O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

Czy możemy oczekiwać, że w najbliższym czasie otoczenie makroekonomiczne będzie sprzyjać szybkiemu tempu wzrostu gospodarczego w Polsce? Czy uzasadnione są nadzieje, że koniec recesji na głównych rynkach bazowych wesprze naszą gospodarkę, pomagając jej rozwijać sie w tempie ponad 4 proc., jak widzi to rząd w ostatniej aktualizacji programu konwergencji? Mam co do tego pewne wątpliwości. 

Ameryka na bardzo długiej i bardzo nierównej prostej

Inwestorzy żyją w przeświadczeniu, że gospodarka amerykańska wychodzi w końcu na długo oczekiwaną prostą. Miesięczne odczytu z rynku pracy, wskazujące na stabilizację stopy bezrobocia i lekki wzrost zatrudnienia w usługach, dają pretekst do snucia daleko idących uogólnień na temat odbudowy krajowego popytu i zastępowania stymulacji fiskalnej i monetarnej przez prywatną konsumpcję już w niezbyt odległej przyszłości.

Byłbym nadal bardzo ostrożny w snuciu hipotez na temat końca kryzysu konsumpcji w Stanach. Stopa oszczędnośći przestała co prawda rosnać tak dynamicznie jak w ostatnich kwartałach, ale też skala zadłużenia gospodarstw domowych po kryzysie nie została jeszcze w pełni zdiagnozowana. Do refleksji skłaniać powinna – moim zdaniem – choćby na masową skalę przeprowadzana przez banki w Stanach akcja rewidowania umów na karty kredytowe z klientami indywidualnymi.

Kompletnie przy tym lekceważona pozostaje skala przyrostu długu publicznego, który – koniec końców – musi być opłacony z pieniędzy podatnika. Rząd amerykański przeprowadzając reformę służby zdrowia, co było jednym z haseł wyborczych Demokratów, dorzucił do nieuregulowanego jeszcze rachunku za kryzys kolejne 970 mld USD w okresie najbliższych 10 lat. Według miarodajnych szacunków przeprowadzonych przez kongresowe CBO w okresie dekady wydatki rządowe sięgać będą 25,2 proc. PKB, podczas gdy dochody (na dotychczasowych warunkach) 19,6 proc. PKB. Ta dysproporcja doprowadzi amerykański deficyt w roku 2020 do wartości 1,25 bln USD, czyli nie mniej niż 5,6 proc. PKB.

Przy założeniu spadku stopu bezrobocia do 5 proc., przy obecnym stanie zobowiązań rządu federalnego, dług publiczny w Stanach wzrośnie z 40 proc. PKB w roku 2008 do 90 proc. PKB w roku 2020. Sama obsługa odsetek od takiego zadłużenia pochłaniać będzie 4,1 proc. PKB rocznie, wobec „zaledwie” 1,4 proc. PKB w tym roku.

Wydaje mi się, że przy takich trendach makroekonomicznych zachwycanie się stanem amerykańskiej gospodarki, bo tu coś drgnęło, a tam się poprawiło, powinno być jednak poprzedzone chwilą głębszej refleksji. Dolar umacnia się wobec euro pod wpływem oczekiwań na szybsze podwyżki stóp procentowych w Stanach niż w strefie euro. I niewykluczone, że tak będzie. Czy ma to jednak oznaczać, że strukturalne problemy gospodarki amerykańskiej związane z przejściem od kryzysu finansowego do fiskalnego, są mniejsze niż w Europie? Nie sądzę.

Wciąż uważam, że prawdopodobiństwo lekkiego spadku dynamiki PKB w Stanach, podobnie zresztą jak w strefie euro, między rokiem 2010 a 2011 pozostaje znaczące.

Strefa euro wciąż w cieniu makroekonomicznej nierównowagi

            Podobnie jak wszędzie na świecie sytuacja w sektorze finansowych w strefie euro powoli się stabilizuje. Banki nie potrzebują już tak dużego zasilania się w EBC w płynność. Potwierdza to zamykająca cykl „ilościowego luzowania”, ostatnia sesja zasilająca sektor w pożyczki o stałej stopie na 6 miesięcy. Zamiast spodziewanych 70 mld EUR banki „wzięły” z EBC pod zastaw zabezpieczeń jedynie niespełna 18 mld EUR.

            W operacjach zasilających w okresie ostatniego roku wzięło w sumie udział ponad 1 tys. europejskich banków. W lipcu będą one musiały zwrócić EBC blisko 442 mld EUR, pożyczone na okres 12 miesięcy.

            W moim odczuciu jest to obecnie jedna z podstawowych przyczyn słabości europejskiej waluty. Bo, choć co prawda nie ma większych obaw, ze banki zdołają zebrać te gigantyczną kwotę, to jednak nie bez przyczyny EBC zapowiedział, że jeszce do lipca będzie udostępniał bez ograniczeń 6-dniowy krótki pieniądz o stałej stopie.

            Strefa euro – podobnie jak Stany – ma jednak przed sobą problemy związane z gigantycznym zadłużeniem. Kryzys grecki sprawił, że w strefie euro rozpoczęła się intensywna dyskusja nad sposobami penalizowania krajów nadmiernie zadłużonych.

Zgodnie z dziś obowiązującymi regułami EBC nie może różnicować wysokości prowizji pobieranych od poszczególnych krajów przy udzielaniu pożyczek pod zastaw obligacji, bez względu na standing finansowy danego kraju. Obowiązuje ogólna zasada, że jeśli choć jedna z agencji ratingowych wycenia obligacje danego kraju na A, to EBC pobiera jednakową co do wysokości prowizję za pożyczki gotówkowe udzelane wszystkim krajom należącym do strefy euro. Jej wielkość zależy jedynie od terminów zapadalności zabezpieczeń (rośnie od 0,5 proc. przy papierach rocznych do 5,5 proc. przy 10-letnich). Skoro więc Grecja wyceniana była do tej pory na A przez Moody’s - EBC nie mógł pożyczać Grekom drożej niż – na przykład - Niemcom. Dopiero spadek ratingu do 3B powoduje pobieranie przez EBC dodatkowo 5 proc. Ale jest to jednocześnie tak silna restrykcja, która podnosi koszt pomocy do poziomów zbliżonych do aktualnych wycen rynkowych. Stąd konieczność sięgnięcia po specjalny program pomocowy z udziałem krajów UE i MFW.  

            Część obserwatorów postuluje, by zmodernizować system, który w niewystarczającym stopniu i za późno penalizuje kraje w kiepskiej kondycji fiskalnej. Nie sądzę jednak, by w najbliższym czasie udało się zaostrzyć zasady zasilania w płynność wypracowane w ramach ESBC.

            Podobny sceptycyzm wypada – moim zdaniem – wyrazić wobec perspektyw przywracania równowagi makro w ramach strefy euro. Nie widzę skutecznego sposobu szybkiego skłonienia Niemiec do redukcji nadwyżki na rachunku obrotów bieżących i zmniejszenia deficytów przez kraje południa Europy. Jest to bowiem wbrew bieżącym żywotnym interesom zarówno tych krajów, które eksportują nadwyżki własnych mocy produkcyjnych, jak również tych, którzy bez ryzyka kursowego mogą konsumować i zadłużać się ponad miarę.

            Jestem zdania, że kryzys fiskalny w strefie euro potrwa co najmniej 2-3 lata. Jeśli w tym czasie nie zostanie przeprowadzona intensywna restrukturyzacja i otwarcie rynku pracy, to w wyniku starzenia się społeczeństw nastąpi spadek potencjału gospodarki o połowę z 2 do 1 proc. PKB. Strefę euro czeka wówczas stagnacja tempa wzrostu na wyjątkowo niskim poziomie, niska dynamika krajowej konsumpcji, wzrost stopy oszczędności i niska inflacja.

Uważam też, ze Estonia w roku 2011 będzie, przed dłuższą przerwą, ostatnim z nowych krajów członkowskich, które wejdą do strefy euro.

2010-04-23 20:50
gospodarka, blogi ekspertów euro, rynki bazowe, kryzys fiskalny Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Oceniając wykonanie budżetu po marcu musimy pamiętać o nieporównywalności z ubiegłym rokiem wskaźników dochodów i wydatków ogółem. „Budżet unijny” został w tym roku wyodrębniony, a szczątkowe środki unijne zaliczane do dochodów (plan 3,4 mld PLN; wykonanie po marcu 229 mln PLN) są tylko rozliczeniem „resztówek” z procesów w toku, na co – zgodnie z interpretacją Ministerstwa Finansów – pozwala znowelizowana ustawa i finansach publicznych.

Do bezpośredniego porównania nadają się więc tylko niektóre kategorie dochodów i wydatków. I tak widać, że dochody podatkowe są nominalnie o 8,2 mld PLN niższe niż w nienajlepszym przecież 1 kwartale ubigłego roku. Nominalne spadki występują dosłownie we wszystkich kategoriach dochodów podatkowych: pośrednie -1,3 mld PLN; akcyza -2,3 mld; CIT -2,4; PIT -300 mln.

W ujęciu miesiąc do miesiąca widać za to wyraźne przyspieszenie spływu podatków. Są one bowiem aż o 16,9 mld PLN wyższe niż w lutym; w tym pośrednie o 11,1 mld. Byłaby to wiadomość krzepiaca, gdyby nie fakt, że podobną dynamikę podatków w ujęciu miesiąc do miesiąca odnotowaliśmy również w ubiegłym roku. Wówczas dochody podatkowe w marcu zwiększyły się wobec lutego nawet o 18,1 mld PLN; w tym pośrednie o 8,2 mld PLN.

Jeśli chodzi o wydatki, to są one nominalnie wyższe niż w analogicznym kwartale 2009 o 2,8 mld PLN. Równie wysoka jak przed rokiem jest przy tym ich miesięczna dynamika. Wobec lutego wydatki wzrosły aż o 24,7 mld PLN (w ubiegłym roku o 24,9 mld).

Niższe nominalnie niż przed rokiem są jedynie koszty obsługi długu krajowego, składka do Unii i dotacja do funduszu rentowego. Dotacja do FUS jest za to wyższa niż przed rokiem aż o 7,4 mld, co jest opóźnionym skutkiem ubiegłorocznego zadłużania się Funduszu w bankach oraz gorszej od przewidywań sytuacji na rynku pracy.

Pomimo nieco lepszego niż w haromonogramie wykonania budżetu po 1 kwartale (deficyt o 2,8 mld PLN poniżej założeń) analiza struktury dochodów i wydatków państwa wykazuje daleko idącą analogię z ubiegłym rokiem. I nie jest to, niestety, szczególny powód do optymizmu.

Według moich szacunków przy obecnych trendach w zakresie dynamiki dochodów i wydatków deficyt na koniec roku nie będzie – jak chcieliby to widzieć niektorzy – o 10-15 mld, a zaledwie o 5-6 mld niższy od przewidzianego w ustawie budżetowej. Ten szacunek przewiduje 8 mld PLN dodatkowych dochodów niepodatkowych z tytuły wpłaty z zysku NBP i dywidendy, nieujętych w budżecie. Przy założeniu pełnego wykonania przychodów z prywatyzacji, potrzeby pożyczkowe nie spadną więc na tyle, by zapobiec już w tym roku wzrostowi długu publicznego ponad granicę 55 proc. PKB.

2010-04-16 09:47
gospodarka, blogi ekspertów 1Q, budżet 2010 Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Pierwsza od wielu lat niewielka interwencja NBP na rynku walutowym, podjęta dla osłabienia złotego znalazła się w cieniu wielkiej tragedii, jaką była katastrofa prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. Stąd była relatywnie mało komentowana. Szkoda. Bo jest tu się nad czym zastanowić.

Otóż, umocnienie się złotego bywa mylnie – takie jest przynajmniej moje zdanie - interpretowane, jako wyraz szczególnego zaufania i uznania inwestorów dla wyników, jakie osiągna polska gospodarka.

Tymczasem rzecz jest znacznie bardziej, jak się wydaje prozaiczna. Polska jest aktualnie jedynym krajem zaliczanym do segmentu EM, co do którego z całą pewnością powiedzieć można jedno: nie będzie tu w dającej się przewidzieć przyszłości obniżek stóp procentowych. Wręcz przeciwnie – dominują nadal oczekiwania na podwyżki, choć zostały one ostatnio znacząco wychłodzone (nie przekraczając obecnie 25 pkt. baz.).

A przecież faza luzowania polityki pieniężnej, uzasadniona kiepskimi perspektywami rysującymi się przed sferą realną, trwa w najlepsze, między innymi, w takich krajach z naszego „koszyka”, jak: Płd. Afryka (50 pkt. baz., co obniżyło notowania randa o ok. 1 proc. wobec koszyka walut); Rosji (475 pkt. od kwietnia 2009); Kazachstanie; na Ukrainie (gdzie zapowiadane są restrykcje nałożone na przepływy krótkoterminowego kapitału); Węgrzech (25 pkt. i zapowiedzi dalszych obniżek); Rumunii (50 pkt.). Czeski bank centralny utrzymał, co prawda stopy na niezmienionym poziomie, ale 2 członków Rady głosowało ostatnio za ich obniżką. Nawet bank centralny Brazylii wiekszością 5:3 utrzymał stopy na niezmienionym poziomie, choć inflacja znajduje się tam powyżej celu.

Jaki stąd wniosek? Część walut w naszym segmencie rynku stała się w tej sytuacji typowymi funding currency dla carry trade. Rubel, leja, czy forint, pożyczane na krótko, służą do finansowanie – między innymi – zakupu złotego.

Nasz złoty, z powtarzającymi się dość regularnie zapowiedziami centralnych bankierów o rychłej potrzebie podwyżek stóp, stał się więc jedną z niewielu walut w regionie, gdzie ryzyko szybkiej i znaczącej aprecjacji, nie jest czynnikiem istotnie wpływającym na zmianę werbalnych deklaracji banku centralnego o zmianie nastawienia w polityce pieniężnej. Wpływa to z pewnością na intensyfikację napływu krótkoterminowego kapitału, poszukującego arbitrażu. Ponadto rynek złotego jest duży i płynny, a napływ kapitału generowany jest dodatkowo przez intensywną prywatyzację i absorbcję funduszy unijnych.   

Wyjątkowo szybkie tempo umocnienia się złotego jest więc w dużym stopniu następstwem oczekiwań na podwyżki stóp procentowych, a nie starannej analizy makroekonomicznych fundamentów. Oczekiwania te, werbalizowane przez czynniki oficjalne, są unikatami na skalę całego segmentu EM. Wiarygodność średniookresowego planu stabilizacji fiskalnej jest przy tym kompletnie ignorowana przez inwestorów zainteresowanych szybką realizacją zysków z carry trade.

Wiarygodność naszego programu konsolidacji fiskalnej została przy tym w pełni zrelatywizowana przez czynniki ryzyka o charakterze globalnym (Grecja). Dziś żaden z krótkoterminowych inwestorów nie zajmuje się szacowaniem prawdopodobieństwa spadku deficytu sektora finansów publicznych w Polsce o 3 pkt. proc. PKB między rokiem 2011 a 2012. Żaden bowiem ze zgłaszanych przez rządy na świecie programów stabilizacji nie jest wystarczająco wiarygodny. Liczy się zarobek na pewnym arbitrażu, jaki istnieje między walutami krajów banków centralnych realizujących inne nastawienie w polityce pieniężnej.

Nie zmienia to jednak w niczym wymowy faktów: w najbliższych dwóch latach tempo wrostu gospodarczego w Polsce wydaje się zdecydowanie przeszacowywane; podobnie jak oczekiwania na wzrost stóp procentowych. A skala problemów fiskalnych pozostaje wciąż niedoszacowana. Bardzo szybkie tempo aprecjacji powinno skłaniać do daleko idącej ostrożności przy szacowaniu trwałości trendu umacniania się zlotego w średnim okresie.

A jeśli chodzi o interwencje banku centralnego na forexie, to pomimo zachęt i słów uznania ze strony przedstawicieli rządu, wydają się one w tych warunkach skazane na niepowodzenie. Pomimo zasiania niepewnośc będziemy mieli na złotym „wańkę-wstańkę” i po kolejnych interwencjach, gdzie szok będzie coraz mniejszy, testowanie przez rynek kolejnych poziomów oporu banku centralnego i rządu.

Na dobrą sprawę skuteczne dla przyhamowanie tempa aprecjacji i redukcji zmienności, mogłyby być dopiero: zapowiedż możliwiści redukcji stóp procentowych w Polsce; albo też szybkie zamknięcie fazy luzowania polityki pieniężnej w większości krajów zaliczanych do naszego „koszyka” walutowego. Na to pierwsze rozwiazanei jakiś wpływ mieć możemy. Na to drugie możemy tylko czekać. 

2010-04-15 11:34
gospodarka, blogi ekspertów aprecjacja, PLN, interwencje Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

Po niespodziewanej, podjętej między regularnymi posiedzeniami, decyzji Fed o podwyżce stopy dyskontowej z 0,5 do 0,75 proc., na rynku zapanowało potężne zamieszanie. Część inwestorów postanowiła wykorzystać atmosferę niepewności dla realizacji zysków. Nie mające nic wspólnego z intencjami Fed, podgrzane przez działania spekulacyjne, oczekiwania na rychłą podwyżkę podstawowej stopy procentowej, zepchnęły w dół giełdę i wywindowały kurs dolara.

Szef Rezerwy Federalnej, podczas wystąpienia w Senacie, musiał się później nieźle napracować, by rozwiać obawy przed szybką podwyżką stóp procentowych. Bernanke wyraźnie podkreślił, że podstawowa stopa procentowa pozostanie nadal na dotychczasowym, rekordowo niskim poziomie, przez dłuższy czas. W jego opinii ożywienie gospodarcze znajduje się wciąż we wstępnej fazie wstępującej (nascent), podczas gdy inflacja pozostaje stłumiona (subdued). Ze słów prezesa amerykańskiego banku centralnego wynikało, że czym innym są działania zmierzające do zamkniecia etapu „ilościowego luzowania” polityki pieniężnej (do nich zaliczyć wypada właśnie podwyżkę stopy dyskontowej, czyli ceny pieniądza pożyczanego przez banki komercyjne od Rezerwy Federalenej), a czymś zupełnie odrębnym jest samo podniesienie ceny kredytu w gospodarce.

Dane płynące ze sfery realnej w Stanach są bowiem bez wątpienia mieszane. Choć pewnie wszyscy chcielibyśmy, by było inaczej. Szczególnie niepokojąca jest nadal sytuacja na rynku nieruchomości. Ceny w niektórych regionach przestały już co prawda spadać, nadal jednak spada sama sprzedaż nowych domów. Indeksy zaufania konsumentów tkwią na rekordowo niskich poziomach. Sytuacja na rynku pracy przestała się pogarszać, ale też wcale się nie poprawia. Tempo wzrostu gospodarczego w IV kwartale okazało się co prawda nieco wyższe od oczekiwań, ale struktura tego wzrostu wskazuje na znaczący udział spożycia publicznego. Sektor prywatny wciąż nie przejął od sektora rządowego funkcji motoru wzrostu gospodarczego. Decydujacy wpływ na dynamikę PKB mają stale wydatki ponoszone przez rząd w ramach pakietu stymulacyjnego. A drugiego pakietu już nie będzie, bo nie pozwala na to stan finansów publicznych.

Awersja do ryzyka pozostaje w ścisłym związku z popartą twardymi danymi niewiarą inwestorów w trwałość tendencji wzrostowych. Zmienne fale rosnącej i malejącej - w rytmie miesięcznych danych - awersji raz windują, a innym razem dołują ceny aktywów dolarowych. Im większa jest ufność w odbicie gospodarki globalnej – tym niższa staje się awersja do ryzyka, co spycha w dół ceny aktywów dolarowych. Złe dane z kolei natychmiast powodują powrót inwestorów do bezpiecznego portu, jakim pozostaje wciaż dolar.

Umocnienie dolara nie jest więc bynajmiej pochodną jakiejś istotnej zmiany o charakterze fundamentalnym. Jest za to następstwem splotu okoliczności, na które składają się:

·        niepewność, co do siły i trwałości tendencji wzrostowych w globalnej gospodarce;

·        kryzys wiarygodności na rynku długu w strefie euro wywołany wydarzeniami w Grecji i innych krajach ClubMedu.

Część inwestorów wykorzystała te sprzyjające im okoliczności dla zarobu na zmianie pozycji na rynku EUR/USD. Na rynku nadal sporo jest takich, którzy gotowi są podjąć grę na dalsze osłabienie euro wobec dolara. Jeszcze wiecej jest na ten temat plotek. Jeśli jednak, jak można oczekiwać, dynamika PKB w 1 kwartale 2010 okaże się poniżej prognoz, a zagrożenie kryzysem niewypłacalności państw południa Europy minie – kurs krzyżowy wróci do wahań w przedziale 1,38-1,45.

Nie sądzę, by Fed w ogóle podniósł podstawową stopę procentową w tym roku. Może się do tego przymierzyć dopiero w 1 kw. 2011. Podobnie opóźniony, wobec dzisiejszych oczekiwań, będzie zresztą i wzrost restrykcyjności polityki pienieżnej w strefie euro.

Na marginesie dodajmy, że zmiany w bilansie ryzyk dla przyszłej inflacji i wzrostu w Polsce też w żadnym wypadku nie uzasadniją – co wciąż jeszcze wycenia rynek - 2,25 proc. podwyżki podstawowej stopy procentowej.

Europa na wirażu

Rzut oka na dane o bilansie płatniczym w strefie euro doskonale oddaje istotę złożonego problemu, jakim staje się dziś rozdźwięk między koniecznością sanacji finansów publicznych, a potrzebą podtrzymania wzrostu gospodarczego wydatkami publicznymi. Mamy tu do czynienia z „paragrafem 22” w najczystszej postaci.

            Otóż, w minionym roku deficyt na rachunku bieżącym Grecji, Włoch, Hiszpanii i Portugalii wyniósł łącznie 102 mld EUR. Około połowa tej kwoty była wynikiem intensywnego importu wewnątrzstrefowego. Nie trzeba dodawać, że kraje ClubMedu intensywnie importowały towary i usługi z Niemiec. Z tego właśnie tytułu pochodziła ponad połowa nadwyżki w bilansie obrotów bieżących naszych zachodnich sąsiadów, sięgająca łącznie kwoty 80 mld EUR. I tak to sobie funcjonowało już dobrą dekadę. Waga deficytu na rachunku bieżącym została kompletnie zrealtywizowana przez wspólny pieniądz. Ekonomiści od dawna zwracali na to uwagę, ale – co często się zdarzało – raczej w tonie aprobatywnym, a nie ostrzegawczym: „patrzcie, na jak wiele można sobie pozwolić, kiedy juz jest się członkiem eksluzywnego klubu euro”.

W praktyce zaś wyglądało to tak, że kraje południa Europy, żyjące zdecydowanie ponad stan, pozwalały realokować największej gospodarce strefy euro nadwyżki towarów przekraczające popyt krajowy, a tym samym zapobiegły jeszcze głębszemu tąpnieciu gospodarki niemieckiej. Ten układ samopodtrzymujących się interesów bynajmniej nie zawalił się pod ciężarem groźby niewypłacalności niektórych krajów z obszaru wspólnej waluty. On się teraz, co najwyżej, obnażył. Część komentatorów ze zdumieniem i zgrozą odkryła, że taka na przykład Grecja potrafi wydawać na emerytury 12 proc. swego PKB, czego w żadnym razie nie potrafiłaby sfinansować znajdując się poza strefą euro.

Diagnoza jest zawsze łatwiejsza niż terapia. Wiemy już o co chodzi z tym kryzysem wiarygodności polityki fiskalnej na obszarze wspólnego pieniądza, ale co tym fantem zrobić? Jakie bowiem konsekwencje miałoby spełnienie powszechnie, choć nieraz bezrefleksyjnie, powtarzanych postulatów o sprowadzeniu deficytów w krajach ClubMedu z dzisiejszych niebotycznych poziomów do traktatowych 3 proc. PKB?

To akurat da się dość łatwo wyszacować. Wydatki publiczne w krajach strefy euro o rozdętych deficytach musiałyby zostać raptownie przycięte o co najmniej 120 mld EUR. Taka skala dostosowania fiskalnego, istotnie ograniczając zdolności importowe krajów zadłużonych, zepchnęłaby jednak natychmiast gospodarkę niemiecką w recesję, głębszą od tej z 2009 roku. Możemy być pewni, że wbrew werbalnym sloganom największych „twardzieli” nikomu z europejskich polityków nie zależy na takim rozwoju wypadków.

W tej sytuacji wydaje się zupełnie racjonalne, że nie tylko skala dostosowań fiskalnych w krajach ClubMedu będzie musiała być w rzeczywistości znacznie skromniejsza, niż wynikałoby to z prezentowanych publicznie i publicznie formulowanych rządowych enuncjacji. Również - co ciekawe - jest wysoce prawdopodobne, że deficyt sektora publicznego w Niemczech będzie musiał być większy, a nie mniejszy niż w roku 2009, kiedy przekroczył on 4 proc. PKB.

Dziś większość programów konsolidacji ma bardzo nikłą wiarygodność. Grecja, na przykład, obiecuje partnerom z KE dostosowanie fiskalne rzędu 4 pkt. proc. w relacji do PKB tylko w bieżącym roku, co ma sprowadzić deficyt do 8,7 proc. PKB. A wszystko to przy złożeniu recesji nie przekraczajacej 0,3 pkt. proc. w ujeciu rocznym. Tymczasem konsens prognoz rynkowych mówi w tym roku o recesji 1-2 proc..

W ten sposób zdają sie potwierdzać formułowane już od jakiegoś czasu hipotezy, że kryzys finansowy w lat 2008-2009 wyraźnie przechodzi w ostry kryzys fiskalny. Ten kryzys ma również wymiar globalny. A kiedy się skończy tego naprawdę dziś nie wie jeszcze nikt.

Moim zdaniem tak głęboki kryzys fiskalny o powszechnym charakterze, jakiego do tej pory jeszcze nie widzieliśmy, w pełni uzasadnia konserwatywne prognozy lekkiego spadku, a nie wzrostu dynamiki PKB na głównych rynkach bazowych między rokiem 2010, a 2011.

Ostrożność przy prognozach rozwoju sytuacji na rynkach globalnych nie powinna z kolei pozostać bez wpływu na przewidywane tempo wzrostu w całym segmencie „rynków wschodzących”. W tym również i na prognozę dynamiki naszego PKB w latach 2010-2011. Średnio w najbliższych dwóch latach tempo wzrostu gospodarczego w Polsce nie powinno przekraczać 2,4 proc.. Stawia to – moim zdaniem - w zupełnie innym świetle kwestię ostrości dostosowania fiskalnego również w naszym kraju. 

2010-03-17 11:01
gospodarka, blogi ekspertów wzrost, kryzys, budzet Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

W październiku ubiegłego roku RPP poprzedniej kadencji dokonała pierwszej przymiarki do zaostrzenia polityki pieniężnej. W komunikacie po posiedzeniu zaakcentowana została zmiana nieformalnego nastawienia w polityce monetarnej z łagodnego na neutralne. Zdaniem Rady, ktora jeszcze we wrześniu oceniała prawdopodobieństwo ukształtowania się inflacji w średnim okresie poniżej celu inflacyjnego za większe niż powyżej, prawdopodobieństwa te wyrównały się.

Zmagania wewnątrz Rady o zmianę nastawienia – dodajmy – trwała już wówczas od jakiegoś czasu. Wnioski w tej sprawie przepadały, bo nie znajdowały skłonnej je poprzeć większości. Przeciw zmianie nastawienia wypowiadał się, między innymi, przewodniczący Rady, prezes NBP, który dziś, jako jedyny z ówczesnego gremium decyzyjnego, może nadal czynnie współkształtować politykę monetarną.

RPP nowej kadencji, która po raz pierwszy zebrała się w pełnym składzie na lutowym posiedzeniu, wbrew oczekiwaniom części uczestników rynku, nie dokonała jeszcze zmiany nastawienia na restrykcyjne. Takie oczekiwania mogły być ugruntowane wypowiedziami niektórych członków Rady, w tym również prezesa NBP. Już po posiedzeniu przywołując najnowszą projekcję inflacyjną zespołu analitycznego NBP pan prezez powtórzył ostrzeżenie przed możliwą zmianą nastawienia. Jest prawie pewne, że kwestia zmiany nastawienia była żywo dyskutowana na ostatnim posiedzeniu RPP. Przekonamy się o tym po publikacji minutes. Nie musimy jednak czekać aż tak długo ze stwierdzeniem, że wypowiedzi prezesa, poprzez rewitalizację oczekiwań na podwyżki stóp procentowych, bez wątpienia przyłożyly się do umocnienia złotego.

Trzeba jasno powiedzieć, że zmiana nieformalnego nastawienia na restrykcyjne musi oznaczać, że najdalej w 2-3 miesiące później nastąpi pierwsza podwyżka stóp procentowych. Sygnał, jakim jest zmiana nastawienia, nawet jeśli przybiera ono postać rozkładu prawdopodobieństw, nie może być bowiem nadmiernie długo powtarzany bez utraty przez Radę wiarygodności. Jeśli bowiem prawdopodobieństwo ukształtowania się inflacji powyżej celu jest większe niż poniżej, uczestnicy rynku mają prawo spodziewać się szybkiej reakcji ze strony władzy monetarnej, której ustawowym obligiem jest zapobieżenie trwałemu przekroczenu celu inflacyjnego.

Inaczej mówiąc: gdyby zmiana nastawienia dokonała się w lutym,  to najdalej w kwietniu-maju powinna ona zaowocować pierwszą podwyżką oficjalnych stóp pocetowych w Polsce. To chyba zdecydowanie za wcześnie. I to bynajmniej wcale nie dlatego, że bieżący wskaźnik CPI będzie wówczas w trendzie spadkowym, osiągając w połowie roku wartość ok. 2 proc.. Chodzi raczej o to, że w bilansie ryzyk dużą niepewnością ociążona będzie wówczas wciąż prognoza dynamiki PKB. Bilans ryzyk dla przyszłej inflacji pozostaje zaś w ścisłym związku z tempem domykania się luki popytowej.

Jestem zdania, że z uwagi na wciąż niepewną sytuację na rynkach bazowych, w tym głównie w strefie euro, oraz narastające problemy z finansowaniem na rynku krajowym (rosnący udział non performing loans w bilansach banków przekładać się musi na skracanie strony aktywnej; do tego dochodzi problem rekomendacji T, która istotnie zwiększa wymogi wobec potencjalnych kredytobiorców), większość nadmiernie optymistycznych prognoz dynamiki PKB dla Polski na lata 2010-2011 będzie sukcesywnie obniżana już w 1 i 2 kwartale.

Moja prognoza średniej dynamiki PKB w latach 2010-2011 wynosi 2,4 proc., przy wskaźniku CPI w tym czasie średnio na poziomie 2,3 proc.. Oznacza to, że gospodarka rozwijać się będzie nadal w tempie poniżej potencjału, przy inflacji pozostającej blisko celu inflacyjnego.  

Na drugi, trzeci kwartał przypadnie też zapewne rewitalizacja dyskusji o dacie wejścia Polski do strefy euro. Skąd takie przekoanie? Otóż, trzeba wyraźnie powiedzieć, że spełnienie kryteriów nominalnej konwergencji, w tym głównie kryterium fiskalnego, wymagać będzie podniesienia podatków nie później niż w roku 2012. Oznaczałoby to, że dyskusja na ten temat musiałaby się toczyć w cieniu kampanii wyborczej do Parlamentu.

Dlatego – jak sądzę – na porządku dnia znajdzie się już niebawem alternatywa: czy dla podtrzymania wzrostu gospodarcego nie zrezygnować z szybkiego wycofania impulsu fiskalnego? A to oznaczałoby odłożenie terminu wejścia do strefy euro poza rok 2015. Prolongata derogacji nie mogłaby pozostać bez znaczenia również dla ostrości zacieśnienia polityki pieniężnej. Chyba, że w Radzie uformuje się większość dla bezwzględnie szybkiego przywrócenia inflacji do celu, czyli w okolice 2,5 proc. w roku 2012 bez wzgłędu na cenę płaconą za restrykcyjną politykę monetarną przez sferę realną.

Jestem zdania, że pierwszy krok na rozsądnej ścieżce zaostrzania polityki monetarnej, spójny z najnowszą odsłoną projekcji inflacyjnej zespołu analitycznego NBP (gdzie obniżonym prognozom wzrostu w roku 2011 towarzyszą podniesione dolne przedziały prognozowanej z najwyższym prawdopodobieństwem inflacji), powinien polegać na powtarzanej przez kilka najbliższych miesięcy zapowiedzi rozważania podczas posiedzenia Rady zmiany nieformalnego nastawienia. Dopiero po takich ostrzegawczych sygnałach powinna nastąpić sama zmiana nastawienia. A na samym końcu – czyli po upływie kolejnych 2-3 miesięcy - podwyżka stóp, o ile kwestia konieczności spełnienia nominalnych kryteriów konwergencji najdalej w 2012 roku nie zeszłaby do tego czasu z porządku dnia.

Jeśli podobna sekwencja wydarzeń zostałaby zainicjowana na posiedzeniu w marcu lub kwietniu, to pierwszej podwyżki stóp oczekiwać by można najprawdopodobniej w ostatnim kwartale tego roku. Oznaczałoby to, że podstawowa stopa procentowa NBP nie wzrośnie w tym roku więcej niż o 25 pkt. bazowych. Nie powinno to w istotny sposób wpłynąć na cenę pieniądza.

Najważniejsze, by w warunkach dalece posuniętej niepewności Rada potrafiła umiejętnie sterować oczekiwaniami uczestników rynku. Nadmierne oczekiwania na podwyżki stóp mogą bowiem w istotny sposób zwiększać presję na aprecjację PLN. Przy wzbudzaniu i utwierdzaniu dzisiejszych oczekiwań na podwyżki stóp (zbliżonych już do 2,5 pkt. proc.) może się bowiem okazać, że aprecjacja złotego zepchnie inflację w 3 kwartale nawet w okolice 1 proc.. To z kolei mogłoby nawet wymagać podjęcia przez bank centralny interwencji dla osłabienia złotego. W imię niższej inflacji w przyszłości Rada zmuszona by była zatem podnieść inflację bieżącą. Coś takiego czasem się zdarza. Ale po co nam to? Czy nie lepiej, by nowa Rada budowała swą wiarygodność starając się maksymalnie wygładzić ścieżkę inflacyjną w całym okresie oddziaływania polityki pieniężnej?       

 

 

2010-03-11 22:49
gospodarka, blogi ekspertów rada, stopy, aprecjacja Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Problem z ostatnią aktualizacją programu konwergencji (APK) zaczyna się już w tym punkcie, który stanowi bazę odniesienia dla całej analizy. Mowa o wstępnym szacunku deficytu sektora finansów publicznych za rok 2009.

Otóż, naszym zdaniem, podobnie jak w poprzedniej aktualizacji, jest wielce prawdopodobne, że popełniono błąd w oszacowaniu deficytu. Tym razem został on zawyżony. O ile tylko za wiarygodne uznać kwartalne dane o wykonaniu budżetu i wstępną informację o IV kwartale, deficyt mógł wynieść wcale nie 7,2% PKB, a w najlepszym wypadku ledwie 5,7% PKB. Niedoszacowane bowiem zostały dochody z podatków pośrednich i wpływy ze składek; zawyżono wydatki na koszty pracy i świadczenia społeczne; zaniżono zaś wydatki na inwestycje.  Zweryfikowanie tych danych powinno obniżyć deficyt podany w APK 2009 nawet o 20 mld, nie mniej jednak niż  o około 10 mld złotych.

W tej sytuacji między rokiem 2009, a 2010 deficyt sektora nie spada (jak w aktualizacji), lecz rośnie. I to najprawdopodobniej o więcej niż 1,2 pkt. proc. w relacji do PKB (z 5,7 do 6,9%). A to dlatego, że deficyt w roku 2010 może być o 0,6-0,9 pkt. proc. wyższy niż założono w aktualizacji.

Nasze wątpliwości dotyczą: wyjątkowo mocno rosnących dochodów podatkowych (zaniżona baza z roku 2009); niejasnych przyczyn tak dużego wzrostu w kategorii pozostałych dochodów (z 56 do 78 mld PLN); po stronie wydatków niewyjaśnione pozostają przyczyny silnego wzrostu w kategorii „zużycie pośrednie” (od 79 do 90 mld PLN); nawet po zweryfikownaiu wydatków na inwestycje w roku 2009 (naszym zdaniem nie 66 lecz ok. 72 mld PLN) ich wzrost w roku 2010 do 90 mld wydaje się być zamierzeniem ambitnym.

 

Urealnienie bazy z roku 2009 i staranna weryfikacja planowanego deficytu, wskazywałyby na silny impuls fiskalny, sięgający nawet 2 pkt. proc. PKB, w roku 2010. A wszystko to w sytuacji, kiedy Polska - zobowiązana procedurą nadmierngo deficytu - prezentuje Komisji Europejskiej plan konsolidacji fiskalnej. Trochę to dziwne.

 

Z kolejnymi po roku 2010 latami, objętymi aktualizacją, sprawy mają się – niestety - jeszcze gorzej.

Bo niby dlaczego wpływy z podatku dochodowego rosną tak dynamicznie w latach 2011-12 (ze 110 do 124 i 144 mld zł)? Wprowadzenie kas fiskalnych dla lekarzy i prawników oraz likwidacja aut z kratką, to chyba za mało dla wyjaśnienia tego fenomenu.

 

Z danych makro towarzyszących aktualizacji wynika, że ścieżka wzrostu PKB jest rozsądna, ale wątpliwości budzą prognozy inflacji (HICP) i stóp procentowych w ostatnich 2 latach. Jeśli inflacja mieści się w pobliżu celu NBP (a CPI z reguły rośniej wolniej niż HICP), to dlaczego stopy procentowe mają, przy umiarkowanym wzroście PKB, przekroczyć 5,5%? Dodatkowo w podanym okresie sytuacja na rynku pracy jest raczej stabilna (minimalny spadek stopy bezrobocia), a finalny popyt krajowy rośnie w podobnym tempie jak PKB.

 

Dlaczego więc w roku 2012 mamy do czynienia z tak ostrym przyspieszeniem wpływów ze składek  (ze 169 do 185 mld zł). Reforma KRUS-u, naszym zdaniem nie wystarczy dla objaśnienia tego fenomenu. Sytuacja na rynku pracy przedstawia się – jak wyżej. Liczba pracujących rośnie w ujęciu rok do roku ledwie o 0,4 pkt. proc.

 

Jeszcze bardziej zagadkowo wygląda kwestia wydatków. Otóż, w 2012 roku nagle one hamują. W ujęciu realnym wprost nawet spadają (o prawie 2,5%). Praktycznie wszystkie wydatki nieinwestycyjne  rosną o 3,2%, czyli – biorąc pod uwagę założoną inflację – stabilizują się w ujęciu realnym. Bardzo mocno spadają wydatki inwestycyjne. Domyślamy się, że może tu chodzić o wygaszanie cyklu inwestycji infrastrukturlanych, związanych z finansowaniem piłkarskich mistrzostw Europy.

Widzimy, że koszty pracy i świadczenia społeczne mają rosnąć w tempie inflacji. Pytamy jednak: jak zrealizować to założenie bez zmian ustaw, w tym bez radykalnego zerwania z rozwiniętym dziś niepomiernie mechanizmem automatycznej indeksacji? Jak rząd zamierza dyscyplinować samorządy lokalne, na które przypada prawie 60 proc. wszystkich kosztów pracy w sektorze publicznym?

 

O tych ważnych sprawach w aktualizacji nie ma jednak ani słowa. Domniemywać można, że potrzeba zmian odsztywniających wydatki jest tak oczywista, że zostało ona wpisana w APK przez aklamację.

 

W ten sposób za sprawą wyjątkowej dynamiki dochodów i bardzo niskiej dynamiki wydatków osiągamy swoisty rekord 20-lecia pokomunistycznej Polski w zmniejszaniu deficytu sektora finansów publicznych (z 5,9 na 2,9% PKB w jednym tylko roku). Nigdy bowiem jeszcze skala dostosowania fiskalnego nie była tak duża.

 

Patrząc na programy dostosowawcze w innych krajach Unii widzimy prawie wszędzie ten sam fenomen. Deficyty ostro spadają poniżej lub w pobliże wartości referencyjnej bez dostatecznego uzasadnienia. Można by na tej podstawie pokusić się o wniosek, że mamy do czynienia z ogólnie obowiazującą konwencją. Tyle, że ekonomista poważnie podchodzący do podanych na papierze liczb i faktów musi zapytać: a co w takim razie stanie sie w dynamiką PKB i jego strukturą – w tym głównie z inwestycjami – po roku 2012? Z czego wówczas wynikać ma wzrost gospodarczy? I jakie mają być źródła finansowania inwestycji?

 

Mamy też problem interpretacyjny z przewidywanymi relacjami długu publicznego do PKB. Dług publiczny brutto przekracza w 2011 55%. Ale dług netto – po odjęciu „płynnych środków finansowych” - już nie. Podkreślmy, że w obowiązującej od początku roku ustawie o finansach publicznych nie ma kategorii długu netto. Wobec tego wszelkie ograniczenia, jakie na finanse publiczne nakłada ustawa w przypadku przekroczenia progu ostrożnościowego wynikają ze stosowania kategorii długu brutto. Niestety dodatkowym utrudnieniem jest nieporównywalność definicji używanej w Aktualizacji (definicja zgodna z ESA-95) z definicją „krajową”. Ta druga nie obejmuje zadłużenia Krajowego Funduszu Drogowego oraz zobowiązań koncesjonariuszy budujących autostrady, odpowiednio zaniżając poziom zadłużenia (np. w III kw, 2009 r.) o prawie 8 mld zł, a pod koniec roku o dodatkowe prawie 10 mld zł obejmujące nowe zadłużenie KFD).

 

 

Odsłony aktualizacji kolejnych programów konwergencji charakteryzują się coraz mizerniejszą jakością merytoryczną. Te dokumenty wyglądają na pisane na kolanie, w zasadzie pro forma, ponieważ tego wymaga od nas KE. Znamy punkt wyjścia, wiemy jak powinien wyglądać oczekiwany punkt dojścia – cała reszta jest już tylko rzeźbieniem w trudnej materii finansów publicznych. Wiarygodność tego dokumentu nie jest – delikatnie rzecz ujmując – zbyt wysoka. Co gorsza – w naszej opinii – logika leżąca u podstaw tego dokumentu skłaniać musi do postawienia poważnych pytań o wskazanie źródeł wzrostu gospodarczego i jego finansowania po roku 2012.

Tekst napisany wspólnie z Mirosławem Gronickim

 

2010-02-22 22:03
gospodarka, blogi ekspertów finanse, APK, publiczne Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Premier Tusk wraz z ministrem Rostowskim przedstawili autorskie propozycje konsolidacji systemu finansów publicznych. Jednym z dwóch, obok lepszego zarządzania płynnością w sektorze publicznym, najważniejszych pomysłów dających szybkie efekty w postaci poprawy pozycji fiskalnej jest propozycja  reguły wydatkowej dla „sztywnych” wydatków budżetu. Mają one z roku na rok rosnąć nie więcej niż o wskaźnik inflacji + 1 pkt. proc.

 

Pierwszy podobną regułę wydatkową zaproponował Marek Belka już w 2001 r. Bez odpowiedniego oprzyrządowania ustawowego jej rola w negocjacjach budżetowych pomiędzy Ministerstwem Finansów, a dysponentami środków budżetowych była jednak minimalna.

 

Można też wymieniać inne stosowane już w przeszłości sposoby ograniczania wydatków. I tak w roku 2005 ustawowo zlikwidowano środki specjalne (wydawane następnie przez dysponentów np. na premie dla pracowników). Pomogło to zmniejszyć nieco wydatki. Tyle, że w kolejnych latach dysponenci znaleźli inne źródła finansowania zadań.

 

Podobne przykłady można mnożyć, a wniosek wydaje się nam dość oczywisty. Wszelkie próby ograniczania wydatków przeprowadzane w tradycyjnym systemie budżetowym są skazane na niepowodzenie. A doprowadzenie do zmniejszenia udziału wydatków sektora finansów publicznych z przewidywanych w tym roku około 46% do 40% PKB, z regułą wydatkową w zaproponowanej postaci zapisaną w formie ustawowej, staje pod dużym znakiem zapytania.

 

Historyczne dane pokazują, że w latach 2004-09 roczne tempo wzrostu wydatków sektora finansów publicznych wynosiło:

 

Rok     2004    2005     2006     2007      2008    2009Prognoza

Wzrost w %      4,7       8,3       8,9       6,8       10,9      8,9      

CPI+1%            4,5       3,2       2,0       3,5         5,2     4,5

 

Rzeczywiste wydatki budżetu ogółem rosły więc w tempie od 2 do 4-krotnie szybszym niż pozwalałaby na to reguła wydatkowa.

Taką regułą da się objąć ¼ wydatków budżetu państwa, czyli około 1/8 wszystkich wydatków sektora centralnego. Pozostałe wydatki bez zmian legislacyjnych będą nadal indeksowane, bądź zależne od innych niż centralny decydentów.

 

Obawiamy się także, że resorty mogą okazać się na tyle silne, że wymuszą ograniczenia stosowania reguły (np. tylko o wydatków nieinwestycyjnych). Ponadto tradycyjnie silne resorty wygrają z tymi, którzy zawsze dostawali za mało w stosunku do nałożonych zadań (kultura, edukacja, zdrowie).

 

Naszym zdaniem rozwiązanie problemu limitowania tempa wzrostu wydatków wymaga zasadniczo innego podejścia.

Po pierwsze - rząd powinien ustalić w dziedzinie wydatków podstawowe priorytety: krótko, średnio i długookresowe. Po drugie – rząd powinien wyznaczyć zadania w ramach każdego z tych priorytetów. Po trzecie - dobrać do nich źródła finansowania. Po czwarte – określić sposoby monitoringu i kontroli wykonania zadań.

Pomińmy na razie dwa pierwsze kroki i skoncentrujmy się na trzecim. Poprzestańmy na dość oczywistym stwierdzeniu, że trudno wyobrazić sobie rzeczywiste oszczędności w wydatkach bez wyeliminowania części zadań spełnianych dziś przez podmioty sektora publicznego.

Przejdźmy do finansowania tej części zadań państwa, która wydaje się niezbywalna. Otóż, stosowanie reguły wydatkowej przy ustalaniu źródeł finansowania zadań wydaje się dość mechaniczne. Prawdę mówiąc reguła w postaci „inflacja+1%” jest jeszcze jedną formą indeksacji nałożoną tym razem na elastyczną część wydatków. Ona może się od biedy sprawdzić w przypadku wysokiej dynamiki wzrostu. A co stanie się przy  ujemnej dynamice wzrostu i inflacji wychodzącej ponad cel RPP?

Czy nie lepiej byłoby rozpisać konkurs na wykonanie określonych niezbywalnych zadań, dopuszczając do jego realizacji także jednostki sektora prywatnego? Minister finansów jest wówczas w stanie  określić poziom wydatków na okres wieloletni. Zyskujemy także podstawy do ustalenia mierników efektywności nakładów publicznych.

Można sobie wyobrazić (w niektórych samorządach już się tak dzieje), że na szkoły podstawowe mogą być państwowe, prywatne, państwowo-prywatne. Jeśli ustali się zadania i miernik efektywności (stopnie z końcowego egzaminu), to nieważne kto jest właścicielem szkoły. Ważne, czy niezbywalne zadanie zapisane w konstytucji jest realizowane. Przy tym nie chodzi nam o szkoły prywatne, elitarne z wysokim czesnym, ale o szkoły ogólnodostępne finansowane ze środków publicznych.

Podobnie można procedować w przypadku całego szereu innych usług publicznych. Usługi publiczne mogą być wykonywane przez różne jednostki (nieważne czy kot jest biały, czy czarny – ważne, by łapał myszy) pod warunkiem, że przy ustalonej cenie usługi dają najlepszą jakość lub przy zadanym wskaźniku jakościowym najniższą cenę.

To, o czym tu piszemy nie jest nowością. Wstępnym krokiem przy tworzeniu skutecznego budżetu zadaniowego jest w końcu zastopowanie, a w drugim etapie ograniczenie zadań wykonywanych dziś przez państwo. Proste zestawienie wskazuje, że dziś zadania w sektorze publicznym potrafią mnożyć się niczym króliki, bo wskazanie nowego zadania jest zawsze wstępem do żądania większych pieniędzy od ministra finansów. 

Reguła wydatkowa w zaproponowanej postaci, nawet jeśli uda się ją wprowadzić w formie ustawowej nie poradzi sobie z tym problemem. Tylko eliminacja części zadań oraz wprowadzenie mechanizmu konkurencji do drugiej części zadań, tej niezbywalnej, w sektorze publicznym może skutecznie ograniczyć wydatki, przy mniejszej wrażliwości na tempo wzrostu gospodarczego. Każde mechaniczne działanie, w naszej opinii, skazane jest w dłuższym okresie na niepowodzenie.

 

współautorem tego tekstu jest Mirosław Gronicki

2010-02-02 16:54
gospodarka, blogi ekspertów budżet, reguła, wydatkowa Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

W skali globalnej mamy do czynienia z fazą powolnego ożywienia, po najgłębszej od ponad 60 lat recesji. Zwracam jednak uwagę na istotne wciąż czynniki ryzyka dla nieprzerwanego podtrzymania po roku 2010 trendów wzrostowych również w roku 2011.

Zaliczam do nich przede wszystkim:

  1. Potencjalnie poważne wciąż problemy z finansowaniem. Szacunki globalnych odpisów na straty w bankach i instytucjach finansowych, ujęte w ostatniej edycji Global Financial Stability Report (IMF, October 2009), wskazują co prawda na malejącą presję na bilanse banków (3,4 bln USD odpisów wobec ponad 4,0 bln jeszcze w kwietniu ’09). Tym niemniej według różnych szacunków jest to wciąż ledwie ok. połowy strat, które w związku z kryzysem poniosły banki w Stanach i Europie.
  2. Nie ma wątpliwości, że finansowanie w roku 2010 będzie lepsze niż w katastrofalnym 2009, ale wciąż bez wątpienia gorsze niż w latach 2007-2008.
  3. Wobec wciąż dużych trudności z pozyskaniem kapitału; w obliczu groźnych dla banków propozycji nowych regulacji kapitałowych (do kapitałów własnych nie mogłyby być zaliczane udziały mniejszościowe w spółkach zależnych, ale przy szacowaniu współczynników kapitałowych brane by musiały być pod uwagę potencjalne straty w oddziałach); przy dużej presji polityków na regulatorów i legislatorów, limitujących swobodę podejmowania ryzyka przez instytucje finansowe – najbardziej prawdopodobne jest skracanie strony aktywnej w bilansach banków. Oznacza to groźbę istotnego ograniczenia akcji kredytowej.
  4. Przeciw ostremu ożywieniu popytu przemawiają również ważne trendy makroekonomiczne. Chodzi przede wszystkim o trudne do odrobienia straty w zakresie wyceny netto zasobów, związane ze spadkiem wartości aktywów. W Stanach gospodarstwa domowe między połową 2007 a końcem 2009 roku utraciły np. ponad 1/5 zasobów majątkowych. Skłania to obecnie konsumentów do odrabiania strat. Wzrost stopy prywatnych oszczędności w Stanach jest aktualnie najszybszy od kilkudziesięciu lat (0,6% PKB w ’07 do ponad 5,0% PKB w ’10). Podobne trendy do odbudowy stanu aktywów obserwować można rówież w strefie euro. Jest to zjawisko korzystne z punktu widzenia równowagi makro w skali globalnej, ale źle rokujące dla bieżącej konsumpcji.
  5. Podobnie na popyt działać będzie sytuacja na rynku pracy, gdzie odbudowa zatrudnienia będzie bardzo powolnym procesem, a stopa bezrobocia utrzyma się na rekordowych poziomach zarówno w Stanach, jak w strefie euro.
  6. Wzrost podtrzymywany będzie nadal przez wydatki publiczne. Ale ich skala, z uwagi na konieczność przywracania równowagi fiskalnej, będzie jednak mocno ograniczona.
  7. Mniejsze będzie również wsparcie gospodarki przez stymulację monetarną. Banki centralne nie powrócą co prawda jeszcze w tym roku do restykcyjnej polityki pieniężnej, ale z całą pewnością zaczna się stopniowo wycofywać z wielkiej ekspansji, jaką wspierały sektor finansowy i pośrednio sferę realną w latach 2008-2009.
  8. Przeciw zwiększaniu siły nabywczej przemawiać będzie również powoli, acz systematycznie rosnąca w skali globalnej inflacja. Jej wzrost (poza czystym efektem bazy) wynikał będzie z czynników egzogenicznych (wzrost cen energii, żywności).      

Z uwagi na te właśnie czynniki ryzyka, z których część zapewne się zralizuje, bardzo prawdopodobny jest scenariusz lekkiego spadku dynamiki PKB na głównych rynkach bazowych pomiędzy rokiem 2010 a 2011. Nie będziemy więc co prawda mieli do czynienia z podwójnym dnem recesji, ale oczekiwać można stabilizacji tempa wzrostu na relatywnie niskim, nie dochodzącym wciąż jeszcze do potencjału poziomie.

Ożywienie na rynku obligacji korporacyjnych

Sądzę, że kłopoty z finansowaniem sfery realnej przez banki i trudności związane z dużymi potrzebami pożyczkowymi rządów (globalne emisje netto długu rządowego w okresie ostatniej dekady wzrosną ponad 9-krotnie) doprowadzą w tym roku do prawdziwego wysypu emisji korporacyjnych. Poszukiwanie alternatywnych źródeł finansowania przez przedsiębiorstwa oznaczać może wzrost wartości rynku korporacyjnego do ok. 1 400 mld USD w tym roku (blisko 60% więcej niż rok wcześniej).

W związku ze złym standingiem finansowych rządów dług korporacyjny będzie przy tym bardziej bezpieczny niż dług publiczny. Od września ubiegłego roku wycena CDS indeksu iTraxx (zbiorcze ryzyko dla 125 najlepszych firm europejskich o ratingu inwestycyjnym) poszło w dół o 30 pkt. baz., podczas gdy w tym samym czasie wartość indeksu SovX (emisje rządowe 15 najbardziej rozwiniętych krajów w Europie) wzrosła o 20 pkt.

Dziś koszt ubezpieczenia emisji rządowych papierów Grecji (wciąż wbrew obawom znajdujących chętnych) wynosi 263 pkt. (oznacza to koszt rzędu 263 tys. USD przy 10 mln USD długu w okresie 5 lat). Jest to koszt ok. 6-razy wyższy niż w przypadku ubezpieczenie emisji globalnych korporacji typu Unilever, czy BP.

USD w rytmie zmiennej awersji do ryzyka

Niepewność na rynku globalnym wpływać będzie na skłonność do podejmowania ryzyka przez inwestorów z rynku finansowego. Chwilowa poprawa nastrojów powodować będzie spadek awersji i odpływ od aktywów dolarowych. Zwiększać to będzie ryzyko narastania bąbla na części aktywów w segmencie EM, gdzie tempo wzrostu gospodarczego w zestawieniu z krajami rozwiniętymi będzie realtywnie wysokie. Nadchodzące falami pogorszenie nastrojów sprzyjać będzie z kolei umacnianiu aktywów amerykańskich, w tym przede wszystkim dolara. W mojej ocenie w bieżącym roku możliwe są wahania kursu EUR/USD w przedziale 1,38-1,48.               

 

 

2010-01-27 19:19
gospodarka, blogi ekspertów gospodarka, kryzys, globalna Komentarze (6)
 Oceń wpis
   

Polskie finanse publiczne znajdują się w stanie poważnego kryzysu. Dług publiczny przyrasta w tempie ponad 100 mld PLN rocznie. Potrzeby pożyczkowe państwa w ujęciu netto zwiększają się o ponad 30 mld PLN rocznie. Skarb Państwa musi wyemitować i sprzedać na rynku długu papiery o wartości ponad 200 mld PLN. Prywatyzacja, podstawowe poza emisyjne źródło finansowania, kuleje. Jest niemal pewne, że w przyszłym roku wielkość długu publicznego przekroczy 55 proc. PKB. Prawdopodobieństwo, że w roku 2011 dług publiczny przekroczy granicę zakreśloną w Konstytucji RP jest większościowe.

Stan kryzysu wymaga odpowiedzi ze strony rządu adekwatnej do powagi sytuacji. Trzeba odpowiednio sformulować cel, jaki przy zarządzaniu kryzysem w finansach publicznych chce się osiągnąć w krótkim i długim okresie czasu.

Na krótką metę

W krótkim okresie najistotnie jest niedopuszczenie do sytuacji, w której rząd i parlament zmuszone będą stosować procedury wynikające z zapisów o progach ostrożnościowych w obowiązującej ustawie o finansach publicznych.

Ostre przejście do restrykcyjnej polityki fiskalnej w pierwszej fazie nieśmiałego jeszcze ożywienia gospodarczego – gdyby założyć, że w ogóle politycznie wykonalne – pociągnęłoby bowiem za sobą recesję. Stymulacja fiskalna, która uwidacznia się w blisko 7 proc. deficycie sektora publicznego, dodaje dziś do dynamiki PKB ok. 2 pkt. proc.. Budżet zrównoważony w roku 2013 - a tego przecież wymagałyby procedury w przypadku przekroczenia przez dług publiczny 60 proc. PKB w roku 2011 - oznaczałby perspektywę wzrostu w okresie 2009-2014 średnio poniżej 1 proc. PKB.

Żaden odpowiedzialny rząd nie weżmie na siebie ciężaru odpowiedzialności za poważny kryzys społeczno-gospodarczy, jaki musiałby być wynikiem tak niskiego tempa wzrostu PKB w okresie co najmniej 5 najbliższych lat; nie weźmie – powtórzmy – gdyby nawet projekt tak radykalnego zacieśnienia fiskalnego był politycznie wykonalny.

Dlatego, jako alernatywa, pojawiają się pomysły takich zmian definicyjnych w klasyfikacji elementów sektora publicznego, które odsunęłyby groźbę przekroczenia progów ostroźnościowych. Propozycja innego podziału składki emerytalnej między OFE a ZUS, rozważana publicznie przez przedstawicieli rządu, należy bez wątpienia do tego właśnie gatunku. Na krótką metę odsuwa ona bowiem ryzyko przekroczenia przez dług publiczny granicy 55 proc. PKB. Tyle, że obciążona jest przy tym poważnym kosztem, jakim bez wątpienia jest niebezpieczna ingerencja w podstawy reformy systemu emerytalnego.

Zamiast aplikowania gospodarce środków tak kontrowersyjnych lepiej sięgnąć po inne rozwiązanie porządkujące kwestie metodologiczne związane z poprawnym sposobem liczenia zobowiązań publicznych wynikających z reformy emerytalnej. To rozwiązanie nawet skuteczniej niż propozycja rządowa oddala nasz dług publiczny od granicy 55 proc. PKB. A jednocześnie nie ingeruje w funkcjonowanie rynku finansowego tak głęboko, jak pomysł znaczącego zredukowania składki emerytalnej kapitalizowanej przez OFE.

Generalnie chodzi o to, żeby dług publiczny, w rozumieniu ustawy o finansach publicznych szacować, inaczej niż dzisiaj, jako dług jawny pomniejszony o aktywa znajdujące się w posiadaniu OFE.

Obecnie bowiem dług publiczny definiowany jest w kategoriach długu jawnego. Nie jest to ujęcie poprawne. Co to bowiem jest dług jawny? To dług wyemitowany przez państwo, powiększony o gwarancje SP, oraz zredukowany o wynik wewnątrzsektorowej konsolidacji. Ten dług w ogóle nie bierze pod uwagę wielkości długu ukrytego, który oddaje zobowiązania publiczne systemu emerytalnego, będące wynikiem składek wpłaconych przez ubezpieczonych do repatryjacyjnego, państwowego, systemu emerytalnego. A przecież w wyniku reformy systemu emerytalnego wielkość długu ukrytego w Polsce – inaczej niż w wiekszości państw na świecie – spada, a nie rośnie.

Dlaczego zapisy obowiązującej ustawy o finansach publicznych nie biorą pod uwagę korzystnych skutków reformy emerytalnej dla wielkości całkowitego długu publicznego (jawnego + ukrytego)? Tego zrozumieć nie sposób. Nawet, jeśli napotykamy na dobrze znane trudności z przekonaniem naszych partnerów z UE do poprawnego metodologicznie liczenia wielkości długu publicznego, uwzględniającego wpływ reformy emerytalnej na dług ukryty (co jest ważne dla oszacowania traktatowej granicy długu wynoszącej 60 proc. PKB), to nie ma najmniejszego powodu, żebyśmy sami strzelali sobie w stopę licząc dług publiczny bez uwzględnienia zasobów OFE, redukujących poważnie przyszłe zobowiązania państwa wobec emerytów.

Dlatego na krótką metę rozwiązaniem najprostszym, logicznym, nieinwazyjnym dla systemu emerytalnego, a przy tym akceptowanym przez ekonomistów i uczestników rynku finansowego byłoby sformułowanie ustawowe długu publicznego w kategoriach długu jawnego pomniejszonego o aktywa znajdujące się w posiadaniu OFE. Nasz dług publiczny wedle tak zmodyfikowanej definicji spadłby jednorazowo o 7-8 pkt. proc.. Odsunęłoby to nas na bezpieczną odległość od ustawowych granic długu w wysokości 50 proc. PKB w tym roku i 55 proc. PKB w roku 2010.

Na długą metę

I właśnie ta poważna skala redukcji długu, mogąca służyć za pretekst do zaniechania działań strukturalnych trwale reformujących finanse publiczne, powinna nas skłaniać do równoczesnego przedłożenia nie tylko propozycji działań doraźnych, ale również tych długofalowych.

Powiedzmy to wyraźnie: tylko łączne propozycje rządu: te doraźne, redukujące ryzyko recesji lub reputacyjnego blamażu, będącego następstwem nieakceptowanego manipulowania przy progach ostrożnościowych, oraz te długofalowe: pokazujące sposób zredukowania w dłuższym okresie niezależnych od cyklu koniunkturalnego bieżących zobowiązań budżetu – zasługują na wiarygodność.

Dlatego średniookresowy plan stabilizacji fiskalnej zawierać powinien następujące propozycje:

  1. Po stronie dochodów należałoby rozważyć ujednolicenie stawki VAT, zniesienie stawek preferencyjnych, połączone z redukcją stawki podstawowej; upowszechnienie podatków dochodowych  (opodatkowanie PIT dochodów z działalności rolniczej na zasadach ogólnych);
  2. Po stronie wydatkowej: podniesienie i zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn; ujednolicenie systemu emerytalnego (zniesienie przywilejów dla służb mundurowych); upowszechnienie systemu ubezpieczeń społecznych i zdrowotnych (objęcie systemem składkowym na zasadach ogólnych rolników);
  3. Wprowadzenie konstytucyjne zakazu finansowania przyrostem deficytu wydatków budżetu o charakterze nieinwestycyjnym (golden rule)
  4. Wprowadzenie zmian w dotychczasowych zasadach ustalania benchmarku dla OFE. Benchmark zewnętrzny, rozumiany jako relacja stopy zwrotu do ponoszonego ryzyka dla systemu emerytalnego jako całości, w miejsce dzisiejszego mało efektywnego porównywania stopy zwrotu różnych funduszy.
  5. Wprowadzenie, jako zasady różnych profili ryzyka i różnych w związku w tym portfeli inwestycyjnych w OFE, zależnych od wieku ubezpieczonego.

Wszystko leży na stole

Nie jest to zapewne lista kompletna. Chciałbym jednak podkreślić, że te akurat podstawowe, moim zdaniem, obszary niezbędnych zmian są już akurat stosunkowo nieźle zagospodarowane. Tu naprawdę niewiele trzeba wymyślać od podstaw. Istnieją bowiem propozycje gotowych rozwiązań.

Przedkładali je publicznie lub w trybie niepublicznych memorandów, co najmniej od czasów wicepremier Jerzego Hausnera, między innymi: Marek Góra, Maciej Bukowski, Dorota Poznańska, Agnieszka Chłon-Domińczak, Zygmunt Kostkiewicz, Krzysztof Rybiński, Grzegorz Chłopek, Michał Szymański, Piotr Rymaszewski, niżej podpisany, i wielu wielu innych.

Pora najwyższa, by kryzysem w finansach publicznych zacząć zarządzać kompleksowo, w sposób profesjonalny, gwarantujący poprawę już za kilka lat. Pora skończyć z łataniem kolejnych, zawsze tak samo nieoczekiwanych, zawsze podobnie zaskakujących, dziur budżetowych, chrzczonych imionami kolejnych ministrów finansów. Ktoś wreszcie musi powiedzieć: dość. I zabrać się odważnie, według precyzyjnego planu przedłożonego pod ocenę opinii publicznej, do systematycznej roboty.      

 

2009-11-18 22:05
gospodarka, blogi ekspertów finanse publiczne Komentarze (11)
 Oceń wpis
   

 

I.                 ZAŁOŻENIA MAKROEKONOMICZNE

1.      Podstawowe wielkości makroekonomiczne przyjęte do konstrukcji budżetu mają charakter wyraźnie konserwatywny. Tempo wzrostu gospodarczego w latach 2009-2010 (odp. 0.9% i 1.2%) odpowiadają moim punktowym prognozom dynamiki realnego wzrostu PKB. Podobnie prognoza średniego wskaźnika CPI na ten rok (3.6%). Prognoza CPI na 2010 rok (1.0%) wydaje się zbyt niska (moja wynosi 2.3%). Jest to jednak różnica korzystna z punktu widzenia przyszłorocznych dochodów budżetu państwa.

2.      Ścieżka wzrostu PKB w całym 3-letnim okresie objętym prognozą (od 2.8% w roku 2011; poprzez 3.0% w 2012; do 3.4% w roku 2013 jest tym razem umiarkowana. Warto jednak przy okazji zwrócić uwagę, że taka mało dnamiczna ścieżka wzrostu nie gwarantuje samoistnego „wyrastania” z deficytu sektora GG w średnim okresie. Do tego potrzebna jest poważna interwencja po stronie wydatkowej, czyli zmiany strukturalne, wymagające przejścia pełnej ścieżki legislacyjnej.  

3.      Trudno o krytyczne uwagi, co do zakładanego kierunku zmian w dekompozycji PKB między rokiem 2009, a 2010. Generalnie: oczekiwać można powolnej odbudowy popytu krajowego (w całym 3-letnim okresie objętym projekcją makroekonomiczną wzrost w kategorii popytu krajowego jest umiarkowany: od 3.1% w roku 2011 do 3.8% w roku 2013), kosztem spadającej kontrybucji eksportu netto, czemu towarzyszyć powinna zmiana w kontrybucji zapasów z ujemnej na lekko dodatnią. Takie zmiany w strukturze PKB również są korzystne dla finansów publicznych.

4.      Spadająca między rokiem 2009 i 2010 dynamika spożycia prywatnego jest koherentna ze spadkiem zatrudnienia i wzrostem stopy rejestrowanego bezrobocia. Lekki wzrost spożycia publicznego wiąże się z relatywnie wysokim wzrostem indeksowanych transferów.

5.      Prognozy podstawowych stóp procentowych (constans) i kursów walutowych (umiarkowana aprecjacja PLN wobec euro o 6.6% i USD o 7.9%) nie budzą większych zastrzeżeń. Podobnie stopniowy wzrost nierównowagi zewnętrznej (deficyt C/A od -0.7% PKB do 2.1% PKB).

6.      Generalnie: wskaźniki makroekonomiczne poprawiają się powoli i nie uzasadniają oczekiwania na wystąpienie cyklicznego „efektu joja” w finansach publicznych.

 

I.                 ZMIANY METODOLOGICZNE W KONSTRUKCJI BUDŻETU

1.      W projekcie budżetu 2010 zachodzą poważne zmiany metodologiczne związane z klasyfikacją dochodów i wydatków unijnych w wyodrębnionej części budżetu, a więc już poza krajowymi dochodami i wydatkami budżetu państwa.

2.      Prognozowana i podana wielkość deficytu (52.2 mld) dotyczy więc różnicy między krajowymi dochodami i wydatkami państwa.

3.      O ile dochody krajowe były dotąd ujmowane w projekcie budżetu osobno, o tyle wydatki pokazywane były łącznie z wydatkami unijnymi. Stąd konieczność ich sprowadzenia w roku 2009 do wielkości porównywalnych.

4.      Część „unijna” budżetu (już tradycyjnie) nie jest pokazywana na tym etapie konstrukcji ustawy. Minister finansów ujawnił za to przewidywany deficyt „europejskiej” części budżetu (różnica między dochodami a wydatkami ma sięgać -15.3 mld PLN), co było konieczne dla poprawnego oszacowania potrzeb pożyczkowych państwa.

5.      Gdybyśmy chcieli pokazać przyszłoroczny budżet w wielkościach porównywalnych, to deficyt części krajowej i „europejskiej” sięgnąłby łącznie imponującej wielkości 67.5 mld PLN.

 

II.                DOCHODY

1.      Rząd zakłada wyższe o 2.3% (4,8 mld PLN) od obniżonych w nowelizacji dochody podatkowe w roku 2009 (235.9 mld PLN zamiast 231.1 mld). Po sierpniu dochody podatkowe (głównie z VAT) są wciąż nominalnie poniżej ubiegłorocznych. Widać jednak pewne symptomy poprawy. Byłbym jednak ostrożny z tak wczesnym podnoszeniem prognozy dochodów z podatków pośrednich, akcyzy i PIT.

2.      Dzięki wyższym dochodom i utrzymaniu zakładanego poziomu wydatków możliwe było obniżenie przewidywanego wykonania tegorocznego deficytu budżetu państwa do 22.5 mld PLN (zamiast 27.2 mld PLN). Oznacza to jednak – zauważmy - niższą bazę dla przyrostu deficytu między rokiem 2009 i 2010, co jest bez wątpienia niekorzystne.

3.      Z drugiej strony - w roku 2010 dochody budżetu państwa mają teraz, według MF, wynieść 245.5 mld PLN, czyli zaledwie o 9.6 mld PLN więcej niż przewidywane wykonanie w roku 2009 (wzrost nominalnie o 4.1%). Gdyby nie podniesiona o prognoza tegorocznych dochodów wzrost musiałby być odpowiednio większy, co spotkałoby się bez wątpienia z krytyką. Podnosząc prognozę tegorocznych dochodów MF traci więc punkty na wzroście nominalnego deficytu, ale zyskuje na wiarygodności prognoz przyszłorocznych dochodów, mogąc pokazać ich odpowiednio niższy przyrost.

4.      Jest to szczególnie ważne, jeśli wziać pod uwagę, że dochody podatkowe w roku 2010 mają wzrosnąć nominalnie o 6.0% (realnie 4.9%), czyli znacząco ponad przyrost w tym roku, który nie powinien przekroczyć wobec 2008 roku 2.3%.

5.      W niektórych kategorich dochodów wzrosty pozostają przy tym jednak na granicy wiarygodności (nominalnie VAT o 8.9%; CIT o 9.6%).

6.      Dochody niepodatkowe mają za to rosnąć wolniej niż w roku 2009. MF w ogóle nie uwzględnił w tej kategorii jakichkolwiek dochodów z tytułu wpłaty do budżętu zysku NBP, co wobec niemożności osiagniecia porozumienia z bankiem centralnym należy pochwalić.

 

III.               WYDATKI

1.      Krajowe wydatki budżetu państwa, w wielkościach porównywalnych, mają wynieść 297.7 mld PLN, co oznacza wzrost nominalny o 8.9% (realny o 7.8%). Według szacunków MF wzrost wydatków nominalnie sięgać ma kwoty 26.5 mld. Moje szacunki pokazują jednak wzrost o 39.4 mld PLN (łączy się to z odmienną bazą z roku 2009 i różniącym się oszacowaniem wydatków unijnych).

2.      Tak, czy inaczej nietrudno zauważyć, że wydatki budżetu rosną po raz kolejny szybciej niż dochody. Jest to potwierdzeniem tezy, że projekt budżetu dowodzi postępującej ekspansji fiskalnej nie tylko w roku 2009, ale również 2010.

3.      Większość (76%) wydatków jest nie do ruszenia, w związku z przyjętą przez rząd stategią unikania wprowadzania zmian systemowych możliwych do zablokowania przez opozycję lub veto prezydenta w toku prac legislacyjnych.

 

IV.              DEFICYT, FINANSOWANIE

1.      Między rokiem 2009, a 2010 potrzeby pożyczkowe netto budżetu rosną o 30 mld PLN (82.1 mld wobec planowanego 52.1 mld PLN).

2.      Cała strategia zapanowania nad finansami publicznymi zasadza się na obietnicy zapewnienia takiego finansowania wyższego deficytu budżetu państwa, żeby zaspokojenie potrzeb pożyczkowych możliwe było bez wzrostu długu publicznego poza granice 55% PKB.

3.      Stąd właśnie kluczowa dla budżetu roku 2010 obietnica zapewnienia finansujących deficyt przychodów z prywatyzacji na poziomie nie mniejszym niż 25 mld PLN (netto 9.4 mld).

4.      Pomimo tego prognozowane przyrosty koniecznego do pozyskania finansowania krajowego (76%) i zagranicznego (122%) w przewidywanych warunkach rynkowych powinny skłaniać do refleksji.

 

V.               WNIOSKI

1.      Strategia zarządzania finansami publicznymi prezentowana przez MF przy okazji projektu ustawy budzętowej jest klarowna: brak reform strukturalnych wymusza ostry wzrost deficytu budżetu państwa; towarzyszy temu jednak umiarkowany wzrost deficytu GG; punkt ciężkości przeniesiony zostaje na zahamowanie wzrostu długu publicznego; w związku z tym konieczne jest pozyskanie maksymalnego finansowania deficytu budżetu państwa przychodami z prywatyzacji.

2.      Całość reform strukturalnych, koniecznych dla opanowania przyrostu deficytu i nadania budżetowi charakteru antycyklicznego, przeniesiona zostaje do następnej fazy cyklu politycznego.

3.      Jest to strategia kupowania na kredyt zaufania inwestorów z rynku finansowego. Jej skuteczność zostanie zweryfikowana w okresie najbliższych 6-12 miesięcy.     

 

 

2009-09-08 15:20
gospodarka, blogi ekspertów budżet 2010, projekt MF Komentarze (7)
2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | 11 |