszczędności prywatne w OFE nie są w rozumieniu makroekonomicznym oszczędnościami, choć powstają ze składek odprowadzanych przez pracujących, a są takim samym długiem, jak zobowiązania zaciagane przez państwo wobec przyszłych emerytów - to mijasz się dość daleko z prawdą.

Jeśli przy tym utrzymujesz, że makroekonomiczne następstwa odprowadzania składki do OFE lub na subkonto w ZUS są takie same - to znaczy, że kompletnie straciłeś umiejętność przeprowadzania rzetelnych rynkowych analiz.

Rząd, któremu doradzasz, miał zająć się domykaniem deficytu w I filarze systemu emerytalnego. Tym bardziej, że zamierzał działać w długim horyzoncie. Takie nadzieje towarzyszyły nam – Tobie, mnie i wielu naszym kolegom. Zamiast tego zajął się bardzo aktywnie likwidacją II filara, obiecując przy tym gruszki na wierzbie przyszłym emerytom i podatnikom. Chcesz to firmować własnym nazwiskiem – Twoja sprawa. Ale nie przyznawaj, proszę, rządowi medalu 12-lecia za odwagę wzięcia się za bary z problemem reformy emerytalnej. W makroekonomii jest miejsce na pastisz, ale chyba już jednak nie na kabaret.  

 

2011-01-25 10:30
gospodarka, blogi ekspertów zmiany, ofe Komentarze (14)
 Oceń wpis
   

Minister finansów w jednej z ostatnich wypowiedzi oświadczył, że oczekuje pozytywnej reakcji rynku finansowego na proponowane przez rząd zmiany w systemie emerytalnym. Trudno dyskutować z takim stwierdzeniem, jeśli nie doprecyzuje się, co tak naprawdę rozumie się pod pojęciem „reakcji rynku”.

Otóż, minister ma absolutną rację, o ile ma na myśli brak ostrego tąpnięcia we wszystkich segmentach, czyli na rynku walutowym, długu i giełdzie, po wprowadzeniu zmian w wersji zbliżonej do przedłożenia rządowego.

Minister zupełnie nie ma racji, jeśli przeanalizujemy długookresowe konsekwencje proponowanych zmian, a nade wszystko ich skutki makroekonomiczne.  

W dość już teraz monotonnej dyskusji na temat propozycji rządowych dotyczących OFE, gdzie miele się wciąż te same argumenty, brakuje wyraźnie tych właśnie dwóch wątków: długookresowych następstw makroekonomicznych i rynkowych. Wydaje się to dość zaskakujące, bo przecież zmiany proponowane przez rząd nie mają charakteru przejściowego, nie są instrumentem antykryzysowym, jak można by sądzić jeszcze po pierwszej fali dyskusji. Rozwiązania proponowane przez rząd są trwałe i systemowe. Spróbujmy tę dotkliwą i zagadkową lukę, choćby częściowo, domknąć podejmując wątek makroekonomicznych i rynkowych następstw obcięcia składki odprowadzanej do II filara początkowo o 5, a później o 3,5 pkt. proc. wynagrodzenia wobec stanu obowiązującego od 12 lat.

Dlaczego minister ma rację

Nie będzie żadnego raptownego załamania na rynku finansowym dla tej prostej przyczyny, że rozwiązania proponowane przez rząd w zakresie zmian strumienia żywego pieniądza kierowanego przez OFE do poszczególnych segmentów rynku jedynie petryfikują sytuację, z jaką mamy tu doczynienia od dobrego roku.

W strukturze portfela Otwartych Funduszy Emerytalnych udział obligacji niezmiennie od początku 2009 roku zbliżony jest do 53-54 proc.. W ostatnim roku inwestowały one ok. 80 proc. środków w akcje, zwiększając udział obligacji jedynie o 0,4 pkt. proc.. Było to postępowanie rozsądne, biorąc pod uwagę wycenę obu tych aktywów na rynku. Polityka inwestycyjna OFE była bardzo racjonalna, korzystna dla wzrostu wyceny jednostek uczestnictwa. Wbrew pojawiającym się czasem spekulacjom OFE nie bojkotowały rynku długu, lecz inwestowały tam, gdzie stopa zwrotu była zdecydowanie wyższa. Zero zaskoczenia.

Jeśli dopływ gotówki do funduszy zostanie teraz obcięty na krótką metę nic się nie zmieni. Jak OFE nie było na rynku obligacji, tak i dalej ich tam nie będzie. Zniesienie limitów inwestycyjnych dla OFE - niezbędna jak się wydaje część zapowiadanego pakietu - ustabilizuje ich obecność na giełdzie na poziomach zbliżonych do ostatniego roku. Rynek walutowy pozostanie stabilny, bo wiekszość napływu kapitału portfelowego do Polski następować będzie jak dotąd przez swapy walutowe ( transakcje terminowe bez wymiany walut na rynku). 

Kto w takim razie będzie fiansował potrzeby pożyczkowe rządu? Kto pozostanie aktywnym nabywcą denominowanych w złotych obligacji? No właśnie. Dobre pytanie. Wolno domniemywać, że minister finansów mowiąc o pozytywnej reakcji rynku na swoje pomysły miał na myśli sytuację, w której popyt na polski dług zgłaszać będą nadal ci sami inwestorzy, którzy bez wahań kupowali polskie obligacje w ostatnim roku. Byli to nierezydenci. Inwestorzy zagraniczni nabyli w 2010 roku ok. 78 proc. nowo emitowanego przez ministra finansów długu, przy wyraźnie rosnących – zaznaczmy – rentownościach.

Dlaczego minister nie ma racji

W tym kontekście trudno uniknąć trzech uwag:

po pierwsze – można oczywiście spekulować na okoliczność zmiennych faz awersji do ryzyka; na temat ewentualnego odwrócenia się sentymentu wobec segmentu rynków wschodzących, do którego i my się zaliczamy. Można. Ale po co? Część ekonomistów będzie twierdzić, że ten sentyment się zmieni; inni, że wręcz przeciwnie. Minister finansów na progu nowego roku, ma prawo twierdzić, że nie widzi uzasadnienia dla zaniku apetytu na polski dług. Jego przekonanie zweryfikować się da jedynie a poste priori, więc się tu ministra nie czepiajmy;

po drugie jednak – i z tym stwierdzeniem polemizować już się nie da, bo to fakt empiryczny – proponowane przez rząd zmiany w systemie emerytalnym w istotny sposób umacniają długookresową zależność popytu na polski dług od zagranicy. Znika trwale komponent stabilizacyjny popytu na obligacje, jakim były OFE; spada równocześnie podaż papierów, więc na krótką metę nie ma problemu. Pojawia się za to czynnik dodatkowego ryzyka w postaci permanentnego uzależnienia cen długu emitowanego w złotych od popytu zgłaszanego przez zagranicę;

po trzecie – osłabienie krajowego popytu na dług oraz ryzyko zmiennego sentymentu inwestorów zagranicznych oznacza także rosnące prawdopodobieństwo zwiększonych emisji zagranicznych dla sfinansowania potrzeb pożyczkowych rządu. Dziś udział długu zagranicznego w długu publicznym Polski jest wciąż jeszcze relatywnie niski. Trudno jednak zaprzeczyć, że kierunek zapowiadających się zmian w strukturze zadłużenia państwa ogółem nie jest zgodny z powszechnymi zaleceniami ekonomistów, bo wystawia nas na dodatkowe ryzyko kursowe.

Długookresowe następstwa rynkowe proponowanych przez rząd zmian w systemie emerytalnym – jak widać – nie są już tak korzystne, jak starają się to przedstawiać forsujący je autorzy. Rząd nie będzie penalizowany przez rynek, bo taka penalizacja de facto miała już miejsce w ostatnich 3 kwartałach, kiedy ostro wzrosły rentowności obligacji, a złoty ustabilizował się na poziomie dalekim od kursu równowagi, pomimo obfitego napływu kapitału portfelowego. Nie jest więc sztuką powiedzieć w tej sytuacji, że rynek pozytywnie oceni wprowadzenie rządowych pomysłów zmian w OFE, bo już je ocenił niezbyt korzystnie i do swojej oceny nic już dodać nie może. Sztuką jest za to otwarcie powiedzieć, co te zmiany oznaczają dla warunków finansowania naszych potrzeb pożyczkowych na dłuższą metę.

Mniej prywatnych oszczędności = wolniejszy wzrost

I już na koniec pewien pomijany niesłusznie milczeniem kontekst makroekonomiczny obcięcia składki kierowanej do OFE.

Dług publiczny spadnie o 0,8 proc. w relacji do PKB. Brawo. Zwiększa to naszą wiarygodność fiskalną. Na dodatek szybko i bez bolesnych reform. Jeszcze raz: brawo.

Trudno jednak nie zauważyć, że w tej samej relacji co dług spadnie też przyrost krajowych oszczędności prywatnych. Nawet po uwzględnieniu obietnicy ponownego wzrostu składki kierowanej do OFE począwszy od 2017 roku, do tego czasu dynamika rocznego przyrostu PKB zmniejszy się w wyniku wolniejszego przyrostu oszczędności o 0,3 pkt. proc.. I to jest bez problemu do policzenia.

Aby zrekompensować ubytek oszczędności odkładanych w OFE i nie wygenerować negatywnych następstw dla wzrostu trzeba: albo zwiekszyć import oszczędności z zagranicy; albo zaproponować inną formę zwiekszenia prywatnych oszczędności.

Oba te rozwiązania obarczone są wieloma ryzykami, nie są zbyt pewne i tym samym ich następstwa stają się trudno policzalne. Pozostańmy jednak w sferze twardych faktów. O oszczędności zagraniczne będzie w najbliższych latach ostro rywalizować mnóstwo krajów. Konkurencja będzie więc duża. A jeśli chodzi o alternatywne formy oszczędzania rezydentów, to proponowane wyjście w postaci możliwości odliczania od podstawy opodatkowania kwot dobrowolnie odkładanych na emeryturę, tym korzystniejsze dla wzrostu gospodarczego, im bardziej agresywne - jest równocześnie proporcjonalnie niekorzystne dla budżetu. Powoduje zaś z całą pewnością konieczność ponownej weryfikacji ścieżki konwergencji fiskalnej.

Przeprowadzone przeze mnie szacunki wskazują, że dla zrekompensowania ubytku przyrostu oszczędności w OFE odpis od podstawy opodatkowania w pierwszych 5 latach obowiązywania nowego systemu powinien wynosić 4 pkt. proc.. Oznaczałoby to jednak smululowany ubytek dochodów budżetu z tytułu PIT rzędu 25 mld PLN. Cudu Tuska w makroekonomii nie będzie. Coś za coś.

Alternatywa jest prosta: uniknięcie negatywnych następstw zmian w OFE dla długoterminowego wzrostu gospodarczego wymaga wolniejszego tempa schodzenia z deficytem, albo odpowiednio większych oszczędności w wydatkach.

Warto, jak sądzę, wzbogacić nieco już nudnawą dyskusję o wyższości ZUS nad OFE o te dwa amputowane, nie najbardziej bagatelne przecież, wątki.        

2011-01-14 13:10
gospodarka, blogi ekspertów zmiany, ofe Komentarze (5)
 Oceń wpis
   

Wielki manifest antyreformatorski, pod jakim podpisał się w Rzeczpospolitej główny doradca do spraw gospodarczych premiera jest dokumentem zawstydzającym i pełnym hipokryzji.

Znacznie prościej byłoby napisać tak: „ludzie, potrzebujemy tych 24 mld złotych, które są dziś ujawnianiem ukrytych jutrzejszych zobowiązań państwa wobec obywateli; potrzebujemy tych pieniędzy, bo bez nich nie potrafimy domknąć budżetów w kilku następnych latach. W roku 2011 gdy zmniejszymy do 2,3 proc. składki przekazywane do OFE budżet zyska ok. 0,9 proc. PKB. My wtedy przez co najmniej rok w zasadzie nic już więcej nie będziemy musieli robić i o to nam chodzi. Zmieścimy się w nowej Aktualizacji Programu Konwergencji i limitach ustawowych, a potem się zobaczy. Musicie nas zrozumieć, tempo ujawniania długu ukrytego zwyczajnie nas przerosło. Nie potrafimy usunąć innych źródeł deficytu, nie wyrabiamy, a działamy pod naciskiem groźby przekroczenia kolejnych progów ostrożnościowych limitujących wielkość długu publicznego w relacji do PKB”.

To by było przynajmniej uczciwe. Na tym polu merytoryczna rozmowa jest jeszcze możliwa. Eksperci są na tego rodzaju argumentację otwarci, bo wbrew panującemu w kręgach rządowych przekonaniu nie są bynajmniej fundamentalistami. Ale z całą pewnością szkoda im czasu na połajanki o tym, jak to przy okazji reformy emerytalnej odstąpiono 11 lat temu od solidarności międzypokoleniowej. Ile razy bowiem można prostować brednie, tak nie wahamy się nazwać tego bredniami, o wyższości przyszłej emerytury z ZUS nad emeryturą z systemu II filarowego? Czy Radzie Gospodarczej przy premierze przystoi mącić ludziom w głowach, straszyć ich niską stopą zastąpienia i sprawiać wrażenie, że to ktoś w OFE chce ich ograbić, a ZUS im tego nie zrobi? Bo jeśli nie, to mamy poważny problem.

Fakty bowiem są nieubłagane: po to, by emerytury z I filara sięgały za 20-30 lat 60 proc. ostatniego wynagrodzenia składki płacone przez pracujących musiałyby być 1,5-2-krotnie wyższe niż dziś. W starzejącym się społeczeństwie, przy mniejszej liczbie ludzi zawodowo aktywnych przypadających na emeryta, żelazna reguła dla systemu, w którym to państwo gwarantuje przyszłe wypłaty, jest prosta: wyższe podatki, albo niższe świadczenia. Doradcom premiera nie wypada więc przeciwstawiać wysokości emerytur w zreformowanym systemie emerytalnym systemowi państwowemu, nie wspominając o koszcie dla pracujących, jaki łączy się z ekwiwalentnością tych świadczeń. Nie wypada tym bardziej, gdy takiego przeciwstawienia dokonują celowo zaniżając stopę zwrotu w II filarze, tak by proponowane przez nich zmiany za bardzo nie kłuły w oczy przyszłych emerytów.

Manipulacje na liczbach, jakich Rada dopuszcza się przy okazji „dyskusji” o kosztach reformy emerytalnej muszą wprawić każdego ekonomistę w konsternację. Jeśli bowiem uchylimy jedno z fundamentalnych założeń tych szacunków, mówiące o tym, że w dłuższym okresie zwrot z aktywów inwestowanych przez OFE lokuje się mniej więcej na poziomie dynamiki PKB, a w to miejsce przyjmiemy empirycznie zweryfikowany wskaźnik zwrotu osiągany przez TFI, który o ponad 2 pkt. proc. przekracza wzrost gospodarczy, to skłanianie ubezpieczonych do powrotu do ZUS, usprawiedliwiane wysokością przyszłych śwadczeń i stopą zastąpienia staje sie czymś więcej niż tylko poważnym merytorycznym uchybieniem.

Przy ostrożnym założeniu, że OFE dają zwrot z aktywów 2 pkt. proc. ponad wzrost PKB, na przeniesieniu całości składki z OFE do ZUS klient straci 30 proc. (1500 zł wg cen 2010) miesięcznej emerytury. Tyle więc będą go na starość kosztować manipulacje doradców gospodarczych premiera z roku 2010.

Powiedzmy to jasno: dla podbudowania założonej a priori tezy o braku wyższości OFE nad ZUS rzeźbi się bez skrupułu w liczbach przyjmując niską stopę zwrotu z OFE; relatywnie wysoką z ZUS; doskonale wiedząc, że na rynkach kapitałowych finansowany jest „lepszy” kawałek gospodarki, a zapisy na zusowskich kontach będą ze względów demograficznych rosły wyraźnie wolniej niż PKB , a więc zwrot z I filara będzie niższy niż z drugiego.  

Solidarność międzypokoleniowa, to nic innego niż propagandowa maczuga, którą wymachuje się w imię dzisiejszych problemów. W rozumieniu szermujących nią osób, oni nam obiecają, że zmuszą pokolenie naszych dzieci i wnuków do składania się na nasze „godne” emerytury, a my w to uwierzymy. Wstyd, panie premierze, słuchać takich porad. A jeszcze większy – stosować się do nich. Wstyd.

Myśmy chcieli doczekać się takiego politycznego przywództwa, które wreszcie zerwie z niechlubną tradycją dojutrkowywania i życia ponad stan. Przywództwa, które wyjrzy ponad dzisiejszy horyzont, którego działania ustanowią podstawy dla dobrobytu kraju na wiele, wiele lat. Czekaliśmy na road map, gdzie pokazane zostałyby terminy i nazwane sposoby odwrócenia wszystkich odstępstw, jakich w okresie ostatnich 11 lat dopuściły się przy reformie systemu emerytalnego wszystkie kolejne rządy. Uwielbiały one być hojne nawet jak ich na to nie było stać, a gospodarka i obywatele nie należący do silnych grup interesu tracili. To przez te ostępstwa i zaniechania koszty reformy emerytalnej zostały znacząco podniesione. Wymieńmy najważniejsze z nich.

W 1998 roku zakładano, że na refundację składek do OFE budżet przeznaczy przychody z prywatyzacji w łącznej wysokości 14 proc. PKB, czego nie dotrzymano.

Nie podniesiono ustawowego wieku emerytalnego kobiet, co miano zgodnie z pierwotnymi zalożeniami reformy zrobić. Kosztuje to finanse państwa 17mld złotych rocznie, a kobietom obniża przyszłe emerytury o 30 proc.

W 2003 roku wyłączono z powszechnego systemu emerytalnego pracowników służb mundurowych, a w 2005 roku górników. W 2008 roku koszty wcześniejszych emerytur tych grup wyniosły odpowiednio ok. 5 mld i ok. 6,5 mld PLN. Dziś te koszty są już większe i będą dalej rosły.

O dwa lata (2007-2008) opóźniono ograniczenie możliwości przechodzenia na wcześniejsze emerytury. Konsekwencją było poniesienie kosztów wykonania wyroku TK, który zakwestionował nierówne prawa kobiet i mężczyzn. Finansowo oznaczało to dla budżetu koszty rzędu 2,5 mld w roku 2009 i prawie 7 mld PLN w 2010. Widząc eksplozję wcześniejszych emerytur, rząd wreszcie poszedł po rozum do głowy i je zlikwidował. Kosztem politycznym, pewnie trudnym do uniknięcia, z czego doskonale zdajemy sobie sprawę jest wydatek ok. 1,3 mld PLN rocznie na świadczenia kompensacyjne dla nauczycieli.

Od 2007 r. wszystkie świadczenia społeczne, w tym emerytury, wypłacane przez ZUS są znów corocznie waloryzowane o wskaźnik inflacji powiększony o 20 proc. realnego wzrostu przeciętnych wynagrodzeń w gospodarce. Te nieplanowane wcześniej koszty to ok. 1 mld PLN rocznie.

Zapomniano też o dostosowaniu systemu rentowego do nowego sposobu wyliczania emerytur. Zamiast tego obniżono składkę rentową doprowadzając fundusz rentowy od nadwyżki do 18 mld deficytu.  Ten przykład strategii „zastaw się, a postaw się”, oprócz namacalnego wymiaru finansowego oznacza, że w przyszłości emerytury mogą być niższe od rent z tytułu niezdolności do pracy.

Chcieliśmy o tym wszystkim dyskutować. Bo przecież jest o czym. Chcieliśmy rzetelnego przedstawienia rachunku kosztów i metod jego redukowania w okresie wielu najbliższych lat. Na powrocie do zaniechanych zmian powinno, naszym zdaniem, polegać dokończenie reformy emerytalnej. Na tym i na poprawie funkcjonowania OFE, bo tu procentują już doświadczenia. Wokół tych kwestii trzeba budować społeczny i polityczny consens. Jesteśmy też w pełni świadomi, że budżet potrzebuje natychmiast jakiejś krótkookresowej ulgi, która pozwoli zmniejszyć bieżące napięcia fiskalne. Wiemy, że to ważne w okresie tak wielkich perturbacji na rynkach finansowych. Nie jesteśmy politykami, ale nie znaczy to, że nie mamy zrozumienia dla politycznych uwarunkowań sprawowania w sposób odpowiedzialny władzy.

I o tym byliśmy gotowi dyskutować. Na tym polu się ścierać. A czego się doczekaliśmy? Udokumentowanej fałszywymi przesłankami, pełnej liczbowych manipulacji, próby dyskredytacji od A do Z II filara systemu emerytalnego. A wszystko to w cieniu niedwuznacznych insynuacji padających z ust przedstawicieli rządu, że lobby OFE jest silne. Bardzo to smutne. W takiej dyskusji nie zamierzamy uczestniczyć. Uważamy, że zrobiliśmy co do nas należało: lojalnie ostrzegliśmy przed próbą manipulacji i niepodejmowania trudnej debaty dla osiągnięcia doraźnych korzyści.

PS. Już po napisaniu i wydrukowaniu w Rzeczpospolitej zbliżonej wersji tego tekstu, którego współautorem jest Maciej Bukowski, rząd ogłosił propozycję zredukowania od 2 kwartału 2011 składki do OFE do 2,3 proc. wynagrodzenia, kierowania dodatkowych 5 proc. do ZUS. Towarzyszy temu obietnica zwiększenia składki lokowanej w OFE do 3,5 proc. począwszy od roku 2017 oraz wprowadzenia począwszy od 2012 roku prawa do odliczania od podstawy opodatkowania PIT 2 proc. lokowanych w formie odobrowolnych szczędności emerytalnych w III filarze.

Oznacza to, moim zdaniem, 3 rzeczy: po pierwsze - trwałe zredukowanie o co najmniej połowę II filara, co ma znaczenie nie tylko dla wielkości świadczeń, ale też dla możliwości przetrwania na rynku mniejszych PTE; po drugie - wzrost prawdopodobieństwa redukcji emerytur z II filara lub podwyższenia składki emerytalnej od roku 2017; po trzecie - ubytek w dochodach budżetu rzędu 5-6 mld PLN począwszy od roku 2012.

W sumie operacja o istotnym znaczeniu dla finansów publicznych, wpływająca na wielkość przyszlych emerytur i zobowiązań państwa w perspektywie 20-30 lat, została ogłoszona w trybie karygodnym, bez wystarczająco solidnych obliczeń i oszacowania jej krótko i długo termnowych skutków.

 

2011-01-02 20:20
gospodarka, blogi ekspertów zmiany, ofe Komentarze (6)
 Oceń wpis
   

Wstępe dane GUS o PKB za 3Q są koherentne z dotychczasowymi trendami. Umiarkowanie rosnący popyt krajowy jest nadal motorem wzrostu, przy czym jego struktura nie uległa zmianie wobec trendów z poprzedniego kwartału. Dynamika popytu krajowego po 3 kwartałach wyniosła 3,4 proc. (spadek o 1,8 proc. w tym samym okresie ubiegłego roku).

Tempo wzrostu niewyrównanego sezonowo PKB jest wysokie (4,2 proc.). Ale przy kontrybucji ze strony spożycie ogółem rzędu 2,9 proc. z wyraźną przewagą dynamiki spożycia zbiorowego (4,3 proc.) nad konsumpcją prywatną (3,5 proc.). Jest to trend odwrotny niż w pierwszym półroczu, co sugeruje rosnący udział w wydatkach konsumpcyjnych ogółem środków publicznych. Po 3 kwartałach kontrybucja ze strony spożycia zbiorowego i indywidualnego do konsumpcji ogólem jest mniej więcej wyrównana.

Bardzo wysoka jest nadal kontrybucja do PKB cyklicznego składnika ze strony odbudowy zapasów (1,2 proc.). Ten składnik nie ma charakteru trwałego. Jego wysoka dynamika jest dobrze skorelowana z niezwykle szybko rozwijającą się gospodarką niemiecką (odbudowa zapasów przez eksporterów). Ale, co widać już w twardych danych, gospodarka niemiecka spowalnia.

Nadal mizernie wygląda najważniejszy składnik popytu krajowego, czyli inwestycje (wzrost o 0,4 proc. r/r). Co prawda powoli one przyspieszają (spadek o 1,7 proc. w 2Q), ale po 3 kwartałach są one nadal o 3,8 pkt. proc. poniżej poziomu ubiegłorocznego. Inwestycje generowane są wciąż przez nakłady infrastrukturalne finansowane ze środków publicznych. Szacunki dynamiki inwestycji są tym bardziej rozczarowujące, że niespójne z danymi o deklarowanych inwestycjach przedsiębiorstw (wzrost o 10 pp w ujęciu q/q).

Dość zagadkowo wygląda oszacowana przez GUS zerowa kontrybucja eksportu netto do PKB. W ubiegłym roku baza statystyczna była bardzo wysoka (3 pkt. proc. dodane do dynamiki PKB w 3Q). Przezwyciężenie negatywngo efektu bazy nie jest spójne z odnotowanymi dynamikami eksportu (wzrost o 16,0 pkt. r/r) i importu (wzrost aż 21,9 pkt. r/r). Są podstawy, by przypuszczać, że te dane, podobnie zresztą jak klasyczna wielkość rezydualna, jaką jest odbudowa zapasów, będą poddane najsilniejszej korekcje przy ostatecznych szacunkach GUS.

Dane odsezonowane, oddające trend PKB wskazują na jego wyraźne wypłaszczenie. Datuje się ono od 3Q 2009, mieszcząc się od tego czasu w przedziale 0,9-1,2 pp w ujęciu q/q.

Wciąż w danych o PKB nie widać środkowego elementu klasycznego łańcucha wzrostowego: eksport-inwestycje-konsumpcja. Wyczekiwanie na wzrost inwestycji prywatnych trwa już od połowy roku. Ich przyspieszeniu nie sprzyja niepewność na rynkach finansowych. A ta potrwa jeszcze co najmniej do 2 półrocza 2011. Konsumpcja generowana jest obecnie w równych częściach przez wydatki publiczne i prywatne. Z tym, że te ostatnie mają w dużej mierze charakter jednorazowy i – co już widać – słabnącą dynamikę (sprzedaż samochodów „z kratką” po likwidacji odpisów VAT z początkiem 2011; popyt „popowodziowy” na sprzęt AGD, RTV; popyt wyprzedzający przed podwyżką stawki VAT). Wydatki publiczne muszą być zredukowane, o ile deficyt sektora spadać ma faktycznie w tempie zapowiadanym przez ministra finansów. W tych warunkach radziłbym zachować powściągliwość przy prognozowaniu utrzymującego się w dłuższym okresie 4 proc. wzrostu gospodarczego.

2010-11-30 17:30
gospodarka, blogi ekspertów pkb, 3Q Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Linia obrony rządu w kwestii rozdętego deficytu i szybko przyrastającego długu publicznego przybrała wyraźny i łatwo zauważalny kształt. Wygląda ona mniej więcej tak: gdyby nie koszty reformy emerytalnej; gdyby nie dług sektora samorządowego – wszystko byłoby OK i pod kontrolą. Dlatego zlikwidujmy reformę w dotychczasowym kształcie, a na samorządy nałóżmy finansowe wędzidła silniejsze niż dziś i będzie po kłopocie.

Otóż, chciałbym wyraźnie powiedzieć, że to nieprawda. Nie będzie po kłopocie. Kłopotów będzie za to więcej. I one same też będą większe. Problemu naszych finansów publicznych  nie rozwiąże zawieszenie lub ograniczenie tej części składki emerytalnej, która trafia do OFE. Zrozumieć to powinien nie tylko ekonomista, ale nawet historyk. 

Składek dzisiejszych emerytów już dawno nie ma. Zostały wydane. To my, pracujący finansujemy wypłacane na bieżąco emerytury. A od 11 lat finansujemy też przyszłe własne. I o tyle ubywa zobowiązań wobec nas ze strony państwa. Ubytek części składek przekazywanych na ten cel jest rekompensowany ZUS-owi przez rząd, właśnie po to, by w niezakłócony sposób mogły być wypłacane na bieżąco emerytury ze starego systemu. Ten mechanizm nie oznacza niczego ponad przekształcanie długu ukrytego (zobowiązań państwa wobec przyszłych emerytów) w dług jawny (koszty reformy w postaci emisji papierów skarbowych).

Inaczej mówiąc: jeśli dzisiejsi podatnicy nie wyrównają ZUS-owi ubytku składki, zmuszeni będą to zrobić ci jutrzejsi. A tych będzie już niestety jakby mniej. Bo na niekorzyść starego systemu pays as you go (PAYG) działa zwyczajnie demografia. Ona sprawi, że na świadczenia jednego emeryta pracować będzie 2, a nie, jak jeszcze dziś, prawie 4 zatrudnionych. Logicznie więc: albo na emerytury składać się trzeba będzie więcej, albo będą one niższe. Balamutne twierdzenia o „pewności świadczeń” wypłacanych z pierwszego filara są więc zwykłym wciskaniem ciemnoty. Są wyrazem skrajnej niekompetencji, albo skrajnego cynizmu. Jeśli nie stać nas na dzisiejszy system rekompensowania ubytku składki, to jak niby ma nas być stać na wypłacanie emerytur przez ZUS w przyszłości przy mniejszej liczbie pracujacych? Jakie to mają być emerytury? Godne? Znaczy obiążenie funduszu płac pracujących sięgać ma 50-60 proc. wynagrodzeń? Domagajmy się od polityków plecących coś o emeryturach elementarnej precyzji.

Tych polityków, którzy dziś proponują „ulżenie budżetowi” już dawno nie będzie, kiedy przyjdzie do konsumowania owoców ich pomysłów. Zostanie pasztet, który wyszykują naszym dzieciom „oszczędzając” dziś na składce przekazywanej do OFE. Czy tak ma wygladać odpowiedzialność? Czy na takich polityków powinni głosować dzisiejsi 30-latkowie? Totalnie retoryczne pytania.

W nieoficjalnym obiegu (bo niepublikowane oficjalnie) pozostają szacunki, z których wynika, że - uwzględniając finansowanie – skumulowany koszt utworzenia OFE może osiągnąć w roku 2060 poziom 94 proc. PKB. Porażający przekaz. Posiłkują się nim już dziś obficie politycy. Ale jest to przekaz dedykowany dla ekonomicznych analfabetów. Ten koszt (błędnie zresztą moim zdaniem oszacowany, bo przy budzących wiele zastzeżeń założeniach) i tak będzie musiał być w przyszłości poniesiony, gdyby zachowany miał zostać system PAYG.

Ale jest jeszcze jedna godna odnotowania rzecz. Otóż, koszt reformy emerytalnej miał być z założenia pokrywany przez przychody z prywatyzacji. To założenie nigdy nie zostało zrealizowane, bo przychody prywatyzacyjne były zużywane na inne godne cele. Jest to właściwość przynależna polskiemu budźetowi (patrz przypadek rezerwy demograficznej i nie tylko). Jak jest coś wolnego, to się to bez skrupułów anektuje i już. Albo – zwyczajnie – prywatyzacji nie było, to i nie było przychodów. Jak za rządów PiS. Dlatego w terminologii budżetowej powstało i na dobre się ugruntowało pokrętne pojęcie „ujemne saldo przychodów z prywatyzacji”. Ten dziwoląg, przełożony na ludzki język znaczy: tyle właśnie zabrakło na pokrycie kosztów ubytki składki emerytalnej dla ZUS.

I teraz zerknijmy na liczby. Między styczniem 1999 a 15 października 2010 skumulowane przychody z tytułu prywatyzacji wyniosły 97 673 mln PLN. W tym czasie składka przekazana przez ZUS do OFE to 152 058 mln PLN. Wskaźnik pokrycia kosztów reformy emerytalnej w Polsce wyniósł więc do tej pory 62 proc. (64 proc. po uwzględnieniu wpływów in spe ze sprzedaży ENEI). Realny koszt reformy, na którą - wedle gorących, choć gołosłownych jak widać - zapewnień nas nie stać, to 36-38 proc. przekazanej składki. I tego się trzymajmy.

Trzymajmy się zresztą dalej kolejnych faktów. To pomaga zachować równowagę. Dotychczas obowiązujące zapewnienia premiera mówiły o poprawie systemu funkcjonowania OFE. Chodziło o większe bezpieczeństwo, elastyczność, konkurencyjność i efektywność systemu. Na to była powszechna zgoda. Nikt rozsądny nie protestował.

Teraz po raz kolejny, z uporem godnym lepszej sprawy, zaczęto znów mówić o 3 wariantach procedowania z OFE. Po pierwsze – dobrowolność udziału; po drugie – czasowe zawieszenie składki przekazywanej do OFE (czytaj: pozostawienie jej w ZUS na pokrycie bieżących zobowiazań); po trzecie – ogranicznie tej składki o połowę.

Pierwsze rozwiązanie jest kompletnie nieefektywne z punktu widzenia poprawy bieżącej pozycji budżetu. Wskazują na to dotychczasowe doświadczenia krajów (np. Słowacja), które po takie rozwiązanie sięgnęły. Chwilowa ulga, z punktu widzenia wydatków, była kompletnie niezauważalna (powrot do systemu emerytalnego finansowanego przez państwo rzędu 15 proc.), a problem finansowania przyszłych emerytur się spotęgował. Wymagało to powtórnego otwarcia 6-miesięcznego początkowo „okienka” czasowego na przejścia. Aktywna antypropaganda reformy emerytalnej w wykonaniu organów państowych staje się w takiej sytuacji nieunikniona. Tego chcemy?

Drugie rozwiązanie, czyli czasowe zawieszenie składek dla OFE, w naszych warunkach – i trzeba być tego świadowmym – oznacza poważne klopoty z bieżącą płynnością dla mniejszych OFE. Grozi nam więc albo duża fala konslolidacji, albo przejęcie zobowiązań mniejszych funduszy przez państwo. Tego chcemy?

Wreszcie opcja trzecia, czyli czasowe ograniczenie składki. Powiem zupełnie otwarcie: jest to jedyna opcja do rozważenia i – jak sądzę - do zaakceptowania, jeśli ktoś ze zrozumieniem, otwartą głową, bez kuglowania i ideologicznego zacięcia, a za to ze zrozumieniem dla funkcjonowania rynku finansowego, podchodzi do kwestii koniecznej poprawy bieżącej pozycji fiskalnej państwa.

Tyle, że uruchomieniu tej opcji towarzyszyć muszą konieczne warunki  uzupełniające. Otóż, można wyobrazić sobie czasowe ograniczenie wysokości składki emerytalnej kierowanej do OFE, o ile system emerytalny i rentowy w Polsce zostaną ujednolicone. A to oznacza: jego upowszechnienie; pełną likwidację przywilejów grupowych, których sfinansowanie kosztuje dziś podatnika 30 mld PLN rocznie; podniesienie i ujednolicenie wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn; wreszcie – ujednolicenie systemu rentowego i emerytalnego, tak by ograniczyć szybko rosnący po redukcji składki (aktualnie 17 mld PLN) deficyt funduszu rentowego. 

Innymi słowy: jeśli już rząd chce szybko poprawić standing finansowy państwa, kosztem spowolnienia tempa przekształcania długu ukrytego w jawny, co do pewnego stopnia może być wytłumaczalne chęcią poprawy rynkowych warunków finansowania, to niech chociaż będzie to obwarowane zobowiązaniami do przeprowadzenia reform systemowych, które w okresie 20 najbliższych lat zaczną skutecznie poprawiać saldo funduszu emerytalnego i rentowego. Dopiero wtedy skórka może zacząć być warta wyprawki, a priorytety w dziedzinie naprawy finansów publicznych zostaną z głowy postawione na nogi.

 

2010-11-20 19:18
gospodarka, blogi ekspertów zmiany, ofe Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

W 3 kwartale gospodarka polska rozwijała się najprawdopodobniej w tempie 3,0-3,5 proc., co uznać można za wynik przyzwoity. Wnikliwsza analiza struktury tego wzrostu skłania jednak do postawienia kilku pytań dotyczących stabilności tego realtywnie wysokiego tempa wzrostu.

Po pierwsze – wzrost nadal nie jest generowany przez prywatne inwestycje. W pierwszym półroczu składnikami dominującymi były: cykliczna odbudowa zapasów, eksport netto oraz inwestycje infrastrukturalne finansowane ze środków publicznych.

Po drugie – w trzecim kwartale do PKB istotną kontrybucję zaczęła też wnosić konsumpcja prywatna. Zauważmy jednak, że najbardziej dynamicznymi składnikami tej konsumpcji stały się: sprzedaż samochodów i sprzętu gospodarstwa domowego. Wzrosty sprzedaży na bazie rocznej rzędu 21-33 proc., jakie odnotowaliśmy w obu tych kategoriach we wrześniu, są łatwo wytłumaczalne. Sprzedaż samochodów przyspiesza, bo w przyszłym roku znika osławiona ulga za „kratkę” przy rozliczaniu VAT. Sprzedaż mebli, AGD, RTV rośnie tak dynamicznie, bo odbudowywany jest stan posiadania gospodarstw domowych dotkniętych w tym roku stratami powodziowymi. W obu wypadkach wzrost sprzedaży napędzany jest dodatkowo zapowiedzianą od początku przyszłego roku podwyżką VAT, co dla końcowego konsumenta oznacza zawsze nieunikniony (poza wstrzymaniem się od zakupu) wzrost cen.

Po trzecie – wzrost wspierany jest nadal wysokim poziomem popytu w Niemczech. Gospodarka niemiecka rozwija się w pierwszych 3 kwartałach w tempie zbliżonym do 3,4 proc. w ujęciu rocznym. Oczekiwane spowolnienie – związane z osłabieniem tempa wzrostu na tradycyjnych niemieckich rynkach eksportowych – przesuwa się z 3 na 4 kwartał.

Nie ma wzrostu bez inwestycji

Rekapitulując: wzrost gospodarczy w Polsce, choć relatywnie wysoki i dzięki swej strukturze wyraźnie korzystny dla dochodów budżetu z tytułu podatków pośrednich, zdecydowanie nie nosi cech trwałych.

Warto przy tym, jak sądzę, wpomnieć, że nie bez znaczenia dla podtrzymania wzrostu gospodarczego w Polsce jest kwestia kursu złotego. Między styczniem 2000 a wrześniem 20010 zmiana w poziomie realnego efektywnego kursu walutowego (REER) złotego wyniosła +18 proc. (aprecjacja). Ale w przypadającym na kryzys podokresie pomiędzy wrześniem 2008 a wrześniem 2010, deprecjacja REER sięgnęła już blisko 12 proc.. Bez dwóch zdań: to właśnie deprecjacja kursu walutowego pomogła podtrzymać konkurencyjność naszej gospodarki w tym bardzo trudnym czasie. Od razu wypada jednak dodać, że deprcjacja kursu nie jest instrumentem trwale wspierającym konkurencyjność. Ten składnik wyczerpie się nawet wówczas, jeśli nie nastąpi prognozowana przez wielu ekonomistów (ale nie przeze mnie) silna aprcjacja złotego.

W naszym przypadku w tym klasycznym, podręcznikowym łańcuchu wzrostu, na jaki składają się: eksport-inwestycje-konsumpcja - ogniwo pierwsze jest zagrożone spadkiem popytu zewnętrznego; ogniwo trzecie „wisi” na czynnikach jednorazowych, zawyżających bazę statystyczną, co dodatowo niekorzystnie może wpłynąć na GUS-owskie szacunki wskaźników  gospodarczych  w przyszłym roku; a najważniejsze ogniwo pośrednie, czyli inwestycje bazują wciaż na środkach publicznych, asygnowanych głównie z tytułu przygotowań do Euro 2012, przy uderzającym braku większego zaangażowania w projekty inwestycyjne podmiotów prywatnych.

Nie ma istotnych powodów, by wśród czynników wspierających trwale popyt krajowy wyminiać dziś sytuację na rynku pracy. Wskaźniki zatrudnienia (ok. 2 proc. na bazie rocznej) i wzrostu wynagrodzeń (ok. 4 proc.) oscylują wciąż w przedziałach, które konsystentne są z utrzymywaniem się dynamiki popytu krajowego w granicach 3 proc.. Trudno też w obecnej sytuacji wskazać istotne czynniki, które przemawiałyby za wyraźnym spadkiem stopy bezrobocia. Spadek bezrobocia poniżej 10 proc. jest możliwy dopiero w przypadku wzrostu prywatnych inwestcji, generujących wzrost popytu na pracę.

Brakuje też poważnych przesłanek, by jako czynnik wspierający dynamikę naszego PKB traktować w najbliższych 2-3 latach dobrą sytuację w otoczeniu makroekonomicznym. Większość prognoz wskazuje na oczekiwany w roku 2011 spadek tempa wzrostu na wszystkich rynkach bazowych. Delewaryzacja konsumpcji w Stanach, ograniczająca dynamikę PKB do maksimum 2 proc., potrwa do roku 2013. Rozpoczęło się już schładzanie gospodarki chińskiej, co ograniczy w okresie 2 najbliższych lat tempo wzrostu do 6-7 proc.. Strefa euro, po wyhamowaniu gospodarki niemieckiej, jako całość wróci na dłużej do wskaźnika wzrostu 1,5-2,0 proc..

Jedynym czynnikiem generującym wysokie tempo wzrostu gospodarki polskiej wydają się być w tej sytuacji inwestycje ze środków publicznych. Ale: po pierwsze – musimy przecież schodzić z wyraźnie zbyt wysokiego, jak na oczekiwania rynku poziomu deficytu sektora; po drugie – szczyt inwestycji infrastrukturalnych, związanych z mistrzostwami Europy w piłce kopanej minie w roku 2011; po trzecie zaś – na lata 2012-2013 szykuje się nam wyraźna „dziura” w finansowaniu unijnym, wynikająca z rozpoczęcia się nowej perspektywy finansowej.

Z uwagi na wszystkie wskazane wyżej czynniki prognoza relatywnie niskiego, bo nie sięgającego 3 proc. tempa wzrostu gospodarczego w Polsce w roku 2011, jest dziś w pełni uwiarygadniana przez dostępne nam informacje.

Inflacja pod kontrolą - stopy w górę?

Rada Polityki Pieniężnej ponawia z uporem głosowania nad podwyżką stóp procentowych o 50 pkt. baz.. Wnioski składane były dotychczas w sierpniu, wrześniu, a zapewne i październiku i w kolejnych miesiącach roku. Nie uzyskały one jednak większości.

W moim rozumieniu wnioskowanie podwyżki stóp uzasadnione może być wyłącznie takim postrzeganiem bilansu ryzyk, gdzie zagrożone jest trwałe przekroczenie celu inflacyjnego lub szykuje się znaczący i trwały wzrost oczekiwań inflacyjnych.

Czy mamy obecnie w Polsce do czynienia z taką właśnie sytuacją? Nie sądzę. Inflacja CPI rośnie głównie za sprawą szoków o charakterze podażowym. Składnik popytowy – jak starałem się wskazać wcześniej – nie ma charakteru trwałego (dynamiczny wzrost sprzedaży w kategorii „buty i odzież” da się również wytłumaczyć ucieczką przed podwyżką VAT). Do dalszego oczekiwanego wzrostu inflacji przyczyni sie też zapewne podwyżka podatków (kontrybucja dodatkowa rzędu 0,3 pkt. proc.). Polityka monetarna nie jest jednak – jak się wydaje - intrumentem stosownym dla odpowiadania na wzrost podatków pośrednich.

Inflacja już na koniec tego roku przekroczy cel. Ale pozostanie w przedziale celu, czyli poniżej 3,5 proc. co najmniej do 3 kwartału 2011. A jeśli sprawdzą się moje prognozy dotyczące spadku dynamiki obserwowanego PKB – to średnioroczny wskaźnik CPI utrzyma się w przedziale 3,0-3,2 proc. również w latach 2011-2012, czyli już w okresie objętym oddziaływaniem polityki pieniężnej. Nie jest to inflacja na tyle wysoka i uporczywa, by niosła ze sobą ryzyko wyraźnie złej alokacji czynników produkcji.

W tej sytuacji czynnikiem przesądzającym o konieczności szybkiego podniesienia stóp procentowych i zwiększenia restrykcyjności polityki pieniężnej mógłby być trwały wzrost oczekiwań inflacyjnych. Ale takiego rosnącego trendu nie ma. Oczekiwania wyraźnie wzrosły we wrześniu, ale nie podskoczyły już w następnym miesiącu. Nie są one najwyraźniej solidnie zakotwiczone. To prawda. Może to pozostawać w związku z relatywnie niewielką wiarygodnością RPP. To też prawda. Oczekiwania inflacyjne w Polsce nie są jednak – trzeba wyraźnie zaznaczyć - niepokojąco i trwale rosnące. Pomimo niskiej wiarygodności władz monetarnych.

Szybkie podniesienie stóp dla zdławienia inflacji byłoby zasadne również wtedy, gdybyśmy musieli spełnić nominalne kryterium inflacyjne w roku 2012. Ponad 3 proc. poziom inflacji byłby wówczas zdecydowanie zbyt wysoki, biorąc pod uwagę oczekiwany niski poziom bazy dla liczenia kryterium, wynikający z niskiej inflacji w UE. Wczesne spełnienie kryterium inflacyjnego nie jest jednak konieczne, skoro realna perspektywa wejścia do strefy euro przesuwa sie obecnie w okolice roku 2017. A to wymagać będzie spełnienia kryterium począwszy od roku 2015.

Rada Polityki Pieniężnej jest w kwestii stóp procentowych mocno spolaryzowana. Czy powstanie większość zdolna przeforsować zaostrzenie polityki monetarnej jeszcze w tym roku? Po publikacji październikowej prognozy inflacyjnej Ministerstwa Finansów (wzrost z 2,5 do 2,9 proc.), która nieprzyjemnie zaskoczyła inwestorów, rynkowe stopy procentowe wzrosły na całej długości krzywej o 10 pkt. baz.. Różnica między kontraktami terminowymi FRA 3x6, a 3-miesięcznym Wiborem wzrosła do blisko 50 pkt. baz. (najwięcej od początku 2008 roku), co oznacza, że taką właśnie skalę podwyżek stóp rynek wycenia już na najbliższym posiedzeniu Rady.

Dzieje się tak dlatego, że przeciwna podwyżce stóp sierpniowa 6-osobowa większość wyraźnie topnieje. Pośrednio świadczy o tym bardzo dziwna październikowa decyzja Rady o zwiększeniu o 0,5 pkt. proc. stopy rezerw obowiązkowych w bankach (głosowana już zresztą wcześniej bez powodzenia w sierpniu). Miał to być – jak można domniemywać – substytut podwyżki stóp. Substytut pokraczny, bo zachęcający banki do ograniczenia akcji kredytowej w sytuacji niskiego wciąż popytu na kredyt. Co ważniejsze jednak - więcej substytutów już nie ma. Po październikowym posiedzeniu znaleźliśmy się o krok bliżej ostrzejszej polityki monetarnej, która zbiegnie się z wyhamowaniem tempa wzrostu gospodarczego.

Zamiast optymalizacji makroekonomicznego policy mix, na co składać się powinna restrykcyjna polityka fiskalna i realatywnie luźna monetarna doczekamy się suboptymalnej mieszanki o odwrotnym składzie. A to również nienajlepiej wróży trwałości i jakości naszego wzrostu gospodarczego w najbliższych kwartałach.

2010-11-10 13:47
gospodarka, blogi ekspertów inflacja, inwestycje, wzrost Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Nastroje na globalnym rynku zdeterminowane są dziś przez pięć czynników:

1.      konsens na temat wypłaszczenia ścieżki wzrostu gospodarczego na głównych rynkach bazowych w średnim okresie (2-3 lata) na niskich poziomach, lokujących się poniżej potencjału, do czego teoretycznej podbudowy dostarcza koncepcja tzw. new normal;

2.      zapowiedź kolejnej, wartej tym razem 600 mld USD, fali ilościowego luzowania polityki monetarnej przez Fed (QE2), począwszy od listopada tego roku do czerwca 2011 i kluczowe znaczenie QE2 dla cen aktywów (obligacje, giełda), surowców i kursów walutowych na całym świecie;

3.      obawy związane z negatywnymi następstwami szybkiego napływu kapitału portfelowego do całego segmentu EM, co pociąga za sobą: presję aprecjacyjną, interwencje na rynku walutowym, szybkie przyrastanie rezerw (Azja poza Chinami w 2Q wzrost o 26 mld USD w 3Q już o 172 mld USD), utrudnienia w przepływie krótkoterminowego kapitału. Sytuację dodatkowo utrudnia fakt, że wysoka inflacja w gospodarkach wschodzących zmusza banki centralne do podnoszenia stóp procentowych, co stanowi dodatkową zachętę dla kapitału spekulacyjnego;

4.      dualny obraz światowej gospodarki: o ile w dojrzałych gospodarkach mamy do czynienia z niskim wzrostem i obawami przed deflacją, co skłania wladze monetarne do kontynuacji strategii ilościowego luzowania (QE), to na rynkach wschodzących, gdzie wzrost jest wciąź relatywnie wysoki, a presja inflacyjna wyraźna, trwa w najlepsze ilościowe zacieśnianie (QT), czego wyrazem są rosnące stopy procentowe (Chiny, Indie, Australia) i ograniczenia nakładane na przypływ kapitału (Brazylia, Tajlandia, Korea, Singapur);    

5.      napływowi kapitału netto na rynek obligacji i na giełdę towarzyszy odczuwalny spadek inwestycji bezpośrednich (np. w Indiach od początku roku FDI spadły o 35 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem), co kiepsko wróży podniesieniu potencjału w krajach rozwijających się.

 

W szerokim konsensie nie mieszczą nadal tak ważne zagadnienia, jak: spór o tempo wzrostu gospodarczego w Chinach; długoterminowe makroekonomiczne następstwa QE2; przyszłość globalnych nierównowag. W tych kwestiach brakuje wśród ekonomistów jednomyślności. Część obserwatorów:

  • nie wierzy w ostre spowolnienie gospodarki chińskiej, która wciąż jeszcze rośnie przecież w tempie 9-10 proc. rocznie;
  • podważa inflacyjne skutki wydłużania bilansów banków centralnych skupujących z rynku za drukowany pieniądz różne kategorie słabo nieraz zabezpieczonych aktywów;
  • wskazuje, że szybko rosnące oszczędności w Stanach oraz większa kontrybucja popytu krajowego do PKB Niemiec są dobrymi prognostykami dla rozwiązania problemu globalnych nierównowag. Ich zdaniem słaby dolar ograniczy deficyt handlowy Stanów, a wzrost w Niemczech ma wręcz klasyczną podręcznikową postać: od eksportu poprzez inwestycje do konsumpcji.

Spróbujmy teraz - w dużym z konieczności skrócie - prześledzić wszystkie konsensusowe i lokujące się poza konsensem składniki aktualnego obrazu globalnej gospodarki.

New normal

Jest to zyskująca na popularności koncepcja, w myśl której za sprawą czynników o charakterze podażowym i popytowym potencjał gospodarczy w krajach rozwiniętych spadnie w najbliższych latach o nie mniej niż 1 pkt. proc. wobec blisko 3 proc., odnotowywanych w ostatniej dekadzie. Towarzyszy temu niska inflacja (poniżej bezpośrednio lub pośrednio sformułowanych celów inflacyjnych) i niskie stopy procentowe. W przypadku gospodarek zaliczanych do segmentu EM średni spadek potencjału jest jeszcze bardziej dotkliwy, bo ogranicza trend wzrostu nawet o połowę. Ale tu nie ma już przynajmniej mowy o ryzyku deflacji.

Delewaryzacja kredytu, konsumpcji, wreszcie sama demografia (starzenie się społeczeństw) skazują gospodarkę globalną na niższe tempo wzrostu potencjalnego PKB, a tym samym wystawiają nas w dłuższym okresie na większe ryzyko inflacji, wzrost długu do niekontrolowanych rozmiarów lub istotne spowolnienie poprawy standardu życiowego.

Koncepcja new normal znajduje już częściowo odbicie w zrewidowanych średniookresowych prognozach wzrostu gospodarczego. I tak dla Stanów Zjednoczonych wynosi ono obecnie 2,0-2,5 proc. co najmniej do roku 2013, kiedy po spadku zadłużenia gospodarstw domowych do 60-70 proc. dochodów rozporządzalnych z dzisiejszego poziomu 120 proc., skończyć się powinna delewaryzacja kredytu. Dla strefy euro konsens prognoz rynkowych do roku 2013 nie przekracza 1,5-2,0 proc. (poza wyższą prognozą tegoroczną, wynikającą z nadzwyczajnego tempa wzrostu w Niemczech).

QE2,

czyli nowa faza niekonwencjonalnej polityki monetarnej prowadzonej przez amerykańską Rezerwę Federalną, polegająca na dalszym skupowaniu z rynku obligacji, została zapowiedziana przez Fed na początku listopada. Amerykański bank centralny wyszedł naprzeciw oczekiwaniom rynku finansowego, obiecując wpuszczać do gospodarki przez 8 najbliższych miesięcy nie mniej 75 mld dolarów miesięcznie, skupując w tym czasie z rynku wtórnego obligacje rządowe warte 600 mld.

Luzowanie polityki monetarnej w Stanach pociągnęło za sobą, jak do tej pory, następujące skutki:

  • utrzymywanie się na rekordowo niskich poziomach rynkowych stóp procentowych na krótkim końcu krzywej, a szczególnie w segmencie 2-5 lat, gdzie inwestorzy oczekują największej aktywności Fed (długi koniec, w tym szczególnie obligacje 30-letnie pozostają jednak pod wpływem obaw o wzrost inflacji);
  • słabość USD, który deprecjonuje się wobec wielu walut do poziomów nienotowanych od kilkunastu lat (jen). W ślad za tym jednak poprawia się stopniowo deficyt na rachunku obrotów bieżących. To z kolei skłania Amerykanów do forsowania propozycji wprowadzenia ilościowych wskaźników dopuszczalnego poziomu deficytu C/A, jako głównego celu, zamiast wytyczania właściwego poziomu kursu walutowego, przy skoordynowanej polityce likwidacji globalnych nierównowag;
  • słaby dolar prowadzi do wzrostu cen w obu pozostałych segmentach rynku, czyli na giełdzie i rynku obligacji (FI). Szczgólnie ten drugi wydaje się być obecnie podatny na narastanie bąbla spekulacyjnego. Słaby dolar był zawsze – i pozostaje do dziś – negatywnie skorelowany z cenami surowców, gdzie padają kolejne rekordy.

Wojny walutowe

bywają mylnie utożsamiane ze starciem Amerykanów z Chińczykami na tle zbyt wolnego tempa aprecjacji RNB. Ale tu nie o to chodzi. Faktycznym problemem jest bowiem masywny napływ krótkoterminowego kapitału do segmentu EM oraz sposoby zapobieżenia negatywnym tego skutkom dla lokalnych gospodarek. Ten napływ – żeby wszystko było jasne – jest bezpośrednim następstwem polityki monetarnej Fed. Według Institute of International Finance napływ netto kapitału do Azji w latach 2010- 2011 będzie wynosił nie mniej niż po 270 mld USD rocznie, z czego lwia część przypadać będzie na kapitał portfelowy.

Chroniąc swoje waluty przed aprecjacją banki centralne intensywnie interweniują na rynku, akumulując szybko rosnące rezerwy. Klasą samą w sobie i nie do pobicia pozostają tu Chiny, które lokują swoje szybko puchnące rezerwy głównie w amerykańskich obligacjach. Stąd zresztą kolejny cudowny pomysł na rozwiązanie problemu globalnej nierównowagi, czyli: zakazać Chińczykom kupowania amerykańskich papierów skarbowych.

Ale interwencje na rynku walutowym to również specjalność coraz liczniejszej grupy azjatyckich banków centralnych. W okresie niespełna 2 tygodni między końcem września, a połową października, banki Malezji, Indonezji, Tajlandii, Tajwanu, Płd. Korei skupiły z rynku ponad 35 mld USD. Trzeba powiedzieć wyraźnie: to właśnie interwencje tych banków na rynku dolara umacniają euro.

Pomimo tych interwencji aprecjacja realnego kursu walutowego w takich krajach jak: Japonia, Brazylia, Indonezja, Korea, począwszy od czerwca tego roku sięgnęła od 6 do 12 proc.. Rezerwy walutowe w segmencie krajów zaliczanych do EM wzrosły o połowę wobec przedkryzysowego 2008 roku.

Napływający kapitał zagraniczny, poszukując arbitrażu, lokuje się na giełdzie i rynkach obligacji prowadząc do destabilizacji cen i narastania spekulacyjnych bąbli. Stąd interwencje nie wyczerpują całego „wojennego” arsenału defensywnego, po który sięgają kraje rozwijające się. Mamy już podatek brazylijski (podniesiony ostatnio z 4 do 6%) przy zakupie obligacji przez nierezydentów, czy 15 proc. podatek tajlandzki od ich sprzedaży przez cudzoziemców. Takie samo rozwiązanie zniechęcające zapowiada od dawna Korea. Wojna walutowa nie ogranicza się do konkurencyjnych dewaluacji nominalnych kursów, czy nacisku na Pekin w kwestii szybszej aprecjacji RNB. Jest to już dziś zagadnienie znacznie szersze.

Czy Chiny wyhamują?

Osobiście nie mam co do tego wątpliwości. Polityka makroekonomiczna w Chinach musi być bardziej restrykcyjna, ponieważ groźba narastania nierównowagi staje się coraz bardziej namacalna.

Indeks cen nieruchomości rośnie obecnie w tempie zbliżonym do 10 proc. rocznie. Roczny limit przyrostu kredytów w sektorze bankowym (7.500 mld RNB) został przekroczony już po 8 miesiącach (formalnie 5.700 mld), jeśli uwzględnić dodatkowo ok. 2.000 mld kredytów zaksiegowanych przez banki poza bilansami, bo udzielonych przez zależne od banków trusty. Inflacja rośnie w tempie 3,5 proc., czyli najszybciej od blisko 2 lat.

Trzykrotnie przeprowadzana już w tym roku podwyżka stopy rezerw obowiązkowych w bankach (aktualnie 17 proc. depozytów) nie wystarczyła. Dlatego bank centralny zaskoczył uczestników rynku niesygnalizowaną, pierwszą od gudnia 2007, podwyżką stopy procentowej o 0,25 pkt. Nie sądzę, żeby na tym się skończyło, choć wzrosta przez to ryzyko jeszcze większych interwencji na forexie przeprowadzanych przez chiński bank centralny. 

Polityka monetarna musi wziać na siebie ciężar schładzania gospodarki, wzmacniając już rysujące się trendy. Dalsza podwyżka stóp doprowadzi do wzmożenia presji aprecjacyjnej. A ponieważ aprecjacja RNB i tak już odbywa się kanałem płacowym (wzrost wynagrodzeń ok. 10 proc. r/r), nastąpi dalsze ograniczenie nadwyżki na rachunku obrotów bieżących. W 3 kwartale wyniosła ona 120,6 mld USD z czego ok. połowy pochodziło z nadwyżki handlowej. Warto jednak zauważyć, że było to już jednak o 10,5 proc. mniej niż przed rokiem.

Chiński handel zagraniczny charakteryzuje się bowiem wyraźnym trendem. Jeszcze w sierpniu dynamika eksportu sięgała 34,4 proc. na bazie rocznej, a importu 35,2 proc.; we wrześniu było to odpowiednio już tylko: 25,1 proc. (145 mld USD) i 24,1 proc. (128 mld USD).

Chińska gospodarka już spowalnia. Chociaż nie ma tu oczywiście mowy o żadnym raptownym zatrzymaniu. Pomimo aprecjacji RNB tempo wzrostu popytu krajowego nie zrekompensuje tempa spadku dynamiki eksportu. A obawa o bąble spekulacyjne na lokalnych aktywach zmuszać będzie bank centralny do coraz bardziej restrykcyjnej polityki monetarnej i zaostrzenia kryteriów dostępu do finansowania dla rezydentów.

 

Patrz na Singapur

Znakomitym i jak dotąd wiarygodnym wskaźnikiem wyprzedzającym dla całej Azji był tradycyjnie mały Singapur. Wpadł on najszybciej w recesję w roku 2008. Najszybciej się też z niej wygrzebał. I to w jakim imponującym stylu.

W 1Q 2010 odsezonowane tempo wzrostu singapurskiej gospodarki wyniosło 45,7 proc. q/q; w 2Q było to jeszcze równie imponujące 24 proc.. Ale w 3Q nastąpiło załamanie i spadek dynamiki wzrostu w ujęciu q/q sięgnął 19,8 proc..

Sygnały wyprzedzające płynace z Singapuru znajdują zresztą potwierdzenie w danych o azjatyckiej produkcji sprzedanej przemysłu. Bez Japonii i Chin rosła ona historycznie średnio o 6,7 proc. r/r; aktualnie zaś produkcja rośnie w tempie ok. 3,5 proc..

W ślad za Chinami spowolnienie czeka w najbliższym czasie cały region Azji Południowo-Wschodniej.

Wolne Stany, wolniejsze Chiny, wolniejsza Azja, wolniejsza strefa euro

Niemcy nie zdołają utrzymać dotychczasowej dynamiki wzrostu eksportu do Chin i Stanów. Nie ma więc możliwości, by wypełnił się podręcznikowy model wzrostu, o jakim mówi część ekspertów: eksport-inwestycje-konsumpcja. Łańcuch, który dotychczas doprowadził do 3,4 proc. wzrostu PKB, przerwie się na tym drugim ogniwie.

Niemiecka gospodarka jest niezwykle prężna, a wzrost jej produktywności, potwierdzany przez statystyki budzi podziw. Ale nawet ta gospodarka nie da rady rozwijać się bez rosnącego popytu. Zagraniczny spadnie. Krajowy, bez inwestycji, samą prywatną konsumpcją, nie podźwignie gospodarki. Niemcy są przy tym największym orędownikiem zacieśnienia fiskalnego. Dynamika PKB w 3 kwartale będzie jeszcze wysoka, bo tempo hamowania gospodarki chińskiej było relatywnie niewielkie. W 4 kwartale spadek będzie już jednak ostrzejszy. Spowolnienie przekroczy 1 proc. PKB. Nastroje w drugiej co do wielkości gospodarce strefy euro, we Francji, nie są najlepsze. O reszcie strefy nie ma nawet co mówić. Grecja, Irlandia, Portugalia balansują wciąż na granicy niewypłacalności. W sferze realnej kraje te odnotują w latach 2010-2011 głęboką recesję.

Trudno w tej sytuacji dziwić się, że zagregowany indeks PMI dla strefy euro w październiku wyniósł 53,4 pkt.; we wrześniu było to jeszcze 54,1 pkt. (w sierpniu 56,2 pkt.); dla sektora usług było to 53,2 pkt. wobec 54,1 pkt.; nieznaczny wzrost odnotował jedynie indeks w sektorze przemysłowym. PMI composite znalazł się jednak na poziomie najniższym od 12 miesięcy. Powtórna fala pesymizmu, zainicjowana w Stanach, a ogarniająca Azję, dociera więc również w końcu do strefy euro.

Same Niemcy nie zdołają oprzeć się tej fali. Choć dzielnie walczą, wykorzystując niesamowity potencjał własnej gospodarki, ale wystawiając się zarazem na ostrą krytykę na forum międzynarodowym (i same równie ostro krytykując Stany), gdzie trwają usilne i nieskuteczne jak dotąd próby wypracowania zestawu skoordynowanych działań antykryzysowych.

2010-11-05 19:00
gospodarka, blogi ekspertów Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Już widać, że z Radą Polityki Pienieżnej trzeciej kadencji będzie kilka poważnych problemów. Jej skład i postępowanie wydają się dość ekstrawaganckie, jak na obyczaje panujące w bankowości centralnej. Na skutek nieszczęśliwego wypadku wybrano nowego prezesa i przewodniczącego Rady, co zawsze jest dla każdej hierarchicznej instytucji wstrząsem. A w tym wypadku wstrząsem, można powiedzieć, o szczególnym natężeniu.

Ekstawagancję Rady trzeciej kadencji obserwować możemy na wielu przykładach. Oto ledwie garść z nich.

Nigdy wcześniej Rada nie była tak silnie upolityczniona i spolaryzowana. Nigdy wcześniej jej członkowie nie prezentowali publicznie tak mocno ortodoksyjnych poglądów z przeciwstawnych biegunów. Nigdy wcześniej żaden czlonek Rady nie zarzucił innemu publicznie kłamstwa. Nigdy wcześniej członek Rady nie podpowiadał głośno na konferencji prasowej przewodniczącemu, co ma mówić. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by Rada zrobiła sobie „przerwę wakacyjną” w urzędowaniu. Nigdy wcześniej członek Rady nie opuszczał jej posiedzenia przed głosowaniem. Nigdy wcześniej członek Rady nie prowadził procesu sądowego przeciw innemu członkowi, którego nie zakończyła nawet śmierć jednego z nich. Nigdy wcześniej członek Rady nie bojkotował jej posiedzeń, bo się na coś nie zgadzał, po to, by później ogłosić koniec bojkotu, bo zaczął się zgadzać. Nigdy wcześniej członek Rady nie domagał się od agencji prasowej, by ta przeprowadziła z nim wywiad. Nigdy wcześniej członek Rady publicznie nie łamał przepisów zabraniających ujawniania sposobu głosowania na posiedzeniu przez upływem karencji (owszem, zdarzało się to w niepublicznych wystąpieniach, trzeba przyznać, ale nigdy w formie tak otwarcie manifestacyjnego łamania prawa, jak zdarza się to teraz).

Uderzający brak kompetencji w zakresie polityki pieniężnej wzmacniany jest bardzo nikłym doświadczeniem członków RPP (poza jednym przypadkiem) w obcowaniu z rynkiem finansowym. Członkowie Rady mają zwyczaj rozwodzić się publicznie w swych prywatnych enuncjacjach na temat właściwego poziomu kursu walutowego, możliwej do zaakceptowania wysokości podwyżek stóp procentowych, odpowiedniej wielkości deficytu budżetowego (tak, jakby ten dany nie stanowił jedynie ograniczenia zewnętrznego dla polityki pieniężnej). Ba, wbrew wynikom najnowszych badań, wiekszość członków Rady nie waha się traktować polityki monetarnej, jako skutecznego narzędzia nacisku na polepszenie jakości polityki fiskalnej. Zastanawiające jest, na przykład, że nowy prezes NBP rozpoczyna kompletowanie zestawu swoich doradców od specjalistów (wybitnych dodajmy praktyków) z zakresu polityki fiskalnej, a nie – co logicznie wydawałoby się poprawniejsze – monetarnej.

Wszystko, co dzieje się wokół Rady prowadzi do mało zaskakujących następstw. Podstawowym jest zaś kompletny brak wiarygodności, a nawet lekkie, acz dające się już odczuć, oznaki lekceważenia. A bez wiarygodności nie da sie sterować oczekiwaniami uczestników rynku. Nie da sie też zapanować nad oczekiwaniami inflacyjnymi. I pomruki na temat podwyżek stóp procentowych z pewnością tego nie zmienią.

Kakofonia w publicznych enuncjacjach Rady, przed posiedzeniami i po nich, totalnie zresztą sprzeczna z wewnętrznymi ustaleniami Rady, zakłóca odbiór komunikatów. Komunikaty z kolei nie oddają przebiegu posiedzeń. W ostatnim komunikacie po posiedzeniu sierpniowym, nawet rozbierając każde zdanie na czynniki pierwsze, ze świecą nie uświadczysz ważnej dla inwestorów informacji, że głosowany był wniosek o podwyżkę stóp. Tę informację, przed publikacją minutes, ujawniła za to mimochodem członkini Rady. Ba, mało tego, jak się dowiaduję informacji tej towarzyszylo zapewnienie, że „to nie było przecież pierwszy raz”.

Komunikaty z posiedzeń Rady, dodajmy dla jasności, to nie są instrumenty służące do odsiewania egzotycznych zachowań członków Rady na jej posiedzeniach. Komunikaty mają rzeczowo informować o tym, co się na posiedzeniu działo i co było na nim najważniejsze.

Jeśli komunikat informuje o zrównoważonym bilansie ryzyk, a głosowany był wniosek o podwyżkę stóp, to jest to albo świadectwo lekceważenia dla kogoś, kto taki wniosek stawiał, albo dowód manipulacji oczekiwaniami uczestników rynku. W obu wypadkach cena jest wysoka: utrata wiarygodności Rady w oczach inwestorów zwiększa koszt prowadzenia polityki pieniężnej. Nie chcę nawet rozważać ewentualności, że w historycznych zapisach minutes brak informacji o wnioskowanych na posiedzeniu zmianach stóp procentowych. To byłby skandaliczny precedens.

Jest prawdziwie szczęśliwym zbiegiem okoliczności, że pierwsze miesiące funkcjonowania Rady Polityki Pieniężnej trzeciej kadencji przypadły na taki czas, który nie wymagał zbyt wiele od tej części polityki monetarnej, której kształtowanie leży w kompetencjach Rady. Ale już niebawem może się to zmienić. Dobrze by było, żeby Rada zdołała się jakoś wcześniej zebrać do kupy, stając się wiarygodnym i – co równie ważne – przewidywalnym partnerem dla rynku finansowego. Idą nielekkie czasy. Pora na to najwyższa.

2010-09-05 15:09
gospodarka, blogi ekspertów rpp, III kadencja Komentarze (5)
 Oceń wpis
   

I.                 Makro

1.      Zakładana dekompozycja PKB (dynamicznie rosnący popyt krajowy, przy ujemnej kontrybucji eksportu netto) skrojona pod dużą dynamikę dochodów podatkowych. Czynnik ryzyka w postaci niepewnej sytuacji w otoczeniu zewnętrznym – zmarginalizowany.

2.      Ten optymistyczny dla budżetu scenariusz widać też w zakładanej wysokiej dynamice inwestycji (8,6 proc.) oraz w szybkim spadku stopy bezrobocia i poprawie na rynku pracy.

3.      Skoro we wszystkich latach ujętych w 3-latce, poza jedynie rokiem 2014, dynamika popytu krajowego rośnie szybciej niż dynamika PKB (co do wysokości której też można mieć wątpliwości), to dlaczego w gospodarce w ogóle nie ma presji inflacyjnej? Tegoroczny i przyszłoroczny wskaźnik inflacji (zarowno CPI, jak PPI) są zaniżone (CPI odp. o 0,3 i 0,5 pkt. proc.). To niedoszacowanie jest korzystne dla dochodów, ale niekorzystne dla indeksowanych w roku t+1 wydatków budżetu.

4.      W założeniach rządowych cykl podwyżek stóp procentowych trwa do 2013 roku, doprowadzając średnie oprocentowanie operacji otwartego rynku do wartości 4,8 proc.. Długość cyklu nie budzi większych zastrzeżeń. Można jednak mieć wątpliwości, co do jego skali i rozkładu: 1 podwyżka o 25 pkt. w tym roku; 0,50 pkt. w roku 2011; 0,75 pkt. w roku 2012 i 0,25 w 2013. Pod koniec trwającego nieco ponad 2 lata cyklu zacieśniania polityki monetarnej, w czasie którego stopy w Polsce wzrosłyby jedynie o 175 pkt. baz.  (do średniorocznej wartości 4,8 proc.) znaczącemu zawężeniu musiałby ulec spread wobec stopy repo w strefie euro, która w roku 2013 powinna już znaleźć się na średnim historycznym poziomie sprzed kryzysy, czyli około 4,0 proc..

5.      Aprecjacja PLN została przeszacowana. Do polowy roku średni kurs EUR/PLN wynosił 3,99. osiągniecie wartości 3,88 średnio w tym roku wymagało umocnienia się PLN z obecnego poziomu do 3,70 na koniec roku. W przyszłym roku aprecjacja do średnej wartości 3,75 jest zgodna z bardzo optyistycznym scenariuszem makro w otoczeniu zewnętrznym i znaczącym spadkiem awersji do ryzyka wobec inwestycji w segmencie EM. Jest to przyjmowanie do scenariusza bazowego założeń eliminujących poważną część czynników ryzyka, czyli postępowanie sprzeczne z regułami sztuki.

 

 

II.                Dochody

1.      Wzrost dochodów podatkowych o 8,3 proc., w tym niektórych kategorii (jak CIT o 13,2 proc.) jest nadmiernie optymistyczny.

2.      Wzrost dochodów niepodatkowych o 20,9 proc.możliwy do wykazania jedynie w przypadku założenia bardzo wysokich wpływów z dywidendy (9,2 mld, w tym 4 mld z BGK). W ustawie budżetowej w ogóle nie powinno być założenia wpłaty z zysku NBP, nawet jeśli jest ona – jak w tym wypadku – relatywnie niewielka (1,7 mld).

3.      Według moich szacunków dochody ogółem zostały przeszacowane na kwotę 4-5 mld PLN.

 

III.               Wydatki

1.      Po stronie oszczędności wyraźny brak determinacji rządu. Poza zamrożeniem nominalnych płac w budżetówce i obniżką zasiłków pogrzebowych (do 4 tys. PLN) nie ma żadnej pozycji z dostępnego menu.

2.      Jest za to realizacja obietnic. Wzrost płac nauczycieli; utrzymanie 1,95 proc. PKB wydatków na wojsko kosztują dodatkowo w 2011 blisko 4 mld PLN. Jeśli dodać do tego bezpośrednie następstwo wysokiego deficytu w postaci przewidywanego wzrostu kosztów obsługi długu krajowego o 12 proc. i zagranicznego o 6,5 proc., to mamy wyjaśnienie dlaczego wydatki zdeteminowane rosną o ponad 4 pkt. proc..

3.      Bezpośrednim następstwem wprowadzenia reguły wydatkowej jest petryfikacja niekorzystnej realcji wydatków zdeteminowanych do elastycznych (pogorszenie udziału sztywnych w wydatkach ogółem między rokiem 2010 a 2011 z 72,2 do 72,6 proc.). Czy jest się z czego cieszyć, jeśli wydatki elastyczne rosną zaledwie o 1,9 mld, skoro w tym samym czasie wydatki na wojsko rosną o tyle samo?

4.      Oszczędności w wydatkach osiągnięto posługując się prostymi i sprawdzonymi narzędziami: dotacja do FUS została zmniejszona o o 2,1 proc., a do KRUS o 1,4 proc. (w stosunku do 2010). W pierwszym wypadku oznacza to zgodę na zadłużanie się FUS w bankach; w drugim przerzucenie obowiązku płacenia składki zdrowotnej za rolników z KRUS na NFZ(?). Kreatywna księgowość w postaci wzrostu dotacji do funduszy socjalnych mniejszej niż tempo wzrostu nominalnego PKB z pewnością nie ujdzie uwadze obserwatorów.

 

IV.              Deficyt budżetu, sektora i potrzeby pożyczkowe

1.       Spadek deficytu budżetu państwa z 45 mld (w WPFP) do 40,2 mld PLN dobrze wygląda. Ale ta kategoria nikogo z inwestorów już dziś nie interesuje.

2.      Deficyt sektora obejmuje nie tylko trudny do oszacowania wynik samorządów. Faktyczny deficyt, znajduje odbicie w wielkości przewidywanych potrzeb pożyczkowych, bo do sfinansowania oprócz 40,2 mld pozostaje jeszcze: deficyt budzetu europejskiego (16,1 mld); ubytek w składce ZUS przekazywanej do OFE (16,2 mld); ujemne salo prefinansowania (0,4 mld); Fundusz Drogowy (10 mld) – w sumie blisko 90 mld PLN.

3.      Oznacza to, według moich szacunków, stabilizację poziomu deficytu sektora w latach 2009-2011 na poziomie 7,1-8,5 proc. PKB.

4.      Wykazanie istotnego spadku potrzeb pożyczkowych netto do 57,1 mld (z 79,1 mld w tym roku) jest możliwe wyłącznie za sprawą wyłączenia z budzętu Funduszu Drogowego, założenia wysokich przychodów z prywatyzacji (15 mld; netto przychody budżetu rzędu 7,7 mld), a przede wszystkim założenia kompletnie nierealistycznej kwoty finansowanie rzędu 19,8 mld na poprawie płynności w sektorze finansów publicznych. Przejęcie przez ministra finansów nadwyżek w różnych segmentach sektora na rzecz bieżącego finansowania potrzeb pożyczkowych jest dobrym pomysłem. Ale premierowa realizacja tego projektu obarczona jest wielką niepewnością. Założenie tak olbrzymich korzyści osiagniętych już w pierwszym roku świadczy o niskiej odpowiedzialności.   

5.      Trudno przy tym nie zauważyć, że wykazanie większych potrzeb pożyczkowych zwiększyłoby ryzyko przekroczenia przez dług publiczny już w przyszlym roku granicy 57 proc. PKB.

WNIOSEK: Wbrew zapisowi w uzasadnieniu nie jest to z pewnością projekt budżetu świadczący o determinacji rządu przy realizacji priorytetu, jakim miałoby być przywrócenie równowagi finansów publicznych. Poza podwyżką VAT, zamrozeniem nominalnych wynagrodzeń budżetówki i ograniczeniem zasiłku pogrzebowego nie sięgnięto po żadne ze źródeł zwiększenia dochodów, a tym bardziej ograniczenia wydatków (reguła wydatkowa działa niekorzystnie na wydatki elastyczne, ale nie szkodzi tym zdeterminowanym). Deklarowane ograniczenie potrzeb pożyczkowych, głównie przez wprowadzenie do finanswania gigantycznej kwoty blisko 20 mld PLN z tytułu poprawy płynności w sektorze,  pozostanie w oczach inwestorów kompletnie niewiarygodne.

2010-09-03 07:47
gospodarka, blogi ekspertów projekt, budżet 2012 Komentarze (3)
1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 |