O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

Po opublikowaniu szacunku wykonania deficytu budżetu państwa w styczniu dały się tu i ówdzie słyszeć odgłosy zachwytu: jest fantastycznie, będzie jeszcze fantastyczniej! Radość nie powinna nam jednak odbierać rozumu. Zastanówmy się raczej na chłodno, jak wytłumaczyć fenomenalną, blisko 24%, dynamikę wzrostu dochodów z VAT w ujęciu rok do roku. Zastanówmy się, co to może oznaczać dla finansów publicznych w tym roku. A może nawet pokuśmy się o prognozę na rok 2015, w którym – zgodnie z deklaracjami MF – Polska chciałaby wreszcie wydobyć się z procedury nadmiernego deficytu (EDP).

Statystyka dochodów w ujęciu r/r w okresie grudzień-styczeń jest – nie zapominajmy o tym – zakłócana nie tylko efektami bazowymi, ale też – co ważniejsze - administrowanymi przez MF przesunięciami terminów zwrotu podatku VAT. Wpływa to na olbrzymią zmienność dochodów; zmienność nieuzasadnioną samą dekompozycją wzrostu gospodarczego. Zmienna baza, z dużym dodatkiem „ręcznego sterowania”, zasadniczo zniekształca obraz strony dochodowej budżetu państwa na starcie roku i utrudnia tym samym ocenę wiarygodności wykonania całorocznej prognozy dochodów.

W tym roku dochody z VAT zostały w styczniu „podpompowane” za sprawą ograniczenia i opóźniania zwrotów podatku za materiały budowlane. Wielu przedsiębiorców skarży się przy tym na wyjątkowo drobiazgowe i długotrwałe kontrole US poprzedzające należny zwrot podatku VAT.

Jeśli zaś chodzi o bazę statystyczną dla porównań, to była ona w tym roku wyjątkowa. W styczniu 2013 spadek dynamiki VAT sięgnął – znów głównie za sprawą wysokiej bazy z 2012 roku – gigantycznej wielkości 22,1%. Wychodzi na to, że przy podobnej jak w styczniu 2012 technice opóźniania zwrotów VAT, dochody w styczniu 2014 ukształtowały się poniżej analogicznego okresu 2012. A rok 2012 do nadzwyczajnych, jeśli chodzi o tempo wzrostu gospodarczego, przecież nie należał.

Stąd wniosek, że na bazie zrealizowanych już dochodów, oczyszczonych z administrowanych ręcznie nalotów – wbrew powszechnemu osądowi – skalę ożywienia gospodarczego na początku roku uznać by wypadało za raczej umiarkowaną niż szaleńczą.

Debiut wiarygodnej prognozy

Uważam, że tegoroczna prognoza dochodów została po raz pierwszy od wielu lat oszacowana wiarygodnie. Zmiany w dekompozycji PKB na rzecz większej kontrybucji do wzrostu popytu krajowego, zakładane przez MF i skorelowane z dynamiką dochodów, są znacznie bardziej konserwatywne, niż wynikałoby to z konsensu rynkowego. A przez to bliskie też moim prognozom, gdzie udział w dekompozycji PKB popytu krajowego jest wciąż limitowany, a przeważa nadal eksport netto.

Oznacza to, że w części dotyczącej podatków pośrednich potencjał dla przekroczenia rocznej prognozy nie powinien przekraczać 3-4 mld PLN. Byłby to wynik zbliżony do osiągniętego w ubiegłym roku, wobec prognozy już po nowelizacji budżetu.

Bardzo optymistyczne prognozy rynkowe, bazujące na znaczącym zwiększeniu wkładu popytu krajowego oraz istotnym przyspieszeniu dynamiki wzrostu wynagrodzeń, szacują zaś skalę możliwego przekroczenia prognozy dochodów nawet na 10 mld PLN. Tak jakby wszyscy super-optymiści zapominali, że wynagrodzenia za pracę to u nas ledwie 40% dochodów gospodarstw domowych, ze znaczącym udziałem w nich transferów, rent i emerytur. A te w tym roku, w zestawieniu z dobrym pod tym względem rokiem 2013, praktycznie nie drgną (niska waloryzacja po niskiej inflacji i mizernym przyroście płac w 2013).

Dalej będzie równie ciekawie

W mojej ocenie przy założeniu niewielkich oszczędności w wydatkach, w skali roku nie przekraczających 4 mld PLN, deficyt budżetu państwa może być w tym roku niższy od zakładanego o ok. 8 mld PLN.

Tylko, co z tego? Pamiętajmy, że wynik budżetu państwa jest wielkością wtórną dla oceny pozycji fiskalnej kraju. W roku 2013 deficyt sektor wyniósł ok. 4,4% PKB. KE zaleciła rządowi podjęcie działań zmierzających do dodatkowego ograniczenia deficytu o 0,4 p.p. w tym roku i zejście poniżej traktatowego progu 3% w roku 2015. W okresie przedwyborczym 2014-2015 skala zacieśnienia fiskalnego, wymaganego dla zdjęcia z Polski procedury nadmiernego deficytu, sięgać więc łącznie powinna min. ok. 1,4% PKB.

Pomimo przejęcia przez rząd wartych 150 mld PLN aktywów OFE, co na jakiś czas odsunęło nas od przekroczenia konstytucyjnej i traktatowej granicy 60% długu w relacji do PKB, nie widzę więc – w przeciwieństwie do wielu komentatorów – jakiejkolwiek przestrzeni dla wzrostu w latach 2014-2016 wydatków publicznych ogółem.

Od roku 2015 działa już nowa reguła wydatkowa, ustalająca limit wzrostu wydatków dla znacząco poszerzonego sektora publicznego. Ten limit będzie skąpy dla całego objętego nim zestawu jednostek zaliczanych do sektora w myśl znowelizowanej ustawy o finansach publicznych. W wymiarze realnym wzrost limitu wydatków na rok 2015 nie powinien przekroczyć 1,2-1,3%, bo musi być skorygowany o „karne” 2 p.p. z tytułu ulokowania się deficytu sektora GG w roku 2013 na poziomie znacząco wykraczającym poza 3% PKB. 2013 (t-2) jest bazowy dla korekty wydatków w roku 2015 (t). Korekta w roku t uruchamiana jest obligatoryjnie właśnie za sprawą przekroczenia 3% deficytu lub 55% państwowego długu publicznego dwa lata wcześniej.

A ponieważ skokowy spadek długu po „operacji OFE” w roku 2014 nie powinien trwale wpływać na rozluźnienie rygorów reguły wydatkowej, ostrość korekty limitu wydatków również na rok 2016 nie może zostać złagodzona. Stąd dobrze, że rząd chce obniżyć progi w regule i formule korygującej o wielkość odpowiadającą spadkowi długu. Ogranicza to groźbę nadmiernego wzrostu wydatków także w powyborczym roku 2016, kiedy rokiem bazowym dla ustalenia korekty będzie wielkość deficytu sektora i długu publicznego z roku 2014 zakłóconego jednorazowym wpływem OFE na wyniki sektora. To ważna asekuracja. Choć – jak widać choćby z ostatnich naszych doświadczeń z ustawowo zapisanymi ograniczeniami w finansach publicznych – zapewne nie wystarczająca.

Reguła nie eliminuje też możliwości „poszalenia” z wydatkami tam, gdzie rząd uzna to za spójne ze swoim strategicznym celem. A celem tym jest bez wątpienia krótkookresowe wsparcie dynamiki obserwowanego PKB. Rzecz bez wątpienia ważna z punktu widzenia szans wyborczych obecnej koalicji.

Limit wydatków ustalony dla całego sektora pozwoli – na przykład – w roku 2015 znacząco zwiększyć poza te mizerne 1,2-1,3% wydatki na drogi i koleje. Tym samym jednak obciąć trzeba będzie – równie znacząco – wydatki dla innych jednostek zaliczanych do szerokiego sektora.

Wciąż uważam, że wielu resortowych ministrów jeszcze nie załapało, co czeka budżety podległych im jednostek w dwóch najbliższych latach. Chyba, że obecne i przyszłe MF jakimś zabiegiem spróbuje wywinąć się spod rygorów nakazujących obciąć o 2 p.p. limit wydatków w latach 2015-2016 wynikający z zastosowania formuły korygującej do uśrednionego tempa wzrostu gospodarczego z 6 minionych i 2 prognozowanych okresów rocznych. Ale tu mogę obiecać solennie, że ukryć się takiego manewru nie da.      

2014-02-27 16:19
gospodarka, blogi ekspertów budżet, reguła wydatkowa, progi ostrożnościowe Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 Zmiana podstawowych parametrów budżetowych była oczywista już od dłuższego czasu. Brak negatywnej reakcji rynku na zapowiedź zwiększenia deficytu nie jest więc żadnym wskaźnikiem zaufania rynku do rządu. Ta zła wiadomość była już wcześniej zdyskontowana w wycenie polskich aktywów. Wzrost cen obligacji i umocnienie się złotego bierze się zaś z neutralnego wpływu zwiększenia deficytu na tegoroczne potrzeby pożyczkowe. Zostaną one zaspokojone z prefinansowania. Ministerstwo Finansów jest dość dobrze przygotowane do realizacji zmienionego budżetu. Poduszka płynnościowa pod koniec czerwca wyniosła ponad 45 mld PLN (w tym 25 mld  to lokata w NBP, a 20 mld lokaty walutowe). Tyle, że - jak łatwo zauważyć - uszczuplenie prefinansowania teraz oznacza wzrost potrzeb pożyczkowych w przyszłym roku o co najmniej tę samą kwotę. Nie przesadzajmy więc z tym podziwem rynku dla rządu. Z cmokaniem i klaskaniem poczekajmy lepiej do pierwszego kwartału 2014. Zobaczymy, co wtedy dziać się będzie z rentownościami naszych obligacji. W mojej ocenie nowelizacja budżetu z pewnością rynku obligacji nie wzmacnia. Takie cuda na rynku się nie zdarzają.

Nowelizacja budżetu była opóźniana do ostatniej chwili. Biorąc pod uwagę ograniczenia legislacyjne wynikające z konieczności przestrzegania zaleceń nakładanych na relację deficytu budżetu państwa do planowanych dochodów po przekroczeniu przez dług pastwa 50 proc. PKB, można było obstawiać scenariusz wybrnięcia z budżetowego pata. Wybrano zawieszenie (czytaj: likwidację) pierwszego progu ostrożnościowego na dwa lata. Wstecznie na ten rok, wyprzedzająco na 2014. Po co dołączono do tego przyszły rok? Przecież od 2014 rząd ma już w zanadrzu nowelę UFP, znoszącą pierwszy próg ostrożnościowy, wprowadzającą nową regułę wydatkową, a na dodatek jeszcze możliwość przejęcia części aktywów OFE, co zredukuje dług publiczny o 6-11 pkt. proc. w relacji do PKB.

Niby tak, ale projekt przyszłorocznego budżetu musi być zaraz dopięty. Głupio by wyglądało, gdyby był on wsparty na nieistniejącym fundamencie prawnym. A w przyszłym roku deficyt budżetu państwa będzie musiał poszybować już w okolice dopuszczalnego w Wieloletnim Planie Finansowym limitu 55 mld, w 2015 jeszcze nieco wyżej. Zawieszenie progu 50 proc. na 2014 było więc niezbędne dla formalno-prawnej poprawności przedłożenia rządowego. I żeby „krzykliwi ekonomiści” nie sarkali.

 Rząd pokazał, jak zrobić coś, czego nie da się zrobić zgodnie z obowiązującym prawem. W sytuacjach ekstremalnych prawo się zmienia. Jeśli przepisy zawierają jakiekolwiek ograniczenia dla polityków (vide: progi zadłużeniowe), to w imię mniejszego zła wypada je albo znieść, albo pominąć. Przecież nie obetniemy wydatków o 30 mld w pół roku, prawda? Każdy, nawet Balcerowicz, to zrozumie.

Szczerze mówiąc: uważam, że zawieszenie progów ostrożnościowych było jakąś opcją wybrnięcia z pata w finansach publicznych 2-3 lata temu. Trzeba było to zrobić zaraz po tym, jak niepotrzebnie zwiększono deficyt sektora do blisko 8 proc. PKB, rozpędzając gospodarkę do blisko 5 proc. wzrostu. Alternatywą było przyspieszenie ślimaczących się prac nad nową regułą wydatkową. Zamiast tego wybrano coś prostszego: ostre hamowanie. Równie niepotrzebnie redukując tym sposobem deficyt w 2 lata o połowę (Rostowski chciał nawet o 1 pkt. proc. więcej), co doprowadziło dziś  gospodarkę na próg recesji.

Opcję wczesnego korygowania następstw błędu nadmiernej ekspansji fiskalnej odrzucono, bo Rostowskiemu się wydawało, ze raz jeszcze uda mu się prześliznąć po krawędzi. Ale się nie udało. Zawieszenie progu 50 proc. dla potrzeb nowelizacji tegorocznego budżetu, a więc poniekąd wstecz, jest spóźnione i przez to formalnie nieeleganckie. Ale nie to jest najważniejsze. Stwarza ono bowiem niebezpieczny precedens. Od teraz każda władza ma moralne prawo zmiany reguł w trakcie gry w ostatniej dosłownie chwili, po to tylko, by zminimalizować koszty polityczne („żeby ludzi nie bolało”). Koszty finansowe, czy reputacyjne są drugorzędne.

Rząd zamierza zaserwować nam trzy nowelizacje ustawy o finansach publicznych w okresie dwóch lat. Każda z nich – od zmiany zasad przeliczania długu denominowanego w walutach obcych przez zastosowanie uśrednionego kursu walutowego, czy „unettowienia” wielkości zadłużenia poprzez wyjęcie z niego prefinansowania potrzeb pożyczkowych, przez zawieszenie progu 50 proc., aż po regułę wydatkową – jest korzystna z punktu widzenia aktualnej pozycji fiskalnej. Co ważniejsze jednak – wszystkie nowelizacje wyraźnie osłabiają ostrzegawczą funkcję procedur ostrożnościowych zawartych w pierwotnej wersji UFP.

Czy tegoroczna nowelizacja oznacza dodatkowy impuls fiskalny dla gospodarki? Wolne żarty. A gdzie są te dodatkowe wydatki? Gdyby rząd zdecydował się jedynie na dostosowanie budżetu do ubytków po stronie dochodowej i na utrzymanie status quo po stronie wydatkowej, to trudno tu mówić o ekspansji fiskalnej, którą sugerowali minister finansów i premier. Gdyby zaś miały zostać sfinansowane jakieś faktycznie nowe, dodatkowe wydatki, to raczej pokaże się to pod kreską, czyli w finansowaniu pozabudżetowym.

Wzrost deficytu budżetu państwa, wydatki poza budżetem centralnym, oraz niskie tempo wzrostu nominalnego PKB muszą pociągnąć za sobą wzrost deficytu SFP do 4,5-5,0% PKB zarówno w tym, jak i w przyszłym roku. Deficyt będzie zgrzytem w naszych relacjach z Komisją Europejską. Dwa dodatkowe lata dane nam na wyjście z procedury nadmiernego deficytu skończą się wzrostem deficytu. Ale – wbrew pozorom – to nie pomrukiwanie KE będą naszym największym problemem. Będzie nim za to narastający dług, który mocno stępi ostrze antycyklicznej polityki fiskalnej, wywindowanej na piedestał przez nową regułę wydatkową.

Wolniejszy wzrost gospodarczy oraz większy deficyt SFP mogą już pod koniec bieżącego roku powiększyć dług SFP w ujęciu unijnym do poziomu bliskiego 60% PKB.

Stąd jest rzeczą oczywistą, że bez skokowej redukcji długu publicznego w drodze przejęcia części aktywów OFE, kontynuacja bieżącej polityki fiskalnej w warunkach umiarkowanego wzrostu, jaki czeka nas w najbliższych latach, musiałaby zakończyć się  zawieszeniem nie tylko kolejnego 55 proc. progu ostrożnościowego, ale tez zagrażałaby progowi konstytucyjnemu. I w takim właśnie kontekście postrzegać wypada dyskusję zarówno o nowej regule wydatkowej, jak też o przyszłości Otwartych Funduszy Emerytalnych. Kontekst jest tu ważniejszy niż cokolwiek innego.

 

2013-07-31 09:46
gospodarka, blogi ekspertów budżet, reguła wydatkowa, progi ostrożnościowe Komentarze (9)
 Oceń wpis
   

Już na etapie dyskusji o projekcie tegorocznego budżetu trudno było oprzeć się refleksji, że konserwatywne ponoć założenia dotyczące podstawowych agregatów makroekonomicznych były dość luźno skorelowane z wyśrubowaną prognozą dochodów podatkowych. Później przyszła realizacja budżetu. I stało się. Od marca dochody z tytułu VAT były już mniejsze niż przed rokiem. Potem zaczęły się jeszcze kłopoty z wpływami z CIT i akcyzy.

Po 9 miesiącach dochody ogółem są wyższe niż przed rokiem o 4,3 proc. (wg ustawy budżetowej powinny wzrosnąć o 5,6 proc.), a wpływy podatkowe zwiększyły się odpowiednio o 2,7 proc. (ustawa zakładała wzrost o 8,2 proc.).

Wpływy z najważniejszego dla budżetu państwa podatku VAT zmniejszyły się odpowiednio o 1,7 proc., gdy plan przewidywał wzrost aż o 9,4 proc.. Sporą rozbieżność pomiędzy prognozą a faktyczną realizacją odnotowano także w przypadku podatków akcyzowych: plan zakładał wzrost o 8 proc., faktyczne wpływy były o 4,6 proc. większe niż przed rokiem.

Lepsza sytuacja była w podatkach dochodowych. Wpływy z CIT zwiększyły się o 11,0 proc. (plan 7,1 proc.). Był to skutek pomyślnego dla przedsiębiorstw roku 2011, co dało budżetowi wyjątkowo duże wpływy z ostatecznego rozliczenia roku podatkowego w kwietniu. Po kwietniu sytuacja się już jednak zmieniła. Nie trzeba nawet dodawać, w jakim kierunku: w trzecim kwartale wpływy były mniejsze o 5,8 proc. w porównaniu do trzeciego kwartału ubiegłego roku.

Sukces dotyczy, jak dotąd, jednej tylko kategorii: dochody podatkowych z PIT. Były one po 9 miesiącach większe o 6,2 proc. niż przed rokiem (plan 5,6 proc.). W trzecim  kwartale dynamika wpływów przyspieszyła do 7,6 proc..

Jak postrzegamy końcówkę tego roku? MF w uzasadnieniu ustawy budżetowej na rok 2013 zakłada, że przewidywane wykonanie dochodów ogółem  wyniesie 292,4 mld zł (o 1,3 mld zł mniej niż zakładano w ustawie budżetowej). Nietrudno policzyć: musiałoby to oznaczać, że w ostatnim kwartale dochody powinny być większe o 8,2 proc. niż przed rokiem; w tym podatkowe większe aż o 9,2 proc..

Wydaje się nam to mało prawdopodobne. Osłabienie dynamiki wpływów podatkowych w ostatnich miesiącach, towarzyszące znacznemu osłabieniu  aktywności  gospodarczej, oraz sygnały dalszego jej osłabienia co najmniej do połowy 2013 roku,  podważają optymistyczną prognozę Ministerstwa Finansów.

MF przewiduję, że deficyt budżetowy wyniesie w całym 2012 roku 31,7 mld zł (plan 35,0 mld zł, a wydatki wyniosą 324,1 mld zł (plan 328,3 mld zł). Sugerowałoby to znaczne zwiększenie dynamiki wydatków w IV kwartale z 3,6 proc. r/r do 17,6 proc. r/r. Trudno nam wyrokować, jak należy to czytać. Czyżby miał to być jakiś nieujawniony dotychczas element stymulacyjnej ofensywy rządowej?

Naszym zdaniem dochody podatkowe spadną w IV kwartale odpowiednio o 2,1 proc., a w całym roku będą o około 18 mld zł mniejsze niż planowano. Główną przyczyną będą niższe niż przed rokiem wpływy z  VAT. W ten sposób osiągnięta zostanie górna granica przedziału możliwych spadków, zakładanych przez nas kwartał temu.

Dochody ogółem mogą być mniejsze o około 7 mld zł od przewidywanych przez MF. Oznacza to, że dla osiągnięcia przewidywanego deficytu (31,7 mld zł) wydatki powinny być o ok. 8 mld zł mniejsze od  planowanych i o ok. 4 mld zł mniejsze od przewidywanych. Trudne, ale możliwe od wykonania. Czy tak jednak będzie? Czy rząd uzna, że schodzenie z deficytem poniżej poziomu zapisanego w ustawie jest w obecnej sytuacji gospodarczej aby na pewno sensowne? Tego nie wiemy.

Najistotniejsze jednak – w naszym odczuciu – pozostają i tak skutki gorszego wykonania tegorocznego budżetu dla budżetu roku 2013. Przypomnijmy, że już w świetle dość optymistycznych założeń makroekonomicznych prognozy dochodów były mocno przeszacowane. Czy czegoś to nam nie przypomina? A przecież sytuacja makroekonomiczna może być jeszcze znacznie gorsza. Przy wzroście PKB o 1 proc. , a delatora PKB o 2 proc., dochody podatkowe mogą być znów o kilkanaście miliardów niższe niż prognozowane przez MF. A dodać do tego trzeba jeszcze istotny element zawyżonej bazy, wynikający z faktycznego wykonania tegorocznych wpływów.

Niestety prognozowanie dochodów podatkowych jest najwyraźniej piętą achillesową Ministerstwa Finansów, które pod tym względem charakteryzuje się zarówno nadmiernym optymizmem, jak i niezmąconą pewnością siebie. W ostatnich 5 latach jedynie w 2011 roku przekroczono  plan wpływów. Błędne prognozy strony dochodowej, choć dobrze wyglądają dla rządu na etapie procedowania budżetu w Parlamencie, prowadzą później do niepotrzebnych napięć w trakcie jego realizacji, ze szczególnym uwzględnieniem napięć rynkowych przy wycenie polskich aktywów, czy pozyskiwaniu finansowania.

            Wydaje nam się, że po tylu latach powtarzających się doświadczeń pora najwyższa wyciągnąć już z tej lekcji jakieś wnioski.

*)współautorem tego tekstu jest Mirosław Gronicki

2012-10-29 16:53
gospodarka, blogi ekspertów podatki, budżet, vat Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Premier Tusk wraz z ministrem Rostowskim przedstawili autorskie propozycje konsolidacji systemu finansów publicznych. Jednym z dwóch, obok lepszego zarządzania płynnością w sektorze publicznym, najważniejszych pomysłów dających szybkie efekty w postaci poprawy pozycji fiskalnej jest propozycja  reguły wydatkowej dla „sztywnych” wydatków budżetu. Mają one z roku na rok rosnąć nie więcej niż o wskaźnik inflacji + 1 pkt. proc.

 

Pierwszy podobną regułę wydatkową zaproponował Marek Belka już w 2001 r. Bez odpowiedniego oprzyrządowania ustawowego jej rola w negocjacjach budżetowych pomiędzy Ministerstwem Finansów, a dysponentami środków budżetowych była jednak minimalna.

 

Można też wymieniać inne stosowane już w przeszłości sposoby ograniczania wydatków. I tak w roku 2005 ustawowo zlikwidowano środki specjalne (wydawane następnie przez dysponentów np. na premie dla pracowników). Pomogło to zmniejszyć nieco wydatki. Tyle, że w kolejnych latach dysponenci znaleźli inne źródła finansowania zadań.

 

Podobne przykłady można mnożyć, a wniosek wydaje się nam dość oczywisty. Wszelkie próby ograniczania wydatków przeprowadzane w tradycyjnym systemie budżetowym są skazane na niepowodzenie. A doprowadzenie do zmniejszenia udziału wydatków sektora finansów publicznych z przewidywanych w tym roku około 46% do 40% PKB, z regułą wydatkową w zaproponowanej postaci zapisaną w formie ustawowej, staje pod dużym znakiem zapytania.

 

Historyczne dane pokazują, że w latach 2004-09 roczne tempo wzrostu wydatków sektora finansów publicznych wynosiło:

 

Rok     2004    2005     2006     2007      2008    2009Prognoza

Wzrost w %      4,7       8,3       8,9       6,8       10,9      8,9      

CPI+1%            4,5       3,2       2,0       3,5         5,2     4,5

 

Rzeczywiste wydatki budżetu ogółem rosły więc w tempie od 2 do 4-krotnie szybszym niż pozwalałaby na to reguła wydatkowa.

Taką regułą da się objąć ¼ wydatków budżetu państwa, czyli około 1/8 wszystkich wydatków sektora centralnego. Pozostałe wydatki bez zmian legislacyjnych będą nadal indeksowane, bądź zależne od innych niż centralny decydentów.

 

Obawiamy się także, że resorty mogą okazać się na tyle silne, że wymuszą ograniczenia stosowania reguły (np. tylko o wydatków nieinwestycyjnych). Ponadto tradycyjnie silne resorty wygrają z tymi, którzy zawsze dostawali za mało w stosunku do nałożonych zadań (kultura, edukacja, zdrowie).

 

Naszym zdaniem rozwiązanie problemu limitowania tempa wzrostu wydatków wymaga zasadniczo innego podejścia.

Po pierwsze - rząd powinien ustalić w dziedzinie wydatków podstawowe priorytety: krótko, średnio i długookresowe. Po drugie – rząd powinien wyznaczyć zadania w ramach każdego z tych priorytetów. Po trzecie - dobrać do nich źródła finansowania. Po czwarte – określić sposoby monitoringu i kontroli wykonania zadań.

Pomińmy na razie dwa pierwsze kroki i skoncentrujmy się na trzecim. Poprzestańmy na dość oczywistym stwierdzeniu, że trudno wyobrazić sobie rzeczywiste oszczędności w wydatkach bez wyeliminowania części zadań spełnianych dziś przez podmioty sektora publicznego.

Przejdźmy do finansowania tej części zadań państwa, która wydaje się niezbywalna. Otóż, stosowanie reguły wydatkowej przy ustalaniu źródeł finansowania zadań wydaje się dość mechaniczne. Prawdę mówiąc reguła w postaci „inflacja+1%” jest jeszcze jedną formą indeksacji nałożoną tym razem na elastyczną część wydatków. Ona może się od biedy sprawdzić w przypadku wysokiej dynamiki wzrostu. A co stanie się przy  ujemnej dynamice wzrostu i inflacji wychodzącej ponad cel RPP?

Czy nie lepiej byłoby rozpisać konkurs na wykonanie określonych niezbywalnych zadań, dopuszczając do jego realizacji także jednostki sektora prywatnego? Minister finansów jest wówczas w stanie  określić poziom wydatków na okres wieloletni. Zyskujemy także podstawy do ustalenia mierników efektywności nakładów publicznych.

Można sobie wyobrazić (w niektórych samorządach już się tak dzieje), że na szkoły podstawowe mogą być państwowe, prywatne, państwowo-prywatne. Jeśli ustali się zadania i miernik efektywności (stopnie z końcowego egzaminu), to nieważne kto jest właścicielem szkoły. Ważne, czy niezbywalne zadanie zapisane w konstytucji jest realizowane. Przy tym nie chodzi nam o szkoły prywatne, elitarne z wysokim czesnym, ale o szkoły ogólnodostępne finansowane ze środków publicznych.

Podobnie można procedować w przypadku całego szereu innych usług publicznych. Usługi publiczne mogą być wykonywane przez różne jednostki (nieważne czy kot jest biały, czy czarny – ważne, by łapał myszy) pod warunkiem, że przy ustalonej cenie usługi dają najlepszą jakość lub przy zadanym wskaźniku jakościowym najniższą cenę.

To, o czym tu piszemy nie jest nowością. Wstępnym krokiem przy tworzeniu skutecznego budżetu zadaniowego jest w końcu zastopowanie, a w drugim etapie ograniczenie zadań wykonywanych dziś przez państwo. Proste zestawienie wskazuje, że dziś zadania w sektorze publicznym potrafią mnożyć się niczym króliki, bo wskazanie nowego zadania jest zawsze wstępem do żądania większych pieniędzy od ministra finansów. 

Reguła wydatkowa w zaproponowanej postaci, nawet jeśli uda się ją wprowadzić w formie ustawowej nie poradzi sobie z tym problemem. Tylko eliminacja części zadań oraz wprowadzenie mechanizmu konkurencji do drugiej części zadań, tej niezbywalnej, w sektorze publicznym może skutecznie ograniczyć wydatki, przy mniejszej wrażliwości na tempo wzrostu gospodarczego. Każde mechaniczne działanie, w naszej opinii, skazane jest w dłuższym okresie na niepowodzenie.

 

współautorem tego tekstu jest Mirosław Gronicki

2010-02-02 16:54
gospodarka, blogi ekspertów budżet, reguła, wydatkowa Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Dochody krajowe (podatkowe i niepodatkowe) po lipcu lokują się nominalnie nadal poniżej ubiegłorocznych (mniej o 5,6 mld PLN). Jedyną kategorią dochodów krajowych, gdzie budżet odnotowuje nominalne wzrosty jest jak dotychczas akcyza (więcej o 1,7 mld PLN). W pozostałych kategoriach (podatek od osób prawnych -2,5 mld; podatek od osób fizycznych -1,1 mld; podatki pośrednie -4,3 mld) dochody są nominalnie niższe od ubiegłorocznych. Gdyby nie wysoka dynamika dochodów unijnych (wyższe o 229 proc. w zestawieniu z okresem styczeń-lipiec 2008; w samym lipcu dochody unijne przyrosły o 4,7 mld PLN w stosunku do poprzedniego miesiąca), dochody ogółem również znajdowałyby się poniżej ubiegłorocznych. A tak są o 9,1 mld PLN wyższe. Do końca roku dla wykonania obniżonej prognozy dochodów krajowych trzeba będzie zebrać 97 mld PLN. I trzeba otwarcie powiedzieć, że jest to na granicy możliwości, choć do zrobienia. W analogicznym okresie ubiegłego roku, przy wyższej dynamice PKB budżet zebrał z tytułu dochodów krajowych 104,8 mld.

 

Deficyt budżetu państwa po 7 miesiącach był o 1,7 mld poniżej wykonania w czerwcu. Nie stało się to jednak z pewnością za sprawą niższej dynamiki wydatków. Bo te w jednym tylko miesiącu od czerwca wzrosły o 25 mld PLN. Dla utrzymania się w granicach ujętych w noweli budżetowej wydatki do końca roku mogą wzrosnąć maksymalnie o 125 mld PLN. Jest to dokładnie tyle, ile wyniósł wzrost wydatków między sierpniem a grudniem 2008. Tyle, że tym razem może być trudniej. W drugiej połowie roku dynamika dochodów unijnych spadnie. Pojawią się za to wydatki unijne, związane z rozdysponowaniem środków do beneficjentów. Deficyt będzie więc szybko pęczniał.

Dla budżetu kwestią absolutnie pierwszoplanową wydaje się szybka odbudowa dynamiki dochodów krajowych, w tym głównie podatku VAT. I tutaj widać już pierwsze symptomy poprawy. Między czerwcem, a lipcem dochody z podatków pośrednich wzrosły o 14,3 mld, a dochody krajowe nawet o 20,8 mld. Wcześniej przyrosty miesięczne były znacznie bardziej umiarkowane, rzędu 8-12 mld, ale trend rosnący utrzymuje się i jest wyraźny.

Dopiero w dłuższej perspektywie możliwe są do przeprowadzenia zmiany w strukturze wydatków, wymagające w olbrzymiej większości wypadków przejścia przez pełen cykl legislacyjny (łącznie z ewentualnym odrzuceniem prezydenckiego weta) w parlamencie.

 

Innymi słowy: ciesząc się z relatywnie dobrego na tle Europy stanu sfery ralnej naszej gospodarki nie zapominajmy, że sektor finansowy i budżet państwa znajdować się będą w najbliższych dwóch latach nadal pod silną presją.

 

2009-08-17 18:47
gospodarka, blogi ekspertów deficyt, budżet, nowelizacja Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Wykonanie budżetu państwa po pięciu miesiącach przyniosło pogłębienie się negatywnych tendencji. Zanaczyły się one przede wszystkim w zakresie napływu dochodów krajowych. O ile w okresie styczeń-kwiecień ubytek dochodów podatkowych i niepodatkwych wobec tego samego okresu ubiegłego roku sięgał jeszcze kwoty 2,2 mld PLN, to po maju bylo to już 5,95 mld. Oznacza to wzrost ubytku od -2,7 proc. do -4,01 proc. wobec analogiczego okresu 2008 roku. Dla przypomnienia: w tegorocznej ustawie budżetowej przewidziano 12,8 proc. wzrost w kategorii dochodów krajowych.

Dla zrealizowania planowanej wielkości dochodów w pozostałej części roku, czyli między czerwcem a grudniem, Ministerstwo Finansów musiałoby zebrać 172,2 mld PLN. W takim samym okresie ubiegłego roku, przy ok. 5-proc. średnim tempie wzrostu gospodarczego, udało się zebrać 119,3 mld PLN. Ewentualności wzrostu dochodów krajowych rzędu 43,5 proc. wobec ubiegłego roku (przy spadku o 4 proc. w pierwszych 5 miesiącach) nie sposób traktować serio.

Przy założeniu, że ubytek w dochodach krajowych przestanie się już dalej pogłębiać w dalszej części roku (co w świetle dotychczasowego wykonania wydaje sie założeniem optymistycznym) i nie przekroczy 4 proc., niedobów dochodów krajowych na koniec roku wyniósłby 40,1 mld PLN (wobec 37,8 mld szacunków po kwietniu). W pierwszych pięciu miesiącach niedobór w tej najważniejszej dla dochodów budżetu kategorii podatków pogłębia się więc w szybkim tempie.

Dochody budżetu ogółem po maju 2009 były co prawda o 2,3 mld PLN wyższe niż w analogicznym okresie 2008 (choć w ujęciu nominalnych kształtowały się wciąż o blisko 3 mld PLN poniżej wielkości ujętej w harmonogramie). Ta lekka nadwyżka była jednak możliwa wyłącznie za sprawą nadzwyczajnie dynamicznego przyrostu w kategorii „środki z UE i innych źródeł nie podlegające zwrotowi). Przyrost dochodów unijnych w ujęciu rok do roku wyniósł aż 6,3 mld PLN.

Wydatki rosły w pierwszych 5 miesiącach roku nadzwyczaj szybko. Ich przyrost o 16,9 mld PLN wobec analogicznego okresu ubiegłego roku nie może być w kategoriach ekonomicznych oceniony inaczej niż ekspansywna polityka fiskalna. Wydatki krajowe wzrosły o 13,6 mld zł (czyli o 14,5% r/r), przy czym część z tego przyrostu wynika ze spłacenia zobowiązań wymagalnych za 2008 r. W szacunkowych danych o wykonaniu budżetu państwa za okres styczeń-maj 2009 ślad zapowiadanych oszczędności jest bardzo nikły i nie przekracza kwoty 2,9 mld PLN odniesionej do przewidywanego harmonogramu wykonania budżetu. W dalszej częśći roku konieczne będą więc istotne oszczędności.

Istotną cechą budżetów ostatnich dwóch lat było praktyczne zbilansowanie dochodów i wydatków krajowych. W 2008 r. tak mierzony deficyt (nie uwzględnia on transferów do OFE, które faktycznie są wydatkiem, ale według polskiej definicji należą do rozchodów) wyniósł 1,7 mld zł. Różnica pomiędzy dochodami a wydatkami „unijnymi” wyniosła 22,7 mld zł. Ustawa budżetowa na rok bieżący zakładała odpowiednio nadwyżkę w części krajowej (3,5 mld zł) i deficyt w części unijnej (-21,7 mld zł). W okresie styczeń-maj odpowiednie deficyty wyniosły 9,7 i 6,7 mld zł.

Sytuacja finansów publicznych w tym, a jeszcze bardziej w przyszłym roku będzie bardzo trudna. Już po pięciu miesiącach br. widać, że na skutek dekoniunktury i ujemnej dynamiki popytu krajowego, potencjalne ubytki w dochodach krajowych, w ujęciu rocznym, nie będą mniejsze niż 40 mld PLN. Jeśli chodzi o rok 2010, to prognozowane przez rząd tempo wzrostu PKB (0,5 proc.), nawet po uwzględnieniu korzystnego dla budżetu przesunięcia w dekompozycji PKB z eksportu netto na popyt krajowy, umożliwi co najwyżej utrzymanie nominalnych dochodów krajowych na poziomie zbliżonym do tegorocznego wykonania ( nie więcej niż 229 mld). Ponadto nadal koszty współfinansowania i składki unijnej będą utrzymywały niezbilansowanie części unijnej budżetu – całkiem prawdopodobne jest iż różnica pomiędzy dochodami i wydatkami może w tym i następnym roku przekroczyć 20 mld zł.

Przy określonych założeniach dotyczących dynamiki i struktury PKB, inflacji, funduszu płac i zatrudnienia, jesteśmy już dziś w stanie wstępnie oszacować różnicę między możliwymi do osiągnięcia w przyszłym roku dochodami krajowymi i dającymi sie już dziś skwantyfikować rosnącymi wydatkami zdeterminowanymi (indeksacja, waloryzacja świadczeń, dotacje do FUS i KRUS, podjęte zobowiązania wobec nauczycieli, składka do UE). Otóż, przy 0,5 proc. wzroście PKB różnica między dochodami krajowymi i wydatkami państwa, wobec wykonania w tym roku, rośnie o kolejne 15 mld PLN.  Jest więc bardzo prawdopodobne, że bez działań zapobiegawczych deficyt całego sektora (GG) byłby zbliżony do szacunków zaprezentowanych przez KE, osiągając w przyszłym roku 6-7 proc. PKB. Przy niezmienionym sposobie fianansowania oznaczałoby to również przekroczenie maksymalnej dopuszczalnej w konstytucji relacji długu publicznego do PKB.

Przy naszym aktualnym bardzo niekorzystnym na tle innych państw UE współczynniku elastyczności deficytu na tempo wzrostu gospodarczego nie da się w ciągu jednego roku pokonać negatywnego wpływu dekoniunktury na finanse publiczne. Problemem są więc nie tylko lata 2010-2011, ale również – z uwagi na odłożone skutki indeksacji i waloryzacji – rok 2011. 

Obowiązkiem ministra finansów jest przedłożenie rządowi propozycji złagodzenia niebezpiecznych napięć w finansach publicznych. Zamrożenie wydatków przynoszące zapowiadane na ten rok oszczędności na poziomie ok. 10 mld PLN, jest oczywiście poza dyskusją. Przesuniecie 9,7 mld PLN w wydatków budżetu do Funduszu Drogowego – również. Trzeba mieć jednak świadomość, że trwałe i – co ważniejsze - istotne ograniczenie wydatków zdeterminowanych wymaga zmian ustawowych i przejścia przez pełen cykl legislacyjny. Być może takie propozycje powinny być przygotowane, ale realistyczna ocena wskazuje, że nie mają one większych szans. Względy proceduralne wykluczają ponadto dokonanie istotnych zmian w podatkach i parapodatkach w tym roku.

Po stronie dochodowej, przeliczenie skutków podniesienia podatków pośrednich, podwyżki składki rentowej, zdrowotnej, a następnie przedłożenie tych wyników do decyzji politykom – musi być wykonane. Dotyczy to przede wszystkim planowanych dochodów podatkowych w latach 2010-2011. Podwyżki podatków nie są jednak dobre ani dla gospodarki, ani dla popularności polityków. Dlatego przy cyklu politycznym obejmujacym wybory prezydenckie i parlamentarne w dwóch najbliższych latach wydają się mało prawodopodobne.

Co w takim razie można zrobić dla zapobieżenia załamaniu finansów publicznych w latach 2009-2011? Otóż, z jednej strony można zwiększyć dochody niepodatkowe – przede wszystkim dywidendy ze spółek kontrolowanych przez skarb państwa, a z drugiej – zmienić strukturę finansowania deficytu. Ta pierwsza operacja poprawi wynik budżetu w roku 2009. Nie da się jej powtórzyć w latach 2010-2011. Zmiana struktury finansowania dotyczyć zaś może przede wszystkim lat 2010-2011.

Dochody z tytułu dywidendy mogą przekraczać planowane na ten rok 2,9 mld PLN o 2-10 mld PLN. Przy czym osiągnięcie górnej granicy byłoby możliwe, gdyby rząd zdecydował się sięgnąć po pieniądze nie tylko do PKO BP, ale również do tych spółek SP, które w ostatnich latach odkładały zyski na kapitał zapasowy (głównie PZU, ale również GPW). Taka operacja jest prawnie i technicznie wykonalna. Spółki SP nie trzymają oczywiście gotówki. Większość z nich nadwyżki ulokowała w obligacjach SP. Ich akcjonariuszami są również często podmioty zagraniczne. Źeby nie zniszczyć rynku obligacji operacja pobierania dywidendy z poprzednich okresów rozliczeniowych musiałaby być przeprowadzona w oparciu o kredyt zaciągany przez spółki zobowiązane do jej wypłaty uchwałami walnych zgromadzeń. Jeszcze inaczej musiałby być asekurowany przed skutkami raptownej wymiany przez złotych z dywidendy na waluty rynek FX. Operacja maksymalnego zwiększenia tegorocznych dochodów z tytułu dywidendy jest wykonalna. Spółki mogą próbować zwiększyć kapitały w drodze emisji z prawem poboru. Dla SP objęcie takich idziałów nie jest wydatkiem, lecz finansowaniem. Jest więc obojętne z punktu widzenia deficytu, choć zwiększa dług publiczny. Zwracamy jednak uwagę, że im niższy w wyniku operacji jednorazowych będzie tegoroczny deficy, tym trudniej bez zasadniczej reformy strony wydatkowej będzie zmniejszyć go w latach 2010-2011. A tego oczekiwać od nas będzie Komisja Europejska.

Rząd ma znacznie większe pole manewru niż w przypadku deficytu po stronie finansowania w latach 2010-2011. Według wyceny na 01. czerwca tego roku, wartość rynkowa udziałów Skarbu Państwa w spółkach notowanych na GPW w Warszawie przekraczała 45,8 mld PLN. Z tego ok. 21 mld przypadało na 3 spółki, które można nazwać strategicznymi (PGNiG, Orlen, Lotos). Z pozostałych ok. 24,9 mld, na 3 spółki (PKO BP, PKO SA i KGHM) przypadało ok. 21 mld PLN. Pozostałe „drobiazgi” warte były ok. 4 mld PLN.

Zważywszy na wspomniane wcześniej uwarunkowania ograniczające pole manewru zarówno po stronie wydatkowej, jak dochodowej, rząd mógłby ewentualnie pogodzić się ze zwiększeniem deficytu, proponując równocześnie agresywny program 2-letniej prywatyzacji i sprzedaży niepracujących aktywów państowych. Program o wartości nie mniejszej niż 25-35 mld PLN.

Innymi słowy: zamiast na „ratunkowym” ograniczaniu deficytu, rząd skupić się powinien na sprzedaży niepracujących aktywów i ograniczeniu udziału SP w spółkach notowanych na giełdzie. Mniejsze będą  potrzeby pożyczkowe i ograniczy się przyrost długu publicznego. Zwiększy się też efektywność gospodarki w dłuższym okresie, poprzez zmianę formy własności. A że odezwie się znów chór krzykaczy zatroskanych o wyprzedaż za bezcen „sreber rodowych”, przejętych „rabunkową eksploatacją majątku narodowego”? Proste przeliczenie liczby punktów ze wskaźnika WIG 20, przypadających w ostatnich latach na każdy mln PLN zysku spółek z indeksu (odpowiednik wskaźnika P/E) pokazuje niedwuznacznie, że czekanie na „lepsze warunki rynkowe” ma bardzo wątłe merytoryczne podstawy. Wartość tak policzonego wskaźnika ceny do zysku jest bardzo stabilna.

Wydaje się, że tegoroczny deficyt jest dla rządu mniejszym problemem niż zbilansowanie finansów publicznych w dwóch kolejnych latach. W tym roku przy realizacji zakładanych oszczędności i zmaksymalizowaniu przychodów z dywidendy niedobór w dochodach krajowych nie znajdujący pokrycia w oszczędnościach i dochodach niepodatkowych może zostać sprowadzony do kwoty nie przekraczającej 7-11 mld PLN. O tyle w tym roku, wobec prognozowanych 18,2 mld, trzeba by powiększyć deficyt budżetu państwa.

Problemem jest, że w latach 2010-2011 nie da się już powtórzyć nadzwyczajnych dochodów. Jeśli wysiłek rządu skupi się na prywatyzacji, to będzie to korzystne dla długu publicznego, ale obojętne dla deficytu. Nie przypuszczamy, aby w latach wyborczych udało się osiągnąć zbyt wiele w kwestii ograniczenia wydatków zdeterminowanych. Wymagałoby to bowiem moblilizacji większości parlamentarnej dla wielce prawdopodobnego weta prezydenta. Stąd realistyczna ocena sytuacji podpowiada rozwiązanie kompromisowe: rozłożenie dochodów ze skumulowanej dywidendy spółek SP na lata 2009-2010 (korzystne dla deficytu) i uruchomienie intensywnej prywatyzacji w latach 2010-2011 (korzystne dla ograniczenia potrzeb pożyczkowych budżetu).

*)tekst napisany wspólnie z Mirosławem Gronickim, w skróconej wersji opublikowany przez GW   

 

2009-06-24 11:03
gospodarka, blogi ekspertów deficyt, budżet, dostosowanie Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Nerwowe pohukiwania opozycji, która domaga się głowy ministra finansów katastrofalnie świadczą o merytorycznych kwalifikacjach polityków, którzy wspierając się gazetowymi dywagacjami na temat stanu finansów publicznych, snują wizję nieuchronnej katastrofy.

Otóż, raz jeszcze trzeba wyraźnie powiedzieć: żadnej katastrofy nie ma i nie będzie. Jest za to sytuacja nadzwyczajna, nie pierwsza przecież i nie ostatnia w historii naszych finansów publicznych, która raz jeszcze potwierdza ich kompletną nieodporność na gospodarczą dekoniunkturę. Większość dostępnych szacunków wskazuje, że w naszym przypadku 1 pkt. proc. spadku dynamniki PKB przekłada się na 1,2 pkt. proc. wzrostu deficytu GG. Jest to najprawdopodobniej rekord w skali Unii Europejskiej. Większość starych czlonków Unii ma ten wskaźnik elastyczności na poziomie 0,3-0,4; a w przypadku nowych krajów członkowskich spadek PKB o 1 pkt. proc. pociąga za sobą autonomiczny wzrost deficytu sektora o 0,6-0,7 pkt. proc.

Jesteśmy, jako kraj, mistrzami świata w generowaniu nowych wydatków budżetu bez względu na sytuację po stronie dochodowej. Dzieje się tak za sprawą nieusuwalnej od lat przerażającej liczby ok. 80 pozycji automatycznie ideksowanych wydatków. Nasz udział wydatków zdeterminowanych (liczonych łącznie) sięga 73 proc. wydatków budżetu ogółem. O jakiej w tej sytuacji antycyklicznej polityce fiskalnej może w ogóle być mowa? Wolne żarty. Nasza polityka jest procykliczna od lat. Kiedy któryś a polityków z dumą wspomina czasy, kiedy 7 proc. dynamice PKB odpowidał zaledwie 2 proc. deficyt budżetowy, to średnio wykształconego ekonomistę pusty śmiech ogarnia. A to dlatego, że przy takim wzroście w budżecie każdego kraju o normalnej strukturze wydatków publicznych pojawia się 3 proc. nadwyżka. I to dopiero stwarza przestrzeń dla prowadzenia antycyklicznej polityki fiskalnej. W naszym przypadku takiej przestrzeni po prostu nie ma.

Dlatego każdy minister finansów zderzający się z cyklem koniunkturalnym staje w sytuacji nie do pozazdroszczenia. I musi sobie z nią poradzić. Rostowski będzie musiał zablokować wydatki na kwotę ok. 19 mld PLN. Co już zapowiedział. Będzie też musiał coś zrobić z pozostałymi brakującymi mu ok. 18 mld PLN. Bo łączny ubytek dochodów krajowych przekroczy 37 mld PLN. I to jest jasne dla każdego ekonomisty zajmującego się fianansami publicznymi. Trudno dociec, o co chodzi tym, którzy chcą odwołania ministra finansów zanim przedstawi on rządowi swoje propozycje na temat tegorocznego, a jeszcze bardziej przyszłorocznego budżetu. Dobry czas na stawianie radykalnych wniosków przyjdzie dopiero po przedłożeniu ministra finansów.

 

Jeśli zaproponuje on wzrost deficytu budżetu państwa w tym roku do 40 mld, a w przyszłym o kolejne 10 mld PLN, bez wskazania źródeł finansowania, co pociągnęłoby za sobą gigantyczny wzrost potrzeb pożyczkowych i długu publicznego, to żądania głowy ministra będą solidnie uzasadnione.

Jeśli jednak przestawi inne propozycje, na przykład sprzedaż w okresie dwóch najbliższych lat, wartych dziś (stan na 25 maja 2009) 47,664 mld PLN udziałów SP w spółkach publicznych, co pozwoliłoby sfinansować większe deficyty przy spadku potrzeb pożyczkowych, to wszyscy rozsądni politycy powinni wesprzeć ministra.

Byłby to bowiem pierwszy krok na drodze uczynienia z budżetu skutecznego instrumentu polityki antycyklicznej. Równocześnie mielibyśmy do czynienia z wykorzystaniem kryzysu, jako instrumentu dla racjonalnego ograniczenia udziału państwa w realnej gospodarce. Zwracam uwagę, że same udziały w PKO BP i KGHM warte są wedle aktyalnej wyceny rynkowej 19,174 mld PLN, a pozostałe resztówki w spółkach „niestrategicznych” 4,910 mld PLN.

 

2009-05-26 17:47
gospodarka, blogi ekspertów deficyt, budżet, nowelizacja Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

 

Wokół wykonania tegorocznego budżetu narosło się już wystarczająco dużo nieporozumień. Pora więc może najwyższa dokonać diagnozy opartej na twardych danych.
 
Po czterech miesiącach 2009 roku po stronie dochodowej sytuacja ma sie w ten sposób:
1.Zakładane w ustawie budżetowej dochody podatkowe i niepodatkowe miały w tym roku wzrosnąć o 12,8% wobec wykonania w roku 2008.
2.Tymczasem w okresie styczeń-kwiecień 2009 były one o 2,194 mln PLN niższe niż w tym samym okresie 2008 roku; odpowiada to ubytkowi o 2,7%. W rozbiciu na poszczególne kategorie wyższe niż przed rokiem były jedynie wpływy z akcyzy (+1,599 mln r/r) i dochody państwowych jednostek budżetowych (+363 mln r/r); o 1,216 mln niższe niż w pierwszych czterech miesiącach 2008 były dochody z VAT; o 1,108 mln z CIT; o 452 mln z PIT.
3.Dla realizacji zaplanowanego w ustawie budżetowej poziomu dochodów krajowych (269,4 mld), w pozostałej części roku, czyli od maja do grudnia, wpływy podatkowe i niepodatkowe musiałyby sięgnąć kwoty 188,1 mld PLN. W analogicznym okresie ubiegłego roku wyniosły one 155,5 mld PLN. Wychodzi więc na to, że dla zrealizowania zapisów ustawy budżetowej dynamika dochodów krajowych w pozostałej części roku musiałaby wynieść 21%. Sporo biorąc pod uwagę przewidywane tempo wzrostu gospodarczego.
4.Przy optymistycznym – jak się wydaje - założeniu, że w całym roku dochody krajowe spadną wobec 2008 jedynie tyle, co w pierwszych czterech niesiącach 2009, czyli o 2,7%, ubytek w tej kategorii dochodów na koniec roku wyniósłby 37,8 mld PLN wobec wielkości zapisanej w ustawie.
5.Na dochody budżetu ogólem składa się również kategoria „środki z UE i innych źródeł nie podlegających zwrotowi”. I tu sytuacja jest wyraźnie lepsza niż w ubiegłym roku. Dochody z tego tytułu były w okresie styczeń-kwiecień o 912 mln PLN wyższe niż w takim samym okresie ubiegłego roku. To sprawiło, że dochody ogółem były niższe o 1,281 mln (1,4% r/r) i o 1,605 mln PLN poniżej harmonogramu.
6.Nawet pełna absorbcja środków unijnych (33,6 mld) nie zapełni jednak wyrwy w dochodach ogółem, powstałej w wyniku niższego wykonania dochodów krajowych. Oznacza to, że w tym roku ubytek dochodów rzędu 37,8 mld PLN traktować trzeba, jako realistyczne minimum.
 
Po czterech miesiącach 2009 po stronie wydatków sytuacja ma się w ten sposób:
1.Wydatki były nominalnie o 14,655 mln PLN wyższe niż w tym samym okresie ubegłego roku. Wzrost nastąpił we wszystkich kategoriach. W tym takich, jak obsługa długu krajowego (8,7 mld wobec 4,9 mld) czy zagranicznego (4,0 mld wobec 3,3 mld) wzrosty były znaczące i uzasadnione niekorzystną zmianą warunków na rynku długu. W innych (jak dotacja do FUS czy KRUS) – niekorzystnymi zmianami na rynku pracy. W przypadku subwencji dla samorządów wzrost wydatków był następstwem zmian ustawowych w podatku PIT i wzrostem uposażeń nauczycieli.
2.Wydatki w okresie styczeń-kwiecień były i tak o 2,3 mld PLN poniżej poziomu ujętego w harmonogramie wykonania budżetu. Tylko dzięki temu zaawansowanie wykonania deficytu po kwietniu mogło wynieść 84,3%, czyli 15,3 mld PLN.
3.Można przypuszczać, że limitowanie wydatków pozwoli obnizyć ich poziom do końca roku o ok. 8-10 mld PLN wobec 321,2 mld przewidzianych w budżecie.
Wnioski:
>Przypominam, że szacunek ubytków w dochodach krajowych oparty został na optymistycznym założeniu, że nie będzie z nimi gorzej niż w pierwszych 4 miesiącach roku. Oznacza to, że jest to dolny, a nie górny przedział możliwych ubytków.
 
>Przy założeniu 10 mld PLN oszczędności w wydatkach w wyniku wprowadzenia limitów i przesunięciu 9 mld PLN z wydatków budżetu na budowę autostrad do funduszu, trzeba znaleźć po stronie dochodów budżetu dodatkową kwotę nie mniejszą niż 18,8 mld PLN. Kwota ta, w połączeniu z oszczędnościami, wypełniłaby realistycznie oszacowaną wyrwę po dochodach krajowych. Pozwoliloby to zachować na koniec roku deficyt budżetu państwa na niezmienionym poziomie 18,2 mld PLN, pomimo możliwego czasowego przekroczenia w trakcie roku.
 
>Wskazanie sposobów zwiększenia dochodów w tym roku o nie mniej niż 18,8 mld PLN jest zadaniem ministra finansów. Minister może też, oczywiście, zaproponować rządowi i parlamentowi podniesienie deficytu na rok 2009 o całą tę kwotę (czyli do wysokości ok. 37 mld PLN), albo jakąś jej część. Jak będzie - wkrótce sie przekonamy.
      
2009-05-17 13:21
gospodarka, blogi ekspertów deficyt, budżet, nowelizacja Komentarze (0)
 Oceń wpis
   
Wielu ekonomistów, w tym również  niżej podpisany, wiązało od dawna duże nadzieje z wprowadzeniem do praktyki (a nie tylko – jak dotąd – teorii) planowania budżetowego sztywnej reguły limitowania wydatków ogólem o niewielki procent ponad poziom inflacji.

Nieduży realny wzrost wydatków, w granicach 1-3 proc., wydawał się rozwiązaniem właściwym dla stopniowego „wyrastania z deficytu”. Reguła wydatkowa ma znacznie więcej zalet niż słynna 30 mld nominalna „kotwica budżetowa”, ciągnąca nas na dno tym mocniej, im lepsze było faktyczne wykonanie budżetu. To właśnie za sprawą „kotwicy” w projektach ustaw budżetowych w ostatnich latach deficyt budżetu państwa rósł w stosunku do faktycznego wykonania z roku poprzedniego, po to, by później maleć w trakcie pomyślnego wykonywania budżetu. Fikcja goniła tu fikcję.

Dlaczego w takim razie używam czasu przeszłego pisząc o nadziejach związanych z regułą procentową limitowania wydatków?

Coż, chodzi o podstawę dla oszacowania możliwego wzrostu wydatków. Jeśli bowiem za taką służyć ma zapisany w ustawie budżetowej poziom wydatków, to nie trzeba nadmiernej przenikliwości, by zauważyć, że przy faktycznym ich wykonania odbiegającym w dół od planowanego (a tak właśnie było w ostatnich latach), z twardej reguły zapisanej na papierze w dobrze wyglądajacej postaci:

inflacja + 2 proc.

może się łatwo zrobić galaretowate:

inflacja + 2 proc. + (x) proc. niewykonanych wydatków z roku poprzedniego

Jeśli, dajmy na to, w roku 2008 zamiast planowanych i zapisanych w ustawie budżetowej wydatków na poziomie 310,4 mld PLN wykonamy „jedynie” 305 mld, to przy regule „inflacja + 2 proc.” dorzucamy do planowanych w roku 2009 wydatków dodatkowe 1,6 proc. zaoszczędzone w ubiegłym roku; jeśli wykonane wydatki byłyby o 10 mld niższe od planu, a podstawa dla limitowanie pozostałaby taka jak w planie, to nominalne wydatki – pozostając w pełnej zgodzie z regułą - mogłyby wzrosnać o: 3,2 proc. (prognozowana średnioroczna inflacja) + 2 proc. + 3,2 proc., co daje całkiem solidny wzrost o 8,2 proc..

Jak widać - im niższe będzie faktyczne wykonanie wydatków w roku 2008, tym okazalszy stanie się „bufor” dla sfinansowania przez rząd nominalnego wzrostu wydatków w roku 2009. A wszystko przy formalnym respektowaniu restrykcyjnej procentowej reguły wydatkowej.

Reasumujac: przy tak rozumianej podstawie dla kalkulacji wzrostu wydatków, pole manewru rządu w przyszłym roku staje się tym szersze, im niższe będzie wykonanie wydatków majątkowych (w żelaznych rękach pani minister Elżbiety Suchockiej) oraz wydatków unijnych.

Tyle tylko, że w ten sposób zmodyfikowana reguła wydatkowa nieco nam się znów rozmywa.  

2008-05-15 18:38
gospodarka, blogi ekspertów budżet, reguła wydatkowa Komentarze (3)
 Oceń wpis
   
Czy stać nas, a jeśli tak to od kiedy i na jakich warunkach, na kolejną po roku 2009, zapowiadaną już teraz redukcję podatków od dochodów osobistych? Warto przymierzyć się do bardziej konkretnej odpowiedzi na te pytania.

W pierwszej kolejności, dla przeprowadzenia koniecznych wyliczeń potrzebne są realistyczne prognozy podstawowych wskaźników makroekonomicznych, niezbędne dla oszacowania skali dostosowań fiskalnych w średnim okresie czasu.

Moje prognozy wzrostu PKB dla lat 08-11 wyglądają następująco (odpowiednio): 5,1%; 4,4%; 4,1%; 3,3%. W tym czasie średnioroczny wskaźnik CPI osiągnie (odpowiednio): 3,8%; 3,3%; 2,8%; 2,6%. Wynagrodznia w gospodarce wzrosną (odpowiednio): 9,7%; 8,2%; 5,3%; 5%. Stopa bezrobocia na koniec okresu ukształtuje się na poziomie (odpowiednio): 12%; 12,2%; 13,0%; 13,5%.

Prognozy te oparte są na następujących przesłankach: po pierwsze – warunki makroekonomiczne w otoczeniu zewnętrznym polskiej gospodarki w latach 2008-2009 pogarszają się (tempo wzrostu w USA w przedziale 0-1 proc. PKB; tempo wzrostu w strefie euro, odpowiednio: 1,2 proc. i 1,5 proc. PKB); po drugie – w latach 2008-2009 przeprowadzane są w Polsce reformy zmierzające do zwiększenia podaży na rynku pracy, pociągające za sobą koszty bieżące w postaci nakładów na wyższe wynagrodzenia rekompensujące „wykup” przywilejów pozapłacowych; po trzecie – poprawa pozycji fiskalnej, w wyniku uwolnienia pewnej puli transferów socjalnych i skierowania ich na wydatki prorozwojowe, następuje (w zgodzie z logiką inwestycji) z opóźnieniem, po roku 2011; wówczas też dają o sobie znać korzystne skutki przeprowadzonych reform (wzrost PKB o dodatkowe 1,5 pkt. proc.; wzrost produktywności o 2 pkt. przewyższajacy wzrost wynagrodzeń).

Na bazie powyższego scenariusza makroekonomicznego i przyjętych założeń jesteśmy w stanie oszacować skalę dostosowań fiskalnych, niezbędnych dla zmieszczenia się w programie konwergencji (deficyt sektora finansów publicznych poniżej 3 proc. PKB). Dla roku 2008 sięga ona 0,6% PKB; w roku 2009 skokowo rośnie do 2,9% PKB; w roku 2010 wynosi 2,1% PKB; a w roku 2011 dostosowania fiskalne mają wciąż niebagatelną wartość 2,8% PKB.

Przedstawione wyliczenia wielkości niezbędnych dostosowań uwzględniają:

  1. zapowiedź MF stopniowego schodzenia z deficytem sektora finansów publicznych o 0,5 pkt. proc. rocznie;
  2. skutki finansowe rozwiązań podatkowych PIT dla roku 2009;
  3. skutki zwiększenia w roku 2009 o ostatnie 20 proc. kosztów reformy emerytalnej (zgodnie z EDP);
  4. utrzymanie dotychczasowych zasad waloryzacji świadczeń socjalnych;
  5. szacunek kosztów planowanych reform (koszty „wykupu” przywilejów grupowych dla lat 09-11 odpowiednio: 0,6 proc. PKB; 1 proc. PKB; 1,4 proc. PKB).

Jak widać skala koniecznych dostosowań fiskalnych, niezbędnych dla deklarowanej przez Ministerstwo Finansów chęci stałego spełniania nominalnych kryteriów konwergencji, jest naprawdę olbrzymia. W tym wariancie rozwoju sytuacji, i w tym horyzoncie czasowym prognozy makroekonomicznej, z pewnością nie ma miejsca na kolejne przedsięwzięcia powodujące w krótkim okresie czasu dodatkowy ubytek dochodów lub zwiększenie wydatków budżetu.

Obliczenia wskazują przy tym, że nawet korzystne dla dochodów zwiększenie tempa wzrostu w roku 2011 o 1 pkt proc. (do 4,3 proc. PKB) oraz korzystne dla indeksowanych wydatków obniżenie wskaźnika średniorocznej inflacji w roku 2010 o 0,5 pkt. (do 2,3 proc.), pozwoliłoby zmniejszyć skalę niezbędnego dostosowania fiskalnego w roku 2011 o 0,9 pkt. proc. (do 1,9 proc. PKB).

Nie stwarza to jeszcze wystarczająco dużej przestrzni dla redukcji podatków. Taka przestrzeń może się znaleźć dopiero po roku 2011, kiedy skala niezbędnych dostosowań fiskalnych skokowo spadnie do wartości poniżej 0,5 proc. PKB.

Nie wolno jednak przy tym zapominać o dwóch sprawach:

  • po pierwsze - poprawa pozycji fiskalnej po roku 2011, a tym samym realna możliwość redukcji obciążeń fiskalnych, uwarunkowana jest koniecznością konsekwentnego przeprowadzenia w latach 2008-2009 propodażowych reform na rynku pracy, zachęcających skutecznie do wydłużenia okresu pracy w cyklu życia, oraz wyraźnie preferujących (również w systemie podatkowym) dochody z pracy ponad dochody osiągane z transferów;
  • po drugie – w razie poprawy pozycji fiskalnej i stworzenia tym samym przestrzeni dla korzystnej dla gospodarki redukcji podatków, rząd dokonać musi strategicznego wyboru: obcinać w pierwszej kolejności podatki dochodowe, czy raczej obniżać pozapłacowe koszty pracy?

Przy okazji kolejnej rozlewającej się fali podatkowych obietnic zdecydowanie zbyt mało - jak na mój gust - mówi się o zarysowanych tu wyzwaniach.

 

2008-02-24 11:21
gospodarka, blogi ekspertów podatki, budżet Komentarze (1)
1 | 2 |