O mnie
 
ekonomista, prowadzi własną firmę doradczą "JJ Consulting"
 


Najnowsze komentarze
 
2015-05-25 12:11
gdptax do wpisu:
CIepla woda
Do Pańskich wątpliwości dodaję swoje. Ale pytanie jest głębsze, dlaczego my jako zbiorowość[...]
 
2015-02-12 11:56
wispawel12 do wpisu:
Zapasy pompują nam wzrost
Uległeś wypadkowi?Doznałeś obrażeń?Nie czekaj zgłoś się już dziś!!!Przyjmujemy zgłoszenia od[...]
 
2014-08-17 14:25
tatar001 do wpisu:
Mój krótki mail do Jarosława Gowina
Również nie widzę szansy na euro w Polsce, przynajmniej przez najbliższe kilka(naście) lat.
 



 Oceń wpis
   

"Decyzja o obniżeniu stóp procentowych na obecnym posiedzeniu oznacza zamknięcie cyklu łagodzenia polityki pieniężnej". Taki kategoryczny zapis trafił do komunikatu RPP po obniżce stóp procentowych o 50 pkt. baz. w marcu 2015.

Bezwarunkowe zamknięcie cyklu w warunkach dużej i utrzymujacej się niepewności świadczy o kompletnym braku profesjonalizmu podzielonej głęboko Rady. Każdy liczący się ze swoją reputacją bank centralny wprowadziłby w tej sytuacji do swojej komunikacji z rynkiem zapis WARUNKOWY.

Osłabienie kategorycznego zapisu, choćby stwierdzeniem, że "zamknięcie cyklu nastąpiło, o ile zasadniczo nie zmienią się uwarunkowania w zewnętrznym otoczeniu makroekonomicznym, wpływajace na bilans ryzyk w Polsce",  byłoby działaniem profesjonalnym, zrozumiałym i usprawiedliwionym. Cykl zostałby zamknięty z asekuracją stosowną do natężenia niepewności.

Różnica między warunkowym, a bezwarunkowym zamknięciem cyklu jest gigantyczna. Teraz, o ile nastąpią zmiany wpływajace na bilans ryzyk, czego dziś odpowiedzialnie wykluczyć nie sposób, to albo Rada będzie musiała połknąć własny język, albo w poczuciu godności okopie się na pozycjach: słowo się rzekło - kobyłka u płota, czyli błądzimy, bo tego wymaga pogoń za nieistniejącą reputacją. 

2015-03-04 17:08
gospodarka, blogi ekspertów rpp, cykl Komentarze (0)
 Oceń wpis
   

Ta Rada Polityki Pieniężnej jest jakby żywcem wyjęta z podręcznikowych opisów rudymentarnych błędów w polityce monetarnej: zawsze spóźniona; zawsze pod wpływem bieżących odczytów; zawsze za rynkiem. Rada bez swojej podstawowej umiejętności, jaką przy strategii bezpośredniego celu inflacyjnego jest umiejętność patrzenia wprzód (forward looking), a nie w tył (backward looking) nigdy nie zyska wiarygodności uczestników rynku. Nigdy też nie zdoła sterować rynkowymi oczekiwaniami.

Przy aktualnym bilansie ryzyk dla przyszłej inflacji i wzrostu próba obrony strategii „dziobania” stóp małymi kęsami (sprzeczna zresztą z wymową komunikatu) opierać się może wyłącznie o 2 merytoryczne argumenty (w komunikacie na próżno ich szukać, trochę o tym było na konferencji po posiedzeniu): chęć uniknięcia negatywnego wpływu szybkiej obniżki stóp na stopę oszczędności; obawa przed osłabieniem złotego. Oba są wątłe. Logicznie: skoro przy poziomie stopy repo 4,75% mieliśmy spadek oszczędności, to dla uzyskania pożądanego efektu powinniśmy w zasadzie stopy podnieść. Absurd, prawda? A jeśli chodzi o kurs, to rynek wycenia już obecnie 125 pkt. redukcji stóp do połowy 2013 roku. I nie ma znaczenia, czy obniżki odbywać się będą nadal na zasadzie fine tuning, czy będą masywne, bo one już są w wycenie aktywów.

RPP uparła się prowadzić procykliczną politykę pieniężną. Nie wiem dlaczego. Z pewnością nie z powodów merytorycznych. Zdecydowana obniżka stóp mogłaby wesprzeć konsumpcję w okresie najbliższego ciężkiego półrocza, kiedy Polsce zagraża recesja. Mogłyby też pomóc bardzo napiętemu budżetowi. Nie pociągnęłoby to za sobą ryzyka wzrostu i zakotwiczenia na wysokim poziomie oczekiwań inflacyjnych. Kunktatorstwo, to nie to samo, co przynależny do kanonu centralnej bankowości konserwatyzm i ostrożność.   

2012-11-07 16:31
gospodarka, blogi ekspertów rpp, stopy procentowe, recesja Komentarze (10)
 Oceń wpis
   

 

Trudna do usprawiedliwienia decyzja Rady Polityki Pieniężnej o pozostawieniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie wywoła zapewne krótkotrwałe rally na PLN. Spowoduje też wzrost cen obligacji denominowanych w PLN. Stanie się tak, ponieważ RPP zasadniczo zawęziła sobie pole manewru na przyszłość, dokonując pre-commitment obniżki stóp w listopadzie. Stopy w Polsce muszą spaść i spadną w listopadzie, po przedstawieniu nowej projekcji inflacyjnej i po październikowych i listopadowych odczytach produkcji z ujemną dynamiką r/r. A ponieważ wszyscy inwestorzy wiedzą o nieuchronności zmian w bilansie ryzyk, będą zajmować długie pozycje w PLN wykorzystując jako funding currency dla carry trade inne waluty krajów z naszego regionu (w tym głownie czeską koronę i forinta), gdzie rozsądniejsze banki centralne rozpoczęły już obniżanie stóp procentowych. Na fali spekulacji, na krótki czas 3-4 tygodni, PLN może mocno zbliżyć się nawet do 4 PLN/EUR. Po pierwszej obniżce stóp, jeśli będzie ona mała, oczekiwania na dalsze nie wygasną, ale inwestorzy będą już po realizacji największych zysków, dlatego PLN poruszać się będzie do końca roku w przedziale 4,10-4,15.

Umocnienie PLN jest krytyczne dla wzrostu gospodarczego. Stąd w najnowszych prognozach przewiduję niewielką recesję rzędu -0,2-0,3 proc. w 1 kwartale 2013. Można by temu zapobiec wyłącznie bardzo intensywnie tnąc w listopadzie stopy, o nie mniej niż 100 pkt. w jednym ruchu. Taka rozsądna decyzja RPP w świetle październikowego występu, wydajei się jednak bardzo mało prawdopodobna.

Pre-commitment bywa rzadko wykorzystywanym instrumentem polityki pieniężnej. Banki centralne sięgają po tę big bazookę wyłącznie w sytuacjach ekstremalnych. Dlaczego po tę broń sięgnęła teraz RPP? Nasuwa się tylko jedna odpowiedź: gdzieś w zakamarkach naszego konstytucyjnego ciała zbiorowego zagubiły się resztki zdrowego rozsądku.  

2012-10-03 17:49
gospodarka, blogi ekspertów rpp, stopy, recesja Komentarze (3)
 Oceń wpis
   

Już widać, że z Radą Polityki Pienieżnej trzeciej kadencji będzie kilka poważnych problemów. Jej skład i postępowanie wydają się dość ekstrawaganckie, jak na obyczaje panujące w bankowości centralnej. Na skutek nieszczęśliwego wypadku wybrano nowego prezesa i przewodniczącego Rady, co zawsze jest dla każdej hierarchicznej instytucji wstrząsem. A w tym wypadku wstrząsem, można powiedzieć, o szczególnym natężeniu.

Ekstawagancję Rady trzeciej kadencji obserwować możemy na wielu przykładach. Oto ledwie garść z nich.

Nigdy wcześniej Rada nie była tak silnie upolityczniona i spolaryzowana. Nigdy wcześniej jej członkowie nie prezentowali publicznie tak mocno ortodoksyjnych poglądów z przeciwstawnych biegunów. Nigdy wcześniej żaden czlonek Rady nie zarzucił innemu publicznie kłamstwa. Nigdy wcześniej członek Rady nie podpowiadał głośno na konferencji prasowej przewodniczącemu, co ma mówić. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by Rada zrobiła sobie „przerwę wakacyjną” w urzędowaniu. Nigdy wcześniej członek Rady nie opuszczał jej posiedzenia przed głosowaniem. Nigdy wcześniej członek Rady nie prowadził procesu sądowego przeciw innemu członkowi, którego nie zakończyła nawet śmierć jednego z nich. Nigdy wcześniej członek Rady nie bojkotował jej posiedzeń, bo się na coś nie zgadzał, po to, by później ogłosić koniec bojkotu, bo zaczął się zgadzać. Nigdy wcześniej członek Rady nie domagał się od agencji prasowej, by ta przeprowadziła z nim wywiad. Nigdy wcześniej członek Rady publicznie nie łamał przepisów zabraniających ujawniania sposobu głosowania na posiedzeniu przez upływem karencji (owszem, zdarzało się to w niepublicznych wystąpieniach, trzeba przyznać, ale nigdy w formie tak otwarcie manifestacyjnego łamania prawa, jak zdarza się to teraz).

Uderzający brak kompetencji w zakresie polityki pieniężnej wzmacniany jest bardzo nikłym doświadczeniem członków RPP (poza jednym przypadkiem) w obcowaniu z rynkiem finansowym. Członkowie Rady mają zwyczaj rozwodzić się publicznie w swych prywatnych enuncjacjach na temat właściwego poziomu kursu walutowego, możliwej do zaakceptowania wysokości podwyżek stóp procentowych, odpowiedniej wielkości deficytu budżetowego (tak, jakby ten dany nie stanowił jedynie ograniczenia zewnętrznego dla polityki pieniężnej). Ba, wbrew wynikom najnowszych badań, wiekszość członków Rady nie waha się traktować polityki monetarnej, jako skutecznego narzędzia nacisku na polepszenie jakości polityki fiskalnej. Zastanawiające jest, na przykład, że nowy prezes NBP rozpoczyna kompletowanie zestawu swoich doradców od specjalistów (wybitnych dodajmy praktyków) z zakresu polityki fiskalnej, a nie – co logicznie wydawałoby się poprawniejsze – monetarnej.

Wszystko, co dzieje się wokół Rady prowadzi do mało zaskakujących następstw. Podstawowym jest zaś kompletny brak wiarygodności, a nawet lekkie, acz dające się już odczuć, oznaki lekceważenia. A bez wiarygodności nie da sie sterować oczekiwaniami uczestników rynku. Nie da sie też zapanować nad oczekiwaniami inflacyjnymi. I pomruki na temat podwyżek stóp procentowych z pewnością tego nie zmienią.

Kakofonia w publicznych enuncjacjach Rady, przed posiedzeniami i po nich, totalnie zresztą sprzeczna z wewnętrznymi ustaleniami Rady, zakłóca odbiór komunikatów. Komunikaty z kolei nie oddają przebiegu posiedzeń. W ostatnim komunikacie po posiedzeniu sierpniowym, nawet rozbierając każde zdanie na czynniki pierwsze, ze świecą nie uświadczysz ważnej dla inwestorów informacji, że głosowany był wniosek o podwyżkę stóp. Tę informację, przed publikacją minutes, ujawniła za to mimochodem członkini Rady. Ba, mało tego, jak się dowiaduję informacji tej towarzyszylo zapewnienie, że „to nie było przecież pierwszy raz”.

Komunikaty z posiedzeń Rady, dodajmy dla jasności, to nie są instrumenty służące do odsiewania egzotycznych zachowań członków Rady na jej posiedzeniach. Komunikaty mają rzeczowo informować o tym, co się na posiedzeniu działo i co było na nim najważniejsze.

Jeśli komunikat informuje o zrównoważonym bilansie ryzyk, a głosowany był wniosek o podwyżkę stóp, to jest to albo świadectwo lekceważenia dla kogoś, kto taki wniosek stawiał, albo dowód manipulacji oczekiwaniami uczestników rynku. W obu wypadkach cena jest wysoka: utrata wiarygodności Rady w oczach inwestorów zwiększa koszt prowadzenia polityki pieniężnej. Nie chcę nawet rozważać ewentualności, że w historycznych zapisach minutes brak informacji o wnioskowanych na posiedzeniu zmianach stóp procentowych. To byłby skandaliczny precedens.

Jest prawdziwie szczęśliwym zbiegiem okoliczności, że pierwsze miesiące funkcjonowania Rady Polityki Pieniężnej trzeciej kadencji przypadły na taki czas, który nie wymagał zbyt wiele od tej części polityki monetarnej, której kształtowanie leży w kompetencjach Rady. Ale już niebawem może się to zmienić. Dobrze by było, żeby Rada zdołała się jakoś wcześniej zebrać do kupy, stając się wiarygodnym i – co równie ważne – przewidywalnym partnerem dla rynku finansowego. Idą nielekkie czasy. Pora na to najwyższa.

2010-09-05 15:09
gospodarka, blogi ekspertów rpp, III kadencja Komentarze (5)
 Oceń wpis
   

Nasz kalendarz polityczny z pewnością nie ułatwia i tak wyboistej drogi do euro w najszybszym z możliwych terminów, uroczyście zapowiedzianym przez pana premiera. Po drodze mamy bowiem: wybory do Parlamentu Europejskiego (2009), wybory prezydenckie (2010) i parlamentarne (2011). Jakby tego było mało, w trakcie starań o uchylenie derogacji, czeka nas też wymiana całego (poza przewodniczącym) składu Rady Polityki Pieniężnej.

Poniższe zestawienie zawiera terminy wygaśnięcia kadencji urzędujących obecnie członków Rady Polityki Pieniężnej. Jak widać ostatni z nich, powołani na mocy obowiązujących przepisów przez prezydenta RP, powinni odejść nie później niż 17 lutego 2010; piersi – wyłonieni w drodze głosowania przez Sejm RP – najpóźniej 08. stycznia 2010.

Dariusz Filar, Andrzej Wojtyna, Andzrej Sławiński (przeydent RP) - 17.02.2010

Stanisław Owsiak, Marian Noga, Haina Wasilewska-Trenkner (Senat - 22.01.2010

Jan Czekaj, Mirosław Pietrewicz (Sejm) - 08.01.2010

Stanisław Nieckarz (Sejm) - 06.02.2010

Oznacza to, że proces wyłonienia nowych członków RPP przez Sejm i Senat, powinien zakończyć się w grudniu przyszłego roku, czyli najpóźniej za 15 miesięcy.

Jakie problemy związane są z wyłonieniem nowych członków RPP? Oprócz rzecz jasna tego oczywistego, że zmiana Rady w trakcie procedury uchylania derogacji przypominać musi wymianę zaprzęgu w trakcie przeprawy przez rzekę. Widzę pięć punktów, które trzeba z pewnością mieć na uwadze.

  1. Wypada założyć, że wszystkie osoby nominowane przez Prezydenta RP będą konsultowane z kierownictwem PiS oraz z urzędującym prezesem NBP, równocześnie przewodniczącym RPP (koniec kadencji w roku 2013). Będą to osoby wspierające w głosowaniach prezesa NBP. Oznacza to dysponowanie 4 głosami w Radzie. W przypadku pozyskania choć jednego głosu wśród pozostałych 6 członków Rady, „grupa prezydencka” uzyskuje decyzyjną większość, z uwagi na casting vote przewodniczącego Rady przy równym stosunku głosów.
  2. Wybór 6 osób powoływanych w oddzielnych głosowaniach przez Sejm i Senat wymaga uzyskania zwykłej większości głosów. Koalicja jest w stanie taką większość uzyskać i tym samym przeprowadzić swoje kandydatury. Założyć jednak trzeba, że prawo wyznaczenia członków RPP będzie przedmiotem uzgodnień koalicyjnych między PO i PSL. Z dużym prawdopodobieństwem założyć można, że PO uzyska prawo wskazania 4, a PSL 2 kandydatów.
  3. Stworzenie przeciwwagi dla „grupy prezydenckiej” w RPP wymaga wielkiej homogeniczności kandydatów wybranych przez Parlament. Każda z osób wybranych przez Sejm i Senat, bez względu na rekomendację partyjną, z uwagi na układ sił w nowej Radzie, reprezentować musi twarde i zdecydowane stanowisko co do polityki pieniężnej, w tym szczególnie, co do niekwestionowanej powinności banku utrzymania inflacji w nisko skalibrowanym celu. Każdy z nowych czlonków musi też mieć zdecydowane poglądy na temat udziału Polski w strefie euro, bo na kadencję tej Rady przypadnie ustalanie ostatecznego kursu przejścia na euro po uchyleniu derogacji.
  4. Ani PO, ani PSL nie mogą pozwolić sobie na wskazanie i wybór żadnych swing voters, którzy gotowi byliby dołączyć do „grupy prezydenckiej”, z pewnością skłonnej do prowadzenia akomodacyjnej polityki pieniężnej i zarazem sceptycznej wobec euro.
  5. Kandydaci wybrani po uzgodnieniach koalicyjnych przez Sejm i Senat powinni więc charakteryzować się następującymi cechami: twarde poglądy antyinflacyjne, niewzruszone poparcie dla włączenia Polski do strefy euro za swej kadencji przypadajacej na lata 2010-2015, co oznacza maksymalną dbałość o spełnienie krytrium stabilności cen i kryterium stabilności kursu w okresie oceny polskiego wniosku o uchylenie przez KE derogacji.                                                                                                                        Z przyczyn wyłożonych wyżej wśród 6 kandydatów  wybranych przez Sejm i Senat nie może być ani jednej osoby „wahającej się”, o „miękkich poglądach” na politykę pieniężną. Wskazane byłoby nawet pewne „fundamentalistyczne” przechylenie (bias) przy ocenie bilansu ryzyk dla przyszłej inflacji, charakterystyczne dla bankierów centralnych w krajach stosujących strategię BCI.

Moim zdaniem trudności, na jakie napotkać może koalicja PO-PSL przy zaaprobowaniu takich 6 kandydatur, nakazywałyby natychmiastowe rozpoczęcie fazy koalicyjnych uzgodnień osób rekomendowanych do nowej RPP. Rok, to wcale nie za dużo na staranną selekcję kandydatów o wskazanych wyżej cechach.

Chyba, że w razie szybkiej implementacji ścieżki wejścia do euro, gdzie gros  działań inicjujących procedury przypadłoby jeszcze na kadencję obecnej Rady, próbować uzasadnić karkołomną tezę o braku istotnego znaczenia RPP III kadencji. Dawałoby to pretekst do usunięcia zapisu o RPP z Konstytucji i ustawy o NBP jeszcze przed końcem 2009 roku.

Można i tak. Jest to przecież mniej więcej tak samo prawdopodobne, jak spełnienie kryterium legislacyjnego, wymagającego jeszcze za ustawowej kadencji tego Parlamentu zmiany Konstytucji w art. 203 i 227.

2008-09-28 19:41
gospodarka, blogi ekspertów rpp, III kadencja Komentarze (3)
 Oceń wpis
   
Wyniki sierpniowego głosowania Rady Polityki Pieniężne, które przesądziło o trzeciej w tym roku podwyżce stóp procentowych, zasługują moim zdaniem na słowo komentarza.
Tym razem Sławomir Skrzypek był jedynym członkiem RPP, który był przeciw. Przegrana prezesa NBP, z mocy prawa równocześnie przewodniczącego pracom Rady, stosunkiem głosów 9:1 jest czymś zupełnie bezprecedensowym. Nie tylko w historii głosowań w Polsce, ale i na świecie. Po takim głosowaniu można powiedzieć z całą pewnością jedno: obecna Rada Polityki Pieniężnej nie ma przewodniczącego. Ma tylko osobę tytularnie sprawującą ten urząd.
Prezes Skrzypek swoimi przegranymi głosowaniami definitywnie przekonał inwestorów z rynków finansowych, że nie jest najważniejszą osobą w Radzie. Z ich punktu widzenia najważniejszym członkiem RPP jest Jan Czekaj. Sposób, w jaki głosuje profesor Czekaj przesądza o zastosowaniu lub bezużyteczności casting vote (głosu rozstrzygajacego, jaki przysługuje przewodniczącemu Rady przy równym rozkładzie głosów). Zaledwie raz w rolę Czekaja wszedł do tej pory Andrzej Sławiński.
Inwestorzy będą więc z najwyższą uwaga odnotowywać zawsze wypowiedzi Czekaja. Zupełnie nie będą się za to przejmować enuncjacjami prezesa Skrzypka. Na własne życzenie przewodniczący Rady zdegradował się do funkcji nieistotnego podmiotu w procesie decyzyjnym kształtującym politykę pieniężną.
Przed takim właśnie scenariuszem, scenariuszem zmarginalizowania własnej pozycji, wielu analityków życzliwie ostrzegało prezesa Skrzypka zaraz po objęciu przez niego urzędu w NBP. Wynik głosowania 9:1 na niekorzyść prezesa jest zmarginalizowaniem skrajnym. Gorzej już przecież być nie może. Aż tak złego wyniku nie sposób było przewidzieć. Ostrzeżenia płynęły przy tym bynajmniej nie z czystej sympatii. Negatywne skutki permanentnego przegrywania głosowań przez prezesa NBP miały w przeszłości i mają nadal solidne podstawy teoretyczne i empiryczne. Chodzi o to, że słaba pozycja przewodniczącego Rady, jego jednostronny bias , brak wiarygodności, łączący się z kolejnymi przegranymi głosowaniami, podnoszą koszt prowadzenia polityki pieniężnej.
Zupełnie nie do zaakceptowania jest w tej sytuacji używanie Rady Naukowej, powołanej przez prezesa NBP, do wspierania jego osamotnionego stanowiska. Postępowanie Rady Naukowej, organu nieustawowego, składającego się z ludzi nieznanych, nie darzonych przez inwestorów zaufaniem, recenzujących za to w duchu głosowań prezesa politykę monetarną prowadzoną przez ciało konstytucyjne, jest czymś groteskowym.
Taki sposób postępowania podkopuje instytucjonalną pozycję RPP, ale też i całego banku centralnego. NBP, który na swoją pozycję pracował wiele lat, nie zasługuje z pewnością na takie postępowanie.
2007-10-25 21:10
gospodarka, blogi ekspertów rpp, prezes, głosowania Komentarze (12)
 Oceń wpis
   

"Ostatni kwartał był ósmym, w którym średnia inflacja ukształtowała się poniżej środka celu inflacyjnego 2,5 proc.”. Takim niesamowitym zdaniem rozpoczął swój komentarz dla „Gazety Prawnej” („Inflacja pod kontrolą”) Stanisław Nieckarz, członek Rady Polityki Pieniężnej, o najlepiej przez uczestników rynku rozpoznanej funkcji reakcji (wzrost najpierw, inflacja – później). A dalej – jak w dobrym suspensie, było jeszcze straszniej.

Dlaczego to zdanie inauguracyjne członka RPP jest niesamowite? Ano, dlatego, że wynikałoby z niego, że cel inflacyjny w Polsce ma jakiś „środek”. Otóż, nic mniej prawdziwego powiedzieć się już nie da. Cel inflacyjny NBP wynosi 2,5 proc., z tolerowanym przedziałem czasowych odchyleń +/- 1 proc.. Nie ma więc żadnego „środka celu inflacyjnego”. Od kogo, jak kogo, ale od członka RPP można chyba wymagać, by rzetelnie szerzył wiedzę na ten niezbyt skomplikowany temat wśród średnio zorientowanej opinii publicznej.

Dalej mamy już tylko proste konsekwencje niezrozumienia, czym jest strategia bezpośredniego celu inflacyjnego w polityce monetarnej. Pan Nieckarz snuje bowiem następujące rozważania: „(…) jak prognozują eksperci NBP, przy utrzymaniu się w najbliższych ośmiu kwartałach dynamiki PKB w granicach 5-6 proc. oraz przy pozostawieniu stopy procentowej na obecnym poziomie 4,5 proc. inflacja może przekroczyć 2,5 proc. Ale prawdopodobieństwo wyjścia ponad 3,5 proc. jest mniejsze niż większe. Gdyby taka projekcja przebiegu inflacji była prawdopodobna, RPP miałaby problem: czy cel inflacyjny 2,5 proc. z dopuszczalnym pasmem wahań od 1,5 do 3,5 proc. ma być traktowany symetrycznie? Czy po ośmiu kwartałach kształtowania się inflacji w przedziale 1,5-2,5 proc. w następnych 8 kwartałach może ona znajdować się w przedziale 2,5-3,5 proc.? To pytanie otwarte, zwłaszcza w warunkach wysokiego prawdopodobieństwa utrzymania się w przyszłości dynamiki 5 proc. PKB”.

Pytanie otwarte? Ono jest zamknięte. I to na amen. Wystarczy poprawnie rozumieć pojęcie symetryczności celu inflacyjnego. Symetria w tym wypadku nie polega na tym, że skoro inflacja jest x kwartałów poniżej celu, to kolejne x może być powyżej celu. Aż wstyd takie rzeczy tłumaczyć. Symetria celu polega na tym, że odchylenia w górę, tak samo jak w dół, są traktowane, jako równie niewłaściwe, ponieważ podnoszą koszty prowadzenia polityki pieniężnej (utracony produkt – jeśli polityka pieniężna jest nadmiernie restrykcyjna; podatek inflacyjny – jeśli jest nadmiernie akomodacyjna). Choć cechą przyrodzona bankierów centralnych jest z reguły większa tolerancja dla niższej, a nie wyższej od celu inflacji. Pan Nieckarz ma oryginalny, jak na bankiera centralnego, bias, o czym wszyscy doskonale wiedzą. Dlatego właśnie jego komentarze na temat celu inflacyjnego są tak rażąco „niesymetryczne”.

Wszystko, co Stanisław Nieckarz pisze na temat środowiska inflacyjnego w Polsce jest dyskusyjne. Dobrym prawem członka RPP jest jednak uważać, że dynamika konsumpcji dwukrotnie przewyższająca dynamikę PKB nie jest groźna. Nikt nie może odmówić członkowi RPP prawa do lekceważenia groźby napotkania na barierę podażową przez gospodarkę rozwijającą się w tempie o 3 pkt. proc. przewyższającym potencjał. Wiara członka RPP w import dezinflacji może czynić cuda, nawet wtedy, kiedy w krajach tradycyjnie tę dezinflację eksportujących, jak w Chinach, wskaźnik CPI rośnie właśnie do poziomu najwyższego od 3 lat. Członek RPP ma pełne prawo przywoływać, niczym Biblię, rządowy program konwergencji, jako argument za niską inflacją, a pomijać rzeczowe analizy wiarygodności tego programu, oceniające proinflacyjną siłę impulsu fiskalnego w latach wysokiego wzrostu PKB (2006-2008). Członek RPP ma prawo zapomnieć o wzroście jednostkowych kosztów pracy. Podobnie jak może nie wspominać o dynamice agregatów pieniężnych, bo mu to nie pasuje.

Słowem: każdy, więc również członek RPP, ma prawo uważać, że wyższa niż teraz inflacja w kraju takim, jak Polska jest w pełni usprawiedliwiona, a nominalne kryteria konwergencji mogą spokojnie poczekać. Tak zresztą właśnie sądzi zdecydowana większość polityków z nominalnej prawicy, a z realnej ekonomicznej lewicy. Na szczęście poglądy większości RPP na środowisko inflacyjne, na cel inflacyjny i jego symetryczność są bardziej zrównoważone.

O co w takim razie ten hałas? Czego członkowi RPP robić w publicznych wystąpieniach nie wolno? Otóż, pan Nieckarz zainaugurował bezprecedensowy obyczaj: zaczął łajać RPP, do której należy, za podjęte decyzje ( w roku 2006 „stopy procentowe mogły być niższe co najmniej o około 100 pkt. baz.”; „dwie podwyżki stóp z 2007 roku łącznie o 50 pkt. przy tak niskiej inflacji należy uznać za wysokie”). Tak, jakby nie zadawalały go ogłoszone już wyniki głosowań, gdzie odcinał się od większości, jak tylko potrafił.

Za poprzedniej Rady publiczna krytyka pod jej adresem ze strony członków RPP też się zdarzała. Tyle, że dopiero po wygaśnięciu kadencji. Życie publiczne w naszych czasach szybko traci minimalne choćby standardy. Przykra sprawa, ze dotyczy to również RPP.

2007-08-03 17:06
gospodarka, blogi ekspertów rpp, inflacja, cel, Nieckarz Komentarze (10)
 Oceń wpis
   

Zyta Gilowska w wywiadzie dla dodatku do „Dziennika” „Wall Street Journal Polska” (20.07.07): „Byłabym zdumiona, gdyby podniesiono stopy procentowe. Procesy inflacyjne są w Polsce pod kontrolą, a publiczne objaśnienia do decyzji Rady Polityki Pieniężnej, które w telewizji przedstawił pan profesor Czekaj, były absolutnie nieprzekonujące. Mało tego, były wybitnie nieprecyzyjne”.

Ta nieprecyzyjność, zdaniem pani Gilowskiej, polegała na tym, że podatki w Polsce spadają, a nie rosną, a obniżka klina podatkowego ma charakter nieinflacyjny.

Nie ma większego sensu powtarzać raz jeszcze, że na wielkość obciążeń podatkowych składa się łączna suma wszystkich podatków bezpośrednich, pośrednich, akcyzy, parapodatków, składek obowiązkowych, wszystkiego, co obciąża koszty konsumpcji, inwestycji, pracy, zatrudnienia lub wykorzystania środków transportu. Nie ma sensu raz jeszcze tłumaczyć, jakiego rodzaju i jakiej wielkości impuls popytowy stanowi podniesienie wynagrodzeń netto po redukcji składki rentowej. Wszystko to było międlone już tysiące razy. I, jak widać, bez skutku. Szkoda czasu.

Dochody mylone z przychodami

Spróbujmy za to oszacować precyzję wypowiedzi pani wicepremier na temat deficytu budżetowego.

"Skoro w ubiegłym roku było nieco ponad 20 mld deficytu, a w przyszłym planujemy 30 mld, to czy można mówić o obniżaniu deficytu?” – pyta przytomnie redaktor.

"W 2006 limit ustawowy wynosił 30,547 mld, natomiast wykonanie wyniosło 25,063 mld. I to pomimo wykonania jedynie 11,3 proc. planowanych wpływów prywatyzacyjnychyle” – brzmi odpowiedź.

Zatrzymajmy się na chwilę w tym miejscu. Trzeba wyrazić nadzieję, iż pani minister finansów wie, że przychody prywatyzacyjne nie mają wpływu na wielkość deficytu, ponieważ są źródłem finansowania. Tak tylko jej się powiedziało. Z rozpędu. Wielkość wpływów prywatyzacyjnych ma znaczenie jedynie dla potrzeb pożyczkowych państwa. Można by oczekiwać, że pani Gilowska, zarzucając Janowi Czekajowi nieprecyzyjność, będzie „wybitnie precyzyjna”, prawda? Szczególnie, że mówiąc o deficycie, inaczej niż w przypadku stóp procentowych, pozostaje – przynajmniej nominalnie – w obszarze swoich kompetencji.

Pójdźmy jednak dalej.

Fakty na temat deficytu budżetu państwa

"Wykonanie tegorocznego deficytu budżetu państwa po upływie sześciu miesięcy wyniosło zaledwie 3,678 mld, tj. 12,3 proc. ustawowego limitu rocznego” – ciągnie precyzyjnie do trzeciego miejsca po przecinku pani wicepremier.

"I to można nazwać zmniejszaniem deficytu?”– po raz drugi wtrąca przytomnie redaktor.

"Oczywiście, przecież w ekonomii liczą się fakty. Faktem zaś bezspornym jest niższe od planowanego wykonanie deficytu budżetu państwa. Zresztą w deficytem całego sektora finansów publicznych też radzimy sobie dobrze, o czym świadczą dane dotyczące programu konwergencji” – oświadcza w odpowiedzi pani Gilowska.

W ekonomii liczą się fakty. Porozmawiajmy w takim razie o faktach. Niestety, to musi zająć trochę miejsca.

Wyjątkowo dobra sytuacja budżetu państwa jest konsekwencją ewidentnie wyższych niż planowano dochodów podatkowych. I to we wszystkich kategoriach. A to z kolei jest pochodną wysokiego tempa wzrostu gospodarczego (przypomnijmy: w ustawie budżetowej prognozowano 4,6 proc. realnego wzrostu PKB, podczas gdy ostatnio MF podtrzymuje prognozę 6,5 proc., czyli blisko 2 proc. PKB więcej od planów), ostrego wzrostu zatrudnienia (4,6 proc. w ujęciu rok do roku po czerwcu) i wynagrodzeń (blisko 8 proc. w pierwszym półroczu). Nawet przy założeniu spadku tempa wzrostu gospodarczego do 5 proc. w drugim półroczu nadwyżka dochodów podatkowych ponad plan może sięgać w tym roku 10 mld PLN.

Nie znaczy to jednak, że deficyt budżetu państwa spadnie do 20 mld PLN, jak być – bez wątpienia – powinno. Po pierwsze – budżet poniesie jeszcze w tym roku koszty pierwszego etapu redukcji klina podatkowego (dodatkowa dotacja dla FUS), rzędu 3,5 mld PLN. Po drugie – ostateczne wykonanie deficytu zależeć będzie od salda rozliczeń z Unią Europejską. W tegorocznym budżecie po raz pierwszy ujęto te rozliczenia, jako element dochodów i wydatków budżetu. Pozycja „dochody z UE i inne środki bezzwrotne”, zamyka się kwotą 14, 7 mld PLN, z czego połowa (dokładnie 7,5 mld) przypada na fundusze unijne. Wykonanie tej kategorii po 6 miesiącach nie przekroczyło nawet 500 mln PLN. Jeśli w drugiej połowie roku nie nastąpi radykalne przyspieszenie, dochody z UE (poza częścią na Wspólną Politykę Rolną, stanowiąca refinansowanie wydatków budżetu za ubiegły rok) będą zagrożone. A ponieważ w tym czasie wydatki będą postępowały zgodnie z planem, w końcówce roku oczekiwać można skokowego wzrostu deficytu.

W ten sposób 10 mld PLN ponadplanowych dochodów podatkowych, które mogłyby zmniejszyć deficyt budżetu państwa, stopnieje w wymiarze kasowym do ok. 4-5 mld PLN. I o tyle właśnie niższego (od planowanych 30 mld PLN) deficytu można oczekiwać na koniec roku. Wielkość ta podlegać może ewentualnie wahaniom (w górę lub w dół) w granicach 2 mld PLN, w zależności od stanu rozliczeń z UE.

Oznacza to brak istotnych postępów, jeśli chodzi o redukcję deficytu budżetu państwa, pomimo wzrostu dynamiki PKB pomiędzy 2006, a 2007 rokiem, a także pomimo przekraczania w obu tych latach zakładanej dynamiki PKB.

Fakty na temat deficytu sektora finansów publicznych

A jak radzimy sobie z deficytem całego sektora finansów publicznych? A przede wszystkim, jak w świetle programu konwergencji wyglądają namacalne fakty, których wagę tak mocno podkreśla pani Gilowska?

Kluczowy dla deficytu general government jest wynik pozostałych (poza budżetem państwa) elementów sektora, w tym głównie samorządów lokalnych. Otóż, w ubiegłym roku, ku zaskoczeniu rządu, samorządy zanotowały ponad 3 mld deficytu, w miejsce tradycyjnej nadwyżki. W programie konwergencji wyglądało to tak, że zamiast zakładanej nadwyżki rzędu 0,2 proc. PKB pojawił się niedobór -0,3 proc. PKB. Gdyby budżet 2006 konstruowany był zgodnie z metodologią zastosowaną w tym roku (czyli z uwzględnieniem funduszy unijnych w dochodach i wydatkach), to już w zeszłym roku wypadlibyśmy ze ścieżki konwergencji. Tyle o już zaistniałych faktach. A teraz trochę o prognozach.

Tendencja do zadłużania się samorządów, wynik przede wszystkim intensywnych inwestycji na szczeblu lokalnym, będzie się utrzymywała również w tym roku. Pomimo korzystnego wyniku w pierwszym półroczu, deficyt w sektorze samorządowym na koniec roku oceniam na ok. 5 mld PLN, czyli ok. 0,4 proc. PKB. Tymczasem w programie konwergencji przewidziana jest znów nadwyżka sięgająca 0,3 proc. PKB. Wynik sektora obciążać będzie dodatkowo bilans ZUS (gdzie pomimo dobrej sytuacji na rynku pracy, szykuje się 5 mld deficytu).

W sumie powiększy to deficyt sektora o ok. 1 proc. PKB. Po wyłączeniu OFE z sektora dałoby to w ok. 4,7 proc. PKB na koniec 2007 roku, wobec 3,4 proc., ujętych przez rząd w ostatniej aktualizacji programu konwergencji fiskalnej.

Skala napięć fiskalnych, przy tym tempie wzrostu gospodarczego, musi budzić poważne zaniepokojenie. Sądzę, że przedstawiciele Ministerstwa Finansów są tego świadomi. Stąd (poza nielicznymi i niechlubnymi wyjątkami) dość daleko idąca wstrzemięźliwość przy ocenach doskonałego wykonania budżetu na półmetku tego roku.

Fakty na temat celu inflacyjnego NBP

Na koniec jeszcze słowo o tym wątku z wypowiedzi pani Gilowskiej, który - tym razem już nie tylko nominalnie, ale także formalnie - pozostaje poza obszarem jej kompetencji.

"(…) Mamy wyraźnie rosnący wskaźnik inflacji”  – potwierdza realny fakt redaktor.

„Żartuje pan?”" – oburza się pani wicepremier. „Jesteśmy chyba jedynym państwem w Europie, gdzie jeśli tylko wskaźnik inflacji przekroczy wartość środkową przedziału tzw. bezpośredniego celu inflacyjnego, podnosi się taki alarm, jakby zbliżała się asteroida. Mamy przedział 1,5 do 3,5 proc., bardzo dobrze się w nim trzymamy i nic nie wskazuje na to, żebyśmy mieli go przekroczyć”.

Uderzająca nieprecyzyjność tej wypowiedzi ma charakter iście piętrowy. Po pierwsze – nie ma czegoś takiego jak „wartość środkowa przedziału tzw. celu inflacyjnego”. Jest strategia bezpośredniego celu inflacyjnego w polityce monetarnej zaaprobowana przez NBP. Po drugie - strategia ta zakłada, że ciągły cel inflacyjny (on going) w Polsce wynosi 2,5 proc., z tolerowanym przedziałem czasowych odchyleń od celu sięgających +/-1 proc.. Stąd cel inflacyjny w Polsce nie wynosi ani 1,5 proc., ani 3,5 proc.; jest on precyzyjnie określony i wynosi 2,5 proc.. Po trzecie – większość dostępnych prognoz (w tym również wykonywanych w MF) wskazuje, że cel inflacyjny zostanie przekroczony już pod koniec tego roku, a górna granica maksymalnego odchylenia od celu, z rosnącym prawdopodobieństwem, zostanie pokonana w połowie 2008 roku. Po czwarte – alarm wywołany przekroczeniem celu inflacyjnego nie ma nic wspólnego z asteroidą; wynika po prostu z wiedzy na temat opóźnień w transmisji impulsów monetarnych w Polsce, które są znacząco większe niż w gospodarkach o dużym stopniu monetyzacji i drożnych kanałach oddziaływania tych impulsów. Dlatego przekroczenie celu dziś i reakcja w postaci podwyżek stóp procentowych przez RPP jutro, oznacza chęć niedopuszczenia do trwałego przekroczenia celu inflacyjnego nie za kadencji pani wicepremier Gilowskiej, ale za 8-12 kwartałów., czyli – być może – za kadencji kolejnej Rady. Po piąte wreszcie - bank centralny podnosi stopy, kiedy ocenia, że tempo wzrostu obserwowanego PKB jest wyższe od potencjału, co oznacza szybkie domykanie się luki popytowej. Stąd zdarza się czasem, że nawet przy niskiej bieżącej inflacji i reltywnie niskim wzroście gospodarczym zaostrzanie polityki pieniężnej może być niezbędne. Przerabiał to już EBC, a wiele wskazuje na to, że niebawem może przerabiać i Fed. Aż strach pomyśleć, co powiedziałaby pani Gilowska, gdyby nasz bank podjął decyzję o wzroście stóp w sytuacji nie tak klarownej, jak teraz, ale znacznie trudniejszej do ogarnięcia nieuczonym rozumem, bo przy niskiej inflacji i spadajacym tempie wzrostu, nie nadążajacym jednak i tak za spadkiem potencjału (jak w Stanach).

Jak widać przywrócenie wypowiedziom pani minister Gilowskiej precyzyjnego i zgodnego z faktami charakteru wymaga dużo miejsca, sporo cierpliwości i odrobiny edukacyjnego zacięcia.

2007-07-22 19:03
gospodarka, blogi ekspertów rpp, gilowska, budżet Komentarze (14)
 Oceń wpis
   
Przeczytałem sobie w serwisie ekonomicznym PAP wywiad z doradcą prezesa NBP, panem Sebastianem Stolorzem. Pomimo czynionych kilkakrotnie zastrzeżeń, że wyraża on tam wyłącznie prywatne poglądy i skromnych zapewnień, że nie jest członkiem RPP, a tylko „zewnętrznym obserwatorem” (ciekawe w takim razie kim są ekonomiści z sektora prywatnego?), trudno mi było przy tej lekturze pozbyć się nieprzyjemnego uczucia, że publiczne recenzowanie postępowania RPP przez doradcę przewodniczącego RPP staje się nową świecką tradycją.

A już przy największym nawet natężeniu dobrej woli, nie sposób byłoby stwierdzić, że publicznie głoszone prywatne poglądy doradcy prezesa NBP na politykę monetarną świadczą o wyważonym postrzeganiu przezeń bilansu ryzyk dla przyszłej inflacji.

Wywiad jest bowiem wybitnie jednostronny, jeśli chodzi o ocenę przewidywanego przebiegu ścieżki inflacyjnej. W zasadzie doradca wymienia jeden tylko czynnik stanowiący zagrożenie dla przyszłej inflacji: jest nim organizacja w Polsce Euro 2012. Wśród czynników ryzyka, których waga została dokumentnie zrelatywizowana znalazły się zaś te wszystkie, które RPP od wielu miesięcy wskazuje w kolejnych komunikatach po swoich posiedzeniach. Bardzo to uderzające.

Warto więc pochylić się z nieco większą uwagą nad argumentami przeciw podwyżkom stóp procentowych w Polsce, przytaczanym obficie przez doradcę prezesa NBP.

Po pierwsze – oczekiwania inflacyjne są stabilne. No, dobrze, ale czyje oczekiwania? Oczekiwania gospodarstw domowych mają charakter adaptacyjny, a ponieważ w Polsce poza krótkim epizodem „przedakcesyjnym” inflacja jest od kilku ładnych lat stabilna oczekiwania inflacyjne ludności zostały zakotwiczone. I tyle. Wskazówką dla nasilenia się presji inflacyjnej w gospodarce powinny dziś być dla RPP oczekiwania inflacyjne przedsiębiorstw i podmiotów gospodarczych. A te systematycznie rosną.

Po drugie – projekcja inflacyjna pokazuje, że wskaźnik CPI trzymany „jest w ryzach”. Zupełnie nie wiem o co tu chodzi, ponieważ ostatnia odsłona projekcji pokazuje, większościowe prawdopodobieństwo wyjścia ścieżki centralnej w okresie oddziaływania polityki pieniężnej ponad cel inflacyjny. Cel inflacyjny w Polsce nie wynosi ani 1,5 proc., ani 3,5 proc., a 2,5 proc.. Moim zdaniem to, że w obszernym wywiadzie doradcy prezesa NBP wysokość celu inflacyjnego nie zostaje przywołana nawet w przypisie jest zastanawiające. Martwi mnie też instrumentalne traktowanie projekcji, która raz jest dobra, a innym razem zła. Projekcja inflacyjna nie powinna być maczugą do walenia po głowie ludzi inaczej niż prezes, czy jego doradca, oceniających bilans ryzyk dla przyszłej inflacji.

Po trzecie – i to zostało nawet wybite w tytule wywiadu – „władze monetarne powinny czekać na bardziej przejrzysty obraz gospodarki”. Hmm… Wydawało mi się, że polityka monetarna jest właśnie sztuką poruszania się w niepewnym otoczeniu. Zostawmy jednak na boku zgryźliwość. Czy będziemy kontestować prognozy, wedle których tempo wzrostu gospodarczego w kolejnych kwartałach będzie słabło, a inflacja będzie rosła? Bo jeśli nie, to na co tu czekać? Tempo wzrostu popytu krajowego już obecnie przekracza o 2 pkt. proc. dynamikę PKB. A będzie jeszcze wyższe. Taki układ czynników makroekonomicznych wskazywałby raczej na to, że już w chwili obecnej RPP znalazła się behind the curve, czyli w takim punkcie, gdzie już jest za późno na utrzymanie się w celu inflacyjnym bez okupienia tego wyższą wartością „współczynnika poświęcenia”.

Za zupełnie niestosowne uważam w tym kontekście poddawanie w wątpliwość przez doradcę prezesa NBP zasadności podwyżki przez RPP stóp o 25 pkt. baz. (przy sprzeciwie prezesa), z uzasadnieniem, że może to prowadzić do przyhamowania aktywności gospodarczej. To nie jest miejsce na takie żarty. Ministerstwo Finansów w założeniach do projektu przyszłorocznego budżetu przewiduje jeszcze jedną podwyżkę stóp o 25 pkt. w tym i kolejne dwie w przyszłym roku, co oznacza, że dopiero skumulowane efekty 4 kolejnych podwyżek o 1 pkt. proc. znajdują odbicie w spadku tempa wzrostu gospodarczego o 0,6 pkt. proc.

Moje oczekiwania są zresztą podobne, tyle, że o nieco innej skali: tempo wzrostu w 2008 roku 5,3 proc. przy stopie repo na koniec 2008 wynoszącej 6 proc., co oznacza wobec tego roku utratę 1 pkt. proc. wzrostu przy 1,75 pkt. proc. (wobec aktualnego poziomu) podwyżkach stóp.

Po czwarte – całość uspokajających rozważań na temat właściwych wciąż jakoby w polskiej gospodarce relacji między tempem wzrostu wynagrodzeń, a wydajności pracy oparta jest na błędnej merytorycznie analizie ekonomicznej. Długoterminowy wzrost wydajności pracy w całej gospodarce nieznacznie przekraczał w minionej dekadzie 4 proc., podczas gdy wzrost realnych płac zbliżał się do 3 proc.. Tak nieznaczna „luka” między wzrostem wynagrodzeń i produktywności nie jest spójna z utrzymaniem inflacji na poziomie celu, czyli 2,5 proc.. Dla zakotwiczenia inflacji na poziomie celu, wzrost wydajności pracy w przemyśle, kompensujący wolniejszy wzrost wydajności w sektorze usług, powinien być o 2-3 pkt proc. powyżej wzrostu wynagrodzeń.

Dostępne dziś dane pozwalają więc stwierdzić, że jesteśmy już teraz na granicy relacji między wydajnością, a wynagrodzeniami, pozwalającej utrzymać inflację w celu. A przecież wzrost wynagrodzeń, tak naprawdę, jest dopiero przed nami. Czy to nie jest dobre pole dla rozważań doradcy prezesa NBP?

Wbijanie ludziom do głów (również przez RPP) kanonicznego twierdzenia, że „wzrost wynagrodzeń nie powinien przekraczać wzrostu wydajności pracy” rodzi – jak widać – solidnie zatrute owoce.

Po piąte – z argumentem o aprecjacji złotego, jako czynniku wspierającym niską inflację byłbym bardzo ostrożny. Druga połowa roku przyniesie ponowny wzrost ryzyka polityczno-fiskalnego, co sprzyjać będzie raczej osłabieniu, a nie wzmocnieniu złotego.

Na koniec jeszcze jeden wątek, o charakterze bardziej osobistym. Najpierw cytat: "Promowane przez media połączenie Euro 2012 z wprowadzeniem waluty euro w Polsce brzmi atrakcyjnie, jednak wedle praw ekonomii, może okazać się trudne do skoordynowania. Oba przedsięwzięcia mogą bowiem wymagać sprzecznych działań: euro - spełnienia restrykcyjnych warunków inflacyjnych, a Euro 2012 czynników tworzących presję na wyższą inflację. I choć w dłuższej perspektywie obydwa przedsięwzięcia mogą okazać się pożyteczne dla gospodarki, ich równoczesna realizacja na pierwszy rzut oka nie wydaje się być optymalnym rozwiązaniem. Precyzyjna odpowiedź na to pytanie wymaga jednak szczegółowych badań".

Nie wiem kto tu, co promuje, a i dobrych badań nigdy za wiele. Ale jedno jest pewne: kiedy z Bogusławem Grabowskim napisaliśmy apel o euro z Euro 2012, chodziło nam dokładnie o to, żeby utruenić prezentację fałszywej alternatywy stawianej tu przez doradcę prezesa NBP. W języku ekonomicznym brzmi ona następująco: szybsze tempo konwergencji realnej musi być okupione wolniejszym tempem konwergencji nominalnej. A po ludzku mówiąc: chcecie autostrat, lotnisk, hoteli – to pożegnajcie się na dlużej w euro, bo to oznacza wyższą inflację i wyższy deficyt. Otóż, nie. Euro 2012 powinno wymusić głęboką reformę finansów publicznych; powinno też uzasadniać prowadzenie polityki pieniężnej, umożliwiającej spełnienie kryterium inflacyjnego. Czyli – rząd i bank centralny muszą dużo i z odwagą pracować. A euro jest już w tym rachunku tylko wynikowe.

2007-06-12 19:23
gospodarka, blogi ekspertów rpp, stopy procentowe Komentarze (1)
 Oceń wpis
   

Jest jeszcze zdecydowanie zbyt wcześnie na kategoryczne szacowanie skutków niekorzystnych warunków atmosferycznych (przymrozki, bezdeszczowy kwiecień) na ceny żywności i tym samym ogólny wskaźnik CPI w tym roku. Nie ma przy tym potrzeby wszczynać głośnego alarmu. Tak naprawdę potrzebujemy jeszcze około 3-4 miesięcy, by pokusić się o bardziej wiarygodne prognozowanie cen żywności.

Tym niemniej już dziś można ostrożnie przyjąć, że wzrost cen żywności w okresie wrzesień-grudzień sięgnie około połowy więcej niż wynosił wkład żywności do wskaźnika CPI w ubiegłym roku.

Trzeba przy tym pamiętać, że nie będzie zbyt wielu możliwości uzupełniającego importu taniej żywności nieprzetworzonej z innych krajów UE. A to dlatego, że również dla znacznej większości kontynentu aura w okresie kwietniowej wegetacji była równie niesprzyjająca, jak w Polsce (najbardziej suchy kwiecień od ponad 200 lat). Ponieważ waga żywności w koszyku CPI w strefie euro wynosi zaledwie 7,6 proc. (trzykrotnie mniej niż u nas), tegoroczne prognozy CPI dla strefy euro powinny być obecnie podniesione o nie więcej niż 0,10-0,15 pkt. proc.. Nie jest to wiele, choć w kontekście niejasności dotyczących polityki stóp procentowych EBC, nawet ten niewielki impuls inflacyjny może być znaczący, bo wskaźnik CPI znów wzrośnie powyżej celu inflacyjnego („blisko, lecz poniżej 2 proc.”).

W Polsce, z uwagi na dużą wagę żywności nieprzetworzonej w koszyku CPI, będzie niestety gorzej niż w strefie euro. Nasze aktualne prognozy CPI powinny zostać obecnie podniesione o nie mniej niż 0,3-0,4 pkt. proc.. Z zastrzeżeniem, że ten dodatkowy impuls inflacyjny zostanie zweryfikowany (w górę lub w dół) w prognozach we wrześniu tego roku, kiedy będziemy więcej wiedzieli o wpływie pogody na ceny żywności. Takie uprawdopodobnione dzisiejszym stanem naszej wiedzy założenie przekłada się w aktualnych prognozach na wzrost CPI na koniec roku do ok. 3 proc. (z poprzednich 2,6 proc.). Jest to poziom znacznie przekraczający cel inflacyjny NBP (2,5 proc.).

Taki wynik wymaga – jak sądzę - kilku zdań komentarza. Skok wskaźnika CPI wynikający z szoku o charakterze podażowym jest odwracalny. Badania wskazują, że w dłuższym okresie czasu, sięgającym 10 lat, ogólny wzrost wskaźnika cen odpowiada z reguły wzrostowi cen żywności (dla UE w ostatniej dekadzie było to odpowiednio 21 i 20 proc.). Ceny żywności, między innymi na skutek warunków pogodowych, charakteryzują się jednak znaczącą zmiennością.

Słowem - to co dziś oddziaływać będzie negatywnie na CPI, w przyszłym roku, za sprawą wysokiej bazy, może sprzyjać istotnemu spadkowi ogólnego wskaźnika inflacji. Jest to jeden z podstawowych powodów, dla jakich banki centralne, z reguły, bardzo powściągliwie reagują na szoki podażowe.

Niestety, w naszej sytuacji, rzecz się nieco komplikuje. Ogólnie odczuwalny, mocno nagłośniony, wzrost cen żywności i bieżącego wskaźnika inflacji, z całą pewnością wzmocni i tak już dużą presję na wzrost płac. W ten sposób w analizach bieżącej presji inflacyjnej niezwykle trudno będzie odseparować efekty wstrząsu podażowego od popytowych efektów „drugiej rundy”.

W sytuacji dużej niepewności przezorny bank centralny woli „wykupić polisę od wzrostu inflacji”. NBP zaczął to robić już w ubiegłym miesiącu, podnosząc stopy procentowe po raz pierwszy od blisko 3 lat. Towarzyszyły temu jednak gęsto powtarzane (również przez członków RPP) komentarze, podkreślające, że nie ma potrzeby mówić o początku „cyklu podwyżek”.

Sądzę jednak, że nawet przy obecnym, ułomnym, stanie naszej wiedzy na temat przebiegu ścieżki inflacyjnej, jest rzeczą rozsądną podnieść przewidywania co do wysokości podstawowej stopy procentowej NBP na koniec tego roku do 5 proc.., a na koniec 2008 do 6 proc..

2007-05-06 15:40
gospodarka, blogi ekspertów rpp, inflacja, żywność, stopy Komentarze (4)
1 | 2 |