O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

 Sytuacja zmusza UniCredit do szybkiej sprzedaży części aktywów zagranicznych. A najcenniejszym aktywem włoskiego banku jest bez wątpienia Pekao S.A.. To, że Włosi chcą bank sprzedać nie ma nic wspólnego z ich długofalową strategią. Jest to klasyczna i doraźna akcja ratunkowa. Po tej sprzedaży UniCredit mocno się skurczy. Poważnie uszczuplone zostaną jego dochody. Rozdział kreślonych z rozmachem i realizowanych planów ekspansji w segmencie Emerging Europe zostanie bezpowrotnie zamknięty. Tak bywa. Chociaż wątpię, by było to w długoterminowym interesie UniCredit, bo to spadek z pierwszej do – co najmniej – drugiej ligi. Ale to ich prawo. Ich wybór, dla którego nie widać teraz alternatywy.

Naszym prawem z kolei jest pytać: jaki interes ma polskie państwo, żeby wydawać poprzez kontrolowane przez rząd spółki 13 mld złotych na odkupienie pakietu większościowego od Włochów? W jaki sposób, przy takiej transakcji respektowane są prawa mniejszościowych akcjonariuszy publicznej spółki, którą jest Pekao S.A.?

Po co rządowi ten bank, odkupowany drogo, w pośpiechu, za pieniądze, które spółki zależne SP mogłyby i powinny nawet przeznaczać na realizację celów ściśle związanych z ich główną działalnością. Bo przecież głównym obszarem zainteresowania PZU nie jest chyba bankowość? A Polski Fundusz Rozwoju nie powinien raczej wydawać pieniędzy na kupowanie banków, ale na finansowanie projektów lokujących się w rozwojowym planie Morawieckiego?

Już przy poprzednim zakupie przez kontrolowaną przez rząd spółkę PZU prywatnego Aliora, a następnie przy pomocy pieniędzy PZU części banku GE, stawiane były przez nas pytania o sens ekonomiczny i cel strategiczny takich transakcji, gdzie „udomowienie” prywatnych banków kontrolowanych przez inwestorów zagranicznych następuje w drodze ich de facto nacjonalizacji. I co wtedy słyszeliśmy w odpowiedzi? Że tu nie chodzi o żadną ideologię, ale o podniesienie dla akcjonariuszy wartości spółki akwirującej.

Trzeba więc postawić pytanie mocno wolatylnemu zarządowi PZU: czy akwizycja Alior Banku, a później fragmentów banku GE, wpłynęła na lepszą wycenę spółki? Czy mniejszościowi akcjonariusze otrzymają może premię za te zakupy w postaci lepszych notowań lub wyższej dywidendy? Jakie są koszty alternatywne ulokowania części środków inwestycyjnych poza core biznesem? I czego wreszcie zarząd PZU oczekuje teraz po ewentualnej akwizycji banku Pekao S.A.? Jaka jest wartość dodana tej transakcji dla akcjonariuszy? Może zarząd oczekuje wzrostu notowań obu spółek? Może wypłaty ekstra-dywidendy za 2016? Czy dwa banki detaliczne kontrolowane przez rząd, o dominującej pozycji rynkowej, będą ze sobą konkurować? Jaka ma być z tej transakcji wartość dodana dla klientów obu banków?

Wszystkie te oczekiwania są słabo osadzone w realiach. Przecież na samą wiadomość, że taka transakcja jest możliwa rynek zareagował wyprzedażą i spadkami cen. Mam tłumaczyć dlaczego tak się dzieje, że kiedy państwo wkracza do prywatnej spółki, to inwestorzy wolą się z niej wyprowadzić?

W jaki sposób udział w transakcji wykupu od Włochów banku Pekao S.A. ma się do statutowych zadań PFR? Pieniądze Funduszu powinny trafiać na realizację projektów włączonych do Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju? Czy kontrolowanie przez rząd za pośrednictwem dwóch zależnych banków ok. 30% rynku kredytowego dla podmiotów niefinansowych rozumieć wypada jako, wstęp do finansowania projektów inwestycyjnych preferowanych przez państwo na preferencyjnych warunkach? Nawet nie chcę myśleć, że ktoś w rządzie mógłby pomyśleć o nierynkowej wycenie ryzyka inwestycyjnego.

Dyskusja na temat „udomowienia” banków zagranicznych w Polsce toczy się u nas od lat ze zmiennym natężeniem. I mogłoby się wydawać, że osiągnięty w niej już został nawet pewien konsens, między zwolennikami i przeciwnikami takiej koncepcji. Zasadza się on – z grubsza mówiąc – na dwóch filarach.

Po pierwsze – lepiej mieć bankowe centrum decyzyjne w kraju niż zagranicą. I ta kwestia nie wymaga szerszych uzasadnień. Mieści się w konsensie, co oznacza – w tym wypadku – kompromis ze strony tych, którzy idealistycznie uważają, że większościowy inwestor zagraniczny nie ogranicza operacyjnej niezależności spółki zależnej w kraju.

Po drugie jednak – proces „udomowienia”, jeśli są ku temu korzystne warunki, powinien być dokonywany bez czynnego udziału państwa, bo rząd odkupujący banki po prostu je nacjonalizuje. A nacjonalizacja banku w gospodarce rynkowej broni się tylko w jednym wypadku: kiedy jest sposobem na uniknięcie zapaści systemowej. Państwo z takiej inwestycji powinno wychodzić natychmiast, kiedy tylko pozwolą na to warunki rynkowe. Tak było i jest jeszcze nadal w wielu wypadkach po kryzysie 2008 roku w Stanach i w Europie.

„Udomowienie” – poza warunkami kryzysowymi - może być usprawiedliwione, kiedy to prywatne podmioty krajowe dokonują przejęcia udziałów od inwestora zagranicznego. I to jest z kolei kompromis ze strony tych, którzy uważają, że udział zagranicy w krajowych aktywach bankowych powinien być jednak limitowany.

Spółki zależne, kontrolowane przez rząd, nie spełniają kryterium prywatnego podmiotu gospodarczego. O obsadzie ich rad nadzorczych, zarządów, wyborze strategii, wielu decyzjach biznesowych, szczególnie tych, które wymagają dużego zaangażowania kapitałowego i tworzenia rezerw na ryzyko, czyli w zasadzie o wszystkim, przesądzają tu – podobnie jak w każdym podmiocie rynkowym – większościowi akcjonariusze. W spółkach SP są to politycy.    

Włosi sprzedali już wcześniej ok. 10% swych udziałów w Pekao S.A. w drodze transakcji rynkowej. Nie znajduję żadnego uzasadnienia, oprócz wygody sprzedającego, dlaczego rząd polski miałby ułatwiać Włochom pełne wyjście z tej inwestycji, deklarując na wyprzódki chęć odkupu pozostałej części większościowego pakietu.

Niech Włosi sprzedadzą Pekao S.A. przez rynek. Jeśli muszą. PZU niech się zajmuje podnoszeniem wartości spółki dla akcjonariuszy, realizując główny profil swojej działalności. PFR niech wynajduje projekty do sfinansowania w planie Morawieckiego. A rząd niech się cieszy swoimi udziałami w PKO BP i jego niemałymi 16,4% udziałami w aktywach bankowych w Polsce. Wszyscy – i władze spółek publicznych i rząd – zobowiązani są przy tym respektować prawa mniejszościowych akcjonariuszy. Nie „udomawiajmy” banków nacjonalizując je. Bo to chore ambicje. I nic dobrego z tego wyniknąć nie może.           

2016-10-31 15:15
gospodarka, blogi ekspertów banki, nacjonalizacja, udomowienie Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Z pewnym opóźnieniem zapoznałem się z zapisem występów pana Kołodki na forum nadzwyczajnej komisji sejmowej do spraw "dezaferyzacji" historii odpaństwowienia sektora bankowego w Polsce. Wcześniejszy występ pana Pęka nie był jeszcze w stanie sklonić mnie do reakcji. Inaczej niż przemyślenia profesora ekonomii Grzegorza Kołodko. O roli kapitału zagranicznego w bankach dyskutować zawsze warto. Robi się to zresztą na calym świecie. Wypada jednak trzymać pewien poziom debaty. Jak widzę minimalne standardy? A na przykład tak, jak w poniższym artykule, przygotowanym na sesję Towarzystwa Ekonomistów Polskich jesienią ubiegłego roku.

Janusz Jankowiak

Główny Ekonomista Polskiej Rady Biznesu

PRYWATYZACJA BANKÓW W POLSCE, A KWESTIA ICH EFEKTYWNOŚCI

Streszczenie

Nie ma w polskiej gospodarce drugiego takiego sektora, którego prywatyzacja wzbudzałaby więcej politycznych emocji niż prywatyzacja banków. Banki należą do „sektorów wrażliwych” nie tylko u nas. Tak jest w wielu krajach, szczególnie w „starej” części UE. Tyle, że emocje wokół prywatyzacji banków w Polsce są w świetle udokumentowanych faktów niczym nie uzasadnione. Przez cały okres od roku 1988, który uznać można za wstęp do prywatyzacji, aż po rok 2000, który – przynajmniej, jak do tej pory – tę prywatyzację zamknął, cały proces przebiegał pod baczną kontrolą państwa i był raczej powolny. O przyspieszeniu można mówić właściwie dopiero począwszy od roku 1998.

Biorąc pod uwagę fakt, że w tym czasie w sektorze dokonywała się również konsolidacja, trzeba powiedzieć wyraźnie, że doświadczenia z udziałem inwestorów zagranicznych w polskich bankach są nie tylko stosunkowo świeże, ale również ich skutki ekonomiczne są trudne do oszacowania metodami ekonometrycznymi lub statystycznymi. Główną przeszkodę dla jednoznacznej oceny efektywnościowych następstw wejścia zagranicznych inwestorów na nasz rynek bankowy stwarza zarówno krótkość szeregów czasowych, jak też duża zmienność analizowanych wyników w czasie.

Tym niemniej stwierdzić można, że efektywność banków z przewagą kapitału zagranicznego przewyższa efektywność banków krajowych w podstawowych przekrojach (alokacyjna, techniczna, skali) poza efektywnością kosztową. Fakt, że wyższa przeciętnie produktywność banków zagranicznych, badana zarówno od strony outputs (kredyty, SPW, off-balance sheets), jak i inputs (kapitał, praca, depozyty), nie znajduje odbicia w zdecydowanej przewadze ich rentowności nad bankami krajowymi, wiązać należy przede wszystkim ze zdecydowanie mniej korzystną strukturą bilansową banków zagranicznych. W momencie prywatyzacji odziedziczyły one znacznie większą od banków nieprywatyzowanych część NPL. Musiały też ponosić koszty restrukturyzacji i informatyzacji przejmowanych banków. Ich udział w najtańszej z punktu widzenia finansowania bazie depozytowej rezydentów krajowych jest przy tym niewielki.

Niniejsza praca zorganizowana jest w następujący sposób: w części 1 przypomniano, jak przebiegała prywatyzacja banków w Polsce oraz, jakie zmiany po stronie własności kapitału i aktywów towarzyszyły temu procesowi; w części 2 zreferowano wyniki znanych badań na temat zmian w efektywności banków lokalnych i zagranicznych w Polsce, oraz skonfrontowano je z teoretycznymi i praktycznymi aspektami wyników badań na ten sam temat mieszczących się w głównych nurtach dyskusji międzynarodowej; w części 3 pomieszczono uwagi na temat wpływu banków zagranicznych na stabilność systemu finansowego; wreszcie w części 4 autor sformułował kilka wniosków, polemicznych wobec obiegowych opinii na temat roli inwestorów zagranicznych w sektorze bankowym w Polsce.

1. Jak przebiegała prywatyzacja banków w Polsce?

W chwili startu transformacji ustrojowej system bankowy, w znaczeniu powszechnie temu pojęciu nadawanym w literaturze, w zasadzie w Polsce nie istniał. Mieliśmy monobank, gdzie NBP pełnił mniej rolę banku centralnego, a bardziej zmonopolizowanego banku państwowego obsługującego budżet, indywidualnych klientów i podmioty gospodarcze. Wystarczy przypomnieć, że do roku 1989 minister finansów pełnił równocześnie funkcję wiceprezesa NBP. Nie istniał pieniądz, spełniający podstawowe funkcje przypisywane mu w teorii ekonomii. Nie było cen, oddających relacje popytu i podaży na rynku. Nie istniał kurs walutowy, oddający zewnętrzną wartość waluty krajowej.

Wstępny etap organizacji systemu bankowego polegał na wydzieleniu ze struktur NBP 9 banków państwowych i nadaniu im statusu banków komercyjnych.

Sama prywatyzacja przebiegała w trzech głównych fazach:

  • W latach 1989-1992 mieliśmy etap dość liberalnej polityki licencyjnej. Trudno tu mówić o klasycznej prywatyzacji banków państwowych, bo takiej jeszcze nie było. Powstawało za to wiele nowych krajowych banków prywatnych. Banki zagraniczne, uzyskiwały zaś stosunkowo łatwo wstęp na polski rynek. Zajmowały się one przede wszystkim obsługą firm z własnych krajów (strategia follow their customers), nie interesując się zbytnio segmentami rynku dostępnymi dla klientów lokalnych. W tym czasie około ¼ prywatyzacji przeprowadzanych było drogą poszukiwania inwestora strategicznego (BRE, WBK, BŚ); około ¼ odbywało się metodą IPO; w ręce pracowników trafiło ok. 14 proc. udziałów w prywatyzowanych bankach; państwo zachowało ok. 36 proc. udziałów (Storf, 2000).
  • Lata 1993-1998 stały pod znakiem limitowanego i warunkowanego dostępu inwestorów zagranicznych do rynku usług finansowych. W tym czasie uzyskanie licencji było uwarunkowane przejęciem (najczęściej słabego lub nawet zagrożonego upadkiem) banku krajowego; szczególne nasilenie tego procesu miało miejsce w latach 1995-1998. Równolegle wdrażana była „ustawa o restrukturyzacji przedsiębiorstw i banków”. Trwała też nadzorowana przez państwo konsolidacja sektora, której sztandarowymi przykładami są z jednej strony wchłonięcie przez bank PEKAO 4 innych banków krajowych, a z drugiej sprzeciw wobec planu połączenia BRE Banku i Banku Handlowego. W tym czasie (po „aferze BŚ") odbyły się tylko 4 prywatyzacje metodą IPO (BPH, BG, PBK, BH). A jedynym „inwestorem strategicznym” dopuszczanym przez państwo do prywatyzacji był w zasadzie EBRD (Gray, Holle, 1996).
  • Po roku 1998, kiedy wdrożona została nowa ustawa „prawo bankowe”, ustawa o NBP, nastąpiło wyraźne przyspieszenie prywatyzacji sektora, połączone z ponownym otwarciem rynku dla inwestorów zagranicznych. W ramach tej drugiej fali liberalizacji nastąpiły duże transakcje przejęcia większościowych pakietów w tak dużych polskich bankach jak: BPH, Pekao, czy BZ. W tej fazie konsolidacji aktywną rolę odgrywali strategiczni inwestorzy zagraniczni. Nastąpił więc powrót do zaniechanej metody prywatyzacji w drodze wyłonienia partnera większościowego (National Bank of Poland, 2001; Balcerowicz E., 2001).

Statystyka nie pozostawia przy tym żadnych wątpliwości: aż do roku 1998, który uznać można z wielu powodów za przełomowy, tempo prywatyzacji banków w Polsce było co najwyżej umiarkowane. Aż do tego bowiem roku w rękach państwa pozostawało wciąż około 48 proc. aktywów sektora.

Do końca 1998 roku z 83 banków komercyjnych działających w Polsce, 31 było z przewagą inwestora zagranicznego (w tym 3 oddziały banków zagranicznych). Oznaczało to udział zagranicy w kapitale na poziomie ok. 43,7 proc.; w aktywach netto zaledwie 17 proc..

Pod koniec 1999 roku te proporcje układały się już następująco: 39 z 77 banków w rękach zagranicy, co odpowiadało ponad 50 proc. kapitalizacji i 47,2 proc. aktywów; te proporcje wyraźnie przy tym rosły osiągając pod koniec 2003 roku poziomy odpowiednio: 76,3 proc. w kapitale i blisko 70 proc. w aktywach (IMF, 2001).

Poza dwoma dużymi bankami (PKO BP i BGŻ) proces prywatyzacji banków w Polsce w zasadzie dobiegł już końca. Nie znaczy to jednak, że skończyły się przekształcenia własnościowe w sektorze. Przed nami kolejna fala konsolidacji, która w dużej mierze będzie wynikiem przejęć i połączeń transgranicznych. Typowy pod tym względem wydaje się być przypadek banków PEKAO S. A. i PBK.

Wbrew obiegowym opiniom stopień koncentracji banków w Polsce nie jest wcale największy. 5 największych banków skupia ok. 54 proc. aktywów, nieco ponad 60 proc. depozytów i poniżej 50 proc. kredytów. W Czechach te proporcje wynoszą odpowiednio: 65,8; 77,3; 65,5 proc.. W Rumunii: 66,6; 68,5; 58 proc.. W niektórych krajach „starej Unii” stopień koncentracji aktywów jest znacząco wyższy niż w Polsce, sięgając (wciąż dla 5 banków) poziomów: 79 proc. w przypadku Finlandii lub 83 proc. – Holandii.

Banki w Polsce są przy tym relatywnie małe. Łączna wielkość ich aktywów nie przekracza 70 proc. PKB (260 proc. w przypadku „starej” UE). A co najważniejsze – po wielu latach przekształceń strukturalnych i systemowych sektor usług pośrednictwa finansowego pozostaje u nas nadal, relatywnie i bezwzględnie, mocno niedorozwinięty. Naszemu aktualnemu poziomowi rozwoju gospodarczego odpowiada współczynnik relacji kredytu dla sektora prywatnego na poziomie 30 proc. PKB; tymczasem u nas nie przekracza on wciąż 16-19 proc. PKB (National Bank of Poland, 1998-2003). Odpowiednia wielkość dla strefy euro waha się w przedziale 103-116 proc. PKB. Stopień „ubankowienia”, mierzony liczbą gospodarstw domowych korzystających aktywnie z usług pośrednictwa finansowego nie przekracza 70 proc., choć trzeba dodać, że szybko rośnie począwszy od roku 2003.

Można zapewne mieć dużo krytycznych uwag do przebiegu procesu prywatyzacji banków w Polsce. Nie da się jednak zaprzeczyć, że cały proces, aż do dziś przebiegał pod baczną kontrolą państwa. Nie był to proces gwałtowny, spontaniczny, porażający szybkością, jak w niektórych krajach pokomunistycznych. Być może dzięki temu polski sektor bankowy zdołał uniknąć poważnych problemów, przez jakie musiały przejść choćby Czechy (Paliński, 1999).

Pośrednim dowodem na to, że proces prywatyzacji był uważnie monitorowany jest to, że udział banków w kapitalizacji giełdy zbliżał się nawet do 48 proc.. Oznacza to, że władzom udało się zachować po prywatyzacji banki na giełdzie, co zobowiązuje do wysokich standardów przejrzystości, pomimo tego, że nie zawsze pozostawało to w interesie większościowych inwestorów strategicznych.

Ważne jest, żeby sytuacji banków w poszczególnych krajach pokomunistycznych nie łączyć bezpośrednio w udziałem inwestorów zagranicznych w sektorze. Analizowania roli banków zagranicznych w systemie finansowym nie sposób oderwać od stanu infrastruktury finansowej. Zdrowa infrastruktura jest warunkiem koniecznym, choć wcale nie wystarczającym, by poprawnie szacować znaczenie inwestorów zagranicznych w krajowym systemie bankowym (Ferguson, 1998; Lensink, 2004).

2. Banki krajowe vs. zagraniczne, czyli kto lepszy?

W tej części pracy na rolę banków zagranicznych w Polsce spojrzymy w 2 przekrojach: efektywności osiąganej na tle banków krajowych oraz ich rentowności. Zastanowimy się przy tym dlaczego przeciętnie wyższa produktywność banków zagranicznych nie idzie w parze z ich przewagą nad bankami krajowymi, jeśli chodzi o rentowność.

2.1. Efektywność

W literaturze empirycznej wyraźnie przeważa pogląd, że efektywność banków krajowych jest wyższa niż banków zagranicznych w przypadku krajów wysoko rozwiniętych (Berger, 1997). Wskazuje się przy tym na dwa główne powody takiego stanu rzeczy: banki zagraniczne są wystawione na negatywne następstwa asymetrii w dostępie do informacji ważnych przy podejmowaniu decyzji biznesowych; szalenie wysoki jest też koszt dostępu do rynku (Weill, Laurent, 2004).

Niezbyt wciąż jeszcze rozwinięte badania na ten sam temat przeprowadzone w krajach pokomunistycznych wskazującą jednak, ze banki zagraniczne osiągają przeciętnie wyższą efektywność niż banki krajowe (Bonin, 2004; Havrylchyk, Olga, 2005). Dzieje się tak jednak tylko wówczas, kiedy korzyści, wynikające z przewagi, jaką udziałowcom zapewnia prywatna własność (za sprawą kontroli kosztów i transferu nowoczesnego know-how) są większe niż koszty wynikające ze słabszego rozeznania potrzeb lokalnych konsumentów. Innymi słowy: przewaga efektywnościowa banków zagranicznych nad lokalnymi konkurentami w krajach pokomunistycznych uwarunkowana jest wykorzystaniem ich przewagi komparatywnej.

Niektóre prace wskazują ponadto niedwuznacznie, że efektywność nowo zakładanych banków zagranicznych jest bez porównania wyższa niż banków przejmowanych przez inwestora zagranicznego. Te wyniki są w pełni zgodne z intuicją, ponieważ wyższa efektywność w tym pierwszym wypadku wiąże się bezpośrednio z jakością portfela kredytowego.

2.2. Rentowność

Badania porównawcze wskazują, że rentowność mierzona wskaźnikiem ROE była wyższa w bankach kontrolowanych przez inwestorów zagranicznych jedynie w początkowej fazie prywatyzacji, czyli przed rokiem 1999. Później banki krajowe zawsze były lepsze. Nie wolno jednak zapominać, że ROE nie jest w tym wypadku najbardziej miarodajny, bo wymagania kapitałowe (wartość współczynników wypłacalności) stawiane przez nadzór bankom zagranicznym były przez długi czas zdecydowanie wyższe niż wobec banków krajowych (Farnoux, Lanteri, Schmidt, 2004).

Podobnie niekorzystne dla banków zagranicznych wyniki daje analiza innego współczynnika ROA. Banki krajowe były pod tym względem gorsze w zasadzie tylko do roku 2000.

Nie trzeba się jednak spieszyć z wyciąganiem wniosku, że udział inwestorów zagranicznych bynajmniej nie poprawił rentowności całego sektora (Opiela, 2001). Wskaźniki finansowe nie są tu do końca miarodajne. Po pierwsze – ważne są tu koszty wejścia na rynek, ponoszone przez inwestorów zagranicznych; po drugie – nie sposób abstrahować od środowiska makroekonomicznego, z jakim mamy do czynienia w latach 2002-2005, kiedy banki działały w warunkach malejących stóp procentowych, przekładających się na spadki marż w bankach komercyjnych.

2.3 Produktywność

Obraz wyłaniający się z analizy podstawowych danych służących do kalkulacji produktywności w sektorze bankowym wskazuje, że banki zagraniczne są od dawna (od 1998 roku do dziś) znacznie lepsze od krajowych w wykorzystaniu zasobu pracy. NBP, począwszy od 2002 roku, zaniechał publikacji danych o zatrudnieniu w sektorze z podziałem na banki krajowe i zagraniczne. Tym niemniej z danych ogłaszanych przez same banki wynika, ze w latach 2000-2003 redukcja zatrudnienia w takich bankach, jak BPH-PBK (-24 proc.), czy Pekao S.A. (-21 proc.) była znacznie głębsza niż w kontrolowanym przez państwo PKO BP (-6 proc.).

Nic dziwnego, że współczynniki aktywa na zatrudnionego (A/E), depozyty na zatrudnionego (D/E), kredyty na zatrudnionego (L/E), podobnie jak dochody netto na zatrudnionego (NE/E) wskazują na wyraźną przewagę banków zagranicznych nad PKO BP i BGŻ.

Aby uchylić zarzut nieporównywalności banków o diametralnie różnej wielkości można pokusić się o porównanie współczynników C/I w bankach PEKAO S.A. i PKO BP. Tu wyniki jednoznacznie wskazują, na bardzo wysokie koszty operacyjne w BP, związane z fragmentacja bazy depozytowej.

Podobne wyniki, jeśli chodzi o przewagę produktywności, daje analiza przeprowadzona metodami ekonometrycznymi (SFA, TFA), badająca produktywność od strony alokacyjnej lub technicznej (ile inputs w postaci kapitału, pracy lub depozytów) potrzeba dla osiągnięcia określonego wyniku (Havrylchuk, 2005).

2.4. Skąd przy wyższej produktywności niższa rentowność?

Dlaczego przeciętnie wyższa produktywność nie idzie w parze z wyższą rentownością banków zagranicznych na tle ich krajowych konkurentów w Polsce? Odpowiedź na to pytanie wymaga przeanalizowania struktury zobowiązań i należności (Storf, 2000).

Po pierwsze – najtańsze źródło finansowania, jakim jest dostęp do depozytów krajowych klientów niefinansowych, wyraźnie preferuje banki krajowe (65 proc. pasywów wobec niewiele ponad 50 proc.)

Po wtóre – ekspozycja na ryzyko w bankach zagranicznych musi być siłą rzeczy wyższa niż w bankach krajowych (kredyty stanowią blisko połowę aktywów w bankach zagranicznych wobec niewiele ponad 30 proc. w krajowych).

Po trzecie – udział należności nieregularnych w portfelach banków zagranicznych był przeciętnie wyższy od średniej już w momencie, kiedy inwestorzy zagraniczni przejmowali banki krajowe.

Nie ma jednak wątpliwości, że z czasem wyższa produktywność banków zagranicznych przełoży się również na ich przewagę efektywnościową nad bankami krajowymi (Kokoszczyński, 2001).

3. Inwestorzy zagraniczni w bankach, a stabilność systemu finansowego

Zarówno w literaturze przedmiotu, jak w wynikach wiele badań empirycznych trudno znaleźć jednoznaczne dowody, że udział inwestorów zagranicznych zawsze i w każdych warunkach zwiększa stabilność krajowego systemu finansowego (Claessens, 1996, Claessens, Demirguc-Kunt, Huizenga, 1998).

Najpoważniejszym argumentem „za” jest oczywiście to, że banki z przewagą kapitału zagranicznego zawsze wolniej niż banki zdominowane przez państwo „odkręcają” kurki z kredytami, w sytuacji boomu gospodarczego, ale też zawsze wolniej ograniczają podaż kredytu, kiedy gospodarka spowalnia. Oznacza to, że za sprawą banków zagranicznych następuje częściowe „wygładzenie” cyklu koniunkturalnego. Inwestorzy zagraniczni znacząco przy tym poprawiają zarządzanie ryzykiem (Clark, 2001).

Porównanie struktury portfeli kredytowych banków Pekao S.A. i Pekao BP pozwala przy tym zdyskwalifikować tezę o dyskryminacji przez banki zagraniczne inwestorów krajowych. Zagraniczny Pekao S.A. znacznie intensywniej finansuje firmy niż krajowy Pekao BP (odpowiednio blisko 80 proc. i niespełna 30 proc. wszystkich kredytów). A na dodatek zaledwie 10 proc. pożyczek z ogólnej puli przeznaczonej na finansowanie firm trafia w przypadku krajowego BP do sektora małych i średnich przedsiębiorstw.

Można, co najwyżej mówić z cała odpowiedzialnością o tym, że banki zagraniczne mniej intensywnie niż krajowe finansują firmy państwowe. Wypada jednak zauważyć, że paradoksalnie stabilizuje to, a nie destabilizuje system finansowy, ponieważ kredytowanie nierentownych często sektorów pozostających w ręku państwa obciążone jest przeciętnie większym ryzykiem.

Najpoważniejszym argumentem „przeciw” jest oczywiście zaczerpnięty z empirycznych doświadczeń wielu krajów pogląd, że duży udział banków zagranicznych w denominowanych w dewizach kredytach zwiększa ryzyko destabilizacji systemu poprzez generowanie nadmiernego ryzyka kursowego (Brock, 1998).

W przypadku Polski ten argument zyskuje na znaczeniu, ponieważ ewidentnie banki zagraniczne przyjęły bardziej agresywną niż krajowe strategię penetracji segmentu pożyczek dewizowych dla rezydentów niefinansowych. W pewnym okresie około 40 proc. kredytów udzielanych przez banki zagraniczne było denominowanych w walutach obcych. Była to ekspozycja dwukrotnie wyższa niż banków krajowych. Ostry przyrost aktywów dewizowych nie był równoważony przyrostem pasywów, które były o ok. 10 proc. niższe. Jest to jednak problem dedykowany do KNF, a nie do ideologicznych przeciwników kapitału zagranicznego w bankach.

Na koniec wypada jeszcze wspomnieć, że badania potwierdzają, że wraz z rosnącym udziałem kapitału zagranicznego w polskich bankach spada wrażliwość kanałów transmisji monetarnej na impulsy płynące od banku centralnego. Inaczej mówiąc: zarówno stymulacja gospodarki, jak i jej wychłodzenie wymagają u nas znacznie silniejszych ruchów stóp procentowych niż w strefie euro. Banki z przewagą kapitału zagranicznego istotnie silniej zdają się reagować na politykę monetarną w krajach lub regionach macierzystych, niż w Polsce.

4. Wnioski końcowe

Dyskusja o roli banków zagranicznych w krajowym systemie finansowym nie jest dyskusją bezprzedmiotową. Toczy się ona nadal w wielu miejscach na świecie i ma często istotne walory naukowe i poznawcze. Dyskusja na ten temat w Polsce została jednak skrajnie zideologizowana i zwulgaryzowana. Poza niewieloma pracami akademickimi brak przy tym empirycznych podstaw do solidnie udokumentowanej dyskusji, która mogłaby uprawniać do wyciagnięcia praktycznych wniosków.

Najbardziej praktycznie zorientowane pytanie brzmi przy tym oczywiście następująco: od jakiej granicy można mówić o nadmiernym udziale inwestorów zagranicznych w krajowych bankach? Nadmiernym, to znaczy takim, kiedy banki zagraniczne przestają podnosić ogólna efektywność i bezpieczeństwo systemu finansowego.

W naszym przypadku nie sposób jednoznacznie, na bazie badań, odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Od pełnego otwarcia naszego systemu na penetrację banków zagranicznych minęło ledwie kilka lat. Widzimy, że w tym czasie udział inwestorów zagranicznych sprawił, że wzrosła produktywność banków, w których mają oni pakiety większościowe. Nie zwiększyła się jednak istotnie ich rentowność. Stąd uprawniona jest teza, że chociaż wskaźniki finansowe nie dają jeszcze podstaw dla wniosku o jednoznacznych korzyściach wynikających z rosnącego udziału banków zagranicznych na polskim rynku, to widać już, że banki z przewagą inwestora zagranicznego osiągają lepsze od krajowych wyniki.

Widzimy też, że poprywatyzacyjna konsolidacja sektora krajowego będzie wynikiem fuzji i przejęć transgranicznych. Przyszłość banków Polsce jest obecnie w dużym stopniu zdeterminowana przez procesy globalizacyjne. Powrót do dywagacji na temat historycznej alternatywy, którą jeszcze całkiem niedawno miały przed sobą choćby banki włoskie: własność zagraniczna, czy krajowi inwestorzy niefinansowi? – jest stratą czasu.

Jak pisali niedawno znawcy tematu (Levine, Loayza, Beck, 2000): „Efektywność pośrednictwa finansowego i jego wkład we wzrost gospodarczy zależy w dużym stopniu od jakości systemu prawnego i regulacyjnego, szczególnie od poszanowania kontraktów i dostępu do informacji.” Narodowość kapitału w bankach odgrywa przy tym zupełnie drugorzędną rolę. Były gubernator Fed Robert Ferguson (1998) ujął to zwięźle w następujący sposób: „o tym, czy banki zagraniczne stają się ostoją stabilności, czy generują ryzyko (dla systemu finansowego) przesądza rynek, czyli to z jakim środowiskiem biznesowym i nadzorem stykają się one w danym kraju”.

Bibliografia:

Balcerowicz E., Bratkowski A.: „Restructuring and Development of the Ranking Sektor in Poland: Lessons to be Learned by Less Advanced Transition Countries, CASE, Research Report No 44, 2001

Berger A. N., Mester L. J.: “Inside the Black Box: what explains differences in the efficiencies of Financial Institutions?”, Journal of Banking and Finances, 21

Bonin J. P., Hasan I., Wachtel P.: “Bank performance, efficiency and ownership in trnsition countries, BOFIT Discussion Papers, No 7, 2004

Brock Ph.: “Financial safety nets and incentive structures in Latin America”, Policy Research WP, No 1993, The World Bank, Development Research Group, October 1998

Claessens S.: “Banking reform in transition countries”, World Bank, June 9, 1996

Claessens S., Demirguc-Kunt A., Huizenga H.: “How Does Foreign Entry Affect the Domestic Banking Market?”, World Bank, 1998

Clark G. (i inni): “Foreign Bank Entry: Experience, Implications for Developing Countries and Agenda for further Research, World Bank, WP, No 2698, 2001

Farnoux M, Lanteri M., Schmodt J.: “Foreign Direct Investment in the Polish Financial Sector”, case study prepared for the CGFS Working Group on Financial Sector FDI, June 2004

Ferguson, R. W. Jr.: „Themes in International Bank Supervision”, Arlington, July 20, 1998

Gray C.W., Holle A.: “Bank-Led Restructuring in Poland: An Empirical Look at the Bank Conciliation Process, Economics in Transition, 1996

Havrylchyk O.: “Banking Efficiency, Consolidation and Foreign Ownership: Evidence from the Polish Banking Market, European University, Viadrina, 2005

IMF, Republic of Poland: Financial System Stability Assessment, June 2001

Kokoszczyński R.: “Structural Changes in the Polish Banking Industry – Three Dimensions of Consolidation in a Emerging Economy, BIS Papers, No 4, 2001

Lensink R., Hermes N.: “The Short-term Effects of Foreign Bank Entry on Domestic Bank Behaviour: Does Economic Development Matter?”, Journal of Banking and Finance, 28

Levine R., Loayza N., Beck T.: “Financial Intermediation and Growth: Causality and Causes”, 

National Bank of Poland: „The Polish Ranking Sektor in the Nineties”, December 2001

National Bank of Poland: “Summary Evaluation of the Financial Situation of Polish Banks”, yearly publication, 1998 to 2003 Opiela T. P.: Assesing the Efficiency of Polish Commercial Banks, Materiały i Studia, NBP, 2001

Paliński A.: Evaluation of Bank Debt Restructuring in 1992-1998 for Selected Polish Banks, Bank i Kredyt, NBP, 12/1999

Storf, Otto: „Foreign Bank in the Transformation Process: Hangary and Poland”, Deutsche Bank Research, January 3, 2000

2007-06-04 12:11
gospodarka, blogi ekspertów prywatyzacja, banki, kapitał zagraniczny Komentarze (7)
 Oceń wpis
   

Czy jestem zdziwiony, że premier rządu mojego kraju nie ma konta bankowego, a pensję przelewają mu na konto mamy? W ogóle mnie to nie dziwi. Traumatyczne przeżycia premiera związane z próbą podejścia go w 1991 roku przez nieżyjącego już byłego ministra finansów, który uparł się, żeby założyć mu konto, musiałyby być czymś naprawdę wstrząsającym; czymś, co pozostawiło trwały ślad w psychice premiera, co wyprofilowało go – jeśli można tak rzecz ująć – ekonomicznie.

Konto, jako zasadzka. Konto, jako element w brudnej grze politycznej Układu. Konto, jako narzędzie dla splugawienia dobrego imienia. Konto, jako coś, od czego każdy przezorny, przewidujący i przyzwoity człowiek powinien się trzymać jak najdalej. W końcu na takie konto każdy może sobie coś wpłacić. A ty się później tłumacz człowieku, że nie jesteś członkiem Towarzystwa.

Rozumiem to doskonale. Rozumiem znacznie lepiej niż wytarte argumenty podawane zazwyczaj przez te 30 proc. dorosłych Polaków, którzy do dziś nie używają rachunku bankowego. Bo ta mniejszościowa, topniejąca szybko garstka zazwyczaj twierdzi, że konto nie jest im do niczego potrzebne, albo że jest za drogie, za trudne w obsłudze, itp. Takie brednie ludzie plotą, że zęby bolą. Trudno ich zrozumieć.

Ale motywację pana premiera do samowykluczenia z uczestnictwa w zepsutym systemie bankowym rozumiem doskonale. Banki w Polsce (bo nie powiemy o nich przecież banki polskie), są czymś w wysokim stopniu podejrzanym. Są niebezpieczne z definicji. Są w obcych rękach. A jak nie w obcych, to wiadomo, w czyich. Każdy może sobie z nich zrobić instrument dla kompromitacji niewygodnego przeciwnika politycznego. Przykładów jest cała masa. Tylko wiedza o nich nie jest jeszcze, niestety, powszechnie dostępna.

Taka ideologiczna podbudowa do unikania fizycznego kontaktu z bankiem jest nie do obalenia. W przeciwieństwie do motywacji merytorycznej, którą – jak pokazują rosnące statystyki „ubankowienia” – banki jednak obalić potrafią.

Przed taką motywacją do nieposiadania konta, jaką na progu XXI wieku, z wrodzoną sobie prostą szczerością, zaprezentował opinii publicznej 38-mln kraju, członka NATO i UE, pan premier, trzeba po prostu ugiąć kolana. Trzeba się poddać. Z tym nic się zrobić nie da. Szkoda, że więcej ludzi nie może pójść w ślady premiera. Bylibyśmy naprawdę jeszcze bardziej oryginalnym narodem.

Pan premier zdecydowanie nie powinien się oddzielać od konta mamy. I my nie powinniśmy go do tego zmuszać. Niech tak już zostanie. Dla mnie przygoda pana premiera z rachunkiem bankowym jest najpiękniejszą i najbardziej wyrazistą metaforą ekonomiczną IV Rzeczpospolitej. Naprawdę - nie do przebicia.

2007-05-15 17:39
gospodarka, blogi ekspertów premier, banki, konto Komentarze (8)