O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

Po opublikowaniu szacunku wykonania deficytu budżetu państwa w styczniu dały się tu i ówdzie słyszeć odgłosy zachwytu: jest fantastycznie, będzie jeszcze fantastyczniej! Radość nie powinna nam jednak odbierać rozumu. Zastanówmy się raczej na chłodno, jak wytłumaczyć fenomenalną, blisko 24%, dynamikę wzrostu dochodów z VAT w ujęciu rok do roku. Zastanówmy się, co to może oznaczać dla finansów publicznych w tym roku. A może nawet pokuśmy się o prognozę na rok 2015, w którym – zgodnie z deklaracjami MF – Polska chciałaby wreszcie wydobyć się z procedury nadmiernego deficytu (EDP).

Statystyka dochodów w ujęciu r/r w okresie grudzień-styczeń jest – nie zapominajmy o tym – zakłócana nie tylko efektami bazowymi, ale też – co ważniejsze - administrowanymi przez MF przesunięciami terminów zwrotu podatku VAT. Wpływa to na olbrzymią zmienność dochodów; zmienność nieuzasadnioną samą dekompozycją wzrostu gospodarczego. Zmienna baza, z dużym dodatkiem „ręcznego sterowania”, zasadniczo zniekształca obraz strony dochodowej budżetu państwa na starcie roku i utrudnia tym samym ocenę wiarygodności wykonania całorocznej prognozy dochodów.

W tym roku dochody z VAT zostały w styczniu „podpompowane” za sprawą ograniczenia i opóźniania zwrotów podatku za materiały budowlane. Wielu przedsiębiorców skarży się przy tym na wyjątkowo drobiazgowe i długotrwałe kontrole US poprzedzające należny zwrot podatku VAT.

Jeśli zaś chodzi o bazę statystyczną dla porównań, to była ona w tym roku wyjątkowa. W styczniu 2013 spadek dynamiki VAT sięgnął – znów głównie za sprawą wysokiej bazy z 2012 roku – gigantycznej wielkości 22,1%. Wychodzi na to, że przy podobnej jak w styczniu 2012 technice opóźniania zwrotów VAT, dochody w styczniu 2014 ukształtowały się poniżej analogicznego okresu 2012. A rok 2012 do nadzwyczajnych, jeśli chodzi o tempo wzrostu gospodarczego, przecież nie należał.

Stąd wniosek, że na bazie zrealizowanych już dochodów, oczyszczonych z administrowanych ręcznie nalotów – wbrew powszechnemu osądowi – skalę ożywienia gospodarczego na początku roku uznać by wypadało za raczej umiarkowaną niż szaleńczą.

Debiut wiarygodnej prognozy

Uważam, że tegoroczna prognoza dochodów została po raz pierwszy od wielu lat oszacowana wiarygodnie. Zmiany w dekompozycji PKB na rzecz większej kontrybucji do wzrostu popytu krajowego, zakładane przez MF i skorelowane z dynamiką dochodów, są znacznie bardziej konserwatywne, niż wynikałoby to z konsensu rynkowego. A przez to bliskie też moim prognozom, gdzie udział w dekompozycji PKB popytu krajowego jest wciąż limitowany, a przeważa nadal eksport netto.

Oznacza to, że w części dotyczącej podatków pośrednich potencjał dla przekroczenia rocznej prognozy nie powinien przekraczać 3-4 mld PLN. Byłby to wynik zbliżony do osiągniętego w ubiegłym roku, wobec prognozy już po nowelizacji budżetu.

Bardzo optymistyczne prognozy rynkowe, bazujące na znaczącym zwiększeniu wkładu popytu krajowego oraz istotnym przyspieszeniu dynamiki wzrostu wynagrodzeń, szacują zaś skalę możliwego przekroczenia prognozy dochodów nawet na 10 mld PLN. Tak jakby wszyscy super-optymiści zapominali, że wynagrodzenia za pracę to u nas ledwie 40% dochodów gospodarstw domowych, ze znaczącym udziałem w nich transferów, rent i emerytur. A te w tym roku, w zestawieniu z dobrym pod tym względem rokiem 2013, praktycznie nie drgną (niska waloryzacja po niskiej inflacji i mizernym przyroście płac w 2013).

Dalej będzie równie ciekawie

W mojej ocenie przy założeniu niewielkich oszczędności w wydatkach, w skali roku nie przekraczających 4 mld PLN, deficyt budżetu państwa może być w tym roku niższy od zakładanego o ok. 8 mld PLN.

Tylko, co z tego? Pamiętajmy, że wynik budżetu państwa jest wielkością wtórną dla oceny pozycji fiskalnej kraju. W roku 2013 deficyt sektor wyniósł ok. 4,4% PKB. KE zaleciła rządowi podjęcie działań zmierzających do dodatkowego ograniczenia deficytu o 0,4 p.p. w tym roku i zejście poniżej traktatowego progu 3% w roku 2015. W okresie przedwyborczym 2014-2015 skala zacieśnienia fiskalnego, wymaganego dla zdjęcia z Polski procedury nadmiernego deficytu, sięgać więc łącznie powinna min. ok. 1,4% PKB.

Pomimo przejęcia przez rząd wartych 150 mld PLN aktywów OFE, co na jakiś czas odsunęło nas od przekroczenia konstytucyjnej i traktatowej granicy 60% długu w relacji do PKB, nie widzę więc – w przeciwieństwie do wielu komentatorów – jakiejkolwiek przestrzeni dla wzrostu w latach 2014-2016 wydatków publicznych ogółem.

Od roku 2015 działa już nowa reguła wydatkowa, ustalająca limit wzrostu wydatków dla znacząco poszerzonego sektora publicznego. Ten limit będzie skąpy dla całego objętego nim zestawu jednostek zaliczanych do sektora w myśl znowelizowanej ustawy o finansach publicznych. W wymiarze realnym wzrost limitu wydatków na rok 2015 nie powinien przekroczyć 1,2-1,3%, bo musi być skorygowany o „karne” 2 p.p. z tytułu ulokowania się deficytu sektora GG w roku 2013 na poziomie znacząco wykraczającym poza 3% PKB. 2013 (t-2) jest bazowy dla korekty wydatków w roku 2015 (t). Korekta w roku t uruchamiana jest obligatoryjnie właśnie za sprawą przekroczenia 3% deficytu lub 55% państwowego długu publicznego dwa lata wcześniej.

A ponieważ skokowy spadek długu po „operacji OFE” w roku 2014 nie powinien trwale wpływać na rozluźnienie rygorów reguły wydatkowej, ostrość korekty limitu wydatków również na rok 2016 nie może zostać złagodzona. Stąd dobrze, że rząd chce obniżyć progi w regule i formule korygującej o wielkość odpowiadającą spadkowi długu. Ogranicza to groźbę nadmiernego wzrostu wydatków także w powyborczym roku 2016, kiedy rokiem bazowym dla ustalenia korekty będzie wielkość deficytu sektora i długu publicznego z roku 2014 zakłóconego jednorazowym wpływem OFE na wyniki sektora. To ważna asekuracja. Choć – jak widać choćby z ostatnich naszych doświadczeń z ustawowo zapisanymi ograniczeniami w finansach publicznych – zapewne nie wystarczająca.

Reguła nie eliminuje też możliwości „poszalenia” z wydatkami tam, gdzie rząd uzna to za spójne ze swoim strategicznym celem. A celem tym jest bez wątpienia krótkookresowe wsparcie dynamiki obserwowanego PKB. Rzecz bez wątpienia ważna z punktu widzenia szans wyborczych obecnej koalicji.

Limit wydatków ustalony dla całego sektora pozwoli – na przykład – w roku 2015 znacząco zwiększyć poza te mizerne 1,2-1,3% wydatki na drogi i koleje. Tym samym jednak obciąć trzeba będzie – równie znacząco – wydatki dla innych jednostek zaliczanych do szerokiego sektora.

Wciąż uważam, że wielu resortowych ministrów jeszcze nie załapało, co czeka budżety podległych im jednostek w dwóch najbliższych latach. Chyba, że obecne i przyszłe MF jakimś zabiegiem spróbuje wywinąć się spod rygorów nakazujących obciąć o 2 p.p. limit wydatków w latach 2015-2016 wynikający z zastosowania formuły korygującej do uśrednionego tempa wzrostu gospodarczego z 6 minionych i 2 prognozowanych okresów rocznych. Ale tu mogę obiecać solennie, że ukryć się takiego manewru nie da.      

2014-02-27 16:19
gospodarka, blogi ekspertów budżet, reguła wydatkowa, progi ostrożnościowe Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

 Zmiana podstawowych parametrów budżetowych była oczywista już od dłuższego czasu. Brak negatywnej reakcji rynku na zapowiedź zwiększenia deficytu nie jest więc żadnym wskaźnikiem zaufania rynku do rządu. Ta zła wiadomość była już wcześniej zdyskontowana w wycenie polskich aktywów. Wzrost cen obligacji i umocnienie się złotego bierze się zaś z neutralnego wpływu zwiększenia deficytu na tegoroczne potrzeby pożyczkowe. Zostaną one zaspokojone z prefinansowania. Ministerstwo Finansów jest dość dobrze przygotowane do realizacji zmienionego budżetu. Poduszka płynnościowa pod koniec czerwca wyniosła ponad 45 mld PLN (w tym 25 mld  to lokata w NBP, a 20 mld lokaty walutowe). Tyle, że - jak łatwo zauważyć - uszczuplenie prefinansowania teraz oznacza wzrost potrzeb pożyczkowych w przyszłym roku o co najmniej tę samą kwotę. Nie przesadzajmy więc z tym podziwem rynku dla rządu. Z cmokaniem i klaskaniem poczekajmy lepiej do pierwszego kwartału 2014. Zobaczymy, co wtedy dziać się będzie z rentownościami naszych obligacji. W mojej ocenie nowelizacja budżetu z pewnością rynku obligacji nie wzmacnia. Takie cuda na rynku się nie zdarzają.

Nowelizacja budżetu była opóźniana do ostatniej chwili. Biorąc pod uwagę ograniczenia legislacyjne wynikające z konieczności przestrzegania zaleceń nakładanych na relację deficytu budżetu państwa do planowanych dochodów po przekroczeniu przez dług pastwa 50 proc. PKB, można było obstawiać scenariusz wybrnięcia z budżetowego pata. Wybrano zawieszenie (czytaj: likwidację) pierwszego progu ostrożnościowego na dwa lata. Wstecznie na ten rok, wyprzedzająco na 2014. Po co dołączono do tego przyszły rok? Przecież od 2014 rząd ma już w zanadrzu nowelę UFP, znoszącą pierwszy próg ostrożnościowy, wprowadzającą nową regułę wydatkową, a na dodatek jeszcze możliwość przejęcia części aktywów OFE, co zredukuje dług publiczny o 6-11 pkt. proc. w relacji do PKB.

Niby tak, ale projekt przyszłorocznego budżetu musi być zaraz dopięty. Głupio by wyglądało, gdyby był on wsparty na nieistniejącym fundamencie prawnym. A w przyszłym roku deficyt budżetu państwa będzie musiał poszybować już w okolice dopuszczalnego w Wieloletnim Planie Finansowym limitu 55 mld, w 2015 jeszcze nieco wyżej. Zawieszenie progu 50 proc. na 2014 było więc niezbędne dla formalno-prawnej poprawności przedłożenia rządowego. I żeby „krzykliwi ekonomiści” nie sarkali.

 Rząd pokazał, jak zrobić coś, czego nie da się zrobić zgodnie z obowiązującym prawem. W sytuacjach ekstremalnych prawo się zmienia. Jeśli przepisy zawierają jakiekolwiek ograniczenia dla polityków (vide: progi zadłużeniowe), to w imię mniejszego zła wypada je albo znieść, albo pominąć. Przecież nie obetniemy wydatków o 30 mld w pół roku, prawda? Każdy, nawet Balcerowicz, to zrozumie.

Szczerze mówiąc: uważam, że zawieszenie progów ostrożnościowych było jakąś opcją wybrnięcia z pata w finansach publicznych 2-3 lata temu. Trzeba było to zrobić zaraz po tym, jak niepotrzebnie zwiększono deficyt sektora do blisko 8 proc. PKB, rozpędzając gospodarkę do blisko 5 proc. wzrostu. Alternatywą było przyspieszenie ślimaczących się prac nad nową regułą wydatkową. Zamiast tego wybrano coś prostszego: ostre hamowanie. Równie niepotrzebnie redukując tym sposobem deficyt w 2 lata o połowę (Rostowski chciał nawet o 1 pkt. proc. więcej), co doprowadziło dziś  gospodarkę na próg recesji.

Opcję wczesnego korygowania następstw błędu nadmiernej ekspansji fiskalnej odrzucono, bo Rostowskiemu się wydawało, ze raz jeszcze uda mu się prześliznąć po krawędzi. Ale się nie udało. Zawieszenie progu 50 proc. dla potrzeb nowelizacji tegorocznego budżetu, a więc poniekąd wstecz, jest spóźnione i przez to formalnie nieeleganckie. Ale nie to jest najważniejsze. Stwarza ono bowiem niebezpieczny precedens. Od teraz każda władza ma moralne prawo zmiany reguł w trakcie gry w ostatniej dosłownie chwili, po to tylko, by zminimalizować koszty polityczne („żeby ludzi nie bolało”). Koszty finansowe, czy reputacyjne są drugorzędne.

Rząd zamierza zaserwować nam trzy nowelizacje ustawy o finansach publicznych w okresie dwóch lat. Każda z nich – od zmiany zasad przeliczania długu denominowanego w walutach obcych przez zastosowanie uśrednionego kursu walutowego, czy „unettowienia” wielkości zadłużenia poprzez wyjęcie z niego prefinansowania potrzeb pożyczkowych, przez zawieszenie progu 50 proc., aż po regułę wydatkową – jest korzystna z punktu widzenia aktualnej pozycji fiskalnej. Co ważniejsze jednak – wszystkie nowelizacje wyraźnie osłabiają ostrzegawczą funkcję procedur ostrożnościowych zawartych w pierwotnej wersji UFP.

Czy tegoroczna nowelizacja oznacza dodatkowy impuls fiskalny dla gospodarki? Wolne żarty. A gdzie są te dodatkowe wydatki? Gdyby rząd zdecydował się jedynie na dostosowanie budżetu do ubytków po stronie dochodowej i na utrzymanie status quo po stronie wydatkowej, to trudno tu mówić o ekspansji fiskalnej, którą sugerowali minister finansów i premier. Gdyby zaś miały zostać sfinansowane jakieś faktycznie nowe, dodatkowe wydatki, to raczej pokaże się to pod kreską, czyli w finansowaniu pozabudżetowym.

Wzrost deficytu budżetu państwa, wydatki poza budżetem centralnym, oraz niskie tempo wzrostu nominalnego PKB muszą pociągnąć za sobą wzrost deficytu SFP do 4,5-5,0% PKB zarówno w tym, jak i w przyszłym roku. Deficyt będzie zgrzytem w naszych relacjach z Komisją Europejską. Dwa dodatkowe lata dane nam na wyjście z procedury nadmiernego deficytu skończą się wzrostem deficytu. Ale – wbrew pozorom – to nie pomrukiwanie KE będą naszym największym problemem. Będzie nim za to narastający dług, który mocno stępi ostrze antycyklicznej polityki fiskalnej, wywindowanej na piedestał przez nową regułę wydatkową.

Wolniejszy wzrost gospodarczy oraz większy deficyt SFP mogą już pod koniec bieżącego roku powiększyć dług SFP w ujęciu unijnym do poziomu bliskiego 60% PKB.

Stąd jest rzeczą oczywistą, że bez skokowej redukcji długu publicznego w drodze przejęcia części aktywów OFE, kontynuacja bieżącej polityki fiskalnej w warunkach umiarkowanego wzrostu, jaki czeka nas w najbliższych latach, musiałaby zakończyć się  zawieszeniem nie tylko kolejnego 55 proc. progu ostrożnościowego, ale tez zagrażałaby progowi konstytucyjnemu. I w takim właśnie kontekście postrzegać wypada dyskusję zarówno o nowej regule wydatkowej, jak też o przyszłości Otwartych Funduszy Emerytalnych. Kontekst jest tu ważniejszy niż cokolwiek innego.

 

2013-07-31 09:46
gospodarka, blogi ekspertów budżet, reguła wydatkowa, progi ostrożnościowe Komentarze (9)
 Oceń wpis
   
Wielu ekonomistów, w tym również  niżej podpisany, wiązało od dawna duże nadzieje z wprowadzeniem do praktyki (a nie tylko – jak dotąd – teorii) planowania budżetowego sztywnej reguły limitowania wydatków ogólem o niewielki procent ponad poziom inflacji.

Nieduży realny wzrost wydatków, w granicach 1-3 proc., wydawał się rozwiązaniem właściwym dla stopniowego „wyrastania z deficytu”. Reguła wydatkowa ma znacznie więcej zalet niż słynna 30 mld nominalna „kotwica budżetowa”, ciągnąca nas na dno tym mocniej, im lepsze było faktyczne wykonanie budżetu. To właśnie za sprawą „kotwicy” w projektach ustaw budżetowych w ostatnich latach deficyt budżetu państwa rósł w stosunku do faktycznego wykonania z roku poprzedniego, po to, by później maleć w trakcie pomyślnego wykonywania budżetu. Fikcja goniła tu fikcję.

Dlaczego w takim razie używam czasu przeszłego pisząc o nadziejach związanych z regułą procentową limitowania wydatków?

Coż, chodzi o podstawę dla oszacowania możliwego wzrostu wydatków. Jeśli bowiem za taką służyć ma zapisany w ustawie budżetowej poziom wydatków, to nie trzeba nadmiernej przenikliwości, by zauważyć, że przy faktycznym ich wykonania odbiegającym w dół od planowanego (a tak właśnie było w ostatnich latach), z twardej reguły zapisanej na papierze w dobrze wyglądajacej postaci:

inflacja + 2 proc.

może się łatwo zrobić galaretowate:

inflacja + 2 proc. + (x) proc. niewykonanych wydatków z roku poprzedniego

Jeśli, dajmy na to, w roku 2008 zamiast planowanych i zapisanych w ustawie budżetowej wydatków na poziomie 310,4 mld PLN wykonamy „jedynie” 305 mld, to przy regule „inflacja + 2 proc.” dorzucamy do planowanych w roku 2009 wydatków dodatkowe 1,6 proc. zaoszczędzone w ubiegłym roku; jeśli wykonane wydatki byłyby o 10 mld niższe od planu, a podstawa dla limitowanie pozostałaby taka jak w planie, to nominalne wydatki – pozostając w pełnej zgodzie z regułą - mogłyby wzrosnać o: 3,2 proc. (prognozowana średnioroczna inflacja) + 2 proc. + 3,2 proc., co daje całkiem solidny wzrost o 8,2 proc..

Jak widać - im niższe będzie faktyczne wykonanie wydatków w roku 2008, tym okazalszy stanie się „bufor” dla sfinansowania przez rząd nominalnego wzrostu wydatków w roku 2009. A wszystko przy formalnym respektowaniu restrykcyjnej procentowej reguły wydatkowej.

Reasumujac: przy tak rozumianej podstawie dla kalkulacji wzrostu wydatków, pole manewru rządu w przyszłym roku staje się tym szersze, im niższe będzie wykonanie wydatków majątkowych (w żelaznych rękach pani minister Elżbiety Suchockiej) oraz wydatków unijnych.

Tyle tylko, że w ten sposób zmodyfikowana reguła wydatkowa nieco nam się znów rozmywa.  

2008-05-15 18:38
gospodarka, blogi ekspertów budżet, reguła wydatkowa Komentarze (3)