O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

 Drogi Panie Ministrze,

właśnie się dowiedziałem, ze zadeklarował Pan, w obecności Pana Premiera, pozostanie w ZUS. Pana decyzja. Niestety uzasadnienie, którego Pan użył bazuje na nieporozumieniu. Za 5 lat, jakie pozostały Panu do osiągnięcia wieku na 10 lat przed emeryturą, do ZUS nie trafią od razu wszystkie Pana aktywa zgromadzone w OFE. Trafi ich tam co miesiąc, przez kolejne 10 lat, 1/120 część. Znaczy to, że wybierajac OFE może Pan odkładać w funduszu pracującym na Pana emeryturę nie 5 lat - jak Pan zdaje się sądzić - lecz kolejne15 lat. Choć prawdą jest, że pracować na nią będzie coraz mniej kapitału.

Dlatego, znając Pana przywiązanie do wolnego rynku, apeluję, by przemyślał Pan jeszcze raz swoją decyzję. A przynajmniej, by bardziej wiarygodnie ją Pan uzasadnił.

Pozostaję z poważaniem

jj 

2014-04-29 17:22
gospodarka, blogi ekspertów ofe, sikorski, wybór Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

 11 uwag na temat proponowanych przez rząd zmian w systemie emerytalnym, przedstawionych przez członków Rady Gospodarczej przy premierze, to dokument, którego lektura głęboko smuci.

1.       W długim okresie kluczowe dla gospodarki jest to, aby system emerytalny był zbilansowany i wiarygodny dla obywateli. Główne problemy systemu emerytalnego wynikają ze zmian demograficznych. Publiczny system emerytalny (pobierający przymusową składkę w wysokości 19,52%) niezależnie od tego, czy składka będzie kierowana w całości do ZUS, czy dzielona między ZUS i OFE, zapewni w przyszłości jedynie niską emeryturę. Kluczowe zatem jest intensywne kształtowanie w społeczeństwie gotowości do samodzielnego odkładania środków na starość w III filarze, który jest jedyną częścią systemu emerytalnego, w którym są realne oszczędności.

 

Pkt. 1 – wprowadza nieznane szerzej w ekonomii pojęcie „realnych oszczędności” (ale nie w znaczeniu nominał pomniejszony o inflację), które – w opinii Rady - jako jedyne występują w systemie emerytalnym, przeciwstawiając je niejako domyślnie „nierealnym oszczędnościom”, czyli aktywom w 2 filarze. Zdaniem Rady w 2 filarze nie ma oszczędności. Nie ma tu więc miejsca na subtelności terminologiczne w rodzaju „oszczędności netto”, rozumiane jako przyrost aktywów po odjęciu od kosztów reformy emerytalnej finansowanej długiem wpływów z innych źródeł jej finansowania.

2.       Proponowane przez rząd zmiany zmniejszą deficyt FUS oraz poprawią sytuację finansów publicznych.

 

Pkt. 2 – stwierdza po żołniersku, bez wahania, że rządowe propozycje zmniejszą deficyt FUS oraz poprawią sytuację finansów publicznych. To zdanie może być prawdziwe – i to pod pewnymi warunkami – o ile dotyczyć ma 2014 roku. W długim okresie jest całkowicie nieprawdziwe. W wyniku przyjętych zasad kwartalnej waloryzacji zapisów na kontach ZUS wyższym z dwóch wskaźników: przypisem składki lub inflacją, oraz waloryzacji subkont nominalnym PKB, wzmocnionych obietnicą dziedziczenia subkont, następuje trwałe niezbilansowanie przyszłych świadczeń strumieniem przyszłych składek. Oznacza to pogłębienie deficytu FUS oraz destabilizację finansów publicznych.

3.       Z perspektywy obciążeń międzypokoleniowych, reforma emerytalna z 1999 roku w wariancie finansowania jej podatkami była korzystna dla przyszłych pokoleń (będą płacić niższe podatki), równocześnie niekorzystna dla obecnych pokoleń (składkują na swoje emerytury oraz płacą podatki finansujące świadczenia obecnych emerytów). Finansowanie kosztów reformy długiem pozwala przenieść część kosztów na przyszłe pokolenia. W świetle tych wyników finansowanie reformy przez prywatyzację byłoby racjonalne, gdyby istniały sposoby na zagwarantowanie takiego sposobu finansowania.

 

Pkt. 3 – potwierdza jedynie oczywistą prawdę, że obowiązkiem rządu powinno być dbanie o finansowanie kosztów reformy emerytalnej przychodami z prywatyzacji. Równocześnie jednak pada tu deklaracja bezradności: ba, ale jak to zrobić? – pyta Rada. Cóż, trzeba prywatyzować, prawda?

4.       Wszelkie używane w obecnym sporze argumenty sugerujące, że istnienie OFE gwarantuje wyższą emeryturę niż ZUS nie mają podstaw merytorycznych, podobnie jak reklamy sugerujące "emerytury na Karaibach" dzięki OFE.

 

Pkt. 4 – nie jest żadnym argumentem w dyskusji. Jest jedynie epitetem, najczystszym wyrazem niechęci do OFE. OFE nie miały gwarantować wyższej emerytury. Dzięki dywersyfikacji to dopiero łączna wartość świadczenia wielofilarowego miała być wyższa. Emerytury na Karaibach są tak samo prawdziwe, jak przyszłe wysokie emerytury z ZUS w systemie zdefiniowanej składki indeksowane na obecnych zasadach kultywowanych przez rząd.

5.       Z ekonomicznego punktu widzenia cała składka trafiająca do publicznego systemu emerytalnego (dziś 19,52%) stanowi i zawsze stanowiła rodzaj podatku. Indywidualne konta emerytalne – zarówno w ZUS, jak w OFE – służą głównie wyliczeniu, jak wysoka emerytura należy się danemu uczestnikowi systemu, według przyjętej ogólnej zasady, że emerytura zależy od wielkości zgromadzonego na indywidualnym koncie kapitału emerytalnego. Kapitał emerytalny zgromadzony na indywidualnym koncie nigdy nie stanowił prywatnych oszczędności, a jedynie podstawę do wyliczenia zobowiązania państwa wobec danego emeryta – podobnie, jak żaden zebrany przez państwo podatek nie stanowi prywatnej własności obywatela, choćby nawet obowiązywała ogólna zasada, według której państwo deklaruje swoje zobowiązania wobec tego obywatela. Faktu tego nie zmienia prawo do dziedziczenia kapitału w OFE. Zapis ten ma charakter techniczny, nie wynika z zasad ubezpieczenia i utrudnia realizację zasady emerytury dożywotniej. Stanowił zachętę do przystępowania do OFE. Może być również wprowadzony w odniesieniu do całości lub części kapitału emerytalnego zgromadzonego w ZUS (środki na subkoncie w ZUS także są dziedziczone). Natomiast środki dobrowolnie ulokowane na rynku finansowym ponad wszelką wątpliwość prawną  stanowią własność prywatną.

 

Pkt. 5 – tu mamy całą serię nieporozumień. Z ekonomicznego punktu widzenia składka trafiająca do ZUS i OFE to oczywiście nie to samo. Jednak jest wydawana; druga – inwestowana. Oszczędności są konsumpcją odłożoną w czasie, ale mogą tę konsumpcję zmniejszyć lub zwiększyć. Kwestia własności środków zgromadzonych w OFE jest przez Radę traktowana jako oczywista. To danina publiczno-prawna, czyli element sektora publicznego. Ale zdaniem wielu prawników to nieprawda. Przyjęta  w roku 1997 dla OFE forma osoby prawnej, oraz nowelizacja ustawy o finansach publicznych z 27 sierpnia 2009 (obowiązująca od 1 stycznia 2010), precyzuje: środki publiczne to wyłącznie składki emerytalne przekazywane do ZUS.  Przesądza to o prywatno-prawnym charakterze aktywów OFE. A to prowadzi nas już prostą drogą do podejrzenia nacjonalizacji aktywów OFE. Spór ten rozstrzygnąć może Trybunał Konstytucyjny. Z pewnością nie Rada Gospodarcza.

6.       Bezpieczeństwo zobowiązań państwa zarówno w ZUS, jak w OFE, zależy od ogólnego stanu finansów publicznych, dlatego szczególnie ważna jest ich dobra kondycja w długim okresie. Zarówno środki zgromadzone w OFE, jak w ZUS, mają zabezpieczenie. W OFE są to zgromadzone aktywa finansowe, a w ZUS zabezpieczeniem kapitału jest cały strumień przyszłych wpłat składek od pracujących. Wprowadzenie zasady, że indeksacja środków zgromadzonych w I filarze nie może być niższa od inflacji oraz indeksacja nowo utworzonych subkont nominalnym PKB utrudnia jednak bilansowanie się przyszłych wpłat i przyszłych zobowiązań w ZUS.

 

Pkt. 6 – jest zaskakująco prawdziwy. Po pierwsze mówi o zgromadzonych w OFE aktywach, a nie obietnicach; po drugie – stwierdza, że zabezpieczeniem kapitału w ZUS jest strumień przyszłych wpłat składek od pracujących, czyli obietnica. I to czcza obietnica. A to dlatego, że ten strumień przy obowiązujących zasadach waloryzacji (patrz pkt. 2) nie wystarczy na pokrycie zobowiązań. Ten problem Rada ujmuje delikatnie, stwierdzając , że takie zbilansowanie może być „utrudnione” przez zasady indeksacji, daleko odbiegające od pierwotnych założeń. Prawda jest taka, że taka indeksacja niezbilansowanie 1 filara pogłębia.

7.       Odprowadzanie części składki do OFE oznacza decyzję, że zobowiązanie państwa wobec emeryta w zakresie tej części zależy od rzeczywistych zysków, jakie przynosi zainwestowanie tych środków w gospodarce.  Środki te mogą, przy dobrym inwestowaniu, przynieść dochód wyższy od tego, który wyliczany jest na podstawie indeksacji środków na koncie i subkoncie w ZUS. Jednak takie inwestowanie wiąże się również z ryzykiem straty. Logika mówi, że przekazanie środków do OFE powinno być dobrowolną decyzją tych obywateli, którzy uważają że chcą ponieść takie ryzyko, mając nadzieję na wyższe zyski. Dobrowolność będzie dotyczyła tylko niewielkiej części całości składki tzn. przyszła emerytura w stosunkowo niewielkiej części będzie wystawiona na to ryzyko. Ale jednocześnie warto podkreślić, że skala uzależnienia przyszłej emerytury od części kapitałowej (dla tych którzy wybiorą OFE) będzie dokładnie taka sama jak przy wprowadzaniu systemu. Każdy ubezpieczony powinien otrzymywać informację na temat swojej przyszłej emerytury nie oddzielnie z ZUS i OFE, ale łączne podsumowanie wynikające z trzech czynników – I filar ZUS, subkonto ZUS i OFE.

 

Pkt. 7 – próbuje usprawiedliwić „wolny wybór” między OFE a ZUS, posługując się kategorią oceny ryzyka. Problem polega na tym, że uczynienie z OFE funduszy inwestycyjnych wysokiego ryzyka i „zintegrowany” system szacowanie przyszłej emerytury (jedna informacja o stanie konta i subkont w ZUS oraz OFE) nie zapobiegnie próbom likwidacji akcyjnej części portfela OFE w przypadku cyklicznej flauty na giełdzie. Tego akurat możemy być pewni.

8.       W ramach reformy emerytalnej państwo zobowiązało się uzupełnić w kasie ZUS tę kwotę, która zostanie przekazana do zainwestowania przez OFE. W tym celu zaciąga dług, sprzedając na rynku obligacje.  Zakup przez OFE tych samych obligacji na rynku jest rozwiązaniem mało sensownym, (kosztownym dla państwa – OFE jako pośrednik w błędnym kole, a z punktu widzenia portfela emeryta nic się nie zmienia), bo nie tworzy nadziei na dodatkowe zyski dla emeryta z tytułu zainwestowania jego pieniędzy w gospodarce. Jednocześnie Eurostat, działanie takie zalicza w całości do wzrostu długu publicznego.  Powoduje to, że z jednej strony przyszli emeryci realnie nic na nim nie zyskują, z drugiej zaś operacja przekazywania środków do OFE wiąże się z ogromnym ciężarem dla finansów publicznych – tak zdefiniowanych, jak to robi się w Traktacie UE (wg tzw. zasad ESA95).  Warto przypomnieć, że zgodnie z Traktatem UE przekroczenie kwoty zadłużenia w wysokości 60% PKB, niezależnie od tego czy wynikające z rzeczywistego deficytu, czy też z „księgowego” deficytu doliczanego w przypadku przeprowadzenia takiej reformy emerytalnej, jak w Polsce (z powodu kwot przekazywanych do OFE), może grozić sankcjami ze strony UE. Nowa unijna metodologia liczenia deficytu i długu (ESA2010) zmienia zasady traktowania zobowiązań emerytalnych. Oznacza to, że wpływ środków przekazanych przez OFE do ZUS nie wpływałby na zmniejszenie deficytu. Jednak:

·         po pierwsze: kluczowa jest relacja długu do PKB, a tu bez względu na metodologię zanotujemy spadek o ponad 9 pp.

·         po drugie: zmniejszenie poziomu długu, które będzie efektem planowanych zmian, doprowadzi również do trwałego spadku potrzeb pożyczkowych w przyszłości, a więc także do spadku deficytu w wyniku niższych kosztów obsługi długu. Te spadki nie będą jednorazowe i będą się liczyć zarówno w ramach starej metodologii (ESA95) jak i nowej (ESA2010).

 

Pkt. 8 – to pewna nowość, bo Rada uprzejmie zgadza się, że przejęcie obligacyjnej części portfela OFE będzie w świetle ESA 2010 obojętne dla wyniku sektora GG, czemu jeszcze niedawno zaprzeczali przedstawiciele MF snując bujdy o „jednorazowej nadwyżce” w roku 2014. Problem jednak mamy z dwoma autorytatywnymi zapewnieniami Rady: że i tak zmniejszy to dług publiczny o 9 pkt. proc. i trwale zmniejszy potrzeby pożyczkowe. Otóż, to wcale nie jest pewne. Eurostat i KE wciąż zastanawiają się, jak w świetle ESA 2010 potraktować zamianę outright liabilities (czyli obligacji) na contingent liabilities (czyli zobowiązań w państwowym systemie emerytalnym). Decyzja w tej kwestii jeszcze nie zapadła. Czy Rada posiada może wykładnię Eurostatu na ten temat? Moglibyśmy się z nią zapoznać? Skąd przekonanie o spadku długu? Wywiedzione z logiki?

9.       Warto też dodać, że wprowadzając reformę w postaci z roku 1999 i kontynuując ją w kolejnych latach popełniono liczne błędy, do których należy zaliczyć wysokie opłaty przekazywane do firm zarządzających OFE, brak rozwiązań zmuszających OFE do większej efektywności, wprowadzenie dodatkowych przywilejów emerytalnych zwiększających deficyt ZUS. Wszystkie te błędy przyczyniły się do ogromnego wzrostu kosztów funkcjonowania systemu, przy wysoce niezadowalających z punktu widzenia emeryta wynikach działania.

 

Pkt. 9 – mówi o zaniechaniach i błędach wypaczających pierwotny kształt reformy emerytalnej i podnoszący jej koszty. Wszystko to prawda. Ale może wypadałoby zachęcić rząd do korekty tych błędów? Logicznie rzecz biorąc mogłoby to być pomocne przy redukcji kosztów reformy i domykaniu trwałego deficytu FUS, nieprawdaż?

 

10.    Obecna propozycja wprowadzenia dobrowolności udziału w OFE oraz likwidacji zjawiska masowego inwestowania przez OFE w zakup obligacji, które rząd sprzedaje po to by dać OFE możliwość zainwestowania w gospodarce, wydaje się wyjściem rozsądnym, pod warunkiem wprowadzenia uczciwych zasad dokonania świadomego wyboru i stworzenia warunków motywujących OFE do efektywnego inwestowania. Szczegółowych prac wymagają zasady polityki inwestycyjnej OFE w nowej sytuacji.

 

Pkt 10 – jest deklaracją bezsilności. Kto ma „opracować zasady polityki inwestycyjnej OFE w nowej sytuacji”? Samo się zrobi? OFE jako agresywne fundusze akcyjne z minimalnym limitem inwestowania w akcje na poziomie 75% aktywów i 5% maksymalnym poziomem zaangażowania w akcje jednego podmiotu, to ciężkie auto bez wspomagania. Koniec jest tu pewny.

Jest przy tym zdumiewające, że Rada zachwycona zakazem inwestowania przez OFE w obligacje nawet słowem nie zająknęła się o wpływie proponowanych zmian na rynek FI. Nie wspomniała więc o konieczności dostosowania struktury podmiotowej funduszy do nowego benchmarku, wynikającego ze zmniejszonej wagi Polski w portfelach globalnych funduszy, co musi doprowadzić do „wyrzucania” z nich przeważonych polskich obligacji wartych 3,0-3,5 mld USD.

11.    Cytowane często publikacje w prasie zagranicznej, które negatywnie oceniają proponowane zmiany, nie przedstawiają przekonujących argumentów ekonomicznych potwierdzających te oskarżenia.

 

Pkt. 11 – właściwie nie wymaga komentarza. Znakomita większość zastrzeżeń wobec propozycji rządowych zmian z systemie emerytalnym miała i ma bardzo solidne podstawy prawno-ekonomiczne. To, że te zmiany oceniane są negatywnie w kraju i zagranicą, przez instytucje publiczne i prywatne, nie budzi zdziwienia. Zdziwienie budzi raczej determinacja w forsowaniu rozwiązań obciążonych tak dużym ryzykiem i kompletna nieprzemakalność na krytykę. Rada Gospodarcza, debiutująca jako opiniodawcze ciało zbiorowe, forsując niczym lodołamacz drogę rozwiązaniom rządowym, nawet wbrew Rządowemu Centrum Legislacji, zajmuje pod tym względem poczesne miejsce.                

2013-11-07 15:41
gospodarka, blogi ekspertów opinia, ofe, rada gospodarcza Komentarze (5)
 Oceń wpis
   

  

I.              PROBLEMY NATURY PRAWNEJ

  

1.                 1. Niekonstytucyjność umorzenia obligacji?

Kwestia charakteru środków zgromadzonych w OFE jest fundamentem, na jakim opierają się rządowe propozycje zmian w systemie emerytalnym, w tym przede wszystkim odebranie funduszom części obligacyjnej portfela (a precyzyjniej 51,5% aktywów).

Oto, jak tę kwestię traktował ustawodawca i rząd w roku 1997, przedkładając projekt ustawy o organizacji i funkcjonowaniu OFE (druk sejmowy 2297, str. 11 uzasadnienia):

Z pełną świadomością dokonano wyboru konstrukcji prawnej funduszu emerytalnego, jako osoby prawnej. Koncepcja taka gwarantuje większe bezpieczeństwo aktywów funduszu niż koncepcja funduszu emerytalnego jako masy majątkowej. Koncepcja funduszu jako masy majątkowej rodziłaby szereg wątpliwości, które występują obecnie w związku z funkcjonowaniem funduszy powierniczych. Wątpliwości te rodzą się przede wszystkim co do tego, kto jest właścicielem masy majątkowej oraz jak wygląda kwestia odpowiedzialności funduszu jako masy majątkowej. Nie ma takich wątpliwości przy przyjęciu, ze fundusz emerytalny jest osobą prawną. Takie rozwiązanie pozwala bowiem na jednoznaczne uznanie, że właścicielem aktywów pochodzących ze składek członków jest fundusz emerytalny, a tym samym jest możliwe dokładne określenie, kto za co odpowiada”.

A oto, jak kwestię widzi obecny rząd w projekcie ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku z określeniem zasad wypłaty emerytur ze środków zgromadzonych w OFE (projekt z 09.10.13, uzasadnienie str. 11).

Po stwierdzeniu, że „nie można uznać, że środki zgromadzone na rachunku członka OFE są własnością ubezpieczonego” mamy następujący passus:

Nie można także przyjąć, że właścicielem tych środków jest otwarty fundusz emerytalny. Co prawda składki wpłacane do funduszu, nabyte za nie lub w związku z nimi prawa i pożytki z tych praw stanowią jego aktywa, zaś sam fundusz posiada osobowość prawną, jednakże na gruncie przepisów ustawowych , jak również orzecznictwa sądowego, należy przychylić się do stanowiska o publiczno-prawnym charakterze środków zgromadzonych w OFE”.

Kwestia własności, fundamentalna dla funkcjonowania demokratycznego państwa prawa, nie może zależeć od dowolnej interpretacji prawa przez ustawodawcę. Sytuacja, w której podmioty posiadające osobowość prawną raz są, a raz nie są właścicielem aktywów, w zależności od tego, jak chce to widzieć administracja, stoi w jaskrawej sprzeczności z zasadami poszanowania kontraktów, na których posadzone jest demokratyczne państwo prawa. 

     Artykuł 95.1 obowiązującej wciąż ustawy o finansach publicznych wyraźnie stanowi:

Skarbowy papier wartościowy jest papierem wartościowym, w którym Skarb Państwa stwierdza, że jest dłużnikiem właściciela takiego papieru i zobowiązuje się wobec niego do spełnienia określonego świadczenia, które może mieć charakter pieniężny lub niepieniężny”.

Przy czym o zobowiązaniach niepieniężnych jest mowa wyłącznie w kontekście emisji SPW przez innego niż MF ministra, działającego w porozumieniu z MF. Charakter pieniężny mają zaś zobowiązania podjęte przez samego MF.

Dodatkowo ust. 6 tegoż artykułu stwierdza:

Skarb Państwa odpowiada całym majątkiem za zobowiązania wynikające z wyemitowanych lub wystawionych skarbowych papierów wartościowych”.

 

W świetle obowiązującego prawa nie może nastąpić coś takiego, jak umorzenie obligacji bez ich wcześniejszego wykupu za pieniądze. Umorzenie bez ekwiwalentu pieniężnego wymagałoby najpierw takiej zmiany ustawy o finansach publicznych, która by taki krok umożliwiała. Aktualna ustawa z pewnością tego nie przewiduje. Ale taka zmiana prawa mogłaby również zostać uznana za niekonstytucyjną.

SPW w portfelu OFE są ich własnością. Zostały nabyte za pieniądze. Nie można OFE pozbawić ich aktywów stanowiących o wartości jednostki uczestnictwa bez wykupu obligacji gwarantowanych przez SP.

 

2.      2. Czy można jednak skonsolidować dług po przeniesieniu portfela obligacji z OFE do ZUS bez ich umarzania?

Sprawa jest wątpliwa. Taki dług bowiem z całą pewnością nie znika. Bez wykupu lub umorzenia obligacji pozostaje przy tym wciąż kwestia należnych kuponów płaconych posiadaczom obligacji w terminach i na zasadach ustalonych przez emitenta.

3. Czy można zabronić funduszom emerytalnym inwestowania w SPW?

Kwestia ustawowego zakazu nabywania SPW przez prywatne fundusze emerytalne, a mowa tu nie tylko o zakazie dotyczącym krajowych, ale też zagranicznych obligacji i innych instrumentów gwarantowanych przez państwo, stoi w sprzeczności z funkcjami, jakie wypełniać mają fundusze emerytalne. Pozbawienie ich prawa inwestowania w najbardziej bezpieczne aktywa wystawia je na ryzyko dużej zmienności. Ustawodawca chce tym samym uczynić z obligatoryjnych funduszy emerytalnych fundusze inwestycyjne podwyższonego ryzyka. Zwraca na to uwagę w swej opinii także NBP.

Fundusze działające na tej zasadzie zostaną zamknięte przez polityków przy pierwszej zapaści na rynku finansowym, która może zepchnąć wycenę jednostek uczestnictwa poniżej ich wartości nominalnej.

ożu      4. Czy można uśrednić procentowy udział obligacji w portfelu?

Dużo wątpliwości budzi zasada uśrednienia do 51,5% procentowego udziału SPW w portfelach OFE na koniec 2012 roku, stanowiąca podstawę dla obligatoryjnych transferów do ZUS. Oznacza to przymus sprzedaży innych aktywów dla tych funduszy, które nie miały w portfelu aż tylu obligacji, ile wynikałoby z uśrednienia rachunku. Przypomnijmy: celem OFE jest powiększanie wartości jednostki uczestnictwa. Taka forsowna sprzedaż aktywów stoi w jaskrawej sprzeczności z tą zasadą.

 

5.                  5. ESA 2010 i konsekwencje nowej metodologii dla SFP po zmianach w OFE

„Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE), ustanawiające zrewidowany system rachunków narodowych i regionalnych ESA 2010” zostało uchwalone przez Parlament Europejski 22 kwietnia 2013; podpisane 21 maja 2013; opublikowane w Dzienniku Urzędowym UE 26 czerwca 2013; weszło w życie 16 lipca 2013 roku. Przepisy tego aktu wiążą w całości wszystkie kraje członkowskie Unii. Nowy system rachunków narodowych i regionalnych ESA 2010 ma być stopniowo wprowadzany w statystyce unijnej. Zgodnie z artykułem 5 Rozporządzenia zasady ESA 2010 zostaną zastosowane obligatoryjnie po raz pierwszy do danych przekazywanych przez kraje UE do Eurostatu po 1 września 2014 roku.

Najważniejsze zmiany w metodologii rachunków narodowych (RN) polegają na obowiązku szacowania i publikacji w statystykach krajowych z częstotliwością co 3 lata, w tablicach uzupełniających do RN, wielkości zobowiązań emerytalnych w części zakwalifikowanej do SFP. Jest to temat bezpośrednio nas interesujący, bo przeniesienie portfela obligacyjnego z OFE do ZUS oznacza właśnie zmianę ich kwalifikacji.

Płatności ryczałtowe”, tak zakwalifikowana może być przez Eurostat taka operacja, powinny zostać ujęte w szacunkach państwowego długu publicznego. Pierwsza prezentacja tablic uzupełniających, o charakterze dobrowolnym, dotyczyć ma już szacunków za rok 2012 (czyli ma zostać pokazana w tym roku); druga – o charakterze już obligatoryjnym – dotyczyć ma danych przekazywanych po 1 września 2014, czyli ukaże się w wynikach RN w roku 2015.

Operacja na OFE nie będzie mogła mieć wpływu na saldo sektora finansów publicznych. Zgodnie z nowymi zasadami szacowania rachunków narodowych (ESA 2010) przesuniecie obligacji do ZUS i zapisanie zobowiązań z tego tytułu na kontach ubezpieczonych potraktowane zostanie przez Eurostat jako płatność ryczałtowa nie mająca wpływu na saldo zobowiązań/należności sektora w roku, w którym taka płatność zostaje zrealizowana. Eurostat nie uzna jednorazowej nadwyżki w wyniku sektora z tytułu przejęcia przez sektor publiczny obligacyjnej części portfela OFE w roku 2014.

  Poprzez forsowane rozwiązania rząd chce zagwarantować sobie umorzenie co najmniej 120 mld PLN obligacji. Ma to zredukować dług publiczny o ok. 8-9 proc. PKB zgodnie z krajową metodologią liczenia długu. Tyle, że w świetle zmian w metodologii unijnej implementowanych w ESA 2010 taka redukcja nie jest wcale pewna. Kwestia wpływu na PDP konwersji outright liabilities (obligacji) na contingent liabilities (zobowiązania państwowego systemu emerytalnego) będzie dopiero badana przez Eurostat.

Kwestia wpływu proponowanych zmian w systemie emerytalnym na stan finansów publicznych (deficyt sektora, państwowy dług publiczny), widziana przez pryzmat zaktualizowanej i już obowiązującej statystyki rachunków narodowych (ESA 2010) nie została poruszona, ani w samym projekcie rządowym, ani też w uzasadnieniu do niego.

 

II.            KONSEKWENCJE RYNKOWE PROPONOWANYCH ROZWIĄZAŃ

 

1.     Giełda

Konsekwencje dla rynku akcji dadzą o sobie znać w krótkim i dłuższym okresie. Jesteśmy zdania, że zaproponowane przez rząd zasady obejścia się z istniejącymi zasobami i strumieniami przyszłych składek, stawiają poważny znak zapytania przy trwałości drugiego filara systemu emerytalnego, opartego na kapitalizacji składek.

Łatwo oszacować, że nawet przy 70% zdeterminowanych, którzy podejmą wysiłek pozostania w drugim filarze kapitałowym, począwszy od roku 2028 OFE przestaną być nabywcami netto akcji. Innymi słowy: w związku z działaniem mechanizmu „suwaka” zmuszającego OFE do przekazywania na konta w ZUS aktywów ubezpieczonych, więcej akcji byłoby przez fundusze emerytalne sprzedawane niż kupowane. Uwiąd OFE w dłuższym okresie jest więc nieunikniony. A będzie oczywiście tym szybszy, im mniej osób podejmie wysiłek konieczny dla pozostawienia ok. 15% swojej emerytury w rękach prywatnych podmiotów na 10 lat przed osiągnieciem wieku emerytalnego. Mechanizm „suwaka” będzie systematycznie osłabiał OFE.

To rozwiązanie nie jest żadną „realną weryfikacją siły giełdy”, jak czasem słyszymy. Nawet przy umiarkowanie negatywnym scenariuszu, w okresie kilku najbliższych lat OFE nie będą miały noża na gardle w kwestii sprzedaży akcji, bo wciąż więcej będą dostawać ze składek niż zmuszone będą oddawać za sprawą „suwaka”. Efekt ujemnego napływu netto składek jest jednak tylko kwestią czasu. Podobnie jak zmiany struktury akcyjnego portfela, skąd wyrzucane będą spółki bardziej ryzykowne i mniej płynne, jak również te, w stosunku do których przekroczony zostanie przez Fundusz maksymalny możliwy poziom zaangażowania (5% aktywów). Skokowy wzrost udziału akcji w portfelach OFE z niespełna 41 do ponad 76%, jaki musi być następstwem przekazania do ZUS obligacji, wystawia Fundusze na olbrzymie ryzyko zmienności, którego żaden zarządzający nie będzie chciał podjąć. Zasada inwestowania minimum 75% aktywów OFE w akcje krajowe w naturalny sposób zwiększa takie ryzyko.

 

2.       Rynek długu państwowego

OFE, ze swoim 12% udziałem w rynku SPW, są w deklaracjach werbalnych przedstawicieli rządu wyraźnie marginalizowane. „To nieistotni gracze” – słyszymy. Czyżby? Kuriozalny – nie tylko w naszym odczuciu, ale też na przykład zdaniem NBP - zakaz inwestowania przez OFE w SPW zmienia nie tylko podmiotową strukturę inwestorów na rynku FI, przesuwając ją jeszcze bardziej w kierunku nierezydentów. Zmienić też musi duration długu, ponieważ zagranica wyraźnie preferuje krótki, a nie – jak OFE - długi koniec krzywej.

Ryzykowne jest twierdzenie, że mniejsze emisje SPW, wynik mniejszych potrzeb pożyczkowych wynikających z konieczności wyrównywania ZUS ubytku składki kierowanej do OFE, korzystnie wpłyną na ceny obligacji. Fundusze zagraniczne inwestujące w polskie obligacje, po wyeliminowaniu z rynku OFE, muszą przekalkulować ryzyko zasadniczo mniejszej płynności. I będą za to oczekiwać stosownej premii. Może się więc okazać, że mniejszy rynek długu okaże się dla rządu trudniejszy i droższy, a dla inwestorów bardziej zmienny.

Bez OFE rynek SPW w Polsce skurczy się o ok. 20%. Polskie obligacje obecne są w globalnych ważonych kapitałowo indeksach rynku FI. Są wśród nich, między innymi, tak istotne dla inwestorów, jak: Citigroup World Government Bond Index (WGBI), z wagą Polski 0,55%; Barclays Global Aggegate Index (GAI), z naszą wagą 0,28%.

Do tych indeksów globalnych benchmarkują się fundusze inwestujące w papiery poszczególnych krajów. Kiedy waga jakiegoś kraju w indeksie spada - następuje sprzedaż równoważąca portfel do nowych wag w benchmarku. Skoro w skali globalnej do 2 największych indeksów WGBI i GAI benchmarkują się fundusze z kapitalizacją ok. 2 bln USD, to przy aktualnych wagach Polski w tych indeksach oznacza to zaangażowanie na poziomie ok. 16,5 mld USD.

Po 20% redukcji, odpowiadającej takiemu samemu spadkowi wagi Polski w indeksach globalnych, daje to konieczność wyrzucenia z portfeli przez fundusze w stosunkowo krótkim czasie polskich obligacji wartych ok. 3,0-3,5 mld USD.

Efekt dostosowaniem wagi do nowych poziomów kapitalizacji rynku po wyeliminowaniu OFE z rynku SPW będzie więc w krótkim okresie bez wątpienia negatywny dla rynku długu państwowego. W długim okresie w ślad za mniejszymi podażami podąży też mniejszy popyt wynikający ze zmiany wag w indeksach globalnych. Nie widać więc żadnego pozytywnego wpływu zmian w funkcjonowaniu OFE na rynek PDP.

 

3.     Nieunikniony powrót do zdefiniowanego świadczenia

Marginalizacja OFE nie będzie jeszcze wcale ostatnim akordem zmian w fundamentach reformy emerytalnej z 1999 roku.

Istotą tej reformy było przejście od systemu zdefiniowanego świadczenia do systemu zdefiniowanej składki. Świadczenia emerytalne miały być zdywersyfikowane i odpowiadające wielkości zainwestowanego lub waloryzowanego kapitału. System w 1 filarze miał z definicji równoważyć w przyszłości strumień świadczeń ze strumieniem składek. Ale tak nie jest. I filar bilansuje się przy stopie zastąpienia 25 proc.. Zasady waloryzacji kont emerytalnych w ZUS zostały zmienione w roku 2002 po realnym spadku przypisu składki (na indeksację większym z dwóch wskaźników: przypisem składki lub inflacją) i dotychczas pozostają niezmienione, choć przekreśla to regułę zrównoważenia systemu wpisaną w pierwotną wersję reformy. Przekazanie 5 proc. naszych składek na subkonta w ZUS i proponowane tu zasady waloryzacji, plus obietnica ich dziedziczenie, powtórzone teraz w odniesieniu do zasobów przeniesionych z OFE do ZUS - generują koszty, które pokrywać będą musiały i tak dodatkowe emisje długu w przyszłości. Dochodzi do tego jeszcze utrudniająca zbilansowanie systemu zasada indeksacji kwartalnej. W rzeczywistości przy niezmienionych regułach indeksacji, po wprowadzeniu rozwiązań proponowanych przez rząd skumulowany dług może wzrosnąć, a nie spaść.

Możemy być pewni, że już wkrótce, jakiś kolejny rząd zdecyduje o porzuceniu zasady zdefiniowanej składki na rzecz powrotu do zdefiniowanego świadczenia. I to dopiero będzie koniec „poprawiania reformy”, zapoczątkowanej w cieniu kryzysu finansów publicznych w roku 2010.

Taka logika rozwoju wydarzeń wydaje się nieunikniona. Świadczenia emerytalne będą musiały być coraz niższe i początkowo coraz bardziej zależeć będą od decyzji politycznych, czyli od reguł waloryzacji konta i licznych subkont, jakimi obrastają zapisy elektroniczne w ZUS. Do pewnego momentu politycy będą w tych nic ich nie kosztujących na krótką metę darowiznach bardzo hojni. Ale rachunek dla generacji przyszłych podatników będzie coraz wyższy. System świadczeń socjalnych generuje permanentny deficyt między zebranymi składkami, a wypłacanymi świadczeniami. System ZUS, pierwszy filar, który miał się po reformie zbilansować w okresie 30 lat, pozostanie niezbilansowany, bo zakłócają go zmiany zasad waloryzacji składek i dorzucanie coraz nowych – jeszcze hojniej waloryzowanych – subkont oraz wprowadzenie tu zasad dziedziczenia.

Kłopoty z długiem generowanym przez system emerytalny oraz niski poziom emerytur sprawią, że już w niezbyt odległej przyszłości pojawią się zyskujące poklask głosy o powrocie do systemu zdefiniowanego świadczenia. Destrukcja zreformowanego po 1999 roku systemu emerytalnego zostanie tym samym zakończona.

 

III.           WNIOSKI I REKOMENDACJE

 

Zrekapitulujmy, co wiemy o następstwach  drugiego, po 2010 roku, etapu zmian w OFE proponowanych przez rząd PO-PSL? Otóż, wiemy, że:

·         poprzez forsowane rozwiązania rząd chce zagwarantować sobie umorzenie co najmniej 140 mld PLN obligacji. Ma to zredukować dług publiczny o ok. 8-9 proc. PKB zgodnie z krajową metodologią liczenia długu. Tyle, że w świetle zmian w metodologii unijnej implementowanych w ESA 2010 taka redukcja nie jest wcale pewna. Kwestia wpływu na PDP konwersji outright liabilities (the bonds) na contingent liabilities (the state pension promises) będzie dopiero badana przez Eurostat;

·         na cenę emitowanych przez rząd obligacji oraz na zmienność rynku FI wpływać będzie nie tylko mniejsza podaż, ale też mniejsza płynność rynku (dostosowania wag polskich obligacji w globalnych indeksach rynku długu), spadek duration długu i wzrost udziału nierezydentów w rynku SPW;

·         operacja na OFE nie będzie mogła mieć wpływu na saldo sektora finansów publicznych. Zgodnie z nowymi zasadami szacowania rachunków narodowych (ESA 2010) przesuniecie obligacji do ZUS i zapisanie zobowiązań z tego tytułu na kontach ubezpieczonych potraktowane zostanie jako płatność ryczałtowa nie mająca wpływu na saldo zobowiązań/należności sektora w roku, w którym taka płatność zostaje zrealizowana. Eurostat nie uzna jednorazowej nadwyżki w wyniku sektora z tytułu przejęcia przez sektor publiczny obligacyjnej części portfela OFE w roku 2014;   

·         w ramach międzygeneracyjnego przesunięcia obciążeń kwotą obciętą z długu teraz, zwiększoną o stosowną waloryzację i zasady dziedziczenia, obciążone zostaną przyszłe pokolenia. Zwiększy to niezbilansowanie 1 filara systemu emerytalnego w długim okresie;

·         czekają nas kilkuletnie perturbacje na rynku kapitałowym, z pierwszą kulminacją już w połowie 2014;

·         uwiąd OFE, trwający od kilku do kilkunastu lat, jest nieunikniony;

·         po tym okresie ostro wzrasta ryzyko powrotu do systemu zdefiniowanego świadczenia w systemie emerytalnym.

 

Krytyczne opinie na temat projektu rządowego zmian w systemie emerytalnym wyraziły instytucje publiczne, prywatne, ekonomiści i prawnicy. Propozycje rządowe obciążone są dużym ryzykiem legislacyjno-ekonomicznym. Tych głosów nie da się zlekceważyć. Widać też jednak, że uwzględnienie najbardziej istotnych z nich, niwelując ryzyko prawno-ekonomiczne, kompletnie zarazem zmieniłoby projekt rządowy, w tym ograniczyłoby pozytywny wpływ proponowanych przez rząd zmian na saldo SFP i PDP w roku 2014 (zgodnie z metodologią krajową). Problem polega na tym, że te pozytywne skutki zmian na finanse publiczne zostały już ujęte w projekcie przyszłorocznego budżetu.

Stawia to w trudnej sytuacji zarówno rząd, jak i Prezydenta. Rząd utwardzać się musi w stanowisku odrzucającym najważniejsze zmiany sugerowane w toku konsultacji. Prezydent wetując ustawę w kształcie zbliżonym do przedłożenia rządowego zmusiłby rząd do zmiany projektu przyszłorocznego budżetu; a nie wetując jej przyjąłby na siebie ryzyko niekonstytucyjności ustawy, czego jako strażnik konstytucji robić nie może.

Sądzę, że poza niewielkimi korektami rząd nie wprowadzi istotnych zmian do swego projektu. W tej sytuacji, biorąc pod uwagę istotne ograniczenia czasowe możliwe są tylko dwa wyjścia:

  •  albo Prezydent ustawę podpisze, a następnie skieruje ją do Trybunału Konstytucyjnego, odciążając się od ryzyka niekonstytucyjności rozwiązań forsowanych przez rząd. Pozytywny werdykt TK o ustawie rządowej zamknąłby dyskusję o aspektach legislacyjnych, choć nie zlikwidowałby wątpliwości natury ekonomicznej. Werdykt dla rządu negatywny pociągnąłby za sobą upadek gabinetu, wcześniejsze wybory i funkcjonowanie państwa w oparciu o prowizorium budżetowe.
  • albo też rząd wycofa projekt zmian w funkcjonowaniu OFE, proponując z zamian całkowite zawieszenie przekazywania składek do OFE w okresie najbliższych 3 lat (ewidencjonowanie ich na subkontach ZUS według poprawionych zasad waloryzacji i bez dziedziczenia); szybki projekt wypłaty emerytur kapitałowych według zasad zbliżonych do projektu prof. prof. Wiśniewskiego i Otto; szybką ścieżkę legislacyjną dla projektu nowelizacji ustawy o finansach publicznych wprowadzającą nową regułę wydatkową, co jest ważne z uwagi na istotne ryzyko przekroczenia przez dług publiczny 55% PKB.

Zarazem do końca kadencji rząd zobowiązać się powinien do przedłożenia takiego projektu zmian w funkcjonowaniu OFE, który wyeliminowałby ryzyka prawno-ekonomiczne łączące się z forsowanym dotychczas rozwiązaniem, a zarazem skupiałby się nie tylko na poprawie stanu finansów publicznych w krótkim czasie, ale też na domknięciu luk w bilansowaniu 1 filara, zwiększeniu efektywności filara kapitałowego, istotnych zachętach podatkowych w III filarze i  podniesieniu stopy zastąpienia w świadczeniach emerytalnych.

Dyskusja na ten temat trwa już wystarczająco długo, a argumenty w niej przytaczane są na tyle dobrze udokumentowane, że mamy prawo oczekiwać wreszcie dobrego projektu zmian w powszechnym systemie emerytalnym, który mógłby być przyjęty w warunkach konsensu polityczno-społecznego.  

 

2013-11-06 13:59
gospodarka, blogi ekspertów rząd, ustawa, ofe Komentarze (2)
 Oceń wpis
   

 Kwestia charakteru środków zgromadzonych w OFE jest fundamentem, na jakim opierają się rządowe propozycje zmian w systemie emerytalnym, w tym przede wszystkim odebranie funduszom części obligacyjnej portfela (a precyzyjniej 51,5% aktywów).

1.     Oto, jak tę kwestię traktował ustawodawca i rząd w roku 1997, przedkładając projekt ustawy o organizacji i funkcjonowaniu OFE (druk sejmowy 2297, str. 11 uzasadnienia):

Z pełną świadomością dokonano wyboru konstrukcji prawnej funduszu emerytalnego, jako osoby prawnej. Koncepcja taka gwarantuje większe bezpieczeństwo aktywów funduszu niż koncepcja funduszu emerytalnego jako masy majątkowej. Koncepcja funduszu jako masy majątkowej rodziłaby szereg wątpliwości, które występują obecnie w związku z funkcjonowaniem funduszy powierniczych. Wątpliwości te rodzą się przede wszystkim co do tego, kto jest właścicielem masy majątkowej oraz jak wygląda kwestia odpowiedzialności funduszu jako masy majątkowej. Nie ma takich wątpliwości przy przyjęciu, ze fundusz emerytalny jest osobą prawną. Takie rozwiązanie pozwala bowiem na jednoznaczne uznanie, że właścicielem aktywów pochodzących ze składek członków jest fundusz emerytalny, a tym samym jest możliwe dokładne określenie, kto za co odpowiada”.

2.     A oto, jak kwestię widzi obecny rząd w projekcie ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku z określeniem zasad wypłaty emerytur ze środków zgromadzonych w OFE (projekt z 09.10.13, uzasadnienie str. – nomen omen – 11).

Po stwierdzeniu, że „nie można uznać, że środki zgromadzone na rachunku członka OFE są własnością ubezpieczonego” mamy następujący passus:

Nie można także przyjąć, że właścicielem tych środków jest otwarty fundusz emerytalny. Co prawda składki wpłacane do funduszu, nabyte za nie lub w związku z nimi prawa i pożytki z tych praw stanowią jego aktywa, zaś sam fundusz posiada osobowość prawną, jednakże na gruncie przepisów ustawowych , jak również orzecznictwa sądowego, należy przychylić się do stanowiska o publiczno-prawnym charakterze środków zgromadzonych w OFE”.

  Jak  widać, kwestia własności zależy u nas od interpretacji. Raz jest się właścicielem, a raz nie. Wszystko zależy od czasu, miejsca oraz woli interpretatora. Bardzo to smutne

2013-10-29 09:43
gospodarka, blogi ekspertów rząd, ustawa, ofe Komentarze (5)
 Oceń wpis
   
Dyskusja o reformie emerytalnej, skrótowo zwana dyskusją o OFE, ma niesamowitą dynamikę. Zaczęła się niedawno i dość obiecująco - projektem zmian podnoszących efektywność funduszy o zdefiniowanej składce. A teraz, ledwie kilka miesięcy później – nabieram takiej pewności po udziale w debacie u pana prezydenta – otwartym tekstem w kręgach zbliżonych do Rady Gospodarczej przy premierze rozważa się już temat likwidacji OFE. Punkt od którego dyskusja wystartowała, czyli efektywność, przesuwa się zaś na sam koniec łańcucha zmian systemowych. Ciekawe przy tym, że przedstawiciele rządu broniąc projektu oktrojowania II filara i oficjanie wciąż jeszcze dystansując się od jego likwidacji, wybijają na pierwszy plan nie tyle doraźne korzyści budżetowe z tytułu obcięcia składki (2 mld miesięcznie), ale zdecydowanie akcentują długoterminowy cel, jakim ma być ich zdaniem stabilizacji finansów publicznych po wyeliminowaniu wartego 200 mld złotych „błędu systemowego”. Taka argumentacja musi wszakże nieuchronnie prowadzić do kolizji z elementarną logiką. Natychmiast bowiem nasuwa się pytanie: skoro cel nie jest doraźny; skoro nie chodzi o ten, czy kolejny budżet; nie o 55 proc. długu w relacji do PKB („poradzimy sobie i bez OFE”); skoro jest to pierwszy od 12 lat rząd, który z odwagą i determinacją zabrał się za eliminację fatalnego błędu w systemie emerytalnym, to skąd do diaska ten pośpiech? Skąd ta mobilizacja sił i środków, odciągająca przy tym uwagę opinii publicznej od rozwiązania realnych i dobrze już rozpoznanych, uzgodnionych w środowisku ekonomicznym, konsensusowych, zagrożeń dla długoterminowej stabilności finansów publicznych, a skupiająca ją na kwestii – nazwijmy to tak – wciąż jeszcze dyskusyjnej, postawionej na porządku dnia przed niespełna trzema miesiącami? Dlaczego nad problemem – zdaniem rządu – generującym długoterminowe ryzyko niestabilności systemu emerytalnego i finansów publicznych parlament i prezydent procedować mają w tempie dopalaczowym? Tego pojąć zaiste nie sposób. Chyba, że przyjmiemy najprostszą możliwą interpretację: powody rzeczywiste odbiegają od tych deklarowanych. Od wielu miesięcy wraz z grupą kolegów ekonomistów powtarzaliśmy w kółko: ok, doskonale rozumiemy, co to znaczy znaleźć 90 mld złotych oszczędności w 3 lata, porozmawiajmy o tym. Porozmawiajmy o warunkach, na jakich możliwe jest czasowe zaakceptowanie oszczędności na kosztach reformy. Spotykaliśmy się z lekceważeniem. Czasem z insynuacjami. Niekiedy z ostrymi polemikami nie całkiem na temat. A nieraz i z życzliwymi radami, żeby się zamknąć. Byliśmy naiwni. Nasz błąd polegał na tym, że odwoływaliśmy się do rzeczywistych intencji i realnych problemów kraju. Akty strzeliste najodważniejszego potransformacyjnego rządu uznaliśmy za tematy mało do dyskusji atrakcyjne. A to dla tej prostej przyczyny, że deklarowane intencje proponowanych zmian w systemie emerytalnym, a nade wszystko sposób ich merytorycznego uzasadnienia, były i pozostały nieprzekonujące. Zaczęło to w którymś momencie przypominać rozmowę głuchych. A wszystko przez to, że w tle tego sporu wszechobecna jest nieakceptowana przez część ekspertów strategia polityczna, do której rząd na siłę chce dopisywać racje merytoryczne. 200 mld zmniejszenia potrzeb pożyczkowych w wyniku obcięcia składki do OFE? Wolne żarty. Te szacunki bazują na wielu założeniach. Wśród nich fundamentalne jest zaś takie, że pierwszy filar po zmianach bilansuje się w długim okresie przy niskiej stopie zatąpienia. Bo tak jest w teorii. Tyle, że w rzeczywistości obowiązujący aktualnie system indeksacji indywidualnych kont w ZUS generuje istotne ryzyko niezbilansowania. Sprawę podniósł Stefan Kawalec jakiś czas temu w naszej wewnętrznej dyskusji (tzw. „lista Gomułki”, do której dostęp mają niektórzy ekonomiści, w tym eksperci rządowi oraz politycy). Stefan, odpowiadając Bogusławowi Grabowskiemu, który mylnie interpretował obowiązujące zasady indeksacji, przypominał: „Kwoty na istniejących kontach w ZUS indeksowane są corocznie o większą z dwóch wartości: 1) wskaźnik inflacji 2) wskaźnik wzrostu przypisu składek emerytalnych wpływających do ZUS (por. art. 25 ustawy z dnia 17 grudnia 1998 r. o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych - z późniejszymi zmianami). Przy takim mechanizmie indeksacji, w latach w których wzrost przypisu składek emerytalnych jest wolniejszy od inflacji (czyli następuje realny spadek przypisu) waloryzacja kont emerytalnych wyprzedza wzrost przypisu składek emerytalnych ZUS. Natomiast w żadnym roku waloryzacja kont emerytalnych nie pozostaje w tyle za wzrostem przypisu składek ZUS. Jeżeli w kilkudziesięcioletnim okresie wystąpi kilka lat recesji, w których tempo rocznej waloryzacji kont emerytalnych będzie za każdym razem wyższe o kilka procent od tempa wzrostu przypisu składek emerytalnych ZUS, to w tym okresie zagregowany wskaźnik indeksacji kont emerytalnych ZUS może spokojnie wyprzedzić tempo wzrostu przypisu składek emerytalnych o 15-30%. Można bez trudności przedstawić scenariusze, w których różnica ta będzie jeszcze większa, szczególnie w przypadku, gdy negatywny trend demograficzny powodować będzie spadek liczby pracujących. Warto przypomnieć, że oryginalnie, w rozwiązaniu przyjętym w 1999 roku, waloryzacja kont emerytalnych powiązana była wyłącznie z tempem wzrostu przypisu składek emerytalnych ZUS. Jednakże, gdy w roku 2002 nastąpił realny spadek tego przypisu o 2,3%, dodano w ustawie zapis, że wskaźnik waloryzacji nie może być niższy niż wskaźnik inflacji. Dokonana wówczas zmiana pokazuje jednocześnie ryzyko makroekonomiczne związane z łatwością manipulowania zapisami na kontach w ZUS. Wartość tych kwot można zmieniać dyskrecjonalnymi pozornie „bezkosztowymi” decyzjami politycznymi ze szkodą dla stabilności finansów publicznych. Z tego punktu widzenia kapitałowa cześć systemu emerytalnego jest bezpieczniejsza.” Ryzyko „polityczne” niezbilansowania I filara rośne dodatkowo w wyniku aktualnych propozycji rządowych dotyczących ustanowienia specjalnie waloryzowanego subkonta w ZUS, na które trafiać ma 5 proc. składki przekazywanej dotychczas do OFE. System waloryzacji uśrednionym tempem wzrostu nominalnego PKB w okresach 5-letnich wydaje się chojny. Nikt nie potrafi dziś precyzyjnie oszacować, czy i o ile będzie on faktycznie przewyższał tempo przypisu składki. Ale doświadczenia z „normalnymi” indywidualnymi kontami w ZUS pozwalają postawić tezę, że pierwszy przypadek realnego spadku przypisu składki spotka się ze zdecydowaną reakcją zatroskanych polityków. Tych, albo następnych. Dochodzi do tego element dziedziczenia, którego nie ma przecież w standardowym I filarze, a który oznaczać musi w każdych warunkach wzrost nierównowagi (brak strumienia przyszłych należności równoważących bieżące zobowiązania). Wprowadzamy w ten sposób do systemu dodatkowy element nieprzewidywalności. Kiedy kwestię obu tych czynników ryzyka niezbilansowania I filara, głęboko sprzecznych z założeniami reformy emerytalnej, takich – można powiedzieć - sporawych min podłożonych pod finanse publiczne, podniosłem w trakcie debaty u prezydenta, usłyszałem od ministra finansów, że „zmiana zasad waloryzacji wymaga zmiany ustawowej”, a „ryzyko niezbilansowania subkonta w ZUS jest minimalizowane przez uśrednianie 5-letniej bazy tempa wzrostu nominalnego PKB”. Tyle, to ja wiedziałem już przed oświecającą deklaracją pana mnistra. Gdzie w takim razie jest ten projekt zmiany zasad indeksacji indywidualnych kont w ZUS? Gdzie bariery przed wejściem ZUS-owskiego subkonta na tę samą ścieżkę niezbilansowania, co konta standardowego? Chodzi o to, że zajmując się tropieniem systemowych błędów rząd nie domyka już istniejących luk w systemie, generujących ryzyko niestabilności w finansach publicznych. Dlaczego? Nie trzeba być tak wybitnym ekonomistą, ani nawet tak wytrawnym politykiem, jak Rostowski, żeby na to pytanie odpowiedzieć. Warto też wspomnieć, że w ubieglym roku deficyt ZUS, bez składki przekazywanej do OFE, wyniósł 50 mld PLN. Problem z polityka gospodarczą tego rządu jest wciąż ten sam: nic, co boli; dużo obietnic; maksimum niejasności; minimum otwartości. I dokąd my tak zajedziemy?
2011-03-22 13:38
gospodarka, blogi ekspertów ofe, zbilansowanie Komentarze (15)
 Oceń wpis
   

Tło, na którym toczy się emocjonalna dyskusja o przyszłości drugiego filara emerytalnego w Polsce jest czytelne dla każdego średnio rozgarniętego ekonomisty. Sytuacja finansów publicznych jest dramatyczna. Stoimy wobec konieczności natychmiastowego ograniczenia deficytu w jednym tylko okresie rozliczeniowym, czyli w tym roku na kwotę nie mniejszą niż 18 miliardów złotych oraz o kolejne ponad 50 mld do roku 2013, po to by zejść z deficytem sektora finansów publicznych poniżej 3 proc.. O ile rząd będzie chciał zrealizować swoje dość buńczuczne zapowiedzi zejścia z deficytem poniżej 2 proc. PKB, to dostosowanie fiskalne do roku 2013 będzie musiało łącznie sięgać 90 mld PLN. Czegoś takiego dotąd jeszcze nie przerabialiśmy.

Zostawmy na boku wyliczankę przyczyn, które złożyły się na tę głęboką zapaść w naszych finansach publicznych. Nie ma to w tej chwili większego znaczenia dla ekonomistów. Może je mieć dla polityków, którzy będą się nawzajem okładać własnymi grzechami. Poprzestańmy jedynie na stwierdzeniu, że w oficjalnych enuncjacjach ministra finansów w ostatnich trzech latach ze świecą można by szukać ostrzeżeń przed rzeczywistą skalą wyzwań stojących przed finansami publicznymi w najbliższych latach. Dużo tam było za to optymizmu. Zdecydowanie za dużo. Można mieć o to do niego uzasadnione pretensje. Ostrzegawcze głosy ekonomistów były lekceważone.

Teraz globalny kryzys doprowadził nas do ściany. Sięgający ponad 8 proc. PKB deficyt sektora kłuje w oczy zagranicznych inwestorów. W ostatnim roku wykupili oni blisko 80 proc. nowego długu emitowanego przez polski rząd. Teraz się denerwują. Jest tylko kwestią czasu, kiedy agencje obetną nam rating, co zwiększy ryzyko inwestycyjne, czyli podniesie koszty obsługi długu i finansowania. Do tego dochodzi rozpoczęcie cyklu podwyżek stóp procentowych przez NBP, co generuje straty u posiadaczy naszych obligacji. Nie sprzyja nam wewnętrzny kalendarz polityczny. Kryzys na świecie daleki jest od zakończenie. Na rynku finansowym dominuje wciąż niepewność. W takich warunkach minister finansów musi w trzy lata znaleźć nie mniej niż 70 mld złotych. Jak?       

Czysta alternatywa ekonomiczna

Dla ekonomisty sytuacja jest jasna. Rozwiązanie dające natychmiastowe efekty o wymaganej skali sprowadza się do wyboru: podwyżka podatków (dochodowych, pośrednich lub obu) albo wzrost obciążeń nakładanych na pracę, czyli podwyżka obniżonej 2 lata temu składki rentowej (wzrost klina podatkowego).

Z takiej alternatywy ekonomista wybrałby oczywiście podniesienie podatków konsumpcyjnych, jako rozwiązanie systemowo najczystsze i najmniej szkodliwe dla gospodarki w dłuższym okresie. Jest to jednak rozwiązanie obciążone wysokim kosztem politycznym. Pozostałe rozwiązanie, czyli podatki dochodowe i wzrost klina podatkowego są ekonomicznie znacznie bardziej dotkliwe, bo pociągają za sobą wzrost bezrobocia i ostre spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego.  Są przy tym również kosztowne politycznie.

Wybór któregoś rozwiązania z czystej alternatywy ekonomicznej powienien zostać naturalnie dopełniony przez długofalowe działania o charakterze strukturalnym, domykające deficyt w funduszu ubezpieczeń społecznych. Implementacja tych dobrze rozpoznanych rozwiązań (skatalogowanych powtórnie w dokumentacji FOR Leszka Balcerowicza), rozłożona na okres wieloletni, obciążona jest dużymi kosztami politycznymi. Owocuje też relatywnie niewielkimi wobec skali potrzeb oszczędnościami w krótkim okresie (do 3 lat). A na nim skupia się w tej chwili uwaga rządu i rynku finansowego. Oszczędności rosną jednak w miarę upływu czasu, a przy tym system zostaje domknięty w sposób optymalny z punktu widzenia zrównoważonego długofalowego wzrostu.

Brudne rozwiązanie, czyli OFE

To właśnie za sprawą relatywnie niskich, jak na potrzeby chwili, oszczędności oraz wysokich kosztów politycznych, czysta alternatywa ekonomiczna została przez polityków zastąpiona „brudnym” rozwiązaniem w postaci trwałych zmian w funkcjonowaniu OFE.

Istota rzeczy sprowadza się tu do zmniejszenie kosztów refundacji ZUS-owi przez budżet składki odprowadzanej do OFE. Daje to natychmiastowe oszczędności rzędu 0,8 proc. PKB (w tym roku 15 mld PLN). Oszczędności bieżące rosną następnie z upływem czasu. Podczas gdy koszty, w postaci konieczności wypłaty w przyszłości zwiększonych emerytur w systemie pay as you go z I filara, zostają przerzucone na okresy późniejsze.

Inaczej mówiąc: efekty w wymaganej skali są natychmiastowe, a kosztów bieżących nie widać, bo zostają na powrót ukryte w systemie i odłożone w czasie. Politycy to lubią. Takie rozwiązanie oznacza podjęcie przez rząd w imieniu pokolenia naszych dzieci i wnuków (przyszłych podatników), w imię poprawy bieżącej pozycji fiskalnej, zobowiązania wypłaty emerytur dla ludzi dziś zawodowo aktywnych. Nie miejsce tu, by wdawać się w egzegezę właściwie interpretowanego pojęcia „miedzypokoleniowej solidarności”. Poprzestańmy jedynie na twierdzeniu, że istota reformy emerytalnej, zapoczątkowanej przed dwunastu laty, sprowadzała się do tego, by te zobowiązania naszych dzieci i wnuków poważnie zredukować. I to się najwyraźniej – co dziś już widać - nie uda.

Teoretycznie rozwiązanie wybrane przez rząd, czyli zmniejszenie bieżących wysokich kosztów reformy emerytalnej i przerzucenie kosztów utrzymania systemu emerytalnego na okresy późniejsze, nie jest obciążone kosztami politycznymi w postaci utraty poparcia społecznego, jakie towarzyszyłyby implementacji któregoś z rozwiązań z czystej alternatywy ekonomicznej. I jest przy tym skuteczne. Tak przynajmniej zdają się sądzić adwokaci rządowej propozycji zmian w OFE.

Ci wstętni eksperci

Opozycja ze strony środowiska ekonomistów generuje jednak pewien nie do końca oszacowany koszt polityczny. Stąd właśnie, jak sądzę, w argumentacji strony rządowej pojawiła się retoryka „naprawy systemu emerytalnego”. Jasność przekazu, co do celu proponowanych działań została jednak tym samym zakłócona. Zwróćmy uwagę, że jeszcze na starcie dyskusji o OFE mowa była jedynie o oszczędnościach budżetu na kosztach reformy i poprawie efektywności otwartych funduszy emerytalnych. Ale teraz, kiedy przysłuchać się wymianie zdań między panami Balcerowiczem i Bieleckim, to chodzi już jakby o coś zupełnie innego. Nieważne w tej chwili, co to jest. Ważne, że zatracona tu zostaje istota rzeczy, a jest nią – powtarzam raz jeszcze – potrzeba znalezienia w 3 lata 70 mld złotych, po to, by z Polski nie zrobić Grecji, a zarazem nie zniszczyć jednej z najważniejszych reform strukturalnych w postkomunistycznej Polsce. To chyba wystarczająco poważne wyzwania, prawda?

Dla jasności przekazu trzeba jednak powiedzieć wyraźnie: to, co rząd usiłuje obecnie sprzedać opinii publicznej, jako naprawę systemu emerytalnego nie jest żadną naprawą. Jest to w kategoriach ekonomicznych jedynie inne rozłożenie kosztów systemu emerytalnego w czasie: mniej dotkliwe dla obecnego podatnika i budżetu – bardziej za to dla przyszłych. Cofa nas to do modelu finansowania ubezpieczeń społecznych sprzed roku 1999. Ale łączna wielkość zobowiązań państwa z tego tytułu nie ulega zmianie ani na jotę.

Miejsce na merytoryczną dyskusję i kompromis

Niekwestionowana konieczność znalezienia w finansach publicznych kwoty nie mniejszej niż 70 mld PLN w okresie jedynie 3 lat  oraz zrozumienie dla ograniczeń politycznych towarzyszących wyborowi ktoregoś z wariantów czystej alternatywy ekonomicznej, skłoniła część środowiska ekonomicznego do wyjścia z propozycją kompromisową. Nigdy nie była ona publicznie dyskutowana. Zamiast tego odbywa się rządowa bitwa z Balcerowiczem.

Istota kompromisu sprowadza się do zaakceptowania w okresie przejściowym wolniejszego tempa ujawniania długu ukrytego, czyli zgody na niższe składki do OFE na 3-4 najbliższe lata, obwarowanej jednak pewnymi warunkami. Chodzi o precyzyjny wieloletni program reform strukturalnych domykających deficyt w I filarze, czyli o wyeliminowanie odstępstw od reformy emerytalnej z okresu ostatnich 12 lat (ich katalog zawarty jest w ramce).

Koszt reformy emerytalnej został znacząco podniesiony przez odstępstwa od jej zasad, jakich dopuściły się kolejne rządy w minionych 11 latach. Jakie to były odstępstwa? Ile nas kosztują i będą kosztować?

W 1998 roku zakładano, że na refundację składek do OFE budżet przeznaczy przychody z prywatyzacji w łącznej wysokości 14 proc. PKB;

Nie podwyższono minimalnego wieku emerytalnego kobiet;

 

W 2003 r. wyłączono z powszechnego systemu emerytalnego pracowników rozpoczynających pracę w służbach mundurowych. W 2005 roku wyłączono z powszechnego systemu emerytalnego górników. W 2008 roku koszty wcześniejszych emerytur służb mundurowych wyniosły ok. 5 mld, a górników ok. 6,5 mld PLN. Wedle szacunków MPiPS z 2005 roku całkowity koszt wcześniejszych emerytur górniczych w latach 2005-2020 wyniesie 70 mld złotych;

 

O dwa lata (2007-2008) opóźniono ograniczenie możliwości przechodzenia na wcześniejsze emerytury. Dodatkowo, umożliwienie przechodzenia na wcześniejsze emerytury mężczyznom, którzy w 2008 roku mieli od 6o-64 lat (wykonanie wyroku TK, który zakwestionował nierówne prawa kobiet i mężczyzn do wcześniejszych emerytur). W latach 2006-2008 liczba nowo przyznanych wczesnych emerytur w systemie pozarolniczym wynosiła odpowiednio 84, 177 i 292 tys. Skumulowane koszty wpuszczenia do systemu 100 tys. nowych wczesnych emerytów to ok. 8,5 mld zł. (1,5 mld zł rocznie). Zatem w 2009 i 2010 roku koszty opóźnienia likwidacji wcześniejszych emerytur o 2 lata wyniosą odpowiednio 2,5 mld i prawie 7 mld PLN;

 

Z systemu emerytur pomostowych wyłączono nauczycieli. Stworzenie świadczeń kompensacyjnych oznacza dla budżetu koszt rzędu 1,3 mld PLN rocznie;

 

Od 2007 r. wszystkie świadczenia społeczne, w tym emerytury, wypłacane przez ZUS są znów corocznie waloryzowane o wskaźnik inflacji powiększony o  20 proc. realnego wzrostu przeciętnych wynagrodzeń w gospodarce. Oznacza to nieplanowane koszty w wysokości 1 mld PLN rocznie;

 

Do dzisiaj nie wprowadzono bezpiecznych funduszy emerytalnych typu B, przewidzianych pierwotnie w planie reformy od roku 2005. Chcąc łagodzić skutki tego zaniechania dla osób, które przystąpiły do OFE i przejdą na emeryturę w ciągu najbliższych 4 lat rząd umożliwił występowanie z OFE i przejście na tzw. emeryturę mieszaną. Dodatkowe koszty dla budżetu z tytułu  rezygnacji z OFE to ok. 0,45 mld PLN;

 

Do dzisiaj nie dostosowano systemu rentowego do nowego sposobu wyliczania emerytur. zamiast tego obniżono składkę rentową doprowadzając fundusz rentowy od nadwyżki do 17 mld deficytu.  To zaniechanie oprócz namacalnego już teraz wymiaru finansowego oznacza, że w przyszłości emerytury mogą być niższe od rent z tytułu niezdolności do pracy;

 

Koszt reformy emerytalnej miał być z założenia pokrywany przez przychody z prywatyzacji. To założenie nigdy nie zostało zrealizowane, bo przychody prywatyzacyjne były zużywane na inne niecierpiace zwłoki cele. Jest to właściwość przynależna polskiemu budźetowi (patrz przypadek rezerwy demograficznej i nie tylko). Albo – zwyczajnie – prywatyzacji nie było, to i nie było przychodów. Jak za rządów PiS. Dlatego w terminologii budżetowej powstało i na dobre się ugruntowało pokrętne pojęcie „ujemne saldo przychodów z prywatyzacji”. Ten dziwoląg, przełożony na ludzki język znaczy: tyle właśnie zabrakło na pokrycie kosztów ubytki składki emerytalnej dla ZUS.

Między styczniem 1999 a końcem 2010 skumulowane przychody z tytułu prywatyzacji wyniosły 102 mld brutto i 74,036 mln netto. W tym czasie składka przekazana przez ZUS do OFE to 152 058 mln zł. Wskaźnik pokrycia kosztów reformy emerytalnej w Polsce odniesiony do dochodów netto wyniósł więc do tej pory 48,1 proc. Realny koszt reformy, to 52 proc. przekazanej składki. Jeśli dodać do tego (choć zdania wśród ekonomistów są tu różne) odsetki od długu wyemitowanego na potrzebę pokrycia ubytku składki (ok. 70 mld), koszt wzrośnie do 66,4 proc.. Jest to koszt wysoki, który został istotnie podniesiony przez totalne zastopowanie prywatyzacji w latach 2005-2009.

Chodzi też o pilne wdrożenie wybranych przedsięwzięć, wskazanych w przygotowanym przez Radę Gospodarczą przy premierze, choć nieujawnionym, szerokim menu. Część z nich przynosi natychmiastowe oszczędności w wydatkach lub wzrost dochodów.

Wielkość czasowego obniżenia  składki zależy od tego, ile oszczędności na domykaniu deficytu w I filarze uda się uzyskać w określonym czasie, tak żeby wyjść na konieczną redukcję deficytu. O tych proporcjach można więc jeszcze dyskutować. Podział zaproponowany przez rząd: 2,3 proc. do OFE i 5 proc. do ZUS z obecnych 7,3 proc. wynagrodzenia przekazywanego OFE nie może być ostateczny. Pole dla dialogu zanika, jeśli rząd przedstawia swoją propozycję, jako rozwiązanie trwałe, a nie tymczasowe, a przy tym najlepsze dla gospodarki, podatnika i przyszłego emeryta. Kompromisu nie się bowiem zbudować na głębokiej nieprawdzie.

2011-02-01 11:37
gospodarka, blogi ekspertów zmiany, ofe Komentarze (9)
 Oceń wpis
   

Bogdanie Drogi,

Twoje ktoreś już z rzędu publiczne wystąpienie w sprawie OFE skłania mnie wreszcie do zabrania głosu już nie tylko w prywatnych rozmowach, jakie na ten temat toczyliśmy.

Jeszcze nie tak dawno byłeś jednym z najbardziej aktywnych uczestników naszej nieformalnej grupki kilku ekonomistów, która stawiała sobie jedno tylko zadanie: zmobilizować rząd, z którym w większości sympatyzowaliśmy, do podjęcia energicznych działań dla podniesienia konkurencyjności polskiej gospodarki, poprawy salda finansów publicznych, zredukowania nadmiernie obfitego jak na możliwości ubogiego państwa strumienia transferów i zastąpienia ich dochodami czerpanymi z pracy. Chodziło nam więc o pchnięcie naprzód tych zapyziałych spraw, które były już dawno rozpoznane, skatalogowane i po wielokroć do znudzenia przez nas opisywane. Bez ich wdrożenia każda zielona wyspa szybko zółknie i czernieje. 

Nigdy nie było tak, żebyśmy zgadzali się we wszystkim, ustalając listę koniecznych do podjęcia zadań. Zawsze też mieliśmy świadomość ograniczeń o charakterze politycznym, jakie limitowały pole manewru reformatorskiego – jak nam się wydawało – rządu. Rożnice zdań między ekonomistami są czymś jak najbardziej normalnym. Stąd – o czym wiesz doskonale – uzgodnienie wspólnego stanowiska bywało nieraz prawdziwą drogą przez mękę. Uważaliśmy jednak, że warto przypominać o tym, co w polityce gospodarczej najważniejsze: o jasno wytyczonych priorytetach w dziedzinie reform strukturalnych; o wydłużeniu horyzontu działań; wreszcie o tym, żeby nie manipulować opinią publiczną w imię doraźnych celów. Podpisaliśmy wspólnie wiele podobnych dokumentów.

Później zmieniłeś afiliację. Pozostając nadal w sektorze prywatnym stałeś się jednym z wpływowych członków wąskiego grona doradców ekonomicznych pana premiera. Zmieniłeś zdanie na wiele kwestii, o których implementację latami się dobijaliśmy. Miałeś do tego prawo. Tylko krowa nie zmienia poglądów. Ekonomista tak utalentowany, jak Ty, musi zmieniać zdanie, kiedy poszerza się zasób jego informacji. Ale jednego zmieniać nie może za skarby świata: nie da się bez utraty twarzy nazywać rzeczywistością luźnego zbioru danych podporządkowanych z góry określonej tezie. Nie da się też w żadnym przypadku usprawiedliwić uczynienia z oktrojowania OFE głównego pola wiekopomnych zasług tego rządu. Czyniąc tak i wychwalając go pod niebiosa posuwasz się do granic śmieszności. 

Grupka, która straciła wiele animuszu po Twoim od niej odpadnięciu,  była otwarta na dialog w kwestii ograniczenia bieżących kosztów reformy emerytalnej. Zawsze mieliśmy dużo zrozumienia dla położenia ministra finansów, zmuszonego finansować zbyt duże potrzeby pożyczkowe na trudnym i coraz trudniejszym rynku. Choć – o czym mam nadzieję jeszcze całkiem nie zapomniałeś – wskazywaliśmy równocześnie na wiele miejsc w systemie, gdzie marnotrawstwo środków publicznych jest gigantyczne i  jego likwidacja nie wyma ani heroizmu, ani nawet przyjaznego rządowi prezydenta. Gotowi byliśmy w każdym razie pod pewnymi warunkami poważnie dyskutować o tempie ujawniania długu ukrytego. Choć co bardziej krewcy radykałowie reform mieli nam to za złe.

Nigdy jednak nie mieliśmy zrozumienia dla takich zmian w systemie emerytalnym, których implikacje sprowadzają się do tego, że obecny rząd w imieniu pokolenia naszych dzieci i wnuków zobowiązuje się do finansowania naszych przyszłych „godziwych” emerytur, nie wspominając, że będzie to musiało dla nich oznaczać wyższe podatki. Na to naszej zgody nie było i nie będzie.

Zmiany, jakie proponujesz Ty, Twoja Rada i nasz przyjaciel Michał Boni, nie są naprawą systemu emerytalnego. Są pierwszym etapem jego kompletnej dewastacji. Po was przyjdą inni, którzy to dzieło dokończą. Sam zresztą podpowiadasz im kierunek: likwidację obligatoryjności II filara. Tyle, że sugerowana przez Ciebie dobrowolność, czego już nie dopowiadasz, oznacza jedną z dwóch rzeczy: większe zobowiązania nakładane na państwo (czytaj: podatnika) w przyszłości, kiedy przyjdzie zbierać starych i chorych ludzi z ulic wielkich miast; albo zgodę na to, żeby zostali sobie tam, gdzie wepchnęła ich własna niefrasobliwość, wspierana działaniami rządu i parlamentu, którego już dawno nie będzie.

Zrobiliście wokół OFE prawdziwy cyrk, pełen błaznów, cudotwórcow i iluzjonistów. Reforma emerytalna stała się naraz, dosłownie w ciągu niespełna roku, głównym problemem polskich finansów publicznych. Drugim – za chwilę nie mam co do tego cienia wątpliwości – stana się niefrasobliwe, zadłużające się na potęgę samorządy. Jest to gigantyczne manipulowanie opinią publiczną, zachwianie wszelkich proporcji w debacie na temat istotnych problemów polskiej gospodarki. Żałuję bardzo, że ze swoim doświadczeniem, wyczuciem makroekonomii i wielokrotnie akcentowanym dystansem wobec polityków bierzesz w tym zakłamywaniu rzeczywistości tak czynny udział.

Jeśli zmniejszasz bieżący deficyt sektora finansów publicznych kosztem powiększania ukrytego długu publicznego, na który składają się coraz hojniejsze obietnice waloryzacji i dziedziczenia subkonta w ZUS, gdzie – jak doskonale wiesz – nie będzie żadnych pieniędzy, a tylko zobowiązania - to nie jesteś reformatorem, tylko manipulantem.

Jeśli mówisz, że oszczędności prywatne w OFE nie są w rozumieniu makroekonomicznym oszczędnościami, choć powstają ze składek odprowadzanych przez pracujących, a są takim samym długiem, jak zobowiązania zaciagane przez państwo wobec przyszłych emerytów - to mijasz się dość daleko z prawdą.

Jeśli przy tym utrzymujesz, że makroekonomiczne następstwa odprowadzania składki do OFE lub na subkonto w ZUS są takie same - to znaczy, że kompletnie straciłeś umiejętność przeprowadzania rzetelnych rynkowych analiz.

Rząd, któremu doradzasz, miał zająć się domykaniem deficytu w I filarze systemu emerytalnego. Tym bardziej, że zamierzał działać w długim horyzoncie. Takie nadzieje towarzyszyły nam – Tobie, mnie i wielu naszym kolegom. Zamiast tego zajął się bardzo aktywnie likwidacją II filara, obiecując przy tym gruszki na wierzbie przyszłym emerytom i podatnikom. Chcesz to firmować własnym nazwiskiem – Twoja sprawa. Ale nie przyznawaj, proszę, rządowi medalu 12-lecia za odwagę wzięcia się za bary z problemem reformy emerytalnej. W makroekonomii jest miejsce na pastisz, ale chyba już jednak nie na kabaret.  

 

2011-01-25 10:30
gospodarka, blogi ekspertów zmiany, ofe Komentarze (14)
 Oceń wpis
   

Minister finansów w jednej z ostatnich wypowiedzi oświadczył, że oczekuje pozytywnej reakcji rynku finansowego na proponowane przez rząd zmiany w systemie emerytalnym. Trudno dyskutować z takim stwierdzeniem, jeśli nie doprecyzuje się, co tak naprawdę rozumie się pod pojęciem „reakcji rynku”.

Otóż, minister ma absolutną rację, o ile ma na myśli brak ostrego tąpnięcia we wszystkich segmentach, czyli na rynku walutowym, długu i giełdzie, po wprowadzeniu zmian w wersji zbliżonej do przedłożenia rządowego.

Minister zupełnie nie ma racji, jeśli przeanalizujemy długookresowe konsekwencje proponowanych zmian, a nade wszystko ich skutki makroekonomiczne.  

W dość już teraz monotonnej dyskusji na temat propozycji rządowych dotyczących OFE, gdzie miele się wciąż te same argumenty, brakuje wyraźnie tych właśnie dwóch wątków: długookresowych następstw makroekonomicznych i rynkowych. Wydaje się to dość zaskakujące, bo przecież zmiany proponowane przez rząd nie mają charakteru przejściowego, nie są instrumentem antykryzysowym, jak można by sądzić jeszcze po pierwszej fali dyskusji. Rozwiązania proponowane przez rząd są trwałe i systemowe. Spróbujmy tę dotkliwą i zagadkową lukę, choćby częściowo, domknąć podejmując wątek makroekonomicznych i rynkowych następstw obcięcia składki odprowadzanej do II filara początkowo o 5, a później o 3,5 pkt. proc. wynagrodzenia wobec stanu obowiązującego od 12 lat.

Dlaczego minister ma rację

Nie będzie żadnego raptownego załamania na rynku finansowym dla tej prostej przyczyny, że rozwiązania proponowane przez rząd w zakresie zmian strumienia żywego pieniądza kierowanego przez OFE do poszczególnych segmentów rynku jedynie petryfikują sytuację, z jaką mamy tu doczynienia od dobrego roku.

W strukturze portfela Otwartych Funduszy Emerytalnych udział obligacji niezmiennie od początku 2009 roku zbliżony jest do 53-54 proc.. W ostatnim roku inwestowały one ok. 80 proc. środków w akcje, zwiększając udział obligacji jedynie o 0,4 pkt. proc.. Było to postępowanie rozsądne, biorąc pod uwagę wycenę obu tych aktywów na rynku. Polityka inwestycyjna OFE była bardzo racjonalna, korzystna dla wzrostu wyceny jednostek uczestnictwa. Wbrew pojawiającym się czasem spekulacjom OFE nie bojkotowały rynku długu, lecz inwestowały tam, gdzie stopa zwrotu była zdecydowanie wyższa. Zero zaskoczenia.

Jeśli dopływ gotówki do funduszy zostanie teraz obcięty na krótką metę nic się nie zmieni. Jak OFE nie było na rynku obligacji, tak i dalej ich tam nie będzie. Zniesienie limitów inwestycyjnych dla OFE - niezbędna jak się wydaje część zapowiadanego pakietu - ustabilizuje ich obecność na giełdzie na poziomach zbliżonych do ostatniego roku. Rynek walutowy pozostanie stabilny, bo wiekszość napływu kapitału portfelowego do Polski następować będzie jak dotąd przez swapy walutowe ( transakcje terminowe bez wymiany walut na rynku). 

Kto w takim razie będzie fiansował potrzeby pożyczkowe rządu? Kto pozostanie aktywnym nabywcą denominowanych w złotych obligacji? No właśnie. Dobre pytanie. Wolno domniemywać, że minister finansów mowiąc o pozytywnej reakcji rynku na swoje pomysły miał na myśli sytuację, w której popyt na polski dług zgłaszać będą nadal ci sami inwestorzy, którzy bez wahań kupowali polskie obligacje w ostatnim roku. Byli to nierezydenci. Inwestorzy zagraniczni nabyli w 2010 roku ok. 78 proc. nowo emitowanego przez ministra finansów długu, przy wyraźnie rosnących – zaznaczmy – rentownościach.

Dlaczego minister nie ma racji

W tym kontekście trudno uniknąć trzech uwag:

po pierwsze – można oczywiście spekulować na okoliczność zmiennych faz awersji do ryzyka; na temat ewentualnego odwrócenia się sentymentu wobec segmentu rynków wschodzących, do którego i my się zaliczamy. Można. Ale po co? Część ekonomistów będzie twierdzić, że ten sentyment się zmieni; inni, że wręcz przeciwnie. Minister finansów na progu nowego roku, ma prawo twierdzić, że nie widzi uzasadnienia dla zaniku apetytu na polski dług. Jego przekonanie zweryfikować się da jedynie a poste priori, więc się tu ministra nie czepiajmy;

po drugie jednak – i z tym stwierdzeniem polemizować już się nie da, bo to fakt empiryczny – proponowane przez rząd zmiany w systemie emerytalnym w istotny sposób umacniają długookresową zależność popytu na polski dług od zagranicy. Znika trwale komponent stabilizacyjny popytu na obligacje, jakim były OFE; spada równocześnie podaż papierów, więc na krótką metę nie ma problemu. Pojawia się za to czynnik dodatkowego ryzyka w postaci permanentnego uzależnienia cen długu emitowanego w złotych od popytu zgłaszanego przez zagranicę;

po trzecie – osłabienie krajowego popytu na dług oraz ryzyko zmiennego sentymentu inwestorów zagranicznych oznacza także rosnące prawdopodobieństwo zwiększonych emisji zagranicznych dla sfinansowania potrzeb pożyczkowych rządu. Dziś udział długu zagranicznego w długu publicznym Polski jest wciąż jeszcze relatywnie niski. Trudno jednak zaprzeczyć, że kierunek zapowiadających się zmian w strukturze zadłużenia państwa ogółem nie jest zgodny z powszechnymi zaleceniami ekonomistów, bo wystawia nas na dodatkowe ryzyko kursowe.

Długookresowe następstwa rynkowe proponowanych przez rząd zmian w systemie emerytalnym – jak widać – nie są już tak korzystne, jak starają się to przedstawiać forsujący je autorzy. Rząd nie będzie penalizowany przez rynek, bo taka penalizacja de facto miała już miejsce w ostatnich 3 kwartałach, kiedy ostro wzrosły rentowności obligacji, a złoty ustabilizował się na poziomie dalekim od kursu równowagi, pomimo obfitego napływu kapitału portfelowego. Nie jest więc sztuką powiedzieć w tej sytuacji, że rynek pozytywnie oceni wprowadzenie rządowych pomysłów zmian w OFE, bo już je ocenił niezbyt korzystnie i do swojej oceny nic już dodać nie może. Sztuką jest za to otwarcie powiedzieć, co te zmiany oznaczają dla warunków finansowania naszych potrzeb pożyczkowych na dłuższą metę.

Mniej prywatnych oszczędności = wolniejszy wzrost

I już na koniec pewien pomijany niesłusznie milczeniem kontekst makroekonomiczny obcięcia składki kierowanej do OFE.

Dług publiczny spadnie o 0,8 proc. w relacji do PKB. Brawo. Zwiększa to naszą wiarygodność fiskalną. Na dodatek szybko i bez bolesnych reform. Jeszcze raz: brawo.

Trudno jednak nie zauważyć, że w tej samej relacji co dług spadnie też przyrost krajowych oszczędności prywatnych. Nawet po uwzględnieniu obietnicy ponownego wzrostu składki kierowanej do OFE począwszy od 2017 roku, do tego czasu dynamika rocznego przyrostu PKB zmniejszy się w wyniku wolniejszego przyrostu oszczędności o 0,3 pkt. proc.. I to jest bez problemu do policzenia.

Aby zrekompensować ubytek oszczędności odkładanych w OFE i nie wygenerować negatywnych następstw dla wzrostu trzeba: albo zwiekszyć import oszczędności z zagranicy; albo zaproponować inną formę zwiekszenia prywatnych oszczędności.

Oba te rozwiązania obarczone są wieloma ryzykami, nie są zbyt pewne i tym samym ich następstwa stają się trudno policzalne. Pozostańmy jednak w sferze twardych faktów. O oszczędności zagraniczne będzie w najbliższych latach ostro rywalizować mnóstwo krajów. Konkurencja będzie więc duża. A jeśli chodzi o alternatywne formy oszczędzania rezydentów, to proponowane wyjście w postaci możliwości odliczania od podstawy opodatkowania kwot dobrowolnie odkładanych na emeryturę, tym korzystniejsze dla wzrostu gospodarczego, im bardziej agresywne - jest równocześnie proporcjonalnie niekorzystne dla budżetu. Powoduje zaś z całą pewnością konieczność ponownej weryfikacji ścieżki konwergencji fiskalnej.

Przeprowadzone przeze mnie szacunki wskazują, że dla zrekompensowania ubytku przyrostu oszczędności w OFE odpis od podstawy opodatkowania w pierwszych 5 latach obowiązywania nowego systemu powinien wynosić 4 pkt. proc.. Oznaczałoby to jednak smululowany ubytek dochodów budżetu z tytułu PIT rzędu 25 mld PLN. Cudu Tuska w makroekonomii nie będzie. Coś za coś.

Alternatywa jest prosta: uniknięcie negatywnych następstw zmian w OFE dla długoterminowego wzrostu gospodarczego wymaga wolniejszego tempa schodzenia z deficytem, albo odpowiednio większych oszczędności w wydatkach.

Warto, jak sądzę, wzbogacić nieco już nudnawą dyskusję o wyższości ZUS nad OFE o te dwa amputowane, nie najbardziej bagatelne przecież, wątki.        

2011-01-14 13:10
gospodarka, blogi ekspertów zmiany, ofe Komentarze (5)
 Oceń wpis
   

Wielki manifest antyreformatorski, pod jakim podpisał się w Rzeczpospolitej główny doradca do spraw gospodarczych premiera jest dokumentem zawstydzającym i pełnym hipokryzji.

Znacznie prościej byłoby napisać tak: „ludzie, potrzebujemy tych 24 mld złotych, które są dziś ujawnianiem ukrytych jutrzejszych zobowiązań państwa wobec obywateli; potrzebujemy tych pieniędzy, bo bez nich nie potrafimy domknąć budżetów w kilku następnych latach. W roku 2011 gdy zmniejszymy do 2,3 proc. składki przekazywane do OFE budżet zyska ok. 0,9 proc. PKB. My wtedy przez co najmniej rok w zasadzie nic już więcej nie będziemy musieli robić i o to nam chodzi. Zmieścimy się w nowej Aktualizacji Programu Konwergencji i limitach ustawowych, a potem się zobaczy. Musicie nas zrozumieć, tempo ujawniania długu ukrytego zwyczajnie nas przerosło. Nie potrafimy usunąć innych źródeł deficytu, nie wyrabiamy, a działamy pod naciskiem groźby przekroczenia kolejnych progów ostrożnościowych limitujących wielkość długu publicznego w relacji do PKB”.

To by było przynajmniej uczciwe. Na tym polu merytoryczna rozmowa jest jeszcze możliwa. Eksperci są na tego rodzaju argumentację otwarci, bo wbrew panującemu w kręgach rządowych przekonaniu nie są bynajmniej fundamentalistami. Ale z całą pewnością szkoda im czasu na połajanki o tym, jak to przy okazji reformy emerytalnej odstąpiono 11 lat temu od solidarności międzypokoleniowej. Ile razy bowiem można prostować brednie, tak nie wahamy się nazwać tego bredniami, o wyższości przyszłej emerytury z ZUS nad emeryturą z systemu II filarowego? Czy Radzie Gospodarczej przy premierze przystoi mącić ludziom w głowach, straszyć ich niską stopą zastąpienia i sprawiać wrażenie, że to ktoś w OFE chce ich ograbić, a ZUS im tego nie zrobi? Bo jeśli nie, to mamy poważny problem.

Fakty bowiem są nieubłagane: po to, by emerytury z I filara sięgały za 20-30 lat 60 proc. ostatniego wynagrodzenia składki płacone przez pracujących musiałyby być 1,5-2-krotnie wyższe niż dziś. W starzejącym się społeczeństwie, przy mniejszej liczbie ludzi zawodowo aktywnych przypadających na emeryta, żelazna reguła dla systemu, w którym to państwo gwarantuje przyszłe wypłaty, jest prosta: wyższe podatki, albo niższe świadczenia. Doradcom premiera nie wypada więc przeciwstawiać wysokości emerytur w zreformowanym systemie emerytalnym systemowi państwowemu, nie wspominając o koszcie dla pracujących, jaki łączy się z ekwiwalentnością tych świadczeń. Nie wypada tym bardziej, gdy takiego przeciwstawienia dokonują celowo zaniżając stopę zwrotu w II filarze, tak by proponowane przez nich zmiany za bardzo nie kłuły w oczy przyszłych emerytów.

Manipulacje na liczbach, jakich Rada dopuszcza się przy okazji „dyskusji” o kosztach reformy emerytalnej muszą wprawić każdego ekonomistę w konsternację. Jeśli bowiem uchylimy jedno z fundamentalnych założeń tych szacunków, mówiące o tym, że w dłuższym okresie zwrot z aktywów inwestowanych przez OFE lokuje się mniej więcej na poziomie dynamiki PKB, a w to miejsce przyjmiemy empirycznie zweryfikowany wskaźnik zwrotu osiągany przez TFI, który o ponad 2 pkt. proc. przekracza wzrost gospodarczy, to skłanianie ubezpieczonych do powrotu do ZUS, usprawiedliwiane wysokością przyszłych śwadczeń i stopą zastąpienia staje sie czymś więcej niż tylko poważnym merytorycznym uchybieniem.

Przy ostrożnym założeniu, że OFE dają zwrot z aktywów 2 pkt. proc. ponad wzrost PKB, na przeniesieniu całości składki z OFE do ZUS klient straci 30 proc. (1500 zł wg cen 2010) miesięcznej emerytury. Tyle więc będą go na starość kosztować manipulacje doradców gospodarczych premiera z roku 2010.

Powiedzmy to jasno: dla podbudowania założonej a priori tezy o braku wyższości OFE nad ZUS rzeźbi się bez skrupułu w liczbach przyjmując niską stopę zwrotu z OFE; relatywnie wysoką z ZUS; doskonale wiedząc, że na rynkach kapitałowych finansowany jest „lepszy” kawałek gospodarki, a zapisy na zusowskich kontach będą ze względów demograficznych rosły wyraźnie wolniej niż PKB , a więc zwrot z I filara będzie niższy niż z drugiego.  

Solidarność międzypokoleniowa, to nic innego niż propagandowa maczuga, którą wymachuje się w imię dzisiejszych problemów. W rozumieniu szermujących nią osób, oni nam obiecają, że zmuszą pokolenie naszych dzieci i wnuków do składania się na nasze „godne” emerytury, a my w to uwierzymy. Wstyd, panie premierze, słuchać takich porad. A jeszcze większy – stosować się do nich. Wstyd.

Myśmy chcieli doczekać się takiego politycznego przywództwa, które wreszcie zerwie z niechlubną tradycją dojutrkowywania i życia ponad stan. Przywództwa, które wyjrzy ponad dzisiejszy horyzont, którego działania ustanowią podstawy dla dobrobytu kraju na wiele, wiele lat. Czekaliśmy na road map, gdzie pokazane zostałyby terminy i nazwane sposoby odwrócenia wszystkich odstępstw, jakich w okresie ostatnich 11 lat dopuściły się przy reformie systemu emerytalnego wszystkie kolejne rządy. Uwielbiały one być hojne nawet jak ich na to nie było stać, a gospodarka i obywatele nie należący do silnych grup interesu tracili. To przez te ostępstwa i zaniechania koszty reformy emerytalnej zostały znacząco podniesione. Wymieńmy najważniejsze z nich.

W 1998 roku zakładano, że na refundację składek do OFE budżet przeznaczy przychody z prywatyzacji w łącznej wysokości 14 proc. PKB, czego nie dotrzymano.

Nie podniesiono ustawowego wieku emerytalnego kobiet, co miano zgodnie z pierwotnymi zalożeniami reformy zrobić. Kosztuje to finanse państwa 17mld złotych rocznie, a kobietom obniża przyszłe emerytury o 30 proc.

W 2003 roku wyłączono z powszechnego systemu emerytalnego pracowników służb mundurowych, a w 2005 roku górników. W 2008 roku koszty wcześniejszych emerytur tych grup wyniosły odpowiednio ok. 5 mld i ok. 6,5 mld PLN. Dziś te koszty są już większe i będą dalej rosły.

O dwa lata (2007-2008) opóźniono ograniczenie możliwości przechodzenia na wcześniejsze emerytury. Konsekwencją było poniesienie kosztów wykonania wyroku TK, który zakwestionował nierówne prawa kobiet i mężczyzn. Finansowo oznaczało to dla budżetu koszty rzędu 2,5 mld w roku 2009 i prawie 7 mld PLN w 2010. Widząc eksplozję wcześniejszych emerytur, rząd wreszcie poszedł po rozum do głowy i je zlikwidował. Kosztem politycznym, pewnie trudnym do uniknięcia, z czego doskonale zdajemy sobie sprawę jest wydatek ok. 1,3 mld PLN rocznie na świadczenia kompensacyjne dla nauczycieli.

Od 2007 r. wszystkie świadczenia społeczne, w tym emerytury, wypłacane przez ZUS są znów corocznie waloryzowane o wskaźnik inflacji powiększony o 20 proc. realnego wzrostu przeciętnych wynagrodzeń w gospodarce. Te nieplanowane wcześniej koszty to ok. 1 mld PLN rocznie.

Zapomniano też o dostosowaniu systemu rentowego do nowego sposobu wyliczania emerytur. Zamiast tego obniżono składkę rentową doprowadzając fundusz rentowy od nadwyżki do 18 mld deficytu.  Ten przykład strategii „zastaw się, a postaw się”, oprócz namacalnego wymiaru finansowego oznacza, że w przyszłości emerytury mogą być niższe od rent z tytułu niezdolności do pracy.

Chcieliśmy o tym wszystkim dyskutować. Bo przecież jest o czym. Chcieliśmy rzetelnego przedstawienia rachunku kosztów i metod jego redukowania w okresie wielu najbliższych lat. Na powrocie do zaniechanych zmian powinno, naszym zdaniem, polegać dokończenie reformy emerytalnej. Na tym i na poprawie funkcjonowania OFE, bo tu procentują już doświadczenia. Wokół tych kwestii trzeba budować społeczny i polityczny consens. Jesteśmy też w pełni świadomi, że budżet potrzebuje natychmiast jakiejś krótkookresowej ulgi, która pozwoli zmniejszyć bieżące napięcia fiskalne. Wiemy, że to ważne w okresie tak wielkich perturbacji na rynkach finansowych. Nie jesteśmy politykami, ale nie znaczy to, że nie mamy zrozumienia dla politycznych uwarunkowań sprawowania w sposób odpowiedzialny władzy.

I o tym byliśmy gotowi dyskutować. Na tym polu się ścierać. A czego się doczekaliśmy? Udokumentowanej fałszywymi przesłankami, pełnej liczbowych manipulacji, próby dyskredytacji od A do Z II filara systemu emerytalnego. A wszystko to w cieniu niedwuznacznych insynuacji padających z ust przedstawicieli rządu, że lobby OFE jest silne. Bardzo to smutne. W takiej dyskusji nie zamierzamy uczestniczyć. Uważamy, że zrobiliśmy co do nas należało: lojalnie ostrzegliśmy przed próbą manipulacji i niepodejmowania trudnej debaty dla osiągnięcia doraźnych korzyści.

PS. Już po napisaniu i wydrukowaniu w Rzeczpospolitej zbliżonej wersji tego tekstu, którego współautorem jest Maciej Bukowski, rząd ogłosił propozycję zredukowania od 2 kwartału 2011 składki do OFE do 2,3 proc. wynagrodzenia, kierowania dodatkowych 5 proc. do ZUS. Towarzyszy temu obietnica zwiększenia składki lokowanej w OFE do 3,5 proc. począwszy od roku 2017 oraz wprowadzenia począwszy od 2012 roku prawa do odliczania od podstawy opodatkowania PIT 2 proc. lokowanych w formie odobrowolnych szczędności emerytalnych w III filarze.

Oznacza to, moim zdaniem, 3 rzeczy: po pierwsze - trwałe zredukowanie o co najmniej połowę II filara, co ma znaczenie nie tylko dla wielkości świadczeń, ale też dla możliwości przetrwania na rynku mniejszych PTE; po drugie - wzrost prawdopodobieństwa redukcji emerytur z II filara lub podwyższenia składki emerytalnej od roku 2017; po trzecie - ubytek w dochodach budżetu rzędu 5-6 mld PLN począwszy od roku 2012.

W sumie operacja o istotnym znaczeniu dla finansów publicznych, wpływająca na wielkość przyszlych emerytur i zobowiązań państwa w perspektywie 20-30 lat, została ogłoszona w trybie karygodnym, bez wystarczająco solidnych obliczeń i oszacowania jej krótko i długo termnowych skutków.

 

2011-01-02 20:20
gospodarka, blogi ekspertów zmiany, ofe Komentarze (6)
 Oceń wpis
   

Linia obrony rządu w kwestii rozdętego deficytu i szybko przyrastającego długu publicznego przybrała wyraźny i łatwo zauważalny kształt. Wygląda ona mniej więcej tak: gdyby nie koszty reformy emerytalnej; gdyby nie dług sektora samorządowego – wszystko byłoby OK i pod kontrolą. Dlatego zlikwidujmy reformę w dotychczasowym kształcie, a na samorządy nałóżmy finansowe wędzidła silniejsze niż dziś i będzie po kłopocie.

Otóż, chciałbym wyraźnie powiedzieć, że to nieprawda. Nie będzie po kłopocie. Kłopotów będzie za to więcej. I one same też będą większe. Problemu naszych finansów publicznych  nie rozwiąże zawieszenie lub ograniczenie tej części składki emerytalnej, która trafia do OFE. Zrozumieć to powinien nie tylko ekonomista, ale nawet historyk. 

Składek dzisiejszych emerytów już dawno nie ma. Zostały wydane. To my, pracujący finansujemy wypłacane na bieżąco emerytury. A od 11 lat finansujemy też przyszłe własne. I o tyle ubywa zobowiązań wobec nas ze strony państwa. Ubytek części składek przekazywanych na ten cel jest rekompensowany ZUS-owi przez rząd, właśnie po to, by w niezakłócony sposób mogły być wypłacane na bieżąco emerytury ze starego systemu. Ten mechanizm nie oznacza niczego ponad przekształcanie długu ukrytego (zobowiązań państwa wobec przyszłych emerytów) w dług jawny (koszty reformy w postaci emisji papierów skarbowych).

Inaczej mówiąc: jeśli dzisiejsi podatnicy nie wyrównają ZUS-owi ubytku składki, zmuszeni będą to zrobić ci jutrzejsi. A tych będzie już niestety jakby mniej. Bo na niekorzyść starego systemu pays as you go (PAYG) działa zwyczajnie demografia. Ona sprawi, że na świadczenia jednego emeryta pracować będzie 2, a nie, jak jeszcze dziś, prawie 4 zatrudnionych. Logicznie więc: albo na emerytury składać się trzeba będzie więcej, albo będą one niższe. Balamutne twierdzenia o „pewności świadczeń” wypłacanych z pierwszego filara są więc zwykłym wciskaniem ciemnoty. Są wyrazem skrajnej niekompetencji, albo skrajnego cynizmu. Jeśli nie stać nas na dzisiejszy system rekompensowania ubytku składki, to jak niby ma nas być stać na wypłacanie emerytur przez ZUS w przyszłości przy mniejszej liczbie pracujacych? Jakie to mają być emerytury? Godne? Znaczy obiążenie funduszu płac pracujących sięgać ma 50-60 proc. wynagrodzeń? Domagajmy się od polityków plecących coś o emeryturach elementarnej precyzji.

Tych polityków, którzy dziś proponują „ulżenie budżetowi” już dawno nie będzie, kiedy przyjdzie do konsumowania owoców ich pomysłów. Zostanie pasztet, który wyszykują naszym dzieciom „oszczędzając” dziś na składce przekazywanej do OFE. Czy tak ma wygladać odpowiedzialność? Czy na takich polityków powinni głosować dzisiejsi 30-latkowie? Totalnie retoryczne pytania.

W nieoficjalnym obiegu (bo niepublikowane oficjalnie) pozostają szacunki, z których wynika, że - uwzględniając finansowanie – skumulowany koszt utworzenia OFE może osiągnąć w roku 2060 poziom 94 proc. PKB. Porażający przekaz. Posiłkują się nim już dziś obficie politycy. Ale jest to przekaz dedykowany dla ekonomicznych analfabetów. Ten koszt (błędnie zresztą moim zdaniem oszacowany, bo przy budzących wiele zastzeżeń założeniach) i tak będzie musiał być w przyszłości poniesiony, gdyby zachowany miał zostać system PAYG.

Ale jest jeszcze jedna godna odnotowania rzecz. Otóż, koszt reformy emerytalnej miał być z założenia pokrywany przez przychody z prywatyzacji. To założenie nigdy nie zostało zrealizowane, bo przychody prywatyzacyjne były zużywane na inne godne cele. Jest to właściwość przynależna polskiemu budźetowi (patrz przypadek rezerwy demograficznej i nie tylko). Jak jest coś wolnego, to się to bez skrupułów anektuje i już. Albo – zwyczajnie – prywatyzacji nie było, to i nie było przychodów. Jak za rządów PiS. Dlatego w terminologii budżetowej powstało i na dobre się ugruntowało pokrętne pojęcie „ujemne saldo przychodów z prywatyzacji”. Ten dziwoląg, przełożony na ludzki język znaczy: tyle właśnie zabrakło na pokrycie kosztów ubytki składki emerytalnej dla ZUS.

I teraz zerknijmy na liczby. Między styczniem 1999 a 15 października 2010 skumulowane przychody z tytułu prywatyzacji wyniosły 97 673 mln PLN. W tym czasie składka przekazana przez ZUS do OFE to 152 058 mln PLN. Wskaźnik pokrycia kosztów reformy emerytalnej w Polsce wyniósł więc do tej pory 62 proc. (64 proc. po uwzględnieniu wpływów in spe ze sprzedaży ENEI). Realny koszt reformy, na którą - wedle gorących, choć gołosłownych jak widać - zapewnień nas nie stać, to 36-38 proc. przekazanej składki. I tego się trzymajmy.

Trzymajmy się zresztą dalej kolejnych faktów. To pomaga zachować równowagę. Dotychczas obowiązujące zapewnienia premiera mówiły o poprawie systemu funkcjonowania OFE. Chodziło o większe bezpieczeństwo, elastyczność, konkurencyjność i efektywność systemu. Na to była powszechna zgoda. Nikt rozsądny nie protestował.

Teraz po raz kolejny, z uporem godnym lepszej sprawy, zaczęto znów mówić o 3 wariantach procedowania z OFE. Po pierwsze – dobrowolność udziału; po drugie – czasowe zawieszenie składki przekazywanej do OFE (czytaj: pozostawienie jej w ZUS na pokrycie bieżących zobowiazań); po trzecie – ogranicznie tej składki o połowę.

Pierwsze rozwiązanie jest kompletnie nieefektywne z punktu widzenia poprawy bieżącej pozycji budżetu. Wskazują na to dotychczasowe doświadczenia krajów (np. Słowacja), które po takie rozwiązanie sięgnęły. Chwilowa ulga, z punktu widzenia wydatków, była kompletnie niezauważalna (powrot do systemu emerytalnego finansowanego przez państwo rzędu 15 proc.), a problem finansowania przyszłych emerytur się spotęgował. Wymagało to powtórnego otwarcia 6-miesięcznego początkowo „okienka” czasowego na przejścia. Aktywna antypropaganda reformy emerytalnej w wykonaniu organów państowych staje się w takiej sytuacji nieunikniona. Tego chcemy?

Drugie rozwiązanie, czyli czasowe zawieszenie składek dla OFE, w naszych warunkach – i trzeba być tego świadowmym – oznacza poważne klopoty z bieżącą płynnością dla mniejszych OFE. Grozi nam więc albo duża fala konslolidacji, albo przejęcie zobowiązań mniejszych funduszy przez państwo. Tego chcemy?

Wreszcie opcja trzecia, czyli czasowe ograniczenie składki. Powiem zupełnie otwarcie: jest to jedyna opcja do rozważenia i – jak sądzę - do zaakceptowania, jeśli ktoś ze zrozumieniem, otwartą głową, bez kuglowania i ideologicznego zacięcia, a za to ze zrozumieniem dla funkcjonowania rynku finansowego, podchodzi do kwestii koniecznej poprawy bieżącej pozycji fiskalnej państwa.

Tyle, że uruchomieniu tej opcji towarzyszyć muszą konieczne warunki  uzupełniające. Otóż, można wyobrazić sobie czasowe ograniczenie wysokości składki emerytalnej kierowanej do OFE, o ile system emerytalny i rentowy w Polsce zostaną ujednolicone. A to oznacza: jego upowszechnienie; pełną likwidację przywilejów grupowych, których sfinansowanie kosztuje dziś podatnika 30 mld PLN rocznie; podniesienie i ujednolicenie wieku emerytalnego dla kobiet i mężczyzn; wreszcie – ujednolicenie systemu rentowego i emerytalnego, tak by ograniczyć szybko rosnący po redukcji składki (aktualnie 17 mld PLN) deficyt funduszu rentowego. 

Innymi słowy: jeśli już rząd chce szybko poprawić standing finansowy państwa, kosztem spowolnienia tempa przekształcania długu ukrytego w jawny, co do pewnego stopnia może być wytłumaczalne chęcią poprawy rynkowych warunków finansowania, to niech chociaż będzie to obwarowane zobowiązaniami do przeprowadzenia reform systemowych, które w okresie 20 najbliższych lat zaczną skutecznie poprawiać saldo funduszu emerytalnego i rentowego. Dopiero wtedy skórka może zacząć być warta wyprawki, a priorytety w dziedzinie naprawy finansów publicznych zostaną z głowy postawione na nogi.

 

2010-11-20 19:18
gospodarka, blogi ekspertów zmiany, ofe Komentarze (4)
1 | 2 |